- W empik go
Tajemnica Belwederu - ebook
Tajemnica Belwederu - ebook
Po dwudziestu latach Kurnatowski zdradza pilnie strzeżoną tajemnicę zbrodni w Belwederze. Rzecz działa się za rządów generała-gubernatora Maksymowicza. Warszawa i kraj pogrążały się w coraz większym przygnębieniu. Wydział szpiegostwa zagranicznego przeniesiono do Belwederu. Kilkakrotnie planowano przywrócić go do gmachu głównego sztabu, lecz realizacja przeciągała się w czasie. Opóźnienie pociągnęło za sobą tragiczne konsekwencje. Pewnej nocy nieznani sprawcy włamali się do lokalu, rozbroili wartowników, związali im ręce i zakneblowali usta. Następnie dostali się do kasy, z której wynieśli wszystkie poufne dokumenty. Zaginęły szyfry, plany mobilizacyjne i lista agentów. Przed naczelnikiem Kurnatowskim prawdziwe wyzwanie wyśledzenia sprawców i odzyskania wrażliwych danych.
Jedno z wielu opowiadań kryminalnych opartych na prawdziwych wydarzeniach. Wieloletni nadkomisarz Policji Śledczej Ludwik Kurnatowski dzieli się z czytelnikami wspomnieniami z pracy. Zdradza, jakimi prawami rządził się ówczesny świat kryminalny i kim byli jego przedstawiciele.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
Kategoria: | Kryminał |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-87-264-2601-4 |
Rozmiar pliku: | 225 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Opowieść, którą mam zamiar podzielić się z czytelnikiem sięga czasów bardzo dawnych, bowiem fakt opisywany miał miejsce przed dwudziestu z górą laty. Jestem głęboko przekonany, iż nikt w Polsce szczegółów tej wielce ciekawej i charakterystycznej sprawy nie zna, gdyż była ona z pewnych powodów bardzo skrzętnie ukrywana i trzymana w ścisłej tajemnicy. Jakie to były powody, dlaczego po wykryciu i ukaraniu winnych ogół się o całej aferze nie dowiedział – po dziś dzień jest to dla mnie niezrozumiałe. Przypuszczam jednak, że grały tu rolę dwa czynniki – z jednej strony władze starały się ją ukryć przed wiadomością Polaków w obawie, iż wyjdzie na jaw całe ich niedołęstwo i opieszałość, z drugiej zaś – nie chciały przeciwnikowi swemu, rewolucjonistom, dawać jeszcze jednego atutu do ręki. Mam wrażenie, iż przypuszczenia moje są trafne, ponieważ opieram je na półsłówkach i niedomówieniach ówczesnych władców naszego kraju.
Za dowód tego, jak zazdrośnie strzeżono tajemnicy, niech posłuży fakt, iż żadna z gazet nie zamieściła najdrobniejszej nawet wzmianki o zbrodni – pieczołowita ręka cenzora prewencyjnego skreślała wszystko.
Dziś, gdy lata upłynęły, gdy wreszcie jesteśmy panami naszej ojczyzny, uważam, iż jestem zwolniony z obowiązku dotrzymywania tajemnicy i z czystym sumieniem mogę czytelnikom szczegóły tej ciekawej sprawy opowiedzieć.
Po objęciu wielkorządztwa „Priwiślenja” (tak wówczas zwano dawną Kongresówkę) przez generała-gubernatora Maksymowicza, dziwne zapanowały czasy. Wstąpiliśmy w okres bezustannych zmian, translokacji i rugów we wszelkich urzędach, tak cywilnych jak i wojskowych. Różnie przebąkiwano o przyczynach tych zmian, ogólnie zaś uważano, iż bezpośrednim ich powodem jest przede wszystkim osoba nowego satrapy.
Generał Maksymowicz nie odznaczał się bowiem odwagą. Nawet rzec można wprost przeciwnie – był to człowiek wielce bojaźliwy, którego tchórzostwo szło w parze z przesadną surowością.
Zdarzają się częstokroć ludzie bardzo z natury dobrzy i szlachetni, jednak wieczny strach i obawa zabija w nich wrodzoną dobroć i popycha do maniactwa i uczynków niezgodnych z charakterem tych ludzi. Do rzędu tych ostatnich należał właśnie generał Maksymowicz.
Sam niejednokrotnie miałem możność przekonać się, iż Maksymowicz do swych zaufanych odnosił się wielce dobrotliwie, rodzinę kochał całym sercem, natomiast na otoczenie patrzył podejrzliwym okiem, terrorem i radykalnymi środkami starał się tępić zarodki przyszłego buntu i niszczyć tych, którzy by chcieli targnąć się na jego życie.
Toteż czasy, jak zaznaczyłem, nastały ciężkie. Warszawa i kraj cały roiły się od szpiegów i prowokatorów, więzienia ochranki były przepełnione Bogu ducha winnymi „miatieżnikami” i „buntowszczykami”. Przygnębienie zapanowało ogólne.
W wiecznej obawie o własną skórę i całość kunsztownie zbudowanego aparatu rządzenia, opartego li-tylko na przemocy, nielubiany przez ludność generał Maksymowicz przeszedł do historii, jako „wielkorządca – wieczny tułacz”. Nie dość na tym, iż sam ustawicznie zmieniał miejsce swego zamieszkania, lecz i wprowadzał bezustanne zmiany w rozlokowaniu urzędów wojskowych i cywilnych.
Z drugiej strony rzecz biorąc, lęk generała nie był bez powodu. Stara zasada głosi, iż każda reakcja wzrasta proporcjonalnie do samej akcji. Tak było i za rządów Maksymowicza.
Na terror rewolucjoniści odpowiedzieli krwawym terrorem. Nadeszła era zamachów i mordów politycznych. Częstokroć bojowcy-patrioci porywali się na przeważającego liczebnie przeciwnika i, rzecz dziwna, przedsięwzięcia takie im się udawały. Na przykład w wigilię św. Jana na brzegu Wisły oddział żandarmów i kozaków konnych został silnie poturbowany kamieniami. Na placu Grzybowskim koło kościoła Wszystkich Świętych podczas nabożeństwa doszło do krwawej rozgrywki na broń palną pomiędzy kozakami, policją a zwartym tłumem rewolucjonistów, gdzie jak z jednej tak i z drugiej strony padło wiele ofiar. Ta ostatnia historia szczególnie silnie podziałała na cierpiącego na manię prześladowczą generała, bowiem ówczesny oberpolicmajster warszawski baron von Nolcken, referując sprawę, przedstawił całe zajście w takim świetle i w tak wyolbrzymionych rozmiarach, że w chorym mózgu satrapy wytworzyło się pojęcie o zamachowcach, jako o nieprzezwyciężonej, ukrytej sile.
Dalsze wypadki nie mogły również podziałać uspokajająco: na Nowym Zjeździe na oberpolicmajstra von Nolcken’a została rzucona bomba, której wybuch poważnie go pokaleczył, bowiem otrzymał sto dwadzieścia ran. Sprawcą tego zamachu był bojowiec za wolność śp. Okrzeja.
Ten zamach przepełnił miarę cierpliwości Maksymowicza. Trzymany w ciągłym napięciu nerwowym, obecnie przestał się kryć ze swoim lękiem.
Zamieszkał w Belwederze, lecz w krótkim bardzo czasie przestał się czuć tam bezpiecznie i przeniósł się do zamku, skąd niedługo nastąpiła przeprowadzka na Plac Saski, do głównego sztabu, gdzie na wpół żywy ze strachu wielkorządca zajął kilka pokojów dla siebie, swych adiutantów i służby. Rezultatem takiej transakcji była konieczność usunięcia stamtąd niektórych resortów i przeniesienia ich w inne miejsce. Po dłuższej naradzie postanowiono eksmitować ze sztabu dział szpiegostwa zagranicznego i dział ten umieścić w jednym ze skrzydeł pałacu Belwederskiego.
Rzecz prosta, iż odbyło się to w ścisłej tajemnicy i nikt oprócz najbardziej zaufanych i blisko tych spraw stojących o tym nie wiedział. Przed pałacem jak zwykle stała warta, gęściej rozstawiona od przodu, niż od tyłu.
Jednak te wszystkie starania nie zdołały uśpić czujności rewolucjonistów i stała się rzecz, która zmusiła Maksymowicza do ucieczki z Warszawy.
Pewnego dnia generał-gubernator wybrał się ze sztabem do cerkwi na ulicę Długą. Wyjazd ten był otoczony ścisłą tajemnicą, jednak w jakiś sposób zamachowcy o nim zwiedzieli się. I oto na werandzie cukierni Trojanowskiego przy ulicy Miodowej, to znaczy na drodze, przez którą miał jechać wielkorządca, wybuchła bomba, przygotowana dla niego. Wybuchła jednak zbyt wcześnie, toteż satrapa ocalał, jedynie padła ofiarą cukiernia, którą wybuch zdemolował w straszliwy sposób, a zamachowca, funkcjonariusz policji i kilka osób ponieśli śmierć na miejscu.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.