Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tajemnica Doliny Boscombe - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 czerwca 2026
E-book: EPUB, PDF
2,49 zł
Audiobook
2,49 zł
2,49
249 pkt
punktów Virtualo

Tajemnica Doliny Boscombe - ebook

Nad cichym stawem w hrabstwie Hereford ginie człowiek, a wszystkie poszlaki wskazują na jego własnego syna – widziano ich, jak się kłócili, słyszano podniesione głosy, a chłopak wrócił z krwią na rękawie. Sprawa wydaje się przesądzona. Ale tam, gdzie miejscowa policja widzi pewność, Sherlock Holmes dostrzega coś innego: szary płaszcz, który znika i wraca, ostatnie, niezrozumiałe słowo umierającego i ślad, który prowadzi aż na drugą półkulę. Bo czasem to właśnie najprostsze zbrodnie kryją najmroczniejsze tajemnice – a prawda, którą Holmes wydobędzie na światło, sięga dwadzieścia lat wstecz, do złotodajnych pól dalekiej Australii. Wydanie uwspółcześnione na podstawie anonimowego tłumaczenia z 1907 roku (Jan Fiszer, Warszawa, 1907).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914436
Rozmiar pliku: 647 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Siedziałem pewnego dnia przy śniadaniu z żoną, gdy służąca przyniosła mi depeszę. Telegrafował do mnie Sherlock Holmes w te słowa:

Czy masz dwa dni czasu? Wezwano mnie telegraficznie do zachodniej Anglii w sprawie tragedii w dolinie Boscombe. Cieszyłbym się, gdybyś pojechał ze mną. Okolica i powietrze przepyszne. Odjazd z Paddington o 11.15. Holmes.

– No i jakże, kochany mężu, pojedziesz? – spytała mnie żona.

– Sam nie wiem... – rzekłem. – Mam teraz dosyć dużo chorych...

– Ach, Anstruther cię zastąpi! W ostatnich czasach wyglądasz trochę przymęczony pracą – dwudniowy wypoczynek dobrze ci zrobi, a zresztą wiem, że interesujesz się zawsze bardzo żywo działalnością Holmesa.

– Naturalnie! Przecież to dzięki jednej z jego przygód właśnie ciebie poznałem! Ale jeżeli istotnie mam jechać, to muszę się pośpieszyć – zostaje mi tylko pół godziny czasu!

Moja służba obozowa w Afganistanie miała tę wielką korzyść, że uczyniła ze mnie człowieka zawsze gotowego do jakiejkolwiek podróży. Bagaże moje były zawsze w pogotowiu, nie potrzebowałem więc wiele czasu na przygotowania i wkrótce już siedziałem w dorożce, jadąc na dworzec kolejowy w Paddington.

Zaraz na wstępie dostrzegłem tam Holmesa; przechadzał się w długim podróżnym płaszczu popielatym i sukiennej czapeczce, a długa jego koścista postać wydawała się w tym stroju jeszcze wyższa niż zwykle.

– To doprawdy bardzo ładnie z twej strony, że przybyłeś na moje wezwanie, kochany Watsonie! – rzekł. – Dla mnie to istotnie wielka pomoc mieć towarzysza, na którego całkowicie mogę liczyć; miejscowa pomoc bywa zwykle bez wartości lub stronnicza. Zechciej, proszę, zająć dwa miejsca w rogu przedziału, a ja zaraz kupię bilety.

W wagonie byliśmy zupełnie sami. Holmes przyniósł ze sobą cały stos przeróżnych gazet i papierów, które pilnie przeglądał. Aż do przybycia na stację Reading czytał, robił notatki i rozmyślał. Naraz wstał, zebrał wszystką tę bibułę w jeden pakiet i wrzucił go w siatkę na rzeczy nad ławką.

– Słyszałeś już co o tym wypadku? – zapytał.

– Nic a nic; nie czytałem gazet w ostatnich paru dniach.

– Londyńska prasa daje o tym niedokładne sprawozdania. Właśnie przeglądałem ostatnie numery gazet, by zorientować się w szczegółach. Zdaje mi się, że jest to jeden z owych w gruncie rzeczy bardzo prostych wypadków, które jednak właśnie bardzo trudno bywa rozwiązać.

– To, co mówisz, brzmi trochę dziwnie.

– A jednak tkwi w tym głęboka prawda. Im prostsza, im mniej skomplikowana jest jakaś zbrodnia, tym trudniej ją rozwikłać. W tym wypadku oskarżenie obciąża, bardzo nawet silnie, syna zamordowanego!

– A zatem rozchodzi się o jakieś morderstwo?

– Takie są przynajmniej przypuszczenia – ale ja nic nie sądzę, póki sprawie nie przyjrzę się z bliska. Chcę ci właśnie streścić przebieg sprawy, o ile z tych sprawozdań wyrozumieć go mogę.

Dolina Boscombe jest to okrąg wiejski niedaleko od Ross w hrabstwie Hereford. Największym właścicielem ziemskim jest tam niejaki pan John Turner, który wzbogacił się niegdyś w Australii i przed laty powrócił do ojczyzny. Jeden z jego majątków, zwany Hatherley, jest wydzierżawiony niejakiemu panu Karolowi McCarthy’emu, także byłemu emigrantowi australijskiemu. Obaj ci ludzie poznali się niegdyś w koloniach i dlatego osiedlili się w ojczyźnie blisko siebie. Turner był widocznie bogatszy, ale nie powstrzymało go to – skoro McCarthy został jego dzierżawcą – od utrzymywania z nim stosunków towarzyskich na zupełnie równej stopie. McCarthy miał syna osiemnastoletniego, a Turner córkę w tym samym wieku. Obydwaj byli wdowcami.

Zdaje się, że unikali obydwaj stosunków towarzyskich z innymi zamieszkałymi w sąsiedztwie rodzinami i żyli dość odosobnieni, jakkolwiek McCarthy, ojciec i syn, lubili bardzo sport i bywali często na mityngach wyścigowych w okolicy.

McCarthy trzymał dwoje służby – kucharkę i lokaja – w domu zaś Turnera było służby dużo więcej, jakieś z pół tuzina, przypuszczam. To jest mniej więcej wszystko, co wywnioskowałem o tych dwóch rodzinach z gazet. A teraz przejdźmy do faktów związanych ze zbrodnią.

Dnia 3 czerwca – zatem było to w przeszły poniedziałek – opuścił McCarthy swój dom w Hatherley około trzeciej po południu i poszedł do jeziora Boscombe, niewielkiego zbiornika pozostałego przez nagłe rozszerzenie się strumienia w dolinie.

Z rana tego dnia był ze służącym w Ross i powiedział doń, że musi się śpieszyć z powrotem, bo na godzinę trzecią umówił się z kimś w bardzo ważnej sprawie. Od chwili, kiedy wyszedł z domu, nikt go więcej żywym nie widział.

Dom mieszkalny w Hatherley leży o ćwierć mili od jeziorka i dwie osoby widziały pana McCarthy’ego, idącego w tamtą stronę: jakaś stara kobieta, której nazwiska nie wymieniono, i strażnik leśny pana Turnera, niejaki William Crowder. Świadkowie ci zeznali, że McCarthy szedł sam. Strażnik Crowder dodał nadto, że w krótką chwilę po spotkaniu pana McCarthy’ego spotkał także jego syna, Jamesa McCarthy’ego, idącego w tym samym kierunku co ojciec, ze strzelbą na ramieniu. Twierdzi on, że było jeszcze widać z pewnością na drodze ojca, gdy ukazał się w ślad za nim idący syn.

Crowder nie myślał już o tym wcale aż do wieczora, kiedy usłyszał o zbrodni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij