- nowość
-
W empik go
Tajemnica Dworu na Wzgórzu - ebook
Tajemnica Dworu na Wzgórzu - ebook
Przeznaczenie zawsze doprowadzi nas do miejsca, które jest nam pisane
Po tragicznej śmierci rodziców siedemnastoletnia Monika przeprowadza się do małego miasteczka na Mazurach, gdzie zamieszkuje w dziewiętnastowiecznym dworku swojej ciotki Amelii. Choć początkowo dobrze odnajduje się w nowej rzeczywistości, szybko odkrywa, że mieszkańcy tej z pozoru spokojnej okolicy skrywają wiele sekretów. Gdy zaczynają nawiedzać ją realistyczne sny, niepokojące wizje i dziwne głosy w głowie, Monika jest przekonana, że jej ciotka zna ich przyczynę.
Kiedy Piotr – tajemniczy i intrygujący kolega ze szkoły – odkrywa przed Moniką jej prawdziwe przeznaczenie, świat dziewczyny wywraca się do góry nogami. Nastolatka za wszelką cenę chce poznać prawdę o sobie i swojej rodzinie. Każdy krok łączy się jednak z trudnymi wyborami i przybliża ją do wroga, który pragnie zemsty.
Dziewczyna wkrótce przekona się, że to, co zostało zapisane w gwiazdach, wydarzy się bez względu na wszystko.
Kategoria: | Romans |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-83-8373-639-6 |
Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Sama nie wiem, jak udało mi się doczołgać do dworca kolejowego. Byłam zmęczona, rozżalona i ogólnie pesymistycznie nastawiona do świata. Ale jak, do cholery, miała się czuć siedemnastoletnia dziewczyna, która tydzień temu pochowała rodziców?
Idąc pustymi o tej porze dnia ulicami Lublińca, uważałam, że świetnie poradziłam sobie ze wszystkim. Opłakałam ich, a teraz z podniesioną głową parłam do przodu. Oczywiście niemal bezustannie o nich myślałam i marzyłam, żeby to wszystko nie miało miejsca. Chciałabym umieć cofnąć czas i nigdy nie pozwolić im lecieć na drugi koniec Polski. Wtedy ich samolot by się nie rozbił przy podchodzeniu do lądowania i nie zostawiliby mnie kompletnie samej na tym beznadziejnym świecie.
Tak, teraz byłam całkiem sama. Miałam tylko ich. A przynajmniej tak mi się wydawało jeszcze tydzień temu.
Na pogrzebie pojawiła się bowiem kobieta. Wysoka brunetka, z ciemnymi okularami, których nie zdjęła ani razu, w długiej czarnej sukni i na kosmicznie wysokich obcasach. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, skojarzyła mi się z Królową Ciemności z jakiejś powieści fantastycznej. Bez dwóch zdań była tajemnicza. Wiało od niej grozą i naftaliną. Przeraziła mnie wtedy – i nadal mnie przeraża. A najdziwniejsze jest to, że oświadczyła, iż jest moją ciotką i zabiera mnie do siebie, do Bugajowic, małego miasteczka na Mazurach.
– Zwariowała pani – oświadczyłam po długiej chwili tępego wpatrywania się w nią. – Tak, zdecydowanie pani zwariowała.
Amelia, bo tak miała na imię, spojrzała na mnie spod tych swoich ciemnych okularów i uniosła jedną brew. Zaraz potem bardzo powoli pokręciła głową.
– Nie, kochana, nie zwariowałam – powiedziała cicho. Miała zachrypnięty głos, który tylko dodawał jej tajemniczości. – Jutro załatwię wszystko w twojej szkole, a pojutrze mamy pociąg do Olsztyna.
I na tym skończyła się dyskusja.
Szłam teraz na dworzec, skąd pociągiem miałam się dostać do Katowic. Stamtąd odjeżdżał nasz pociąg na Mazury.
To ona wszystko załatwiła. Szkołę, papiery w urzędach, bilety i wszystko to, o czym ja nie miałam nawet pojęcia, że trzeba załatwić. W sumie to, choć jej nie znałam i nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, byłam jej wdzięczna. Gdyby nie ona, nie poradziłabym sobie. Teraz pewnie rozpakowywałabym się w jakimś bidulu, zupełnie sama, pozbawiona jakiegokolwiek planu na dalsze życie.
Wiedziałam, że nie będzie mi łatwo. Przeciwnie, nowe miejsce, nowi ludzie, szkoła… To wszystko mnie przerastało. Nie miałam pojęcia, jak sobie poradzę, ale starałam się myśleć optymistycznie. Jak zawsze wypchnęłam złe myśli ze swojego umysłu i skupiłam się wyłącznie na pozytywach. Miałam nadzieję, że ta tragedia nie naznaczy mnie do końca życia i dam radę się podnieść. Poradzę sobie z pomocą ciotki.
Musiałam myśleć pozytywnie, bo inaczej bym zwariowała.
– No, nareszcie – dobiegł mnie zachrypnięty głos Amelii.
Byłam już w Katowicach i cieszyłam się, bo wyglądało na to, że połowę drogi mam za sobą.
Usłyszawszy ciotkę, odwróciłam się. Miała na sobie czarne dżinsy i czarną tunikę, a na nosie oczywiście okulary przeciwsłoneczne. Korciło mnie, żeby zapytać, dlaczego ciągle je nosi, ale w porę ugryzłam się w język. Nie byłyśmy jeszcze tak blisko, żeby o tym rozmawiać. Nie chciałam na przykład się dowiedzieć, że od dziecka jest niewidoma. Wtedy nie wiedziałbym, co powiedzieć.
Zamiast zadawać niepotrzebne pytania, przywitałam się i wsiadłam do czekającego na nas pociągu. Jechałyśmy w ciszy, każda zapatrzona w szybę po swojej stronie siedzenia. Bałam się odezwać, nie wiedziałam, co powiedzieć. Nic racjonalnego nie przychodziło mi do głowy. Było to raczej zaskakujące, gdyż z reguły nie miałam problemów z zawieraniem nowych znajomości. Jednak ta kobieta działała na mnie jakoś dziwnie. Była inna. Onieśmielała mnie. Patrzyłam na nią z boku i miałam nieodparte przeczucie, że ukrywa coś bardzo ważnego. Coś związanego bezpośrednio ze mną.
Milczałyśmy praktycznie całą drogę. Amelia niemal natychmiast zapadła w głęboki sen. Ja natomiast z braku lepszego zajęcia założyłam słuchawki i pozwoliłam, żeby moje skołatane serce uspokoiła spokojna muzyka Coldplay.
Nie wiem nawet, kiedy zasnęłam. Zawsze miałam mocny sen, a przed oczami przewijały mi się dziwne obrazy, których po przebudzeniu nigdy nie pamiętałam.
Ten sen okazał się jednak inny.
Śniłam o mężczyźnie.
Był przystojny. Wysoki, potężnie zbudowany, miał błękitne oczy i patrzył na mnie z uśmiechem. Stałam pośrodku polnej drogi, a on po drugiej jej stronie, jakby bał się podejść bliżej. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Hipnotyzował mnie. Wprowadzał w trans swoim niebieskim spojrzeniem. Miał piękne oczy, przejrzyste i łagodne. Nie znałam go, ale mimo to czułam do niego zaufanie. Chciałam do niego podejść, wtulić się w jego szerokie ramiona i pozwolić, aby ukoił moje nerwy. Dał chwilę zapomnienia od tego wszystkiego, co się wokół mnie działo.
– Chodź do mnie, Moniko – powiedział cicho, jakby do siebie, a ja mimo to doskonale go usłyszałam. Zupełnie jakby stał za mną i szeptał mi wprost do ucha. Miał spokojny i głęboki głos, który jeszcze bardziej mnie do niego zbliżał. – Tęskniłem za tobą. Czekam na ciebie już tyle lat…
Czarował mnie. Wzbudzał w moim ciele nieznane mi dotąd wibracje. Widziałam go pierwszy raz w życiu, a czułam się, jakbym znała go od zawsze. Jakby był mi przeznaczony. On jeden na całym świecie miał być mój, a ja jego. Na zawsze.
Pragnęłam go. Chciałam wreszcie poczuć się naprawdę kochana przez mężczyznę i wiedziałam, że tylko on może dać mi tę miłość.
Tylko on.
Nie wiem, jak długo tak stałam, patrząc na niego i czując, jak gorączka ogarnia moje ciało. Może minęła minuta, ale równie dobrze całe życie mogło przebiec gdzieś za moimi plecami. Nie zważałam na to. Pragnęłam jedynie być z tym stojącym przede mną mężczyzną, którego imienia nawet nie znałam. Zrobiłam pierwszy krok w jego stronę, kiedy usłyszałam głośny, męski krzyk gdzieś z powietrza.
– Nie!
Dosłownie w tym samym momencie poczułam, jak ktoś chwyta moją rękę i odciąga mnie od mojego mężczyzny.
Przebudziłam się gwałtownie. Oddychałam ciężko, nie wiedziałam, co właściwie się stało przed chwilą. Rozejrzałam się wokoło i napotkałam wlepione we mnie oczy ciotki. Nie widziałam, co wyrażał jej wzrok pod ciemnymi okularami, ale miałam wrażenie, że jest przerażona i jednocześnie zła. Zupełnie tego nie rozumiałam.
– Coś ty chciała zrobić, Moniko? – zagrzmiała. W jej głosie słyszałam zgrozę.
– Ciociu… O czym ty mówisz? – zapytałam powoli. – Śniłam. Twoja reakcja jest chyba z lekka przesadzona, nie uważasz?!
Amelia patrzyła na mnie w ciszy bardzo długą chwilę, po czym puściła moje ramię i usiadła prosto.
Zaczęłam ją obserwować i dopiero po chwili dotarło do mnie, że gdy się obudziłam, trzymała moją ręką w niemal niedźwiedzim uścisku.
Boże, czyżby…
Nie, to było przecież niemożliwe. Nie mogła wiedzieć, o czym śnię, a tym bardziej wniknąć do snu i mnie z niego wyciągnąć. To było… to było niemożliwe, do cholery.
Mimo to nie potrafiłam powstrzymać się przed zadaniem jej pytania.
– Ciociu, co się wydarzyło przed chwilą?
Nie spojrzała na mnie, nie odpowiedziała. Po prostu wstała i wyszła z przedziału.
Z niedowierzaniem, całkowicie nic nie rozumiejąc, pokręciłam głową, starając się usunąć resztki snu, i utkwiłam wzrok w oknie. Nie mogłam przestać myśleć o śnie. Pomijam ostrą pobudkę, której się nie spodziewałam. Sen. On mnie… przerażał. Był taki realny. I straszny. Sama siebie nie poznawałam. Normalnie nigdy bym się tak nie zachowała. Nie wiedziałam, co mną kierowało. A ten mężczyzna? Miałam pewność, że nigdy o nim nie zapomnę. Zapamiętam te oczy wpatrzone we mnie z niemym pragnieniem. A moje uczucia? Nadal czułam je w sobie. Buzowałam. Byłam pełna miłości i pożądania.
Boże, co się ze mną dzieje? Nie wiedziałam, o co chodzi.
Zamknęłam oczy i przywołałam obraz rodziców. Pozwoliło mi to skupić się i wymazać z pamięci dziwny sen. Miałam nadzieję, że na stałe, bo przestraszył mnie nie na żarty.ROZDZIAŁ 2
Dopiero kiedy wyszłam z pociągu, a potem skierowałam się do głównej hali dworca, zdałam sobie sprawę, że moje życie uległo kompletnej zmianie. Ludzie biegali wokół, zajęci swoimi sprawami, popychali mnie i nawet nie raczyli przeprosić. Muszę przyznać, że w małym miasteczku, z którego pochodzę, nie spotkałam się do tej pory z takim tłumem ludzi. Nie byłam przyzwyczajona do takiego tempa. Ale nie to okazało się najgorsze.
Przed dworcem czekał na nas samochód, czarny mercedes z przyciemnianymi szybami, przy którym stał wysoki, chudy i łysiejący mężczyzna. Miał na sobie granatowy, nienagannie odprasowany garnitur i lśniące buty.
Kiedy podeszłyśmy, bez słowa ukłonił się przed moją ciotką i otworzył tylne drzwi.
Nie ruszyłam się z miejsca, osłupiała.
Spojrzałam na ciotkę, posyłając jej nieme pytanie. Ta zrobiła niewinną minkę.
– Masz szofera? – wydukałam.
Ciotka tylko się uśmiechnęła. Widocznie spodziewała się po mnie takiej reakcji.
– Leonardzie, to moja bratanica, Monika – przedstawiła mnie. – Leonard jest moim lokajem i jednocześnie szoferem. Z każdą zachcianką zwracaj się do niego.
Powoli przeniosłam wzrok z ciotki na stojącego przede mną starszego mężczyznę i usiłowałam swobodnie się uśmiechnąć. Niewiele z tego wyszło.
– Cześć, Leonardzie – wykrztusiłam.
Mężczyzna skłonił się lekko.
– Witam, panienko.
Tym razem nie mogłam wytrzymać i wybuchłam głośnym śmiechem. To było niepojęte. Znikąd zjawia się siostra mojego ojca, zabiera mnie na zadupie, śnię o jakimś przystojniaku, a teraz to… Stoi przede mną facet w liberii i nazywa mnie panienką. Zupełnie jakbym przeniosła się w czasie i wylądowała w XIX wieku. To nie wydawało się normalne i nie byłam pewna, czy chcę brać udział w tym przedstawieniu.
Nadal się śmiejąc, spojrzałam na ciotkę. Pod jej twardym spojrzeniem natychmiast umilkłam i skuliłam się w sobie. Wydukałam coś, co miało być przeprosinami, i szybko wsiadłam do samochodu.
Ruszyliśmy. Dopiero kiedy samochód pruł drogą szybkiego ruchu, omijając bokiem Olsztyn, odważyłam się odezwać.
– Ciociu, a jak teraz będzie wyglądało moje życie? Co ja ze sobą zrobię?
Amelia odwróciła do mnie głowę i przez dobrą minutę przyglądała mi się znad okularów. Nie miałam pojęcia, co zobaczyła w moich oczach, ale w końcu wyciągnęła do mnie ręce i mocno mnie przytuliła.
– Nie wiem, dziecko – powiedziała cicho, patrząc gdzieś przed siebie. – Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało życie nas wszystkich.
Coś – nie wiem, co to było – nie podobało mi się w głosie ciotki. Wyłapałam nagłą melancholię i strach. Wyrwałam się z jej objęć i spojrzałam na nią z boku, błagając w duchu, żeby wreszcie zdjęła te przeklęte okulary. Wtedy mogłabym cokolwiek wyczytać z jej oczu. Jakieś emocje, uczucia. Ale ona nie zrobiła najmniejszego ruchu. Siedziała nieruchomo, uparcie wpatrując się przed siebie.
– Ciociu, co właściwie masz na myśli? – zapytałam, wiedząc, że nie otrzymam odpowiedzi.
Nie pomyliłam się.
– Niedługo będziemy – odparła tylko.
Nie próbowałam ciągnąć tej rozmowy. Wiedziałam, że o cokolwiek bym nie zapytała, nie otrzymam szczerej odpowiedzi. Bardzo mi się to nie podobało. I przerażało mnie. Nie lubiłam tajemnic, a miałam wrażenie, że odkąd tylko w moim życiu pojawiła się Amelia, byłam przez nie wręcz oblegana.
Nie zamierzałam jednak zastanawiać się i mnożyć pytań. Musiałam zapomnieć o przeszłości i żyć przyszłością. Im szybciej dostosuję się do nowej sytuacji, tym lepiej. Zero zmartwień, zero kłopotów i pytań. Całkowicie wyczyściłam umysł, skupiając się wyłącznie na widoku za oknem.
Jechaliśmy może z godzinę, kiedy Leonard nagle zjechał z głównej drogi na mniej uczęszczaną, zaniedbaną dróżkę. Otaczały nas pola uprawne, które po chwili zgrabnie przeszły w las. Na skrzyżowaniu dróg, przy niewielkim, drewnianym kościele, Leonard skręcił w prawo i teraz jechał polną drogą, okrążając wielkie jezioro.
Widok był piękny, okolica spokojna. Człowiek mógł tu z pewnością wypocząć i odetchnąć. Oderwać się od rzeczywistości. Ale czy dało się tu żyć na stałe? Nawet ja, dziewczyna z małego miasteczka, nie byłam tego taka pewna.
I wtedy to zobaczyłam.
Leonard zatrzymał samochód i moim oczom ukazał się dom… Nie, dom to złe określenie. To był dziewiętnastowieczny dwór szlachecki. Stał na wzgórzu, górując nad całą okolicą, jakby stanowił centrum miasta.
Oczarowana wyszłam z samochodu i podeszłam bliżej. Przeszłam przez furtkę i stanęłam u stóp schodów. Dwupiętrowy budynek z mnóstwem wielkich kwadratowych okien i balkonem tuż nad wejściem był utrzymany w doskonałym stanie i zapierał dech w piersiach. Do środka prowadziły trzy szerokie kamienne schody, które otaczały potężne kolumny.
A więc teraz będę mieszkać w pałacu, pomyślałam.
– Jak ci się podoba twój nowy dom? – Znikąd obok mnie pojawiła się Amelia i spojrzała na mnie z uśmiechem.
Zaśmiałam się.
– Jest jak z bajki – szepnęłam, nie odrywając od niego wzroku.
Amelia w odpowiedzi tylko roześmiała się głośno, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do środka.
Pół godziny później stałam na balkonie swojego pokoju i uśmiechałam się sama do siebie.
Może jednak życie w małym mazurskim miasteczku nie będzie takie złe?
*
Kolejny tydzień minął mi, a raczej Amelii, na załatwianiu formalności związanych ze szkołą. Był marzec i miałam zacząć zajęcia od najbliższego poniedziałku, to znaczy od jutra.
Polubiłam Leonarda. Był naprawdę miłym facetem, choć czasem może zbyt uczynnym. Nie mogłam się jednak przemóc i mówić do niego po imieniu. Zwracałam się do niego „panie Leonardzie”. Tak zostałam wychowana, wiecie, szanowałam starszych.
– Dokąd panienka się wybiera?
Zatrzymałam się w pół ruchu. Leonard stał u szczytu schodów i patrzył na mnie uważnie.
– Na krótki spacer. Wrócę przed zmierzchem.
Przez ten tydzień zwiedziłam miasteczko. Wreszcie zapamiętałam nazwę – Bugajowice. Od razu je polubiłam. Było niewielkie i ładne. Wszyscy wszystkich znali i w tej chwili to był jego jedyny minus. Stałam się sensacją. Każdy, kogo mijałam, patrzył na mnie z ciekawością i bez najmniejszego skrępowania. Był to dla mnie szczyt bezczelności, ale postanowiłam ich ignorować. To był ich problem, że nie potrafili panować nad swoją ciekawością.
Dziś wybierałam się w ostatnie nieznane mi jeszcze miejsce.
Ruiny opactwa na wrzosowiskach.
Prowadziła do nich droga prosto z naszego ogrodu. Przedzierałam się przez wysokie trawy, robiąc zdjęcia wszystkiemu, czemu tylko się dało. Od dziecka pasjonowałam się fotografią i właśnie z nią wiązałam swoją przyszłość. Ojciec zawsze powtarzał, że mam ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć, a ja wzięłam sobie jego radę do serca.
Dojście do celu zajęło mi przeszło pół godziny. Kiedy stanęłam przed ruinami, wpadłam w zachwyt. Przeszłam przez wielką bramę i trafiłam na okrągły dziedziniec otoczony z czterech stron kolumnami porośniętymi pnączami, które dopiero budziły się do życia. Pośrodku dziedzińca rosło potężne drzewo, wierzba płacząca. Na wieżę, która jako jedyna pozostała w nienaruszonym stanie, prowadziły wąskie kamienne schody, również porośnięte przez pnącza.
Kiedy tylko opanowałam pierwszy zachwyt, zabrałam się za pstrykanie zdjęć. Obfotografowałam właściwie wszystko, po czym skierowałam swoje kroki w stronę schodów.
Coś w mojej podświadomości mówiło mi, że nie powinnam się na nie pakować, że to zbyt niebezpieczne, ale moja wrodzona ciekawość zwyciężyła.
Przewiesiłam aparat przez ramię i ostrożnie, trzymając się ściany, postawiłam stopę na pierwszym stopniu. Początkowo myślałam, że będzie trudniej, bo schody wyglądały na wyjątkowo zniszczone, ale okazało się, że moje obawy były przesadzone.
Do czasu. Im wyżej wchodziłam, tym stopnie były bardziej zniszczone i, co gorsza, zakręcały.
Zaczynając tę wspinaczkę, obiecałam sobie, że wejdę na samą górę i rozejrzę się po wieży, ale teraz, wyjątkowo, zwyciężył strach. Dotarło do mnie, że nawet jeśli wejdę na górę, mogę nie dać rady zejść. Wolałam raczej wspiąć się na szeroki kamienny parapet, który lata temu zdobił okno.
Musi być z niego piękny widok, myślałam, podnosząc nogę i kładąc ją na podwyższeniu. Mocno złapałam się ściany i podciągnęłam. Na moment straciłam równowagę. Kiedy tylko poczułam, że pewnie stoję na nogach, zrobiłam krok do przodu, jednocześnie sięgając po aparat. Dopatrzyłam się pięknego zachodu słońca i wychyliłam jeszcze bardziej, żeby odpowiednio uchwycić widok w kadrze.
I to był mój błąd. Znów się zachwiałam. Tym razem na dobre. Wszystko potoczyło się tak szybko…
Nawet nie wiem, kiedy zawisłam całym ciałem za oknem. Mój aparat szlag trafił, gdy spadł i roztrzaskał się o ziemię. Wisiałam tak, ledwo trzymając się rękami kamiennej, chropowatej płyty, i czułam, jak palce, jeden po drugim, ześlizgują się, mocno się przy tym raniąc. Nie minęło pięć sekund, a jedna z moich rąk zwisała już bezwładnie razem z resztą mojego ciała.
Cholera, cholera i jeszcze raz cholera!
Moja mama zawsze mówiła, że nie reaguję na pewne rzeczy tak, jak powinnam. I teraz właśnie musiałam się z nią zgodzić.
Nie czułam strachu. Byłam wściekła. Na siebie, na swoją głupotę, nawet na Leonarda, że pozwolił mi tu przyjść (mimo iż nie wiedział, dokąd idę).
Czułam, jak druga ręka opada z sił. Nie byłam w stanie utrzymać całego ciała na tych kilku mięśniach i kościach.
Miałam poważny problem. Wiedziałam, że sama się nie uratuję, a i nie spodziewałam się nagłego ratunku ze strony jakiegoś superbohatera. I tak, w zaistniałej beznadziejnej sytuacji, zamiast szukać rozwiązania, zaczęłam godzić się z tym, co miało nadejść.
Świetnie, umrę! Zginę w wieku siedemnastu lat, nie zaznawszy jeszcze życia, nie poznawszy smaku miłości i prawdziwej przyjaźni. Nie zdążę nacieszyć się Mazurami. Odejdę do wieczności i będę obserwować wszystko z niebieskiej chmurki.
Sama nie wiem, po co spojrzałam w dół. Zakręciło mi się od tego w głowie, a obiad podszedł do gardła. Pode mną piętrzyła się nie trawa, nie mech, a kamienie. Stos kamieni i gruzu.
Zajebiście, roztrzaskam się o kupę kamieni i zostanie ze mnie mokra plama.
Ale fajnie, myślałam. Spektakularna śmierć. Będą o mnie pisać w gazetach…
Boże, dziewczyno, opanuj się, nakazałam sobie. Łapał się mnie wisielczy humor, a to nie był dobry znak.
Na powrót skupiłam się na mojej ręce. Patrzyłam, jak puszcza kolejny palec, i przed oczami stanęły mi twarze rodziców. Pamiętałam ich uśmiechniętych, zakochanych w sobie i we mnie. Jedyne, o czym potrafiłam teraz myśleć, to o tym, jak bardzo za nimi tęskniłam. I że najwyraźniej spotkam ich szybciej, niż myślałam.
I wtedy puściłam…
Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że śmierć nadejdzie szybko i bezboleśnie. Tak bardzo skupiłam się na tym pragnieniu, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że wcale nie spadam. Wisiałam w powietrzu, czując atakujący mnie wiatr, ale nie spadałam.
Co, do cholery, stało się tym razem?
Otworzyłam oczy i spojrzałam w górę.
I wtedy zobaczyłam najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego widziałam w życiu. Zaniemówiłam i znieruchomiałam.
Miał czarne jak noc oczy, które teraz patrzyły na mnie z mieszaniną przeróżnych emocji, i duży, nieco skrzywiony nos. Gęste, przydługie, kasztanowe włosy rozwiewał mu wiatr. Na mocno zarysowanej szczęce dojrzałam dzienny zarost.
Nigdy nie widziałam tak idealnej twarzy. Byłam gotowa zakochać się w nim od zaraz i łazić jak wierny pies, dopóki i on nie poczuje tego samego ze swojej strony.
Dopiero kiedy się odezwał, dotarła do mnie absurdalność tej sytuacji. Wiszę nad przepaścią, za chwilę mogę spaść i zginąć, a myślę tylko o tym, jak doskonały jest mój wybawca.
– Mogłabyś mi pomóc? – zapytał głębokim i opanowanym głosem. – Długo cię tak nie utrzymam…
I wtedy jakbym otrząsnęła się z transu. Zamrugałam gwałtownie oczami, odpędzając od siebie obraz mnie w jego ramionach.
– E… tak… Co mogę dla ciebie zrobić? – wydukałam, jeszcze mocno skołowana.
– Złap mnie za drugą rękę i spróbuj się podciągnąć.
Podał mi drugie ramię, które bez wahania złapałam. Zebrałam w sobie wszystkie siły i chwilę później poczułam grunt pod nogami. Niezbyt zgrabnie wturlałam się do środka i próbowałam stanąć. Oczywiście musiałam się potknąć. Wylądowałam prosto w ramionach nieznajomego mężczyzny.
A te miał mocne i szerokie. Przez koszulkę, w którą był ubrany, wyczułam twarde mięśnie klatki piersiowej i brzucha. Pod ich dotykiem ciarki podniecenia przeszły mi po plecach.
Boże, Monia, uspokój się!
Złapał mnie mocno w pasie i zdjął z tego nieszczęsnego parapetu. Postawił mnie i przytrzymał, dopóki nie poczułam, że stoję pewnie na prostych nogach. Zaraz potem odsunął mnie od siebie na wyciągnięcie ramion i zlustrował wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.
Powrócił do mojej twarzy i na jego szerokich, pełnych ustach pojawił się uśmiech.
– Chyba nic ci nie jest – powiedział.
– Nie, chyba nic – przyznałam nieco drżącym głosem. Dopiero teraz docierała do mnie groza sytuacji. Emocje zaczęły ze mnie wypływać. – Jestem cała.
Chłopak spojrzał na mnie ostatni raz, tym razem z całkowitą powagą, po czym wyminął mnie i zaczął schodzić w dół.
Zatrzymał się dwa stopnie niżej i spojrzał na mnie przez ramię.
– Nie powinno cię tu być – mruknął twardym głosem. – Uważaj na siebie.
Zaraz potem dosłownie spłynął po schodach i zniknął za szerokim konarem drzewa.
Ja, znów w całkowitym osłupieniu, stałam długą chwilę, zanim dotarły do mnie jego słowa.
Co on tak naprawdę chciał mi przekazać? Kierowana nagłym impulsem, zbiegłam za nim, potykając się przy tym ze dwa razy, i wybiegłam na wrzosowiska. Chciałam z nim porozmawiać, a przynajmniej podziękować mu za uratowanie życia, ale jego już nie było.
Rzuciłam się do przodu, rozglądając się na boki. Nawet okrążyłam ruiny, myśląc, że może poszedł w drugą stronę. Po nim jednak nie było śladu. Kręcąc głową w całkowitym zdumieniu, ruszyłam w drogę powrotną. W głowie kotłowały mi się pytania.
Skąd on się tam wziął? I dlaczego tak szybko zniknął?
Weszłam do domu i już w holu napadła na mnie ciotka.
– Coś ty tam robiła? – krzyknęła, a ja stanęłam jak wryta. – Po coś tam polazła?
No, dobra, to przestaje być śmieszne.
– Skąd wiesz, gdzie…
– Nieważne, skąd wiem – przerwała mi. – Ważne, że nie możesz tam chodzić, rozumiesz?
– Ale…
– Twoja noga nigdy więcej nie postanie w ruinach opactwa – powiedziała, dokładnie akcentując każde słowo.
Była wściekła.
Musiałam jakoś ją uspokoić. Ani słowem nie zamierzałam wspominać o mojej… przygodzie.
– Ciociu, to przecież nic takiego. – Lekceważąco wzruszyłam ramionami. – W domu nie raz chodziłam…
– Tam nie jest bezpiecznie – warknęła i zniknęła w kuchni, tym samym kończąc dyskusję.
BESTSELLERY
- EBOOK
20,90 zł 31,90
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- EBOOK
20,90 zł 31,90
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- EBOOK37,90 zł
- Wydawnictwo: Prószyński MediaFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: RomansNajnowsza powieść Stephena Kinga Dallas '63, która trafi do polskich czytelników w dniu światowej premiery 8 listopada 2011, odwołuje się do klasycznego motywu literatury fantastycznej, czyli podróży w czasie. Korzystając z ...EBOOK
29,90 zł 39,00
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- Wydawnictwo: Sonia DragaFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: RomansIch gorący i zmysłowy romans zakończył się złamanym sercem i wzajemnymi pretensjami, ale Christian Gray nie może uwolnić się od Anastazji Steele, która uparcie tkwi w jego umyśle, krwi. Zdeterminowany by ją odzyskać, próbuje ...33,50 złEBOOK33,50 zł