-
nowość
Tajemnica starego dziennika. Sprawa zaginionego medalionu - ebook
Tajemnica starego dziennika. Sprawa zaginionego medalionu - ebook
„Jeśli to czytasz — proszę, nie pozwól, żeby moja tajemnica zniknęła.” Jedno zdanie w starym dzienniku wystarcza, by Hania i Marek zaczęli zadawać pytania, których przez ponad pięćdziesiąt lat nikt nie chciał zadawać. Tajemnice, zatarte ślady i historia, która miała zostać zapomniana — aż trafiła w ręce dwojga dzieci, które nie zamierzają odpuścić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 10 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JASZCZURKA
— ◇ —
Za drzwiami nauczyciel przyrody oburzał się tak, jakby ugryzła go nie mała jaszczurka, tylko prawdziwy dinozaur.
— Sięgnąłem do pudełka stojącego za modelem tyranozaura — mówił — żeby pokazać klasie żywego krewniaka stworzeń z czasów prehistorycznych, a tam… TO!
— Panie profesorze, to przecież zwykła jaszczurka — powiedziała łagodnie bibliotekarka, pani Barbara.
— Przygotowałem się do lekcji o prehistorii, a nie do spotkania z jej żywym krewniakiem! — nie ustępował nauczyciel.
Hania szepnęła do Marka:
— No, przynajmniej teraz zna prehistorię nie tylko ze zdjęć w podręczniku.
Marek zasłonił usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Hania i Marek siedzieli na ławce pod gabinetem dyrektora jak dwoje oskarżonych — bez adwokata i bez większych nadziei na ułaskawienie. To oni przed lekcją włożyli jaszczurkę do pudełka.
Nauczyciel mówił dalej, już niemal tragicznym tonem:
— I ona mnie ugryzła!
— Panie profesorze — powiedziała ostrożnie pani Barbara — to nie było ugryzienie. Raczej… lekkie uszczypnięcie. Naprawdę malutkie.
— Uszczypnięcie?! — oburzył się nauczyciel, jakby zarzucono mu brak wiedzy z własnego przedmiotu. — Mogła mnie zarazić wścieklizną!
— Jaszczurki nie chorują na wściekliznę, a dinozaury wyginęły z zupełnie innych powodów. Powinien pan to wiedzieć — odparła pani Barbara. Zawsze miała sporo wyrozumiałości dla nieszkodliwych dziecięcych psot i najwyraźniej było jej żal Hani oraz Marka.
Za drzwiami zapadła krótka, napięta cisza — taka, jaka zwykle poprzedza ogłoszenie wyroku.
— Dobrze — powiedział w końcu dyrektor. — Rodziców nie będziemy wzywać.
Nauczyciel przyrody otworzył usta, żeby zaprotestować, lecz pani Barbara uniosła dłoń. Zrobiła to łagodnie, ale w taki sposób, że nawet dyrektor zamilkł.
— Pomogą mi w bibliotece — oznajmiła. — W piątek mamy Dzień Historii Szkoły, a połowa wystawy o przeszłości miasta nadal leży w pudłach. Przyda mi się dodatkowa para rąk. A nawet dwie. Choćby należały do małych psotników.
Nauczyciel prychnął, ale nic już nie powiedział. Dyrektor skinął głową.
Wyrok zapadł.ROZDZIAŁ DRUGI
BIBLIOTEKA
— ◇ —
Drzwi gabinetu dyrektora otworzyły się, a Hania z Markiem podnieśli się z ławki jak dwoje skazańców wysyłanych na zesłanie na koniec świata.
Biblioteka przywitała ich zapachem starego papieru i książkowego kurzu.
Tego dnia panował w niej jeszcze większy bałagan niż zwykle. Dwa stoły były zastawione kartonami, stare fotografie opierały się o regały, a przez środek podłogi ciągnęła się rolka czerwonego papieru. Nad wszystkim wisiał napis:
„DZIEŃ HISTORII SZKOŁY — PIĄTEK”.
Pod tablicą stała niedokończona plansza zatytułowana:
„Tajemnica medalionu założyciela miasta”.
Marek zatrzymał się jak wryty.
— W bibliotece jest tajemnica, a naszą karą ma być układanie książek?
— Życie jest niesprawiedliwe — stwierdziła Hania.
Pani Barbara uśmiechnęła się z lekkim cieniem psoty, jakby sama w dzieciństwie wkładała jaszczurki do nauczycielskich pudełek.
— No dobrze, moi prehistoryczni odkrywcy. Gotowi na bohaterskie czyny?
Hania i Marek wymienili spojrzenia. Bohaterskich czynów nie planowali. Ale wyboru nie mieli.
Pani Barbara wskazała na wystawę.
— W tym roku szkoła znów opowiada historię medalionu założyciela miasta. Zniknął z miejskiej kolekcji wiele lat temu, a w 1974 roku odnalazł go ówczesny dyrektor naszej szkoły, Stanisław Kowalczyk. W piątek ma być gościem honorowym.