-
nowość
Tajemnice istnienia - ebook
Tajemnice istnienia - ebook
Eklektyczny zbiór opowieści.
Dyzio, bohater minipowieści Tajemnica Istnienia, podróżuje przez życie wbrew swojej woli. Miotany wichrami przypadku, zderza się z absurdami świata i poszukuje odpowiedzi na pytanie o własne pochodzenie.
Matka – kobieta obsesyjnie śledzi kochanka swego zmarłego syna. Do śmierci doprowadziło go zażycie śmiertelnej dawki jej środków nasennych, a jednak jej okoliczności są niejasne.
Magik – nowy uczeń szkoły podstawowej stara się zyskać akceptację rówieśników za pomocą magicznych sztuczek. Gdy spotyka się z brutalną przemocą otoczenia, ucieka się do niezwykłej formy zemsty.
Nieciekawa historia – w obliczu obojętności wszechświata niespełniony artysta podejmuje desperackie próby nawiązania relacji z drugą osobą – poprzez zabójstwo, a właściwie samobójstwo, z jej ręki.
Osobne miejsce zajmują w zbiorze trzy antybaśnie. Każda z nich przenicowuje i reinterpretuje znane z tradycyjnych baśni motywy, w których dobro ostatecznie triumfuje nad złem, szlachetni zostają wynagrodzeni, a niegodziwi ukarani.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-650-8 |
| Rozmiar pliku: | 878 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JAK DYZIO POJAWIŁ SIĘ NA ŚWIECIE, KTÓRY NAWIEDZAJĄ ANIOŁY
Narodziny Dyzia okrywa tajemnica. Niemowlę wpłynęło na karty tej powieści rzeką, której brzegiem przechadzał się przeor Anzelm. Kwilenie wyrwało go z filozoficznej zadumy. Leniwy wczesnoletni prąd niósł łódkę w stronę mostu. Ojciec Anzelm wbiegł do wody po pas, zanim przypomniał sobie, że nie umie pływać. Nie wychodząc z rzeki, zadzwonił po ogrodnika. Ten zasadził się na łódkę z długim drągiem zakończonym metalowym hakiem. Zaczepił go o dziób łodzi i ściągnął ją do brzegu, na którym stał ociekający wodą przeor. Zapakowany w pampersy mały pasażer piszczał wniebogłosy. Jego nos nie zwiastował jeszcze rzymskiego profilu, ale nad lewym obojczykiem było już znamię w kształcie sowy z przetrąconym skrzydłem. W pieluchach tkwił strzęp kartki, na którym ktoś nerwowo skreślił słowo:
_Dizzy_***
Chłopczyk miał szczęście: żona ogrodnika zatrudnionego przy klasztorze w Zimnych Wodach była akurat matką karmiącą. Niemowlak, wetknąwszy kciuk w usta, zasnął słodko po pierwszym w życiu obiedzie. Ojciec Anzelm zamierzał niezwłocznie oddać go do domu dziecka, ale widok śpiącego maleństwa obudził w jego siwej duszy jakiś pradawny ojcowski instynkt.
Poczekam jeden dzień, powiedział do siebie. Może matkę ruszy sumienie i przyjdzie po niego.
Nazajutrz pomyślał, że może trzeba dać matczynemu sumieniu trochę więcej czasu.
Następnego dnia pomyślał to samo.
Mijały lata. Niemowlę wyrosło na pięknego, rosłego młodzieńca o haczykowatym nosie i łagodnych błękitnych oczach, które spoglądały na świat z rodzajem wiecznego zdumienia. Na chrzcie przeor Anzelm dał mu imię Dionizos, ponieważ bracia zakonni, odkąd się między nimi zjawił, wołali na niego Dyzio.
Ojciec Anzelm zadbał o to, aby jego podopieczny otrzymał jak najlepsze wykształcenie. Nauczycielem i spowiednikiem Dyzia został słynny w całej Sarmacji dominikanin, doktor Głośpan. Wyuczył on pilnie młodzieńca homiletyki, mariologii, trynitologii, pneumatologii² oraz wielu innych niezbędnych w codziennym życiu przedmiotów.
– Zło nie istnieje – mówił swemu uczniowi, wzniósłszy palec w górę – bo wszystko jest tworem Boga, a Bóg jest dobry. Dowodem jego dobroci jest to, że dał nam wolną wolę. Czyniąc z niej dobry użytek, powiększamy dobro, a czyniąc zły, zło.
Dyzio wierzył mistrzowi niezachwianie. Jego żywot był jak polna ścieżka, na której końcu majaczyła poświata świętości. Rano modlił się i uczestniczył we mszy świętej, w południe pobierał nauki u mistrza, a wieczorem modlił się, uczestniczył we mszy świętej i pracował w ogrodzie. W nocy spał snem czystym i niewinnym.
Mając osiemnaście lat, dowiedział się, że poleci do Rzymu na studia teologiczne. W przeddzień złożenia ślubów czystości i posłuszeństwa wybrał się nad tę samą rzekę, którą bezwiednie wpłynął kiedyś na karty niniejszej powieści. Spacerując z otwartą Biblią, rozważał w myśli tajemnicę Niepokalanego Poczęcia – gdy raptem ujrzał kąpiącego się anioła. Istota miała sięgające talii złote włosy, szczupłe ramiona i nogi, postać symetryczną i miłą dla oka. Na jego widok krzyknęła i zanurkowała. Dyzio, pewien, że anioł się topi, zrzuca z siebie habit i skacze na ratunek. Przerażona jego szarżą istota zanurza się jeszcze głębiej, aż w końcu wyciąga nieprzytomnego młodzieńca za włosy, by na brzegu przywrócić mu oddech metodą usta-usta.
Kiedy Dyzio odzyskał przytomność, wydawało mu się, że jest w niebie. Istota okryła się skromnie ręcznikiem i spuściła wzrok. Miała na imię Kasia. Była siostrzenicą żony ogrodnika, któremu Dyzio pomagał latem kosić trawę, wyrywać chwasty i zbierać jabłka. Zaproponowała, że nauczy go pływać. Wdzięczny za uratowanie życia nie śmiał odmówić. Wyznaczyli sobie ponowne spotkanie nad rzeką – nazajutrz po ślubach czystości i posłuszeństwa. Zanim się rozstali, Kasia cmoknęła go w policzek.
Tej nocy z Dyziem działo się coś dziwnego. Odbijał się od ścian swojej celi, strącał żywoty świętych z regału i potykał się o klęcznik. Ledwie zamykał oczy, objawiał mu się złotowłosy anioł. Ilekroć brał do ręki święte Pismo, kartki same otwierały się na wersetach Pieśni nad pieśniami: „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy”³.
Poranna msza święta odbyła się przy biciu w dzwony, ponieważ przeor Anzelm zmarł nocą na atak serca. Zakonnicy zebrali się na modłach. Dyzio próbował się przyłączyć, ale słowa modlitwy więzły mu w gardle. W końcu ktoś ulitował się nad nim i zaprowadził go do subprzeora.
Zastępca przeora Anzelma, suchy siwy starzec, przyjął go z brewiarzem w dłoni i krucyfiksem na piersi. Dyzio padł przed nim na kolana i błagał, by na czas żałoby odroczono mu śluby. Subprzeor przypomniał o zbliżających się studiach. Dyzio poprosił o dzień do namysłu. Subprzeor odmówił. Młodzieniec rzucił się do jego stóp, płacząc i błagając o dzień zwłoki, ale starzec pozostał nieugięty. Dyzio zerwał się z kolan i wybiegł z celi. Popędził nad rzekę, potem do kaplicy i ogrodu. Każdego, kogo napotkał po drodze, pytał o Kasię.
Bracia zakonni nie przypominali jej sobie. Ogrodnik i jego żona jakby się pod ziemię zapadli. Mieszkańcy Zimnych Wód kręcili przecząco głowami.
Późnym wieczorem, po powrocie do klasztoru, Dyzio dowiedział się, że nie jest już zakonnikiem. Na szczęście był nim wciąż doktor Głośpan. Mistrz udał się do subprzeora z butelką wiśniowej nalewki, którą otrzymał dawno temu od ogrodnika. Nocne braci rozmowy doprowadziły do rozpoznania zamysłu bożego, który laicy określiliby mianem kompromisu. Dyzio miał polecieć do Rzymu w charakterze zwykłego postulanta⁴. Ustalono także, iż w podróży do Włoch będzie mu towarzyszył doktor Głośpan.
Tym sposobem wypełniła się ostatnia wola świętej pamięci przeora Anzelma.2.
JAK DYZIO POSMAKOWAŁ GRZECHU I WYLĄDOWAŁ NIE TAM, GDZIE TRZEBA
Przed wylotem do Rzymu na studia teologiczne Dyzio i jego mistrz zatrzymali się w stolicy Sarmacji. Dormitorium archidiecezji karaukaskiej leżało na obrzeżach miasta. Krzepki kleryk, który przez godzinę leżał obok Dyzia krzyżem, zaprosił go po wieczornych modłach do swego pokoju, żeby mu pokazać barwne litografie. Dyzio zgodził się, mniemając, że chodzi o wspólne przeżywanie pasji. Już-już miał pukać do drzwi celi kleryka, gdy ktoś złapał go za rękę. Mistrz Głośpan powiódł go bez słowa do swej kwatery, wręczył mu Biblię i zamknął na cztery spusty.
– Przebierz się – rzekł do niego następnego ranka. – Po mszy oprowadzę cię po Karaukasie.
Była to pierwsza wyprawa Dyzia poza Zimne Wody. Snuł się za mistrzem półprzytomny, jakby nie całkiem obecny. Zdawało mu się, że na każdym rogu widzi pannę Kasię. Witryna sklepu szkliła się jej oczami. Światła uliczne czerwieniały jej ustami. Obłoki ciągnęły za sobą po niebie złote włosy.
Wstąpili do kina, musieli jednak wyjść w połowie filmu, bo Dyzio rozpłakał się, kiedy filmowego bohatera – bogu ducha winnego urzędnika – żona zdradziła z jego przełożonym. W pubie wypili po kuflu zimnego piwa, które bardzo mu smakowało. Dyzio kreślił palcem w pianie imię ukochanej, ale nie udało mu się napisać nic ponad „Kas”. Spacerowali po stołecznych ogrodach, które, owszem, podobały mu się, ale nie tak bardzo jak ogród w Zimnych Wodach. Zmierzchało już, gdy mistrz Głośpan zadzwonił po taksówkę.
– Ostatni punkt programu polega na nawracaniu grzesznic – oznajmił. – Do tej pory kładłem ci do głowy teorię. Czas na zajęcia praktyczne, drogi Dyziu. Jedziemy do Salonu Madame Tussaud.
Zatrzymali się przed kolorową dwupiętrową willą na przedmieściach Karaukasu. Kratka w drzwiach odsunęła się na moment. Wpuszczono ich do wypełnionego papierosowym dymem i muzyką salonu, w którym tuliło się do siebie kilka par płci obojga. Mgła skupiła się w jednym miejscu na tyle, by zmaterializować się w upudrowaną pięćdziesięciolatkę w czerwonej kiecce.
– _Docteur Soixanteneuf!_ – zawołała radośnie. – _Bienvenue, cher père!_⁵ Dawno ojciec nie gościł w naszych skromnych progach.
Przywitała się czule z mistrzem Głośpanem, całując go dwa razy w lewy i raz w prawy policzek. Dominikanin wziął ją na stronę i przez chwilę szeptał jej coś konspiracyjnie do ucha. Maska z pudru uformowała się w uśmiech, dłonie zetknęły się w oklasku.
– Co to? – spytała Dyzia pulchna, krótko ostrzyżona szatynka, gdy chwilę później znaleźli się w osobnym pokoju.
– Proszę?
– O, tutaj. – Ukłuła go fioletowym paznokciem w obojczyk.
– To moje znamię. Ma kształt sowy z przetrąconym skrzydłem – odparł nieśmiało.
– Ja mam tatuaż w kształcie piejącego koguta. Podoba ci się?
Piejący kogut znajdował się w miejscu, którego Dyzio dotychczas nie oglądał. Na jego widok najpierw się zarumienił, a potem zbladł jak chusta. Być może rumieniłby się tak i bladł aż do północy, gdyby szatynka nie wzięła sprawy w swoje pulchne ręce. Jako osoba o bogatym doświadczeniu zawodowym, zorientowała się natychmiast, że młodzieniec nie ma pojęcia jak, co, gdzie ani dlaczego.
Tej nocy Dyzio odebrał cenne lekcje etykiety, socjologii i anatomii porównawczej, których świętej pamięci przeor Anzelm nie mógł mu udzielić.
Błąkał się później po willi, wołając drogiego nauczyciela, dopóki Madame Tussaud nie uświadomiła go, że mistrz ewangelizuje w innym lokalu. Widząc jego zmartwioną minę, dodała na pocieszenie, że drogi _père_ wraca zwykle przed świtem. Wysoka blondynka skąpana w różowym świetle żarówki zaproponowała mu kieliszek szampana. Przyjął go, nie śmiejąc odmówić.
Dyzio odzyskał przytomność na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad ziemią. Obok niego siedział ze skupioną twarzą mistrz Głośpan i studiował akt prawa kanonicznego. Dyzio drgnął i skrzywił się z bólu: miał wrażenie, jakby ktoś gmerał mu w mózgu sekatorem, którym ogrodnik z Zimnych Wód obcinał na wiosnę suche i chore badyle.
Gdy pokonali jedną szesnastą drogi między Karaukasem a Rzymem, dwaj niepozorni śniadzi mężczyźni z czarnymi bródkami, zajmujący fotele przed Dyziem i Głośpanem, zdjęli buty i zabrali się do odkręcania obcasów. Ze stelażu podręcznego plecaka wysunęli dwie rurki i zręcznie wkręcili je do kolb. Jeden z nich pomaszerował na bosaka do kabiny pilotów, a drugi podniósł pistolet i poinformował pasażerów łamaną angielszczyzną, że lecą do Syrii. W samolocie podniosła się wrzawa: ludzie wołali jeden przez drugiego, wstawali z miejsc, telefonowali do rodzin, rozglądali się zdezorientowani. Aby zaprowadzić porządek, brodacz strzelił z kolby w głowę stewardesy. Pasażerowie się uspokoili. Zapadła cisza.
Raptem Boeing przechyla się na lewe skrzydło i zaczyna gwałtownie wytracać wysokość. Maski tlenowe wypadają z sufitu. Słychać przerażone wrzaski. Rodzice tulą dzieci, a dzieci tulą zabawki. Mistrz Głośpan zamienia kodeks na modlitewnik i wznosi oczy w tę stronę, gdzie – jak przypuszcza – znajduje się niebo. Dyzio zamyka oczy i widzi anioła stojącego na brzegu rzeki. Żegnaj, Kasiu! – szepcze do siebie w duchu. Samolot przyziemia z impetem. Kadłub łamie się na pół, ale maszyna w końcu nieruchomieje. Mężczyźni w czarnych kominiarkach, przekrzykując się nawzajem, wywlekają Dyzia, Głośpana i obu zamachowców z płonącego wraku i ciskają ich jak worki ziemniaków na platformę białego pick-upa. W tym samym momencie wybuchają zbiorniki z paliwem: cudem ocalali pasażerowie giną w płomieniach. Biały pick-up odjeżdża.3.
JAK DYZIO OMAL NIE STRACIŁ GŁOWY
Mało jest na tym świecie rzeczy równie szlachetnych i krzepiących ducha jak grupa młodych mężczyzn zjednoczonych w walce przeciwko wspólnemu wrogowi. Wrogiem tym bywa każdy, kto przypadkiem wyznaje inną religię, jest innej narodowości albo kibicuje niewłaściwej drużynie piłki nożnej. Nie ma takich przeszkód, których nie pokona młody mężczyzna dla swego plemienia – zwłaszcza gdy z tamtej strony wabi go syreni śpiew siedemdziesięciu dwóch dziewic. Gotowość do poniesienia męczeńskiej śmierci występuje u niego tak samo naturalnie jak nadciśnienie czy zwyrodnienie stawów w wieku starczym.
Obóz żołnierzy Allaha składał się z kilkunastu niskich podmurowanych budynków położonych z dala od ludzkich siedzib. Dowódca nazywał się Abu Obida. Przywitał terrorystów z honorami należnymi bohaterom. Dyzia i mistrza Głośpana kazał umieścić w celi razem z krzesłem i dwoma brudnymi materacami. Nie licząc szoku i kilku sińców, cała czwórka wyszła z katastrofy bez szwanku.
Okazało się, że wśród dżihadystów jest młody Sarmata, który przechrzcił się z Olka na Omara⁶ i z narażeniem życia przedostał do Syrii, ażeby zabijać niewiernych. Bardzo się ucieszył z wizyty Dyzia i Głośpana. Zapałał szczerą chęcią nawrócenia ich na religię pokoju, zanim jego brodaci towarzysze obetną im głowę przed okiem kamery. Zachodził codziennie do celi i prawił o rychłym końcu świata, o wyższości szariatu nad prawem stanowionym i o tym, dlaczego innowiercy są gorszym gatunkiem ludzi. Mistrz Głośpan i Dyzio milczeli, leżąc skuci w kajdany na materacach.
– Myślałem, że wszyscy ludzie są sobie równi – nie wytrzymał któregoś dnia Dyzio.
– Nie w oczach Allaha – zaoponował Omar. – Skoro ja, muzułmanin, mam prawo ożenić się z chrześcijanką, a ty, chrześcijanin, nie masz prawa ożenić się z muzułmanką, to znaczy, że równość nie istnieje. Jeśli nie chcesz przyjąć zwierzchnictwa Allaha, sam pozbawiasz się należnych ci praw i szacunku.
Dyzio zapytał Omara, co myśli o Sarmatach. Tamten wzruszył ramionami i potrząsnął wzgardliwie brodą.
– Sarmaci są tak samo bezbożni i zepsuci jak inni niewierni, tyle że przykrywają grzechy płaszczem obłudy, który kler co niedziela kroi im z ambony. Ich życie kręci się wokół mamony, żarcia i kopulacji. Szczera wiara, przyjacielu, nie uznaje półśrodków. Dlatego walczę i będę walczył, dopóki świat nie uzna, że nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem!
Następnego ranka dwóch czarno ubranych strażników zdjęło z nóg doktora Głośpana kajdany i wyprowadziło go na zewnątrz, ignorując jego krzyki i wierzgania. Do celi już nie wrócił. W trakcie popołudniowej pogadanki Omar zapewnił Dyzia, że Głośpan miał lekką śmierć, i zaproponował mu, aby przyjął islam, póki jest jeszcze na to czas.
– Czy uratuje mnie to od utraty głowy? – Dyzio poczuł nadzieję wzbierającą w ściśniętym bólem sercu.
– Nie – odrzekł brodaty rodak. – Ale uczyni z ciebie pełnowartościowego człowieka.
Dyzio powiedział, że się zastanowi. W dowód dobrej woli Omar zdjął mu na noc z rąk i nóg ciężkie żelazne kajdany.
Atak lotniczy na obóz Abu Obidy zaczął się punktualnie o północy miejscowego czasu. Odłamek bomby wyrwał w ścianie celi poszarpaną dziurę. Dyzio bez namysłu wyskakuje na zewnątrz; wokół świszczą kule, rzężą ranni, płoną zabudowania. Sarmacki muzułmanin leży na wznak na ziemi, z brodą podziurawioną jak rzeszoto. Dyzio przesadza go jednym susem i rzuca się do ucieczki – byle dalej od tego piekła! Pędzi, pędzi przed siebie, póki starczy mu tchu w piersi.
Rozciągniętą na pustynnym pagórku sylwetkę zauważył pastuch prowadzący bydło do wodopoju. Przywiózł nieprzytomnego młodzieńca do glinianej chaty, a gdy ten odzyskał przytomność, napoił go i nakarmił jak Allah przykazał. Przez całą noc pastuch i jego żona naradzali się, co z nim zrobić.
Bladym świtem ubrali Dyzia w twarzową czarną burkę i wsadzili go na wielbłąda. Pastuch ruszył przez pustynię, trzymając wodze. Dyzio dygotał na dromaderze. Para narzeczonych minęła punkt kontrolny dżihadystów i dotarła na przedmieścia Aleppo. Nikomu nie spadł włos z głowy. Piękne błękitne oczy panny młodej łamały opór islamistów.
Zięć pastucha przekazał Dyzia syryjskiemu opozycjoniście, który oddał go tureckiemu sierżantowi, który przerzucił go do brytyjskiego porucznika, który zaprowadził go do amerykańskiego generała. Ten kazał ewakuować Dyzia do najbliższej sojuszniczej bazy.
Trwał akurat przerzut rannych do Ameryki. Dyzio, zdeburkowany i zdezynfekowany, znalazł się na noszach niesionych do wojskowego transportowca. Tak długo zapierał się rękami i nogami, drąc się po sarmacku, że za żadne skarby świata nie wejdzie do samolotu, aż wreszcie sympatyczny pułkownik (który przedstawił się później jako Smith) zrobił mu zastrzyk nasenny w tyłek, uśmierzając jego paniczny lęk przed lataniem.4.
JAK DYZIO POGRĄŻYŁ SIĘ W AMERYKAŃSKIM ŚNIE
Dyzio obudził się w światowym supermocarstwie, które w oczach większości Sarmatek i Sarmatów mieściło się w bliskim sąsiedztwie Edenu jako ucieleśnienie dóbr i cnót wszelkich. Wielokrotnie słyszał opowieści o rodakach znajdujących w Ameryce pieniądze, sławę i szacunek, których skąpiono im w ojczyźnie. Legendy te milczały jednak o losie większości emigrantów, którzy przepadali jak kamień w wodę, nie dorobiwszy się niczego.
Tuż po wylądowaniu pułkownik Smith zaprosił go do gigantycznego gmachu w kształcie pięciokąta foremnego, gdzie Dyzio opowiedział o swoich przeżyciach w Syrii. Chudy, blady Sarmata przetłumaczył jego relację szpakowatemu generałowi i dwóm kongresmenom. Ci wysłuchali go z uwagą. Zapytali Dyzia o uzbrojenie dżihadystów i morale panujące w ich szeregach. Na końcu generał pogratulował mu zimnej krwi, a kongresmeni długo i wylewnie dziękowali za walkę o wolność, demokrację i amerykański styl życia.
Wolność, demokracja i amerykański styl życia dopadły Dyzia hordą reporterów i dziennikarzy czających się za murami Departamentu Obrony. Jako podwójnie ocalały – z katastrofy lotniczej oraz islamskiej egzekucji – zdobył raptem wielki i niechciany rozgłos. Reporterzy zasypywali go pytaniami, dziennikarki proponowały wywiady, fotografowie strzelali zza węgła. W sukurs przyszedł mu znów pułkownik Smith, który ulokował go w swoim domu i wystarał się o tymczasową wizę.
Dyzio nie zamierzał nadużywać gościnności wojskowego i jego żony. Gdyby to od niego zależało, natychmiast wróciłby do Sarmacji. Co prawda sekretarz nowego przeora w Zimnych Wodach, do którego zadzwonił, przysięgał, że nie ma tam żadnej Kasi, Dyzio jednak wiedział swoje. Szkopuł w tym, że nie miał za co wrócić do ojczyzny. A nawet gdyby miał – nie wsiadłby do samolotu. Był uziemiony i bez środków do życia.
Wtedy żona pułkownika, Mary Anne, wpadła na pomysł, aby zorganizować mu ekskluzywny wywiad dla tabloidu, który co tydzień poszerzał horyzonty myślowe trzem milionom Amerykanów. Dyzio zacisnął zęby i odpowiedział na kilka pytań. Czek opiewał na kwotę, która zapewniała roczny pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu.
Zamieszkał w suterenie domu państwa Smith. Senna cisza waszyngtońskich przedmieść ukoiła jego skołatane nerwy. Dni nabrały regularności i przewidywalności. O czwartej nad ranem pułkownik Smith wyprowadzał na spacer białego pudla, a potem siadał w półlotosie na tyłach domu, żeby medytować. Dyzio dołączał do niego przy śniadaniu. Pewnego razu zapytał go o cel tych porannych praktyk.
– Medytuję, żeby roztopić się w Pustce – rzekł Smith.
Wyjaśnienie to zdziwiło Dyzia. Nie mógł zrozumieć, dlaczego pułkownik, żyjący pełnią życia, chce się roztopić w Pustce pozbawionej zarówno życia, jak i pełni.
Tymczasem uczył się nowych rzeczy. Do kolekcji znanych sobie języków – łaciny, greki, włoskiego i sarmackiego – dodał język amerykański, który opanował całkiem biegle, oglądając seriale o policjantach, prawnikach i lekarzach. Występujący w nich bohaterowie byli albo bezwzględni, albo szurnięci, lecz wysławiali się jędrnie, dosadnie i soczyście. (Filmy nie wywoływały już u niego tak silnych wzruszeń jak to, któremu uległ swego czasu w kinie). Mary Anne posiadała bogaty księgozbiór złożony z bestsellerów, przez który Dyzio przedzierał się ze słownikiem w ręku, czując na przemian rozkosz i zgrozę. Nauczył się robić zakupy w sieci, obsługiwać telefon komórkowy i używać karty kredytowej. Od czasu do czasu pułkownik Smith wyjeżdżał na misje, o które nie należało go pytać. Dyzio dotrzymywał wówczas towarzystwa Mary Anne na imprezach charytatywnych, które jej przyjaciele chirurdzy organizowali co miesiąc. Ku jego zdumieniu okazali się ludźmi całkiem zdrowymi psychicznie.
Stany Zjednoczone miały wszystko, czego dusza zapragnie, lecz nie było w nich Kasi. Dyzio codziennie przeglądał z drżącym sercem sarmackie media i serwisy prasowe, mając nadzieję odnaleźć choćby najkrótszą wzmiankę o ukochanej. Na próżno. Przepastna sieć nie chciała mu wyjawić miejsca jej pobytu, numeru telefonu ani nazwy konta.
Mijały miesiące. Któregoś dnia spuszczony ze smyczy pudel pognał w głąb parku. Wołania na nic się nie zdały. Dyzio, chcąc nie chcąc, pobiegł za psem między drzewa.5.
CZEGO DYZIO NAUCZYŁ SIĘ OD MARTINA
Na ocienionej polanie stał niski, krępy mężczyzna, z kępami siwych włosów nad uszami; i zgięty wpół przemawiał pudlowi do rozumu. Czarna laseczka o mosiężnej rączce podrygiwała w rytm jego słów. Dyzio podziękował mu za obywatelskie zatrzymanie psa. Wymienili kilka grzecznościowych uwag. Nazajutrz Dyzio przyszedł na polanę, trzymając pudla na smyczy. Mężczyzna siedział na pniu ściętego drzewa, jakby się go spodziewał. Ponownie miał na sobie obcisły czarny surdut i szary krawat z włóczki. Laseczka spoczywała w poprzek jego kolan.
Przedstawili się sobie. Miał na imię Martin i był emerytowanym dramaturgiem. Dyzio, usiadłszy na trawie, zapytał, gdzie można obejrzeć jego sztuki.
– Od lat nie gra się w Stanach moich sztuk – odparł Martin. – Amerykanie uważają je za zbyt ponure. Czasem ktoś wystawi moją jednoaktówkę w Sarmacji albo Rosji. Krytycy przyszyli mi łatę zgryźliwego czarnowidza. Całkiem słusznie zresztą. Jestem ostatnim żyjącym schopenhauerystą⁷.
– Mój świętej pamięci mistrz mówił, że pesymizm jest nieuzasadniony – powiedział Dyzio. – Świat został stworzony przez Boga, dowodził, więc nie może być zły.
– Wolne żarty, przyjacielu! – Martin potrząsnął laseczką. – Świat to więzienie. Czy dobrze jest się urodzić w więzieniu, w którym człowiek odsiaduje dożywotni wyrok, mając świadomość, że któregoś dnia o świcie kat zapuka do jego celi?
Dyzio się zamyślił.
– Są różne zakłady karne – zauważył. – W jednych ścina się za drobne wykroczenia, a w innych więźniowie mają szeroki margines swobody. To od nas zależy, jak urządzimy ten świat.
– Ale finał jest zawsze taki sam. Każdy z nas, na swój sposób, ponosi karę za to, że żyje.
– Nie zaprzeczysz chyba jednak, Martinie, że mamy wolną wolę – skontrował Dyzio.
– Tak zwana wolna wola to ślepa siła, która przymusza nas do traktowania własnych zachcianek jako czegoś specjalnego. Dziękuję za taką wolność.
– A rozum? Powstrzymuje nas przecież przed robieniem głupstw.
– Rozum powstał z łaski żądzy i służy jej na każde skinienie. Pomaga żądzy przedłużyć samą siebie, choć wmawia sobie, że jest na odwrót. Zresztą większość ludzi doskonale obywa się bez rozumu.
Umilkli. Martin zasłuchał się w śpiew ptaków.
– Zapewne jako dramaturg wysoko cenisz sztukę – rzekł po chwili Dyzio.
– Owszem. Muzyka, literatura, malarstwo pozwalają nam oderwać się na moment od naszego nienasyconego ego. Przyznaję: życie bez sztuki byłoby koszmarem nie do zniesienia.
– Czym według ciebie jest opatrzność?
– Opatrzność? – prychnął dramaturg. – To kapryśny więzienny nadzorca, który dzisiaj wypuszcza nas na słoneczny spacerniak, a jutro zamyka w czarnym karcerze. Cokolwiek by zrobił, znajdą się tacy, którzy uznają to za słuszne i sprawiedliwe i będą mu składać hołdy.
– Zapewne wyżej niż teologię cenisz filozofię?
– Obie są siebie warte. Teologia to opowieść o stwórcy, o którym mamy wierzyć na słowo, iż wszystko reguluje, tyle że nie raczył dać nam porządnych przyczyn swojego istnienia. Filozofia to muzeum obrazków z natury, malowanych przez różnej maści ślepców; czasem, przez przypadek, któremuś udaje się uchwycić rąbek rzeczywistości. Filozofowie są na ogół uczciwsi od teologów. Przyciśnij teologa do muru argumentami, a niechybnie wyciągnie z rękawa dżokera o nazwie „tajemnica”…
Dyzio słuchał wywodów Martina z życzliwym zainteresowaniem, ale w głębi ducha skłaniał się ku naukom doktora Głośpana. Świat nie mógł być taki zły, skoro istniała na nim Kasia. Martin, jakby czytając w jego myślach, uśmiechał się tylko.
Któregoś dnia dramaturg, dowiedziawszy się, że Dyzio nie wyściubił dotychczas nosa poza Waszyngton, zaproponował, że zabierze go z sobą do Los Angeles. Jego młodszy brat żenił się tam z aktorką, której wróżono wielką karierę w Hollywood. Dyzio chętnie przystał na tę propozycję.
Wyruszyli wczesnym rankiem. Dyzio siedział z nosem przylepionym do szyby gigantycznego Cadillaca. Wjechali na pustą autostradę. Horyzont zdawał się ciągle umykać, zarazem obiecując odpowiedzi i odsuwając je w nieskończoność. Martin zabawiał Dyzia anegdotami o znajomych nieszczęśnikach, którzy wpadli w sidła miłości. Byli wśród nich mędrzec, który zgłupiał, i starzec, który zdziecinniał; kobieta łagodnego serca, która zaplanowała i popełniła przemyślną zbrodnię; mąż stanu, który zdradził umiłowaną ojczyznę; matka, która porzuciła szóstkę ukochanych dzieci, aby się związać z łachudrą; najlepsi przyjaciele, którzy z miłości obrócili się w zapiekłych wrogów. W końcu Dyzio, przytłoczony ogromem ludzkiego nieszczęścia, zapadł w ciężką drzemkę.
Zbudził się przekonany, że jedzie przez miedzę między polami w Zimnych Wodach. Otworzył oczy: byli już w Kentucky.
– Tak, tak, przyjacielu – ciągnął Martin. – Żadna ludzka dobroć, uczciwość ani inteligencja nie chroni przed tym szczególnym opętaniem, którego jedynym celem jest przedłużenie gatunku.
Dyzio ziewnął i przetarł oczy.
Los Angeles było rozległe i pstrokate. Kiedy wjechali na Sunset Boulevard⁸, zobaczyli kilkusetmetrową kolejkę ludzi ciągnącą się przed barem McDonald’s.
– Czy ci wszyscy ludzie stoją po darmową żywność? – zapytał Dyzio.
– Czekają, żeby kupić hamburgera, którego jeszcze nie jedli.
– Musi być bardzo smaczny, skoro są gotowi stać przez kilka godzin.
– Jest ohydny. Stoją po niego, dlatego że smakuje tak samo jak inne hamburgery.
Nieco dalej natknęli się na tłum ludzi zgromadzony przed kinem, w którym wyświetlano film opowiadający o przygodach kilku śmiałków obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami.
– Czy ci ludzie też chcą zobaczyć to, co już widzieli? – spytał Dyzio.
– Tak, ale podobnie jak hamburger, film musi być tak upichcony, żeby im się wydawało, że to zupełna nowość. Tylko wtedy przeżyją duchowe katharsis za cenę biletu.
Dyzio poskrobał się po czole.
– Myślałem, że Amerykanie to indywidualiści.
– A jakże, przyjacielu. Ten tłum składa się z samych indywidualistów, którzy aby się wyróżnić, podejmują suwerenną decyzję, by robić to samo co inni indywidualiści.
Wesele aktorki i brata Martina odbywało się na parterze sali balowej wielkości stadionu lekkoatletycznego. Mocno wstawieni goście siedzieli w rozchełstanych koszulach i wymiętych marynarkach przy stole, który uginał się od jadła i napojów. Na bocznej estradzie trzydziestoosobowa orkiestra rzępoliła marsza pogrzebowego. Martin usiłował się dowiedzieć, gdzie jest jego brat, lecz indagowani wzruszali ramionami albo kręcili głowami. Wreszcie udało mu się go namierzyć: spał pijany pod stołem. Jedyny na sali abstynent objaśnił im, co się stało. Tuż przed ślubem okazało się, że panna młoda uciekła do Europy z młodszym od niej, ale już wielce obiecującym reżyserem. Mimo to niedoszły mąż zdecydował się wyprawić wesele, nakazując orkiestrze, by grała wyłącznie utwory w tonacji molowej. Martin był dumny z brata.
– Zdrowie kawalerów! – wzniósł szklaneczkę whisky.
Dyzio spełnił toast.
– Zdrowie panien! – zawołał natychmiast Martin.
Uczcili pozostałe osoby stanu wolnego – rozwodników, rozwódki, wdowców i wdowy – po czym powędrowali w stronę śródmieścia.
Przystanęli na szczycie wzgórza, z którego roztaczał się widok na cały bulwar, i patrzyli na buzującą w dole ludzką kipiel. Potoki przechodniów bezustannie zlewały się i rozdzielały. To się wzmacniały, to znowu słabły, by wyschnąć zupełnie, ale po chwili wzbierały znowu. Martin zagarnął bulwar zamaszystym ruchem swojej czarnej laseczki.
– Spójrz na to widowisko życia, przyjacielu. Biorą w nim udział sprzedawcy, turyści, grajkowie, policjanci, biznesmeni, duchowni, ćpuny, menele, aktorzy, psychopaci i inni. Ich życie jest jednakowo marne: oddają się bezmyślnym rozrywkom, aby zapomnieć o przygniatającym ciężarze bytu. Prawie każdemu się wydaje, że ma do odegrania jakąś istotną rolę w spektaklu świata, który po prawdzie ma go gdzieś. Ale to dobrze. Inaczej wszyscy dawno by się już pozabijali.
Zeszli ze wzgórza. Na rogu ulicy natknęli się wyelegantowanego Afroamerykanina ze złotym roleksem na ręku, który rozdawał przechodniom kolorowe broszury.
– Ocalcie wasze dusze! – wołał egzaltowanym głosem. – Oto spełnia się biblijne proroctwo. Nadchodzi dzień Sądu Bożego. Chrystus zstąpi na ziemię, aby zabrać swoich wyznawców do nieba. Ocalcie wasze dusze! Ratujcie się!
Martin zapytał proroka, o której nastąpi koniec świata. Kiedy usłyszał, że za godzinę, uprzejmie poprosił go o zegarek, wskazując na całkowitą nieprzydatność w niebie przyrządu służącego do pomiaru czasu. Tamten popatrzył na niego jak na wariata.
Ruszyli dalej. Martin kręcił laseczką, a Dyzio kręcił głową.
– Naprawdę myślałeś, Martinie, że odda ci roleksa?
– Założę się, że zegarek nie jest wart więcej jak pięć dolarów. Jesteśmy w krainie tandety, przyjacielu. Na każdego autentycznego roleksa przypada dwanaście podróbek, na każdy naturalny biust przypada pięć silikonowych, a na każdy rzetelny dyplom wyższej uczelni dwie fałszywki poświadczające gruntowną znajomość medycyny, prawa albo marketingu.
Pośrodku chodnika stary żebrak fałszował na flecie rzewną melodię. Martin wrzucił pięciocentówkę do zdefasonowanej bejsbolówki. Ładna brunetka wręczyła Dyziowi ulotkę reklamującą usługi krioniczne. Napis na pierwszej stronie wołał wielkimi literami: ŻYCIE LUDZKIE JEST BEZCENNE! Cena była podana pod spodem i składała się z sześciu cyfr. Dyzio zapytał Martina, czy jest wielu chętnych do zamrożenia.
– Coraz więcej. Śmierć w Ameryce to jeszcze jeden biznes. Dopóki nie można było się od śmierci wykupić, próbowano ją obłaskawić. Szydzono z niej, poniżano ją albo wywyższano, ale najczęściej pomijano milczeniem. Postęp techniczny, oprócz leków na AIDS i alzheimera, przyniósł także obietnicę nieśmiertelności. Odmrozimy cię do życia wiecznego. Ha! W tym kraju można pleść rozmaite androny, mając pewność, że znajdą swoich nabywców.
– Czy to prawda, że wiele hollywoodzkich gwiazd wyznaje religię zwaną scjentologią?
– Celebrytom i bogaczom, którzy we własnym mniemaniu wyrastają ponad przeciętność ogółu, nie wystarczą zwykłe androny. Aby utwierdzić się w swojej boskości, muszą uwierzyć w _wierutne_ bzdury.
Weszli na parking, na którym stał ich Cadillac.
– Mimo wszystko – odezwał się po chwili Dyzio – lepiej chyba żyć w kraju, w którym człowiek ma prawo głosić androny, które nikogo nie krzywdzą, niż w takim, gdzie wsadza się za kratki za krytykę realnych krzywd.
Martin zrobił kwaśną minę, ale zgodził się z tą opinią.
Wsiedli do auta i potoczyli się na wschód. Martin wdał się w kolejny monolog o bezwyjściowości ludzkiej egzystencji. Dyzio słuchał z życzliwym zainteresowaniem. Był wdzięczny dramaturgowi, że zabrał go do Kalifornii. Podróż ta nauczyła go więcej o Ameryce niż wszystkie książki, które przeczytał, i filmy, które obejrzał, razem wzięte.
Amerykanie tak mocno wierzyli w spełnianie się marzeń, że ich kraj nieustannie się odradzał. Byli gotowi bić się do upadłego o swoje ideały, pozostając na co dzień trzeźwymi pragmatykami. Jedni pożądali sławy, władzy i bogactwa. Inni marzyli jedynie o tym, aby im dano święty spokój. Między tymi biegunami żyła większość, która chciała tego samego co inne narody, tylko nie potrafiła się do tego przyznać.
Kiedy wjeżdżali do Waszyngtonu, z radia popłynęła wiadomość, że na Haiti zatrzęsła się ziemia, grzebiąc według wstępnych szacunków około stu tysięcy ludzi.
Dyzio zadzwonił do Mary Anne. Kończyła się pakować. Wylatywała na wyspę z grupą lekarzy wolontariuszy. Dyzio pośpieszył na statek, by dołączyć do nich w charakterze pomocnika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Baltazar Blekotek – sarmacki polihistor i filozof. Pierwszy i jedyny jak dotąd człowiek, który opanował za życia wszystkie języki świata. Zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach podczas wieczornego spaceru po stolicy Sarmacji. Na szczęście nie zaginął bez śladu – zostały po nim buty z wkładkami i manuskrypt _Dyzia_.
2.
Kolejno: nauka o głoszeniu kazań; o Maryi, matce Jezusa; o Trójcy Świętej; o Duchu Świętym.
3.
Pieśń nad pieśniami 4,7, Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. II, Pallottinum, Poznań 1971.
4.
Postulant – kandydat do zakonu w okresie poprzedzającym nowicjat; może go w każdej chwili opuścić bez żadnych konsekwencji.
5.
_Docteur Soixanteneuf. Bienvenue cher père!_ (franc.) – „Doktor Sześćdziesiąt Dziewięć. Witamy drogiego ojca”.
6.
Omar – imię męskie arabskiego pochodzenia, które oznacza „długowieczny, kwitnący”.
7.
Schopenhauerysta – zwolennik pesymistycznej filozofii Artura Schopenhauera (1788–1860), głoszącej, że życie ludzkie jest bezcelowe, zdeterminowane przez ślepe popędy i strach przed śmiercią, a jego istotą jest bezmiar cierpienia.
8.
Sunset Boulevard – Bulwar Zachodzącego Słońca, trzydziestopięciokilometrowa ulica łącząca śródmieście Los Angeles z wybrzeżem Oceanu Spokojnego.