Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tajemnice istnienia - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Tajemnice istnienia - ebook

Eklektyczny zbiór opowieści.

Dyzio, bohater minipowieści Tajemnica Istnienia, podróżuje przez życie wbrew swojej woli. Miotany wichrami przypadku, zderza się z absurdami świata i poszukuje odpowiedzi na pytanie o własne pochodzenie.

Matka – kobieta obsesyjnie śledzi kochanka swego zmarłego syna. Do śmierci doprowadziło go zażycie śmiertelnej dawki jej środków nasennych, a jednak jej okoliczności są niejasne.

Magik – nowy uczeń szkoły podstawowej stara się zyskać akceptację rówieśników za pomocą magicznych sztuczek. Gdy spotyka się z brutalną przemocą otoczenia, ucieka się do niezwykłej formy zemsty.

Nieciekawa historia – w obliczu obojętności wszechświata niespełniony artysta podejmuje desperackie próby nawiązania relacji z drugą osobą – poprzez zabójstwo, a właściwie samobójstwo, z jej ręki.

Osobne miejsce zajmują w zbiorze trzy antybaśnie. Każda z nich przenicowuje i reinterpretuje znane z tradycyjnych baśni motywy, w których dobro ostatecznie triumfuje nad złem, szlachetni zostają wynagrodzeni, a niegodziwi ukarani.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-650-8
Rozmiar pliku: 878 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

JAK DYZIO POJAWIŁ SIĘ NA ŚWIECIE, KTÓRY NAWIEDZAJĄ ANIOŁY

Naro­dziny Dyzia okrywa tajem­nica. Nie­mowlę wpły­nęło na karty tej powie­ści rzeką, któ­rej brze­giem prze­cha­dzał się przeor Anzelm. Kwi­le­nie wyrwało go z filo­zo­ficz­nej zadumy. Leniwy wcze­sno­letni prąd niósł łódkę w stronę mostu. Ojciec Anzelm wbiegł do wody po pas, zanim przy­po­mniał sobie, że nie umie pły­wać. Nie wycho­dząc z rzeki, zadzwo­nił po ogrod­nika. Ten zasa­dził się na łódkę z dłu­gim drą­giem zakoń­czo­nym meta­lo­wym hakiem. Zacze­pił go o dziób łodzi i ścią­gnął ją do brzegu, na któ­rym stał ocie­ka­jący wodą przeor. Zapa­ko­wany w pam­persy mały pasa­żer pisz­czał wnie­bo­głosy. Jego nos nie zwia­sto­wał jesz­cze rzym­skiego pro­filu, ale nad lewym oboj­czy­kiem było już zna­mię w kształ­cie sowy z prze­trą­co­nym skrzy­dłem. W pie­lu­chach tkwił strzęp kartki, na któ­rym ktoś ner­wowo skre­ślił słowo:

_Dizzy_***

Chłop­czyk miał szczę­ście: żona ogrod­nika zatrud­nio­nego przy klasz­to­rze w Zim­nych Wodach była aku­rat matką kar­miącą. Nie­mow­lak, wetknąw­szy kciuk w usta, zasnął słodko po pierw­szym w życiu obie­dzie. Ojciec Anzelm zamie­rzał nie­zwłocz­nie oddać go do domu dziecka, ale widok śpią­cego maleń­stwa obu­dził w jego siwej duszy jakiś pra­dawny ojcow­ski instynkt.

Pocze­kam jeden dzień, powie­dział do sie­bie. Może matkę ruszy sumie­nie i przyj­dzie po niego.

Naza­jutrz pomy­ślał, że może trzeba dać mat­czy­nemu sumie­niu tro­chę wię­cej czasu.

Następ­nego dnia pomy­ślał to samo.

Mijały lata. Nie­mowlę wyro­sło na pięk­nego, rosłego mło­dzieńca o haczy­ko­wa­tym nosie i łagod­nych błę­kit­nych oczach, które spo­glą­dały na świat z rodza­jem wiecz­nego zdu­mie­nia. Na chrzcie przeor Anzelm dał mu imię Dio­ni­zos, ponie­waż bra­cia zakonni, odkąd się mię­dzy nimi zja­wił, wołali na niego Dyzio.

Ojciec Anzelm zadbał o to, aby jego pod­opieczny otrzy­mał jak naj­lep­sze wykształ­ce­nie. Nauczy­cie­lem i spo­wied­ni­kiem Dyzia został słynny w całej Sar­ma­cji domi­ni­ka­nin, dok­tor Głoś­pan. Wyuczył on pil­nie mło­dzieńca homi­le­tyki, mario­lo­gii, try­ni­to­lo­gii, pneu­ma­to­lo­gii² oraz wielu innych nie­zbęd­nych w codzien­nym życiu przed­mio­tów.

– Zło nie ist­nieje – mówił swemu uczniowi, wznió­sł­szy palec w górę – bo wszystko jest two­rem Boga, a Bóg jest dobry. Dowo­dem jego dobroci jest to, że dał nam wolną wolę. Czy­niąc z niej dobry uży­tek, powięk­szamy dobro, a czy­niąc zły, zło.

Dyzio wie­rzył mistrzowi nie­za­chwia­nie. Jego żywot był jak polna ścieżka, na któ­rej końcu maja­czyła poświata świę­to­ści. Rano modlił się i uczest­ni­czył we mszy świę­tej, w połu­dnie pobie­rał nauki u mistrza, a wie­czo­rem modlił się, uczest­ni­czył we mszy świę­tej i pra­co­wał w ogro­dzie. W nocy spał snem czy­stym i nie­win­nym.

Mając osiem­na­ście lat, dowie­dział się, że poleci do Rzymu na stu­dia teo­lo­giczne. W przed­dzień zło­że­nia ślu­bów czy­sto­ści i posłu­szeń­stwa wybrał się nad tę samą rzekę, którą bez­wied­nie wpły­nął kie­dyś na karty niniej­szej powie­ści. Spa­ce­ru­jąc z otwartą Biblią, roz­wa­żał w myśli tajem­nicę Nie­po­ka­la­nego Poczę­cia – gdy rap­tem ujrzał kąpią­cego się anioła. Istota miała się­ga­jące talii złote włosy, szczu­płe ramiona i nogi, postać syme­tryczną i miłą dla oka. Na jego widok krzyk­nęła i zanur­ko­wała. Dyzio, pewien, że anioł się topi, zrzuca z sie­bie habit i ska­cze na ratu­nek. Prze­ra­żona jego szarżą istota zanu­rza się jesz­cze głę­biej, aż w końcu wyciąga nie­przy­tom­nego mło­dzieńca za włosy, by na brzegu przy­wró­cić mu oddech metodą usta-usta.

Kiedy Dyzio odzy­skał przy­tom­ność, wyda­wało mu się, że jest w nie­bie. Istota okryła się skrom­nie ręcz­ni­kiem i spu­ściła wzrok. Miała na imię Kasia. Była sio­strze­nicą żony ogrod­nika, któ­remu Dyzio poma­gał latem kosić trawę, wyry­wać chwa­sty i zbie­rać jabłka. Zapro­po­no­wała, że nauczy go pły­wać. Wdzięczny za ura­to­wa­nie życia nie śmiał odmó­wić. Wyzna­czyli sobie ponowne spo­tka­nie nad rzeką – naza­jutrz po ślu­bach czy­sto­ści i posłu­szeń­stwa. Zanim się roz­stali, Kasia cmok­nęła go w poli­czek.

Tej nocy z Dyz­iem działo się coś dziw­nego. Odbi­jał się od ścian swo­jej celi, strą­cał żywoty świę­tych z regału i poty­kał się o klęcz­nik. Led­wie zamy­kał oczy, obja­wiał mu się zło­to­włosy anioł. Ile­kroć brał do ręki święte Pismo, kartki same otwie­rały się na wer­se­tach Pie­śni nad pie­śniami: „Cała piękna jesteś, przy­ja­ciółko moja, i nie ma w tobie skazy”³.

Poranna msza święta odbyła się przy biciu w dzwony, ponie­waż przeor Anzelm zmarł nocą na atak serca. Zakon­nicy zebrali się na modłach. Dyzio pró­bo­wał się przy­łą­czyć, ale słowa modli­twy wię­zły mu w gar­dle. W końcu ktoś uli­to­wał się nad nim i zapro­wa­dził go do sub­prze­ora.

Zastępca prze­ora Anzelma, suchy siwy sta­rzec, przy­jął go z bre­wia­rzem w dłoni i kru­cy­fik­sem na piersi. Dyzio padł przed nim na kolana i bła­gał, by na czas żałoby odro­czono mu śluby. Sub­przeor przy­po­mniał o zbli­ża­ją­cych się stu­diach. Dyzio popro­sił o dzień do namy­słu. Sub­przeor odmó­wił. Mło­dzie­niec rzu­cił się do jego stóp, pła­cząc i bła­ga­jąc o dzień zwłoki, ale sta­rzec pozo­stał nie­ugięty. Dyzio zerwał się z kolan i wybiegł z celi. Popę­dził nad rzekę, potem do kaplicy i ogrodu. Każ­dego, kogo napo­tkał po dro­dze, pytał o Kasię.

Bra­cia zakonni nie przy­po­mi­nali jej sobie. Ogrod­nik i jego żona jakby się pod zie­mię zapa­dli. Miesz­kańcy Zim­nych Wód krę­cili prze­cząco gło­wami.

Póź­nym wie­czo­rem, po powro­cie do klasz­toru, Dyzio dowie­dział się, że nie jest już zakon­ni­kiem. Na szczę­ście był nim wciąż dok­tor Głoś­pan. Mistrz udał się do sub­prze­ora z butelką wiśnio­wej nalewki, którą otrzy­mał dawno temu od ogrod­nika. Nocne braci roz­mowy dopro­wa­dziły do roz­po­zna­nia zamy­słu bożego, który laicy okre­śli­liby mia­nem kom­pro­misu. Dyzio miał pole­cieć do Rzymu w cha­rak­te­rze zwy­kłego postu­lanta⁴. Usta­lono także, iż w podróży do Włoch będzie mu towa­rzy­szył dok­tor Głoś­pan.

Tym spo­so­bem wypeł­niła się ostat­nia wola świę­tej pamięci prze­ora Anzelma.2.

JAK DYZIO POSMAKOWAŁ GRZECHU I WYLĄDOWAŁ NIE TAM, GDZIE TRZEBA

Przed wylo­tem do Rzymu na stu­dia teo­lo­giczne Dyzio i jego mistrz zatrzy­mali się w sto­licy Sar­ma­cji. Dormi­to­rium archi­die­ce­zji karau­ka­skiej leżało na obrze­żach mia­sta. Krzepki kle­ryk, który przez godzinę leżał obok Dyzia krzy­żem, zapro­sił go po wie­czor­nych modłach do swego pokoju, żeby mu poka­zać barwne lito­gra­fie. Dyzio zgo­dził się, mnie­ma­jąc, że cho­dzi o wspólne prze­ży­wa­nie pasji. Już-już miał pukać do drzwi celi kle­ryka, gdy ktoś zła­pał go za rękę. Mistrz Głoś­pan powiódł go bez słowa do swej kwa­tery, wrę­czył mu Biblię i zamknął na cztery spu­sty.

– Prze­bierz się – rzekł do niego następ­nego ranka. – Po mszy opro­wa­dzę cię po Karau­ka­sie.

Była to pierw­sza wyprawa Dyzia poza Zimne Wody. Snuł się za mistrzem pół­przy­tomny, jakby nie cał­kiem obecny. Zda­wało mu się, że na każ­dym rogu widzi pannę Kasię. Witryna sklepu szkliła się jej oczami. Świa­tła uliczne czer­wie­niały jej ustami. Obłoki cią­gnęły za sobą po nie­bie złote włosy.

Wstą­pili do kina, musieli jed­nak wyjść w poło­wie filmu, bo Dyzio roz­pła­kał się, kiedy fil­mo­wego boha­tera – bogu ducha win­nego urzęd­nika – żona zdra­dziła z jego prze­ło­żo­nym. W pubie wypili po kuflu zim­nego piwa, które bar­dzo mu sma­ko­wało. Dyzio kre­ślił pal­cem w pia­nie imię uko­cha­nej, ale nie udało mu się napi­sać nic ponad „Kas”. Spa­ce­ro­wali po sto­łecz­nych ogro­dach, które, ow­szem, podo­bały mu się, ale nie tak bar­dzo jak ogród w Zim­nych Wodach. Zmierz­chało już, gdy mistrz Głoś­pan zadzwo­nił po tak­sówkę.

– Ostatni punkt pro­gramu polega na nawra­ca­niu grzesz­nic – oznaj­mił. – Do tej pory kła­dłem ci do głowy teo­rię. Czas na zaję­cia prak­tyczne, drogi Dyziu. Jedziemy do Salonu Madame Tus­saud.

Zatrzy­mali się przed kolo­rową dwu­pię­trową willą na przed­mie­ściach Karau­kasu. Kratka w drzwiach odsu­nęła się na moment. Wpusz­czono ich do wypeł­nio­nego papie­ro­so­wym dymem i muzyką salonu, w któ­rym tuliło się do sie­bie kilka par płci obojga. Mgła sku­piła się w jed­nym miej­scu na tyle, by zma­te­ria­li­zo­wać się w upu­dro­waną pięć­dzie­się­cio­latkę w czer­wo­nej kiecce.

– _Docteur Soixan­te­neuf!_ – zawo­łała rado­śnie. – _Bie­nve­nue, cher père!_⁵ Dawno ojciec nie gościł w naszych skrom­nych pro­gach.

Przy­wi­tała się czule z mistrzem Głoś­pa­nem, cału­jąc go dwa razy w lewy i raz w prawy poli­czek. Domi­ni­ka­nin wziął ją na stronę i przez chwilę szep­tał jej coś kon­spi­ra­cyj­nie do ucha. Maska z pudru ufor­mo­wała się w uśmiech, dło­nie zetknęły się w okla­sku.

– Co to? – spy­tała Dyzia pulchna, krótko ostrzy­żona sza­tynka, gdy chwilę póź­niej zna­leźli się w osob­nym pokoju.

– Pro­szę?

– O, tutaj. – Ukłuła go fio­le­to­wym paznok­ciem w oboj­czyk.

– To moje zna­mię. Ma kształt sowy z prze­trą­co­nym skrzy­dłem – odparł nie­śmiało.

– Ja mam tatuaż w kształ­cie pie­ją­cego koguta. Podoba ci się?

Pie­jący kogut znaj­do­wał się w miej­scu, któ­rego Dyzio dotych­czas nie oglą­dał. Na jego widok naj­pierw się zaru­mie­nił, a potem zbladł jak chu­sta. Być może rumie­niłby się tak i bladł aż do pół­nocy, gdyby sza­tynka nie wzięła sprawy w swoje pulchne ręce. Jako osoba o boga­tym doświad­cze­niu zawo­do­wym, zorien­to­wała się natych­miast, że mło­dzie­niec nie ma poję­cia jak, co, gdzie ani dla­czego.

Tej nocy Dyzio ode­brał cenne lek­cje ety­kiety, socjo­lo­gii i ana­to­mii porów­naw­czej, któ­rych świę­tej pamięci przeor Anzelm nie mógł mu udzie­lić.

Błą­kał się póź­niej po willi, woła­jąc dro­giego nauczy­ciela, dopóki Madame Tus­saud nie uświa­do­miła go, że mistrz ewan­ge­li­zuje w innym lokalu. Widząc jego zmar­twioną minę, dodała na pocie­sze­nie, że drogi _père_ wraca zwy­kle przed świ­tem. Wysoka blon­dynka ską­pana w różo­wym świe­tle żarówki zapro­po­no­wała mu kie­li­szek szam­pana. Przy­jął go, nie śmie­jąc odmó­wić.

Dyzio odzy­skał przy­tom­ność na wyso­ko­ści dzie­się­ciu tysięcy metrów nad zie­mią. Obok niego sie­dział ze sku­pioną twa­rzą mistrz Głoś­pan i stu­dio­wał akt prawa kano­nicz­nego. Dyzio drgnął i skrzy­wił się z bólu: miał wra­że­nie, jakby ktoś gme­rał mu w mózgu seka­to­rem, któ­rym ogrod­nik z Zim­nych Wód obci­nał na wio­snę suche i chore badyle.

Gdy poko­nali jedną szes­na­stą drogi mię­dzy Karau­ka­sem a Rzy­mem, dwaj nie­po­zorni śnia­dzi męż­czyźni z czar­nymi bród­kami, zaj­mu­jący fotele przed Dyz­iem i Głoś­pa­nem, zdjęli buty i zabrali się do odkrę­ca­nia obca­sów. Ze ste­lażu pod­ręcz­nego ple­caka wysu­nęli dwie rurki i zręcz­nie wkrę­cili je do kolb. Jeden z nich poma­sze­ro­wał na bosaka do kabiny pilo­tów, a drugi pod­niósł pisto­let i poin­for­mo­wał pasa­że­rów łamaną angielsz­czy­zną, że lecą do Syrii. W samo­lo­cie pod­nio­sła się wrzawa: ludzie wołali jeden przez dru­giego, wsta­wali z miejsc, tele­fo­no­wali do rodzin, roz­glą­dali się zdez­o­rien­to­wani. Aby zapro­wa­dzić porzą­dek, bro­dacz strze­lił z kolby w głowę ste­war­desy. Pasa­że­ro­wie się uspo­ko­ili. Zapa­dła cisza.

Rap­tem Boeing prze­chyla się na lewe skrzy­dło i zaczyna gwał­tow­nie wytra­cać wyso­kość. Maski tle­nowe wypa­dają z sufitu. Sły­chać prze­ra­żone wrza­ski. Rodzice tulą dzieci, a dzieci tulą zabawki. Mistrz Głoś­pan zamie­nia kodeks na modli­tew­nik i wznosi oczy w tę stronę, gdzie – jak przy­pusz­cza – znaj­duje się niebo. Dyzio zamyka oczy i widzi anioła sto­ją­cego na brzegu rzeki. Żegnaj, Kasiu! – szep­cze do sie­bie w duchu. Samo­lot przy­zie­mia z impe­tem. Kadłub łamie się na pół, ale maszyna w końcu nie­ru­cho­mieje. Męż­czyźni w czar­nych komi­niar­kach, prze­krzy­ku­jąc się nawza­jem, wywle­kają Dyzia, Głoś­pana i obu zama­chow­ców z pło­ną­cego wraku i ciskają ich jak worki ziem­nia­ków na plat­formę bia­łego pick-upa. W tym samym momen­cie wybu­chają zbior­niki z pali­wem: cudem oca­lali pasa­że­ro­wie giną w pło­mie­niach. Biały pick-up odjeż­dża.3.

JAK DYZIO OMAL NIE STRACIŁ GŁOWY

Mało jest na tym świe­cie rze­czy rów­nie szla­chet­nych i krze­pią­cych ducha jak grupa mło­dych męż­czyzn zjed­no­czo­nych w walce prze­ciwko wspól­nemu wro­gowi. Wro­giem tym bywa każdy, kto przy­pad­kiem wyznaje inną reli­gię, jest innej naro­do­wo­ści albo kibi­cuje nie­wła­ści­wej dru­ży­nie piłki noż­nej. Nie ma takich prze­szkód, któ­rych nie pokona młody męż­czyzna dla swego ple­mie­nia – zwłasz­cza gdy z tam­tej strony wabi go syreni śpiew sie­dem­dzie­się­ciu dwóch dzie­wic. Goto­wość do ponie­sie­nia męczeń­skiej śmierci wystę­puje u niego tak samo natu­ral­nie jak nad­ci­śnie­nie czy zwy­rod­nie­nie sta­wów w wieku star­czym.

Obóz żoł­nie­rzy Allaha skła­dał się z kil­ku­na­stu niskich pod­mu­ro­wa­nych budyn­ków poło­żo­nych z dala od ludz­kich sie­dzib. Dowódca nazy­wał się Abu Obida. Przy­wi­tał ter­ro­ry­stów z hono­rami należ­nymi boha­te­rom. Dyzia i mistrza Głoś­pana kazał umie­ścić w celi razem z krze­słem i dwoma brud­nymi mate­ra­cami. Nie licząc szoku i kilku siń­ców, cała czwórka wyszła z kata­strofy bez szwanku.

Oka­zało się, że wśród dżi­ha­dy­stów jest młody Sar­mata, który prze­chrzcił się z Olka na Omara⁶ i z nara­że­niem życia prze­do­stał do Syrii, ażeby zabi­jać nie­wier­nych. Bar­dzo się ucie­szył z wizyty Dyzia i Głoś­pana. Zapa­łał szczerą chę­cią nawró­ce­nia ich na reli­gię pokoju, zanim jego bro­daci towa­rzy­sze obe­tną im głowę przed okiem kamery. Zacho­dził codzien­nie do celi i pra­wił o rychłym końcu świata, o wyż­szo­ści sza­riatu nad pra­wem sta­no­wio­nym i o tym, dla­czego inno­wiercy są gor­szym gatun­kiem ludzi. Mistrz Głoś­pan i Dyzio mil­czeli, leżąc skuci w kaj­dany na mate­ra­cach.

– Myśla­łem, że wszy­scy ludzie są sobie równi – nie wytrzy­mał któ­re­goś dnia Dyzio.

– Nie w oczach Allaha – zaopo­no­wał Omar. – Skoro ja, muzuł­ma­nin, mam prawo oże­nić się z chrze­ści­janką, a ty, chrze­ści­ja­nin, nie masz prawa oże­nić się z muzuł­manką, to zna­czy, że rów­ność nie ist­nieje. Jeśli nie chcesz przy­jąć zwierzch­nic­twa Allaha, sam pozba­wiasz się należ­nych ci praw i sza­cunku.

Dyzio zapy­tał Omara, co myśli o Sar­ma­tach. Tam­ten wzru­szył ramio­nami i potrzą­snął wzgar­dli­wie brodą.

– Sar­maci są tak samo bez­bożni i zepsuci jak inni nie­wierni, tyle że przy­kry­wają grze­chy płasz­czem obłudy, który kler co nie­dziela kroi im z ambony. Ich życie kręci się wokół mamony, żar­cia i kopu­la­cji. Szczera wiara, przy­ja­cielu, nie uznaje pół­środ­ków. Dla­tego wal­czę i będę wal­czył, dopóki świat nie uzna, że nie ma boga prócz Allaha, a Maho­met jest jego pro­ro­kiem!

Następ­nego ranka dwóch czarno ubra­nych straż­ni­ków zdjęło z nóg dok­tora Głoś­pana kaj­dany i wypro­wa­dziło go na zewnątrz, igno­ru­jąc jego krzyki i wierz­ga­nia. Do celi już nie wró­cił. W trak­cie popo­łu­dnio­wej poga­danki Omar zapew­nił Dyzia, że Głoś­pan miał lekką śmierć, i zapro­po­no­wał mu, aby przy­jął islam, póki jest jesz­cze na to czas.

– Czy ura­tuje mnie to od utraty głowy? – Dyzio poczuł nadzieję wzbie­ra­jącą w ści­śnię­tym bólem sercu.

– Nie – odrzekł bro­daty rodak. – Ale uczyni z cie­bie peł­no­war­to­ścio­wego czło­wieka.

Dyzio powie­dział, że się zasta­nowi. W dowód dobrej woli Omar zdjął mu na noc z rąk i nóg cięż­kie żela­zne kaj­dany.

Atak lot­ni­czy na obóz Abu Obidy zaczął się punk­tu­al­nie o pół­nocy miej­sco­wego czasu. Odła­mek bomby wyrwał w ścia­nie celi poszar­paną dziurę. Dyzio bez namy­słu wyska­kuje na zewnątrz; wokół świsz­czą kule, rzężą ranni, płoną zabu­do­wa­nia. Sar­macki muzuł­ma­nin leży na wznak na ziemi, z brodą podziu­ra­wioną jak rze­szoto. Dyzio prze­sa­dza go jed­nym susem i rzuca się do ucieczki – byle dalej od tego pie­kła! Pędzi, pędzi przed sie­bie, póki star­czy mu tchu w piersi.

Roz­cią­gniętą na pustyn­nym pagórku syl­wetkę zauwa­żył pastuch pro­wa­dzący bydło do wodo­poju. Przy­wiózł nie­przy­tom­nego mło­dzieńca do gli­nia­nej chaty, a gdy ten odzy­skał przy­tom­ność, napoił go i nakar­mił jak Allah przy­ka­zał. Przez całą noc pastuch i jego żona nara­dzali się, co z nim zro­bić.

Bla­dym świ­tem ubrali Dyzia w twa­rzową czarną burkę i wsa­dzili go na wiel­błąda. Pastuch ruszył przez pusty­nię, trzy­ma­jąc wodze. Dyzio dygo­tał na dro­ma­de­rze. Para narze­czo­nych minęła punkt kon­tro­lny dżi­ha­dy­stów i dotarła na przed­mie­ścia Aleppo. Nikomu nie spadł włos z głowy. Piękne błę­kitne oczy panny mło­dej łamały opór isla­mi­stów.

Zięć pastu­cha prze­ka­zał Dyzia syryj­skiemu opo­zy­cjo­ni­ście, który oddał go turec­kiemu sier­żan­towi, który prze­rzu­cił go do bry­tyj­skiego porucz­nika, który zapro­wa­dził go do ame­ry­kań­skiego gene­rała. Ten kazał ewa­ku­ować Dyzia do naj­bliż­szej sojusz­ni­czej bazy.

Trwał aku­rat prze­rzut ran­nych do Ame­ryki. Dyzio, zde­bur­ko­wany i zde­zyn­fe­ko­wany, zna­lazł się na noszach nie­sio­nych do woj­sko­wego trans­por­towca. Tak długo zapie­rał się rękami i nogami, drąc się po sar­macku, że za żadne skarby świata nie wej­dzie do samo­lotu, aż wresz­cie sym­pa­tyczny puł­kow­nik (który przed­sta­wił się póź­niej jako Smith) zro­bił mu zastrzyk nasenny w tyłek, uśmie­rza­jąc jego paniczny lęk przed lata­niem.4.

JAK DYZIO POGRĄŻYŁ SIĘ W AMERYKAŃSKIM ŚNIE

Dyzio obu­dził się w świa­to­wym super­mo­car­stwie, które w oczach więk­szo­ści Sar­ma­tek i Sar­ma­tów mie­ściło się w bli­skim sąsiedz­twie Edenu jako ucie­le­śnie­nie dóbr i cnót wszel­kich. Wie­lo­krot­nie sły­szał opo­wie­ści o roda­kach znaj­du­ją­cych w Ame­ryce pie­nią­dze, sławę i sza­cu­nek, któ­rych ską­piono im w ojczyź­nie. Legendy te mil­czały jed­nak o losie więk­szo­ści emi­gran­tów, któ­rzy prze­pa­dali jak kamień w wodę, nie doro­biw­szy się niczego.

Tuż po wylą­do­wa­niu puł­kow­nik Smith zapro­sił go do gigan­tycz­nego gma­chu w kształ­cie pię­cio­kąta forem­nego, gdzie Dyzio opo­wie­dział o swo­ich prze­ży­ciach w Syrii. Chudy, blady Sar­mata prze­tłu­ma­czył jego rela­cję szpa­ko­wa­temu gene­ra­łowi i dwóm kon­gres­me­nom. Ci wysłu­chali go z uwagą. Zapy­tali Dyzia o uzbro­je­nie dżi­ha­dy­stów i morale panu­jące w ich sze­re­gach. Na końcu gene­rał pogra­tu­lo­wał mu zim­nej krwi, a kon­gres­meni długo i wylew­nie dzię­ko­wali za walkę o wol­ność, demo­kra­cję i ame­ry­kań­ski styl życia.

Wol­ność, demo­kra­cja i ame­ry­kań­ski styl życia dopa­dły Dyzia hordą repor­te­rów i dzien­ni­ka­rzy cza­ją­cych się za murami Depar­ta­mentu Obrony. Jako podwój­nie oca­lały – z kata­strofy lot­ni­czej oraz islam­skiej egze­ku­cji – zdo­był rap­tem wielki i nie­chciany roz­głos. Repor­te­rzy zasy­py­wali go pyta­niami, dzien­ni­karki pro­po­no­wały wywiady, foto­gra­fo­wie strze­lali zza węgła. W sukurs przy­szedł mu znów puł­kow­nik Smith, który ulo­ko­wał go w swoim domu i wysta­rał się o tym­cza­sową wizę.

Dyzio nie zamie­rzał nad­uży­wać gościn­no­ści woj­sko­wego i jego żony. Gdyby to od niego zale­żało, natych­miast wró­ciłby do Sar­ma­cji. Co prawda sekre­tarz nowego prze­ora w Zim­nych Wodach, do któ­rego zadzwo­nił, przy­się­gał, że nie ma tam żad­nej Kasi, Dyzio jed­nak wie­dział swoje. Szko­puł w tym, że nie miał za co wró­cić do ojczy­zny. A nawet gdyby miał – nie wsiadłby do samo­lotu. Był uzie­miony i bez środ­ków do życia.

Wtedy żona puł­kow­nika, Mary Anne, wpa­dła na pomysł, aby zor­ga­ni­zo­wać mu eks­klu­zywny wywiad dla tablo­idu, który co tydzień posze­rzał hory­zonty myślowe trzem milio­nom Ame­ry­ka­nów. Dyzio zaci­snął zęby i odpo­wie­dział na kilka pytań. Czek opie­wał na kwotę, która zapew­niała roczny pobyt w pię­cio­gwiazd­ko­wym hotelu.

Zamiesz­kał w sute­re­nie domu pań­stwa Smith. Senna cisza waszyng­toń­skich przed­mieść uko­iła jego sko­ła­tane nerwy. Dni nabrały regu­lar­no­ści i prze­wi­dy­wal­no­ści. O czwar­tej nad ranem puł­kow­nik Smith wypro­wa­dzał na spa­cer bia­łego pudla, a potem sia­dał w pół­lo­to­sie na tyłach domu, żeby medy­to­wać. Dyzio dołą­czał do niego przy śnia­da­niu. Pew­nego razu zapy­tał go o cel tych poran­nych prak­tyk.

– Medy­tuję, żeby roz­to­pić się w Pustce – rzekł Smith.

Wyja­śnie­nie to zdzi­wiło Dyzia. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego puł­kow­nik, żyjący peł­nią życia, chce się roz­to­pić w Pustce pozba­wio­nej zarówno życia, jak i pełni.

Tym­cza­sem uczył się nowych rze­czy. Do kolek­cji zna­nych sobie języ­ków – łaciny, greki, wło­skiego i sar­mac­kiego – dodał język ame­ry­kań­ski, który opa­no­wał cał­kiem bie­gle, oglą­da­jąc seriale o poli­cjan­tach, praw­ni­kach i leka­rzach. Wystę­pu­jący w nich boha­te­ro­wie byli albo bez­względni, albo szur­nięci, lecz wysła­wiali się jędr­nie, dosad­nie i soczy­ście. (Filmy nie wywo­ły­wały już u niego tak sil­nych wzru­szeń jak to, któ­remu uległ swego czasu w kinie). Mary Anne posia­dała bogaty księ­go­zbiór zło­żony z best­sel­le­rów, przez który Dyzio prze­dzie­rał się ze słow­ni­kiem w ręku, czu­jąc na prze­mian roz­kosz i zgrozę. Nauczył się robić zakupy w sieci, obsłu­gi­wać tele­fon komór­kowy i uży­wać karty kre­dy­to­wej. Od czasu do czasu puł­kow­nik Smith wyjeż­dżał na misje, o które nie nale­żało go pytać. Dyzio dotrzy­my­wał wów­czas towa­rzy­stwa Mary Anne na impre­zach cha­ry­ta­tyw­nych, które jej przy­ja­ciele chi­rur­dzy orga­ni­zo­wali co mie­siąc. Ku jego zdu­mie­niu oka­zali się ludźmi cał­kiem zdro­wymi psy­chicz­nie.

Stany Zjed­no­czone miały wszystko, czego dusza zapra­gnie, lecz nie było w nich Kasi. Dyzio codzien­nie prze­glą­dał z drżą­cym ser­cem sar­mac­kie media i ser­wisy pra­sowe, mając nadzieję odna­leźć choćby naj­krót­szą wzmiankę o uko­cha­nej. Na próżno. Prze­pastna sieć nie chciała mu wyja­wić miej­sca jej pobytu, numeru tele­fonu ani nazwy konta.

Mijały mie­siące. Któ­re­goś dnia spusz­czony ze smy­czy pudel pognał w głąb parku. Woła­nia na nic się nie zdały. Dyzio, chcąc nie chcąc, pobiegł za psem mię­dzy drzewa.5.

CZEGO DYZIO NAUCZYŁ SIĘ OD MARTINA

Na ocie­nio­nej pola­nie stał niski, krępy męż­czy­zna, z kępami siwych wło­sów nad uszami; i zgięty wpół prze­ma­wiał pudlowi do rozumu. Czarna laseczka o mosięż­nej rączce podry­gi­wała w rytm jego słów. Dyzio podzię­ko­wał mu za oby­wa­tel­skie zatrzy­ma­nie psa. Wymie­nili kilka grzecz­no­ścio­wych uwag. Naza­jutrz Dyzio przy­szedł na polanę, trzy­ma­jąc pudla na smy­czy. Męż­czy­zna sie­dział na pniu ścię­tego drzewa, jakby się go spo­dzie­wał. Ponow­nie miał na sobie obci­sły czarny sur­dut i szary kra­wat z włóczki. Laseczka spo­czy­wała w poprzek jego kolan.

Przed­sta­wili się sobie. Miał na imię Mar­tin i był eme­ry­to­wa­nym dra­ma­tur­giem. Dyzio, usiadł­szy na tra­wie, zapy­tał, gdzie można obej­rzeć jego sztuki.

– Od lat nie gra się w Sta­nach moich sztuk – odparł Mar­tin. – Ame­ry­ka­nie uwa­żają je za zbyt ponure. Cza­sem ktoś wystawi moją jed­no­ak­tówkę w Sar­ma­cji albo Rosji. Kry­tycy przy­szyli mi łatę zgryź­li­wego czar­no­wi­dza. Cał­kiem słusz­nie zresztą. Jestem ostat­nim żyją­cym scho­pen­hau­ery­stą⁷.

– Mój świę­tej pamięci mistrz mówił, że pesy­mizm jest nie­uza­sad­niony – powie­dział Dyzio. – Świat został stwo­rzony przez Boga, dowo­dził, więc nie może być zły.

– Wolne żarty, przy­ja­cielu! – Mar­tin potrzą­snął laseczką. – Świat to wię­zie­nie. Czy dobrze jest się uro­dzić w wię­zie­niu, w któ­rym czło­wiek odsia­duje doży­wotni wyrok, mając świa­do­mość, że któ­re­goś dnia o świ­cie kat zapuka do jego celi?

Dyzio się zamy­ślił.

– Są różne zakłady karne – zauwa­żył. – W jed­nych ścina się za drobne wykro­cze­nia, a w innych więź­nio­wie mają sze­roki mar­gi­nes swo­body. To od nas zależy, jak urzą­dzimy ten świat.

– Ale finał jest zawsze taki sam. Każdy z nas, na swój spo­sób, ponosi karę za to, że żyje.

– Nie zaprze­czysz chyba jed­nak, Mar­ti­nie, że mamy wolną wolę – skon­tro­wał Dyzio.

– Tak zwana wolna wola to ślepa siła, która przy­mu­sza nas do trak­to­wa­nia wła­snych zachcia­nek jako cze­goś spe­cjal­nego. Dzię­kuję za taką wol­ność.

– A rozum? Powstrzy­muje nas prze­cież przed robie­niem głupstw.

– Rozum powstał z łaski żądzy i służy jej na każde ski­nie­nie. Pomaga żądzy prze­dłu­żyć samą sie­bie, choć wma­wia sobie, że jest na odwrót. Zresztą więk­szość ludzi dosko­nale obywa się bez rozumu.

Umil­kli. Mar­tin zasłu­chał się w śpiew pta­ków.

– Zapewne jako dra­ma­turg wysoko cenisz sztukę – rzekł po chwili Dyzio.

– Ow­szem. Muzyka, lite­ra­tura, malar­stwo pozwa­lają nam ode­rwać się na moment od naszego nie­na­sy­co­nego ego. Przy­znaję: życie bez sztuki byłoby kosz­ma­rem nie do znie­sie­nia.

– Czym według cie­bie jest opatrz­ność?

– Opatrz­ność? – prych­nął dra­ma­turg. – To kapry­śny wię­zienny nad­zorca, który dzi­siaj wypusz­cza nas na sło­neczny spa­cer­niak, a jutro zamyka w czar­nym kar­ce­rze. Cokol­wiek by zro­bił, znajdą się tacy, któ­rzy uznają to za słuszne i spra­wie­dliwe i będą mu skła­dać hołdy.

– Zapewne wyżej niż teo­lo­gię cenisz filo­zo­fię?

– Obie są sie­bie warte. Teo­lo­gia to opo­wieść o stwórcy, o któ­rym mamy wie­rzyć na słowo, iż wszystko regu­luje, tyle że nie raczył dać nam porząd­nych przy­czyn swo­jego ist­nie­nia. Filo­zo­fia to muzeum obraz­ków z natury, malo­wa­nych przez róż­nej maści ślep­ców; cza­sem, przez przy­pa­dek, któ­re­muś udaje się uchwy­cić rąbek rze­czy­wi­sto­ści. Filo­zo­fo­wie są na ogół uczciwsi od teo­lo­gów. Przy­ci­śnij teo­loga do muru argu­men­tami, a nie­chyb­nie wycią­gnie z rękawa dżo­kera o nazwie „tajem­nica”…

Dyzio słu­chał wywo­dów Mar­tina z życz­li­wym zain­te­re­so­wa­niem, ale w głębi ducha skła­niał się ku naukom dok­tora Głoś­pana. Świat nie mógł być taki zły, skoro ist­niała na nim Kasia. Mar­tin, jakby czy­ta­jąc w jego myślach, uśmie­chał się tylko.

Któ­re­goś dnia dra­ma­turg, dowie­dziaw­szy się, że Dyzio nie wyściu­bił dotych­czas nosa poza Waszyng­ton, zapro­po­no­wał, że zabie­rze go z sobą do Los Ange­les. Jego młod­szy brat żenił się tam z aktorką, któ­rej wró­żono wielką karierę w Hol­ly­wood. Dyzio chęt­nie przy­stał na tę pro­po­zy­cję.

Wyru­szyli wcze­snym ran­kiem. Dyzio sie­dział z nosem przy­le­pio­nym do szyby gigan­tycz­nego Cadil­laca. Wje­chali na pustą auto­stradę. Hory­zont zda­wał się cią­gle umy­kać, zara­zem obie­cu­jąc odpo­wie­dzi i odsu­wa­jąc je w nie­skoń­czo­ność. Mar­tin zaba­wiał Dyzia aneg­do­tami o zna­jo­mych nie­szczę­śni­kach, któ­rzy wpa­dli w sidła miło­ści. Byli wśród nich mędrzec, który zgłu­piał, i sta­rzec, który zdzie­cin­niał; kobieta łagod­nego serca, która zapla­no­wała i popeł­niła prze­myślną zbrod­nię; mąż stanu, który zdra­dził umi­ło­waną ojczy­znę; matka, która porzu­ciła szóstkę uko­cha­nych dzieci, aby się zwią­zać z łachu­drą; naj­lepsi przy­ja­ciele, któ­rzy z miło­ści obró­cili się w zapie­kłych wro­gów. W końcu Dyzio, przy­tło­czony ogro­mem ludz­kiego nie­szczę­ścia, zapadł w ciężką drzemkę.

Zbu­dził się prze­ko­nany, że jedzie przez mie­dzę mię­dzy polami w Zim­nych Wodach. Otwo­rzył oczy: byli już w Ken­tucky.

– Tak, tak, przy­ja­cielu – cią­gnął Mar­tin. – Żadna ludzka dobroć, uczci­wość ani inte­li­gen­cja nie chroni przed tym szcze­gól­nym opę­ta­niem, któ­rego jedy­nym celem jest prze­dłu­że­nie gatunku.

Dyzio ziew­nął i prze­tarł oczy.

Los Ange­les było roz­le­głe i pstro­kate. Kiedy wje­chali na Sun­set Boule­vard⁸, zoba­czyli kil­ku­set­me­trową kolejkę ludzi cią­gnącą się przed barem McDo­nald’s.

– Czy ci wszy­scy ludzie stoją po dar­mową żyw­ność? – zapy­tał Dyzio.

– Cze­kają, żeby kupić ham­bur­gera, któ­rego jesz­cze nie jedli.

– Musi być bar­dzo smaczny, skoro są gotowi stać przez kilka godzin.

– Jest ohydny. Stoją po niego, dla­tego że sma­kuje tak samo jak inne ham­bur­gery.

Nieco dalej natknęli się na tłum ludzi zgro­ma­dzony przed kinem, w któ­rym wyświe­tlano film opo­wia­da­jący o przy­go­dach kilku śmiał­ków obda­rzo­nych nad­przy­ro­dzo­nymi mocami.

– Czy ci ludzie też chcą zoba­czyć to, co już widzieli? – spy­tał Dyzio.

– Tak, ale podob­nie jak ham­bur­ger, film musi być tak upich­cony, żeby im się wyda­wało, że to zupełna nowość. Tylko wtedy prze­żyją duchowe kathar­sis za cenę biletu.

Dyzio poskro­bał się po czole.

– Myśla­łem, że Ame­ry­ka­nie to indy­wi­du­ali­ści.

– A jakże, przy­ja­cielu. Ten tłum składa się z samych indy­wi­du­ali­stów, któ­rzy aby się wyróż­nić, podej­mują suwe­renną decy­zję, by robić to samo co inni indy­wi­du­ali­ści.

Wesele aktorki i brata Mar­tina odby­wało się na par­te­rze sali balo­wej wiel­ko­ści sta­dionu lek­ko­atle­tycz­nego. Mocno wsta­wieni goście sie­dzieli w roz­cheł­sta­nych koszu­lach i wymię­tych mary­nar­kach przy stole, który ugi­nał się od jadła i napo­jów. Na bocz­nej estra­dzie trzy­dzie­sto­oso­bowa orkie­stra rzę­po­liła mar­sza pogrze­bo­wego. Mar­tin usi­ło­wał się dowie­dzieć, gdzie jest jego brat, lecz inda­go­wani wzru­szali ramio­nami albo krę­cili gło­wami. Wresz­cie udało mu się go namie­rzyć: spał pijany pod sto­łem. Jedyny na sali abs­ty­nent obja­śnił im, co się stało. Tuż przed ślu­bem oka­zało się, że panna młoda ucie­kła do Europy z młod­szym od niej, ale już wielce obie­cu­ją­cym reży­se­rem. Mimo to nie­do­szły mąż zde­cy­do­wał się wypra­wić wesele, naka­zu­jąc orkie­strze, by grała wyłącz­nie utwory w tona­cji molo­wej. Mar­tin był dumny z brata.

– Zdro­wie kawa­le­rów! – wzniósł szkla­neczkę whi­sky.

Dyzio speł­nił toast.

– Zdro­wie panien! – zawo­łał natych­miast Mar­tin.

Uczcili pozo­stałe osoby stanu wol­nego – roz­wod­ni­ków, roz­wódki, wdow­ców i wdowy – po czym powę­dro­wali w stronę śród­mie­ścia.

Przy­sta­nęli na szczy­cie wzgó­rza, z któ­rego roz­ta­czał się widok na cały bul­war, i patrzyli na buzu­jącą w dole ludzką kipiel. Potoki prze­chod­niów bez­u­stan­nie zle­wały się i roz­dzie­lały. To się wzmac­niały, to znowu sła­bły, by wyschnąć zupeł­nie, ale po chwili wzbie­rały znowu. Mar­tin zagar­nął bul­war zama­szy­stym ruchem swo­jej czar­nej laseczki.

– Spójrz na to wido­wi­sko życia, przy­ja­cielu. Biorą w nim udział sprze­dawcy, tury­ści, graj­ko­wie, poli­cjanci, biz­nes­meni, duchowni, ćpuny, menele, akto­rzy, psy­cho­paci i inni. Ich życie jest jed­na­kowo marne: oddają się bez­myśl­nym roz­ryw­kom, aby zapo­mnieć o przy­gnia­ta­ją­cym cię­ża­rze bytu. Pra­wie każ­demu się wydaje, że ma do ode­gra­nia jakąś istotną rolę w spek­ta­klu świata, który po praw­dzie ma go gdzieś. Ale to dobrze. Ina­czej wszy­scy dawno by się już poza­bi­jali.

Zeszli ze wzgó­rza. Na rogu ulicy natknęli się wyele­gan­to­wa­nego Afro­ame­ry­ka­nina ze zło­tym rolek­sem na ręku, który roz­da­wał prze­chod­niom kolo­rowe bro­szury.

– Ocal­cie wasze dusze! – wołał egzal­to­wa­nym gło­sem. – Oto speł­nia się biblijne pro­roc­two. Nad­cho­dzi dzień Sądu Bożego. Chry­stus zstąpi na zie­mię, aby zabrać swo­ich wyznaw­ców do nieba. Ocal­cie wasze dusze! Ratuj­cie się!

Mar­tin zapy­tał pro­roka, o któ­rej nastąpi koniec świata. Kiedy usły­szał, że za godzinę, uprzej­mie popro­sił go o zega­rek, wska­zu­jąc na cał­ko­witą nie­przy­dat­ność w nie­bie przy­rządu słu­żą­cego do pomiaru czasu. Tam­ten popa­trzył na niego jak na wariata.

Ruszyli dalej. Mar­tin krę­cił laseczką, a Dyzio krę­cił głową.

– Naprawdę myśla­łeś, Mar­ti­nie, że odda ci roleksa?

– Założę się, że zega­rek nie jest wart wię­cej jak pięć dola­rów. Jeste­śmy w kra­inie tan­dety, przy­ja­cielu. Na każ­dego auten­tycz­nego roleksa przy­pada dwa­na­ście pod­ró­bek, na każdy natu­ralny biust przy­pada pięć sili­ko­no­wych, a na każdy rze­telny dyplom wyż­szej uczelni dwie fał­szywki poświad­cza­jące grun­towną zna­jo­mość medy­cyny, prawa albo mar­ke­tingu.

Pośrodku chod­nika stary żebrak fał­szo­wał na fle­cie rzewną melo­dię. Mar­tin wrzu­cił pię­cio­cen­tówkę do zde­fa­so­no­wa­nej bejs­bo­lówki. Ładna bru­netka wrę­czyła Dyz­iowi ulotkę rekla­mu­jącą usługi krio­niczne. Napis na pierw­szej stro­nie wołał wiel­kimi lite­rami: ŻYCIE LUDZ­KIE JEST BEZ­CENNE! Cena była podana pod spodem i skła­dała się z sze­ściu cyfr. Dyzio zapy­tał Mar­tina, czy jest wielu chęt­nych do zamro­że­nia.

– Coraz wię­cej. Śmierć w Ame­ryce to jesz­cze jeden biz­nes. Dopóki nie można było się od śmierci wyku­pić, pró­bo­wano ją obła­ska­wić. Szy­dzono z niej, poni­żano ją albo wywyż­szano, ale naj­czę­ściej pomi­jano mil­cze­niem. Postęp tech­niczny, oprócz leków na AIDS i alzhe­imera, przy­niósł także obiet­nicę nie­śmier­tel­no­ści. Odmro­zimy cię do życia wiecz­nego. Ha! W tym kraju można pleść roz­ma­ite androny, mając pew­ność, że znajdą swo­ich nabyw­ców.

– Czy to prawda, że wiele hol­ly­wo­odz­kich gwiazd wyznaje reli­gię zwaną scjen­to­lo­gią?

– Cele­bry­tom i boga­czom, któ­rzy we wła­snym mnie­ma­niu wyra­stają ponad prze­cięt­ność ogółu, nie wystar­czą zwy­kłe androny. Aby utwier­dzić się w swo­jej bosko­ści, muszą uwie­rzyć w _wie­rutne_ bzdury.

Weszli na par­king, na któ­rym stał ich Cadil­lac.

– Mimo wszystko – ode­zwał się po chwili Dyzio – lepiej chyba żyć w kraju, w któ­rym czło­wiek ma prawo gło­sić androny, które nikogo nie krzyw­dzą, niż w takim, gdzie wsa­dza się za kratki za kry­tykę real­nych krzywd.

Mar­tin zro­bił kwa­śną minę, ale zgo­dził się z tą opi­nią.

Wsie­dli do auta i poto­czyli się na wschód. Mar­tin wdał się w kolejny mono­log o bez­wyj­ścio­wo­ści ludz­kiej egzy­sten­cji. Dyzio słu­chał z życz­li­wym zain­te­re­so­wa­niem. Był wdzięczny dra­ma­tur­gowi, że zabrał go do Kali­for­nii. Podróż ta nauczyła go wię­cej o Ame­ryce niż wszyst­kie książki, które prze­czy­tał, i filmy, które obej­rzał, razem wzięte.

Ame­ry­ka­nie tak mocno wie­rzyli w speł­nia­nie się marzeń, że ich kraj nie­ustan­nie się odra­dzał. Byli gotowi bić się do upa­dłego o swoje ide­ały, pozo­sta­jąc na co dzień trzeź­wymi prag­ma­ty­kami. Jedni pożą­dali sławy, wła­dzy i bogac­twa. Inni marzyli jedy­nie o tym, aby im dano święty spo­kój. Mię­dzy tymi bie­gu­nami żyła więk­szość, która chciała tego samego co inne narody, tylko nie potra­fiła się do tego przy­znać.

Kiedy wjeż­dżali do Waszyng­tonu, z radia popły­nęła wia­do­mość, że na Haiti zatrzę­sła się zie­mia, grze­biąc według wstęp­nych sza­cun­ków około stu tysięcy ludzi.

Dyzio zadzwo­nił do Mary Anne. Koń­czyła się pako­wać. Wyla­ty­wała na wyspę z grupą leka­rzy wolon­ta­riu­szy. Dyzio pośpie­szył na sta­tek, by dołą­czyć do nich w cha­rak­te­rze pomoc­nika.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Bal­ta­zar Ble­ko­tek – sar­macki poli­hi­stor i filo­zof. Pierw­szy i jedyny jak dotąd czło­wiek, który opa­no­wał za życia wszyst­kie języki świata. Zagi­nął w nie­wy­ja­śnio­nych do dziś oko­licz­no­ściach pod­czas wie­czor­nego spa­ceru po sto­licy Sar­ma­cji. Na szczę­ście nie zagi­nął bez śladu – zostały po nim buty z wkład­kami i manu­skrypt _Dyzia_.

2.

Kolejno: nauka o gło­sze­niu kazań; o Maryi, matce Jezusa; o Trójcy Świę­tej; o Duchu Świę­tym.

3.

Pieśń nad pie­śniami 4,7, Pismo Święte Sta­rego i Nowego Testa­mentu, wyd. II, Pal­lot­ti­num, Poznań 1971.

4.

Postu­lant – kan­dy­dat do zakonu w okre­sie poprze­dza­ją­cym nowi­cjat; może go w każ­dej chwili opu­ścić bez żad­nych kon­se­kwen­cji.

5.

_Docteur Soixan­te­neuf. Bie­nve­nue cher père!_ (franc.) – „Dok­tor Sześć­dzie­siąt Dzie­więć. Witamy dro­giego ojca”.

6.

Omar – imię męskie arab­skiego pocho­dze­nia, które ozna­cza „dłu­go­wieczny, kwit­nący”.

7.

Scho­pen­hau­ery­sta – zwo­len­nik pesy­mi­stycz­nej filo­zo­fii Artura Scho­pen­hau­era (1788–1860), gło­szą­cej, że życie ludz­kie jest bez­ce­lowe, zde­ter­mi­no­wane przez ślepe popędy i strach przed śmier­cią, a jego istotą jest bez­miar cier­pie­nia.

8.

Sun­set Boule­vard – Bul­war Zacho­dzą­cego Słońca, trzy­dzie­sto­pię­cio­ki­lo­me­trowa ulica łącząca śród­mie­ście Los Ange­les z wybrze­żem Oce­anu Spo­koj­nego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij