Tajemnice wydarte zmarłym - ebook
Tajemnice wydarte zmarłym - ebook
Jak pachnie katastrofa masowa?
Jak wygląda twarz zamieszkana przez setki larw?
Co czujesz, kiedy dotykasz zwęglonych kości?
Antropolożka sądowa Emily Craig – uczennica twórcy "Trupiej Farmy" – odpowie na wszystkie pytania, które boisz się zadać.
W powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna trochę słodkawa, trochę stęchła woń, której nie potrafiłam rozpoznać. Zbliżaliśmy się do słynnej Trupiej Farmy, gdzie Bill Bass szuka odpowiedzi na pytanie: co dzieje się z ludzkim ciałem po śmierci?
Nagle zatrzymaliśmy się, a mój przewodnik wskazał coś wśród traw. Najpierw widziałam tylko błoto, zeschłe liście i brązowe grudy ziemi, ale potem dostrzegłam, że to kości ludzkiego przedramienia. Zwilgotniałe, poszarpane szczątki, które już dawno przybrały barwę gleby, a z ich końców zwisały strzępki szarobrązowych ścięgien. Wyglądały niczym kościotrup z Halloween, który zamarł w środku szalonego tańca.
Emily Craig wykorzystuje osiągnięcia nauki nie tylko po to, aby odkrywać tożsamość ofiar. Potrafi coś więcej: na podstawie czaszki jest w stanie odtworzyć twarz zmarłej osoby. Choć nie może odwrócić przeznaczenia, przywraca ofiarom godność, którą odebrali im mordercy.
Lektura obowiązkowa dla czytelników "Trupiej Farmy".
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7013-8 |
| Rozmiar pliku: | 832 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PRZEDMOWA
Przyznaję. To zagadkowe zjawisko. Kompletnie ignorowany przez społeczeństwo zawód, w którym przepracowałam wiele lat, nagle robi zawrotną karierę.
Nie zrozumcie mnie źle. Ów brak zainteresowania tym, co robimy, przejawiały nie tylko tak zwane szerokie masy. Kiedy kończyłam studia doktoranckie, niełatwo było spotkać policjanta lub prokuratora, którzy by słyszeli o antropologii sądowej. W tamtych czasach stanowiliśmy skromną grupkę zapoznanych specjalistów. Mało kto wiedział o naszym istnieniu, a jeszcze mniej osób rozumiało, na czym polega nasza praca.
Z czasem nas przybywało, jednak nawet dzisiaj w Ameryce Północnej praktykuje zaledwie sześćdziesięciu antropologów sądowych posiadających certyfikat komisji specjalizacji. Kilku z nas znalazło stałe zatrudnienie w instytucjach wojskowych i stanowych. Większość pracuje jako niezależni konsultanci pomagający w konkretnych przypadkach organom ścigania, koronerom i lekarzom sądowym.
Ale nasza specjalizacja zdobywa rozgłos. Dziś każdy amerykański telewidz wie, kogo się wzywa do zeszkieletowanych, zwęglonych, znajdujących się w stanie zaawansowanego rozkładu, okaleczonych lub rozczłonkowanych zwłok.
Co za ironia! Medycyna sądowa nie jest bynajmniej nową dziedziną wiedzy. Pierwszy poświęcony jej traktat pochodzi z trzynastowiecznych Chin. W _Hsi yüan chi lu_ (Oczyszczanie ze złych uczynków) autorstwa Sung Tz’u mordercę wskazują muchy, które obsiadły sierp zwabione niewidocznymi dla człowieka śladami krwi. Sześćset lat później, na początku XX wieku, bostoński naukowiec Thomas Dwight opisał wykorzystanie kości do identyfikacji zwłok.
Federalne Biuro Śledcze (Federal Bureau of Investigation, FBI) szybko doceniło możliwości medycyny sądowej i zaczęło regularnie zwracać się do naukowców ze Smithsonian Institution* o pomoc w identyfikacji ludzkich szczątków. W pierwszej połowie ubiegłego wieku Thomas Dale Stewart i inni antropolodzy sądowi pracowali dla armii amerykańskiej, badając kości żołnierzy poległych na wojnie.
Antropologia sądowa stanowi oficjalnie uznaną specjalizację od 1972 roku, kiedy to przy Amerykańskiej Akademii Medycyny Sądowej (American Academy of Forensic Science) powstała Sekcja Antropologii Fizycznej (Physical Anthropology Section). Wkrótce potem została utworzona Amerykańska Rada Antropologii Sądowej (American Board of Forensic Anthropology).
Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku to okres dynamicznego rozwoju tej dyscypliny, która zaczęła odgrywać ważną rolę również w dochodzeniach dotyczących przypadków łamania praw człowieka. Idąc śladem Clyde’a Snowa i innych pionierów, antropologowie rozkopywali masowe groby i organizowali laboratoria w Argentynie i Gwatemali, a później także w Rwandzie, Kosowie i wielu innych miejscach. Jesteśmy wszędzie tam, gdzie wydarzy się masowa katastrofa. Zespół Operacyjny do spraw Śmiertelnych Ofiar Katastrof Masowych (Disaster Mortuary Operational Response Team, DMORT) wysyła nas na miejsce katastrof lotniczych, zalanych przez powódź cmentarzy, zamachów bombowych. Nie zabrakło nas również w Nowym Jorku po zamachu terrorystycznym na World Trade Center.
A mimo to nadal mało kto o nas słyszał.
Do czasu gdy na ekrany telewizorów wszedł serial _CSI. Kryminalne zagadki Las Vegas_, nieoczekiwany przebój, który podbił serca milionów widzów. Po nim pojawiły się następne: _CSI. Kryminalne zagadki Miami_, _Dowody zbrodni_, _Bez śladu_. Owszem, w latach siedemdziesiątych mieliśmy _Quincy_, ale teraz medycyna sądowa biła rekordy popularności dzięki takim serialom jak _Jordan_, _Na tropie zbrodni_, _Autopsy_ (Autopsja). Nawet takie zasłużone seriale jak _Prawo i porządek_ czy _Dateline_ uatrakcyjniają akcję ekspertyzami balistycznymi i nacięciami zwłok w kształcie litery Y.
W ślad za nimi pojawiły się minidokumenty opowiadające o prawdziwych zbrodniach. _American Justice_, _Body of Evidence_, _City Confidential_, _Cold Case Files_ (Dowód rzeczowy), _Forensic Evidence_ (Dowód sądowy), _Świat kryminalistyki_, _Z akt FBI_. Na wszystkich kanałach naukowcy rozcinają, wypreparowują, przeprowadzają symulacje komputerowe i rozwiązują zagadki zbrodni.
Również literatura nie pozostała w tyle: Patricia Cornwell, Jeffrey Deaver, Karin Slaughter. I oczywiście ja – Kathy Reichs, z moją bohaterką, antropolożką sądową Temperance Brennan.
Po dziesięcioleciach anonimowości nagle staliśmy się sławni niczym gwiazdy rock and rolla.
Nasza publiczność jest jednak trochę zdezorientowana. Kim jest anatomopatolog? A kim antropolog? Ciągle ktoś mnie o to pyta.
Wielu z tych fikcyjnych naukowców jest anatomopatologami – specjalistami od tkanek miękkich. Emily Craig i ja jesteśmy antropolożkami – specjalistkami od kości. Świeże lub względnie nieuszkodzone zwłoki: zajmuje się nimi anatomopatolog. Kościotrup w szafie, zwęglone zwłoki w rozbitej awionetce, okruchy kości w łuparce do drewna: wzywają antropologa. Bazując na naszej wiedzy o kościach, próbujemy ustalić tożsamość denata, czas i przyczynę śmierci oraz co działo się ze zwłokami od czasu, kiedy nastąpił zgon.
Nie pracujemy w pojedynkę. Telewizja gloryfikuje wirtuozerskie popisy samotnych naukowców i detektywów, jednak w prawdziwym życiu prowadzenie śledztwa wymaga współpracy. Anatomopatolog bada organy wewnętrzne i mózg, entomolog – obecność owadów, odontolog – zęby i dokumentację dentystyczną, specjalista z zakresu biologii molekularnej – DNA, a eksperci od balistyki – pociski i łuski. Antropolog sądowy przeprowadza analizę kości. Niezbędna jest praca zespołowa. W _Tajemnicach wydartych zmarłym_ Emily wiernie sportretowała duch braterstwa oraz bezgraniczne poświęcenie techników kryminalistycznych, oficerów śledczych i pracujących w laboratorium naukowców, wspólnie poszukujących rozwiązania skomplikowanej zagadki.
Lubię myśleć, że moje powieści przyczyniły się trochę do uświadomienia społeczeństwu roli antropologii sądowej. Opowiadam o własnych doświadczeniach, kreując fikcyjną bohaterkę Temperance Brennan. W _Tajemnicach wydartych zmarłym_ Emily robi to samo, ale swoim głosem. W kolejnych rozdziałach zabiera czytelnika za kulisy autentycznych śledztw policyjnych. Jako antropolog sądowy stanu Kentucky ma na koncie wiele takich spraw. Zresztą w swoim wcześniejszym zawodzie, rysowniczki medycznej i sądowej, również niejednokrotnie pomagała policyjnym detektywom.
Emily posiada unikatowe przygotowanie zawodowe. Przez piętnaście lat pracowała jako rysowniczka medyczna, przekładając subtelności budowy stawów i kości na język rysunku i rzeźby. Wielką przygodę z antropologią sądową rozpoczęła, kiedy policja poprosiła ją o wykonanie rekonstrukcji wyglądu twarzy niezidentyfikowanych zwłok wyrzuconych na brzeg rzeki Chattahoochee. Po skończonym śledztwie za nic już nie chciała wrócić do poprzedniego zajęcia.
Znam Emily od czasów, kiedy jako doktorantka Billa Bassa prowadziła badania na Trupiej Farmie należącej do Uniwersytetu Stanowego Tennessee. W 1998 roku napisałyśmy wspólnie rozdział do mojego podręcznika _Forensic Osteology. Advances in the Identification of Human Remains_ (Osteologia sądowa. Nowe zdobycze w dziedzinie identyfikacji szczątków ludzkich). Po zamachu na World Trade Center obie znalazłyśmy się w tym samym czasie w Nowym Jorku, skierowane tam przez DMORT. Ja pracowałam na składowisku odpadów, a Emily w kostnicy. Jako weteranka tamtych czasów doceniam sposób, w jaki Emily sportretowała poświęcenie wszystkich uczestników akcji ratunkowej. Lektura ostatniego rozdziału ożywia nie tylko wspomnienia koszmaru, lecz również poczucia misji i krzepiącego braterstwa, które znaleźliśmy w Strefie Zero.
Kiedy dowiedziałam się, że Emily nosi się z zamiarem napisania _Tajemnic wydartych zmarłym_, w pierwszej chwili zareagowałam sceptycznie. Czy książka zdoła przybliżyć czytelnikowi wszystkie aspekty naszej dyscypliny, nie popadając w ton podręcznika akademickiego? Czy Emily będzie umiała właściwie przedstawić metodologię i jednocześnie ukazać ludzką stronę naszej profesji? Czy odda ból matki zaginionego dziecka, frustrację detektywa, który nie może znaleźć mordercy, i smutek szeryfa stojącego nad podziurawionymi jak sito zwłokami trzylatka?
Pierwsze rozdziały rozwiały moje obawy. _Tajemnice wydarte zmarłym_ rzetelnie i zajmująco przedstawiają niuanse naszego zawodu. Strona po stronie Emily pozwala czytelnikowi zajrzeć sobie przez ramię, ale i w głąb: do jej umysłu i serca. Relacjonując historie śledztw, w których brała udział, opowiada o trudnej i wymagającej, lecz także dającej ogromną satysfakcję pracy antropologa sądowego.
Jeszcze bardziej poruszające jest to, że Emily otworzyła nam drzwi do swojego osobistego świata. Pokazała kobietę naukowca, która walczy o utrzymanie równowagi pomiędzy pasją, obiektywizmem i ludzką wrażliwością i stara się uprawiać przytłaczający nierzadko zawód antropologa sądowego, nie tracąc poczucia humoru i pogody ducha. Jej książka wiernie przedstawia zarówno naukowe, jak i ludzkie oblicze antropologii sądowej.
* Smithsonian Institution – jedna z pierwszych na świecie instytucji popierania nauki, powołana w 1846 roku w Waszyngtonie na mocy decyzji Kongresu USA z funduszy przekazanych na ten cel w testamencie przez brytyjskiego naukowca Jamesa Smithsona. Obejmuje liczne instytuty badawcze i muzea (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).Prolog
ŻĄDŁO ŚMIERCI
Na heroiczne pytanie
„Śmierci, gdzie twe żądło?”, odpowiadam:
„Tkwi w moim sercu, umyśle i pamięci”.
Maya Angelou
Stanowczo zbyt dużo czasu poświęciłam oczom ofiary i zaczynała ogarniać mnie frustracja. Próbowałam różnych sposobów, ale wyglądało na to, że nie potrafię ożywić jej rysów.
Poprzedniego ranka postawiłam głowę kobiety na środku kuchennego stołu i od tamtej pory pracowałam nad nią bez wytchnienia. Była już druga nad ranem – dawno minęła pora, o której zwykle kładłam się spać – ale po prostu nie byłam w stanie oderwać się od tego zajęcia.
Może gdybym spróbowała z inną częścią twarzy? Przesunęłam palcami po chłodnych, gładkich policzkach, starając otrząsnąć się z wrażenia, że martwy wzrok utkwiony jest we mnie. Naciskając kciukami miękką fałdę, która tworzyła dolną wargę, zmieniłam zmartwioną minę w uśmiech. Nagle przeraziło mnie to, co zrobiłam. Jak po tym wszystkim, co spotkało tę kobietę, mogłam wyobrazić sobie uśmiech na jej twarzy?
Bardzo mało wiedzieliśmy o ofierze, ale nieliczne znane nam fakty mroziły krew w żyłach. Jej szczątki znaleziono mniej więcej trzy miesiące wcześniej w Peck’s Landing, popularnym miejscu wypoczynkowym nad rzeką Wisconsin, w pobliżu malutkiego miasteczka Baraboo. Pewien nastolatek, kąpiąc się w rzece, zauważył czarny żeglarski worek leżący na łasze piasku. Myśląc, że zawiera sprzęt kempingowy, wyciągnął go na biegnącą wzdłuż brzegu ścieżkę. Kiedy go otworzył, stwierdził, że w środku znajduje się plastikowa torba na śmieci, która rozerwała się, ukazując – jak sądził – cuchnące, zakrwawione zwłoki zdechłego zwierzęcia. Zdegustowany wyrzucił zawinięte w plastik szczątki na ścieżkę, worek zawiesił na pobliskim drzewie i uciekł.
Tego samego popołudnia dwaj mali chłopcy wybrali się na coniedzielną wycieczkę z mamą. Biegnąc ścieżką wzdłuż rzeki o kilka kroków przed nią, natknęli się na zakrwawioną torbę na śmieci. Jak to dzieci, zaczęli dźgać ją patykami, aż w końcu rozerwali plastik i zobaczyli gnijące mięso. Oni również uznali, że są to resztki zdechłego zwierzęcia, i ogromnie przejęci swoim znaleziskiem zawołali mamę. Kobieta szybko odsunęła ich na bok i zadzwoniła na policję.
Kiedy biuro szeryfa hrabstwa Sauk stwierdziło, że torba zawiera korpus człowieka, zaczęły się energiczne poszukiwania dalszych śladów tej brutalnej zbrodni. W ciągu kilku następnych dni znaleziono jeszcze siedem plastikowych toreb z częściami ciała. Wszystkie nosiły logo miejscowego sklepu spożywczego. Zawierały dokładnie rozczłonkowane fragmenty ciała młodej, dwudziestoparoletniej kobiety – barki, biodra, kolana i kostki nóg wycięto z niemal chirurgiczną precyzją, a kości nóg dosłownie oddzielono od ciała. Skóra twarzy została zdarta z czaszki.
Jak na ironię działania sprawcy, mające na celu ukrycie tożsamości ofiary, zwiększyły szansę na jej zidentyfikowanie. Szczelnie zawiązane i wrzucone do rzeki plastikowe worki zabezpieczyły makabryczną zawartość o wiele lepiej, niż gdyby zbrodniarz po prostu porzucił szczątki w lesie. Ochroniły je przed robakami i innymi padlinożercami, a woda dodatkowo spełniła funkcję lodówki, spowalniając procesy gnicia i rozkładu. Zwłoki młodej kobiety wciąż jeszcze mogły nam opowiedzieć jej historię – gdybyśmy tylko potrafili ją z nich wydobyć.
Kiedy po raz pierwszy zadzwonił do mnie detektyw Joe Welsch z wydziału zabójstw policji hrabstwa Sauk, w jego głosie brzmiało zniechęcenie. Jeszcze nigdy nie rozmawiałam z tak przygnębionym policjantem.
– Szczerze mówiąc – zaczął – biedaczka została zmasakrowana w sposób, jakiego nikt z nas jeszcze nigdy nie widział.
Odniosłam wrażenie, że jest młody i może odrobinę spięty.
– A do tego jeszcze dziesięć dni wcześniej z rzeki w New Hampshire wyłowiono rozczłonkowane zwłoki kobiety.
Ja też słyszałam o kobiecie z New Hampshire i pomyślałam dokładnie o tym samym co Joe: seryjny morderca. Tacy zabójcy zdarzają się niezwykle rzadko i zazwyczaj stanowią najmniej prawdopodobne rozwiązanie sprawy. Jednak jawna brutalność tej zbrodni odróżniała ją od zwykłych zabójstw. Seryjnych morderców w rodzaju Jeffreya Dahmera* i Kuby Rozpruwacza nie zadowala samo zabijanie. Znieważają dodatkowo swoje ofiary, okaleczając je lub wręcz dopuszczając się aktów kanibalizmu, przez co ich postępowanie nie mieści się w granicach przewidywalnych zachowań ludzkich. Obecna sprawa powielała ten wzór. Jeśli w jego okolicy działał seryjny morderca, Joe rzeczywiście miał powody do zmartwienia.
– Dopiero co wsadziliśmy za kratki jednego seryjnego mordercę – powiedział. – A w Chicago mieli w ostatnich miesiącach dwanaście zabójstw kobiet, których zwłoki zostały porzucone na ulicy. Rozmawiałem z człowiekiem z tamtejszego FBI, ekspertem od profilów psychologicznych przestępców, i z jego kolegą z Madison. Staramy się nie wyciągać pochopnych wniosków. Ale czułbym się znacznie lepiej, gdyby udało nam się ustalić tożsamość tej kobiety.
Słusznie, pomyślałam, czas ucieka. Każda minuta naszej niewiedzy dawała zabójcy jedną minutę więcej na zatarcie śladów – albo zaplanowanie kolejnej zbrodni.
Joe przeczytał mi fragment raportu z sekcji zwłok.
– Organy wewnętrzne i mózg w komplecie, ale ledwo rozpoznawalne… Uzębienie kompletne i w doskonałym stanie… Żadnych blizn i tatuaży… Żadnych śladów wcześniejszych złamań…
Była to standardowa lista kontrolna lekarza sądowego. Teraz rozumiałam, przed jak poważnym problem stoi Joe: zwłoki młodej dziewczyny nie skrywały praktycznie żadnych informacji, które mogłyby nam pomóc w ustaleniu jej tożsamości.
– A co z odciskami palców? – spytałam.
Joe westchnął.
– Cóż, mamy je, ale jakbyśmy ich nie mieli. Ciało zaczęło się rozkładać, zanim je znaleźliśmy. Długo przebywało w wodzie i skóra odeszła od palców.
W rezultacie, jak mi powiedział, ekspert od daktyloskopii musiał utwardzić skórę, zanurzając ją w formalinie. Następnie oddzielił naskórek od palców ofiary, tak by zdjąć z nich górną warstwę skóry w jednym kawałku. Zabieg ten nazywany jest „zdejmowaniem rękawiczki”. W ten sposób powstała „rękawiczka” z naskórka z liniami papilarnymi ofiary, w którą pracownik laboratorium wsuwał jeden po drugim własne palce, by przyciskając je kolejno do poduszeczki z tuszem, a następnie odciskając na kartce białego papieru, uzyskać sześć czytelnych odcisków – wyjątkowo dobry wynik jak na tego rodzaju procedurę.
– Ależ to wspaniale – ucieszyłam się. Zdjęcie odcisków palców ze zwłok w stanie zaawansowanego rozkładu jest tak trudną sztuką, że przez moment nie rozumiałam, czemu Joe mówi o tym zniechęconym tonem. Ale szybko przypomniał mi, jak rozpaczliwie niewiele można się czasem dowiedzieć na podstawie samych odcisków palców.
– Owszem – przyznał – tylko że do niczego nie pasują. Myślałem, że wrzucę je do bazy danych i będzie po wszystkim. Komputer wypluje listę zaginionych i bingo! Będziemy mieli naszą Jane Doe**.
Wbrew powszechnemu przekonaniu nie ma żadnego cudownego sposobu na dopasowanie odcisków palców niezidentyfikowanej ofiary zabójstwa do odcisków palców osoby zaginionej, jeśli nie zostały one wcześniej wprowadzone do krajowej albo międzynarodowej bazy danych. Odciski palców skazanych za popełnione przestępstwa znajdują się zazwyczaj w aktach agencji śledczej, która dokonała aresztowania, ale jeśli lokalna policja lub szeryf nie prześlą ich do ogólnokrajowej komputerowej bazy danych, detektywi prowadzący śledztwo w innej części kraju nie mogą porównać ich z odciskami ofiary. Najdokładniejszy nawet rysopis fizyczny (wiek, rasa, płeć, budowa ciała, waga, kolor włosów, kolor oczu) może pasować do tysięcy zaginionych. Jeśli oficerowie przyjmujący zgłoszenie nie włączyli do akt dokumentacji dentystycznej albo odcisków palców, każdy zaginiony odpowiadający rysopisowi ofiary musi zostać skrupulatnie sprawdzony – i albo dopisany do listy, albo z niej wykluczony.
Zwykle dostajemy cały stos wydruków z danymi wszystkich zaginionych, którzy mogą pasować do naszej ofiary. Wydruk podaje datę urodzenia, czas i miejsce, gdzie dana osoba była ostatnio widziana, rasę, płeć, wzrost, wagę, kolor włosów, kolor oczu i, przy odrobinie szczęścia, informacje o cechach szczególnych – ubraniu noszonym w dniu zaginięcia, tatuażach, bliznach, znamionach, brakujących kończynach lub palcach, odbytych zabiegach chirurgicznych, złamaniach, protezach dentystycznych. Czasem wydruk zawiera przetworzone do postaci cyfrowej odciski palców. Jeśli naprawdę masz szczęście, znajdziesz zeskanowaną kartę dentystyczną, o ile placówka przyjmująca zgłoszenie zadała sobie trud jej zdobycia. Kiedy indziej wydruk ogranicza się do poinformowania, że dane dentystyczne albo zdjęcia rentgenowskie znajdują się gdzieś w aktach. Listę kończy nazwa placówki, która przyjęła zgłoszenie. Sam musisz się z nią skontaktować, jeśli chcesz porównać swoje niezidentyfikowane zwłoki z danymi ich zaginionego – dokumentacją dentystyczną, odciskami palców, DNA i tak dalej.
Oczywiście zdarza się, że osoba, którą staramy się zidentyfikować, w ogóle nie figuruje w bazie danych. Jeśli była samotna, niewykluczone, że jej nieobecność nikogo nie zaniepokoiła na tyle, by zawiadomił policję. Może być też tak, że jedynym człowiekiem, który wie o jej zaginięciu, jest zabójca, a on już na pewno nie pójdzie na policję! Rozumiałam, dlaczego Joe ma takie trudności ze zidentyfikowaniem zwłok bez blizn, defektów fizycznych, plomb czy karty dentystycznej do porównania.
Mnie też zdarza się siedzieć w laboratorium nad zwałem wydruków, ściskających serce opisów zaginionych dzieci, małżonków, przyjaciół i ukochanych i czasem muszę w końcu stawić czoło faktowi, że żaden z nich nie pasuje do mężczyzny czy kobiety, których kości mam przed sobą. Nawet teraz, po wielu latach pracy, ogarnia mnie wówczas znajome uczucie przygnębienia – przeradzające się po chwili w narastającą determinację. Kiedy napotykam przeszkodę, budzi się we mnie ciche postanowienie, że nie dam się pokonać nawet najtrudniejszej sprawie.
Bywa to jednak niezwykle frustrujące i nic dziwnego, że prowadzący śledztwo często poddają się, gdy w ciągu kilku dni czy tygodni nie uda im się zidentyfikować ofiary. Kiedy zaczynałam karierę antropologa sądowego, byłam zdumiona, jak łatwo niektórzy detektywi rezygnują z rozwiązania sprawy, gdy tylko trochę przycichnie wrzawa wokół niej. Ale z biegiem lat nauczyłam się, że jedyne, co można zrobić, to dać z siebie wszystko, zanim sprawa zostanie odłożona na półkę – choć to wcale nie oznacza rezygnacji z pościgu. Dziś wydzieram „moim” niezidentyfikowanym zwłokom tyle tajemnic, ile tylko potrafię, i pilnuję, by zebrane przeze mnie informacje dotarły do wiadomości publicznej i zostały wprowadzone do policyjnej bazy danych. Potem odsyłam dokumentację do archiwum i – nie tracąc nadziei, że pewnego dnia zagadka znajdzie rozwiązanie – zabieram się do pracy nad nowymi przypadkami.
Jednak bez względu na to, nad czym aktualnie pracuję, nadal pamiętam o wszystkich nierozwiązanych sprawach. Ilekroć wpadnie mi w ręce choćby strzęp informacji, który może pomóc zidentyfikować którąkolwiek z ofiar, skrupulatnie go sprawdzam – inaczej nie mogłabym spojrzeć sobie w twarz. Niekiedy myślę, że przy tak zawodnym systemie identyfikacyjnym to, że w ogóle udaje się czasem zidentyfikować jakiś nieznany szkielet, graniczy z cudem. To właśnie dlatego każdy sukces przynosi tyle radości.
Zresztą to może właśnie donkiszotowski charakter naszych poszukiwań trzyma mnie i niektórych detektywów w tej pracy. Weźmy Joego Welscha. Mimo wyraźnego zniechęcenia w jego głosie należał właśnie do takich niezmordowanych śledczych – nie chciał zrezygnować, choć szanse na rozwiązanie sprawy były naprawdę znikome. Znalazł sojuszniczkę w równie zdeterminowanej agentce specjalnej Elizabeth Feagles – dla przyjaciół Liz – z Wydziału Kryminalnego stanu Wisconsin. Zgodnie z rutynową procedurą wspólnie przejrzeli setki raportów dotyczących osób zaginionych, poczynając od stanowych, a na ogólnokrajowych kończąc, ale żaden nie pasował do ich ofiary; również trop z odciskami palców zawiódł ich w ślepy zaułek. Zorganizowali zwykłą w takich przypadkach kampanię w mediach, zarzucając lokalne serwisy informacyjne najlepszymi rysopisami swojej Jane Doe, jakie udało im się sporządzić – ale cały ich wysiłek przyniósł jedynie wielką ilość fałszywych tropów.
Od znalezienia zwłok minęły trzy miesiące, a zabójca nadal znajdował się na wolności. Jako ostatnią deskę ratunku Joe zasugerował rekonstrukcję wyglądu twarzy – glinianą rzeźbę odtwarzającą wygląd ofiary zgodnie z wizją sądowego artysty. Fotografia rzeźby miała zostać następnie rozpowszechniona na terenie całego stanu i może ktoś, kto rozpoznałby młodą kobietę, zgłosiłby się na policję.
Rekonstrukcję wyglądu twarzy w glinie stosuje się jako środek ostateczny, kiedy wszystkie inne sposoby identyfikacji zawiodą. Wbrew powszechnemu przekonaniu rekonstrukcja wyglądu twarzy nie jest portretem ofiary, w najlepszym wypadku stanowi jedynie zręcznie wykonany szkic do portretu. Sukces tego przedsięwzięcia zależy od trzech czynników. Po pierwsze, potrzebny jest bardzo dokładny rysopis ofiary. Po drugie, rzeźba musi dostatecznie przypominać ofiarę pod względem kształtu i proporcji, by dało się ją rozpoznać. Po trzecie i najważniejsze, rekonstrukcję albo jej fotografię musi zobaczyć ktoś, kto znał ofiarę. Choćby rzeźba była doskonała, na nic się nie przyda, jeśli nie zobaczy jej właściwa osoba.
Joe i Liz zdawali sobie sprawę ze wszystkich tych trudności. Ale jaki mieli wybór? Musieli spróbować. I tu natknęli się na kolejną przeszkodę.
Zwykle trójwymiarową rekonstrukcję wyglądu twarzy nanosi się na czaszkę ofiary. Jeśli nadal przylegają do niej pozostałości tkanek miękkich, głowę trzeba wygotować w specjalnym naczyniu na wolnym ogniu, dopóki ciało nie odpadnie od kości, a dopiero potem nakładać glinę na czystą, suchą powierzchnię.
Jednak w tym przypadku nie można było wykorzystać czaszki. Ślady biologiczne w postaci nacięć, pozostawione przez nóż zabójcy, szczególnie na resztkach tkanki miękkiej, stanowiły najważniejszy dowód w tej sprawie. Nikt nie chciał rezygnować z szansy porównania ich z narzędziem zbrodni, jeśli kiedykolwiek zostanie ono znalezione, prokurator okręgowy nakazał więc przechowywanie czaszki w stanie nienaruszonym. Ale jak w takim razie wykonać rekonstrukcję wyglądu twarzy?
Prowadzący śledztwo zwrócili się z prośbą o pomoc do FBI. Przecież ich eksperci od medycyny sądowej, dysponujący ogromnym doświadczeniem, musieli się chyba zetknąć z takim problemem. Nie zetknęli się. Detektywi skontaktowali się więc z doktor Leslie Eisenberg, pełniącą funkcję antropologa sądowego i konsultanta lekarza sądowego w ich macierzystym stanie Wisconsin.
Leslie opowiedziała Joemu i Liz o nowej technologii, znanej pod nazwą szybkiego prototypowania, za pomocą której można stworzyć dokładną replikę ludzkiej czaszki, nie niszcząc oryginału. Zaleciła im jednak ostrożność. Ostrzegła, że proces jest długi i skomplikowany. I bynajmniej nie jest łatwy. Nigdy wcześniej nie był też stosowany do identyfikacji ofiary morderstwa.
Śledczy rozumieli, że wkraczają na niezbadany grunt nowych metod medycyny sądowej, wszystkie inne możliwości zostały już jednak wyczerpane. Zawieźli więc zamrożoną głowę do lokalnego szpitala, gdzie poddali ją pierwszemu etapowi nowatorskiej procedury zarekomendowanej przez Leslie.
Najpierw wykonano tomografię komputerową głowy, uzyskując w ten sposób dwuwymiarowe obrazy jej struktury. W odróżnieniu od promieni rentgenowskich tomograf dostrzega różnicę pomiędzy skórą, mięśniami, tłuszczem, chrząstką i zębami, dzięki czemu kontury czaszki były wyraźnie widoczne.
Następnie dane, zaklasyfikowane jako „tkanka twarda”, zostały wprowadzone na zwykłą dyskietkę, którą Joe przekazał do Centrum Szybkiego Prototypowania w Milwaukee School of Engineering. Tamtejsi inżynierowie zajmują się zazwyczaj budowaniem prototypów skomplikowanych maszyn i nowatorskich wynalazków, więc to zadanie było dla nich czymś nowym, potrafili jednak wykorzystać swoją technologię do stworzenia dokładnej repliki zębów i kości głowy Jane Doe w pomniejszonej skali.
Wynik ich pracy był zdumiewający. Replika, wykonana z setek warstw papieru laminowanego szarobrązową gumą poliuretanową, na pierwszy rzut oka do złudzenia przypominała prawdziwą czaszkę. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec warstwy papieru – czaszka wyglądała trochę jak trójwymiarowa mapa topograficzna.
Uradowani sukcesem Joe i Liz zwrócili się ponownie do FBI, tym razem z prośbą o wykonanie rekonstrukcji wyglądu twarzy w oparciu o model czaszki. Tamtejsi spece słyną jednak z ostrożności i nie chcieli zmierzyć się z nową technologią – tym bardziej że żaden z pracujących dla FBI plastyków i antropologów sądowych ze Smithsonian Institution nie miał wcześniej do czynienia z metodą szybkiego prototypowania.
Joe był zdruzgotany. Wtedy agent FBI zaproponował mu ostatnie rozwiązanie – mnie.
Nazywam się Emily Craig. Jestem antropologiem sądowym stanu Kentucky i zazwyczaj mam mnóstwo własnej roboty na miejscu – poczynając od zagadkowych kości znalezionych w łożysku górskiego strumienia po zabójstwo w leśnej chacie, upozorowane na śmierć w pożarze. Ze względu na moje wyjątkowe przygotowanie zawodowe, obejmujące doświadczenie rysownika i rzeźbiarza medycznego, a także lata pracy w charakterze antropologa sądowego, czasem trafiają do mnie szczególne przypadki spoza granic stanu i oczywiście zawsze spieszę z pomocą. W rzeczywistości to właśnie podczas wcześniejszej pracy w klinice ortopedycznej zaznajomiłam się z połączeniem technologii medycznych i przemysłowych wykorzystanych do stworzenia modelu czaszki. Praca antropologa sądowego rozbudziła zaś we mnie pragnienie zwrócenia każdej ofierze jej nazwiska. Kiedy więc Joe opowiedział mi wstrząsającą historię młodej kobiety, której szczątki próbował zidentyfikować, ucieszyłam się, że dzięki mojej wiedzy i doświadczeniu być może będę mogła mu pomóc.
Nową technologię szybkiego prototypowania poznałam dziesięć lat wcześniej, pracując jako rysownik medyczny w Klinice Ortopedycznej Hughstona w Columbus w stanie Georgia. Czasami korzystaliśmy z tej metody modelowania kości, by pomóc chirurgom w planowaniu najtrudniejszych operacji groźnych, powikłanych złamań. Kiedy rozpoczęłam studia doktoranckie z antropologii sądowej na Uniwersytecie Stanowym w Tennessee, powróciłam do tej techniki, proponując jako przedmiot moich badań wykorzystanie stosowanej w medycynie tomografii komputerowej w tradycyjnej sądowej praktyce sporządzania trójwymiarowych rekonstrukcji z gliny. Miałam nadzieję, że uda mi się stworzyć program komputerowy, który będzie umiał połączyć największe osiągnięcia sztuki i nauki i wykorzystać je do wygenerowania wiarygodnego obrazu twarzy. Zrealizowałam swój projekt, a jego wyniki, przedstawione na kilku międzynarodowych konferencjach, wzbudziły zainteresowanie FBI. Dlatego właśnie poradzili Joemu, żeby zwrócił się do mnie. Wiedzieli, że jestem na bieżąco ze wszystkimi najnowszymi technikami, które mają cokolwiek wspólnego z komputerowym generowaniem twarzy i tomografią komputerową.
Ale Joe nie miał pojęcia o moim przygotowaniu zawodowym. Wiedział tylko, że jestem kolejnym naukowcem, który może popchnąć prowadzone przez niego śledztwo na nowe tory lub spowodować, że zostanie zamknięte na dobre. Dlatego z początku był trochę nieufny i nie spieszył się z rozmową na temat szybkiego prototypowania. Zaczął od pytania, czy podjęłabym się wykonania glinianej rekonstrukcji wyglądu twarzy ofiary zabójstwa.
Zaciekawiło mnie, dlaczego detektyw z Wisconsin zwraca się z taką prośbą do kogoś z odległego stanu, skoro z pewnością mógł znaleźć odpowiedniego specjalistę we własnym. Joe wyjaśnił mi, że tym razem chodzi nie tylko o wykonanie standardowej rekonstrukcji wyglądu twarzy, lecz również o pracę z wygenerowanym komputerowo modelem czaszki – zadanie, którego nawet specjaliści FBI nie chcieli się podjąć. Kiedy powiedziałam, że się zgadzam, nie posiadał się z radości. A gdy dodałam, że mogę się do tego zabrać w nadchodzący świąteczny weekend, natychmiast obiecał, że nazajutrz wsiądzie w samochód i w piątek wieczorem osobiście doręczy mi model czaszki.
Zazwyczaj rekonstrukcja wyglądu twarzy wymaga ścisłej współpracy rzeźbiarza i antropologa sądowego, ale należę do tych nielicznych osób, które łączą obie specjalności. Siedziałam więc teraz samotnie w mojej kuchni o drugiej nad ranem i próbowałam ożywić twarz ofiary, dysponując jedynie czaszką z laminowanego papieru i wzorami matematycznymi określającymi przeciętną głębokość tkanek twarzy młodej Murzynki. Do tej pory działałam ostrożnie, zaznaczając grubość tkanki przy użyciu maleńkich skrawków gumki do mazania, na które następnie nakładałam glinę, modelując oczy i nos zgodnie ze standardowymi wytycznymi antropologii. Rekonstrukcja zbyt słabo przypominała jednak konkretną istotę ludzką, by na jej podstawie można było dokonać identyfikacji. Wiedziałam, że aby ją ożywić, będę musiała zdać się na intuicję.
Stopniowo moje ręce zaczęły poruszać się bez udziału świadomości. Postępując zgodnie z jakimiś sekretnymi wskazówkami, intuicyjnym wyczuciem subtelności struktury kości policzkowych, koniuszki palców badały kontury twarzy ofiary. Zamknęłam oczy, polegając wyłącznie na dotyku.
Przez moment wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze. Po chwili jednak zrezygnowana opuściłam ręce. Skronie pulsowały mi z bólu. Ogarnięta frustracją siedziałam przed rzeźbą, wpatrzoną we mnie martwym wzrokiem.
Wtem, nie podejmując świadomie decyzji, sięgnęłam dłonią do lewej powieki i leciutko trąciłam jej glinianą powierzchnię. To wystarczyło, by rzeźba wreszcie ożyła. Nagle dokładnie wiedziałam, co mam zrobić. Nasączyłam tampon z waty alkoholem izopropylowym i przetarłam nim szklane oko, które wcześniej umieściłam w oczodole, by zetrzeć tłusty osad pozostawiony przez glinę. Oczyszczona źrenica i rozjaśniona rogówka zaczęły odbijać światło, jak prawdziwe ludzkie oko. Lepiej. Znacznie lepiej.
Pracując coraz szybciej, wlałam po kilka kropli alkoholu w kąciki oczu, aż w zagłębieniach kanalików łzowych uformowały się spore sadzawki. Po chwili przelały się i strużki cieczy popłynęły wzdłuż krawędzi nosa ku kącikom ust. Wydawało się, że płacze – i o to właśnie mi chodziło.
Ten makabryczny efekt stanowi jedną z moich sekretnych recept, sposób na sprawdzenie dokładności topografii środkowej części twarzy, pomiędzy brwiami a ustami. Łzy płynące z oczu żywego człowieka kreślą po obu stronach twarzy możliwe do przewidzenia linie. Jeśli rekonstrukcja zawiera choćby najmniejszy błąd, „łzy” płyną zakolami raz w jedną, raz w drugą stronę albo ściekają nieregularnymi strużkami po obu stronach nosa. Tym razem płynęły niczym u żywego człowieka i patrząc, jak ściekają po policzkach, poczułam, że moje oczy również stają się mokre. Jako naukowiec staram się podchodzić z dystansem do spraw, nad którymi pracuję. Zdobywam się na wysiłek, by „myśleć jak morderca”, zamiast identyfikować się z ofiarą. Ale tamtej nocy byłam wykończona i kiedy ostatni zabieg ożywił twarz ofiary, zareagowałam w sposób, który dla mnie samej stanowił zaskoczenie. Ta kobieta została zaszlachtowana i oprawiona jak zwierzę, a ja aż do tej chwili powstrzymywałam się od myślenia o niej jak o osobie. Kiedy wreszcie odzyskała twarz – młodą i niewinną – nagle przytłoczył mnie cały koszmar tego, przez co przeszła.
Praca antropologa sądowego stanu Kentucky polega na badaniu kości, fragmentów kończyn, zwęglonych szczątków ludzkich w celu ustalenia przyczyny śmierci, tożsamości, a czasem także wyglądu ofiar. Na co dzień możecie mnie zastać przy dymiącym wraku rozbitego samolotu, przesiewającą popiół w zgliszczach leśnej chaty albo w moim laboratorium przy katalogowaniu podejrzanie wyglądającej kupki kości. Często to właśnie ja mówię lekarzowi sądowemu, czy mamy do czynienia z zabójstwem czy z nieszczęśliwym wypadkiem, a zebrane przeze mnie dowody nierzadko decydują o dalszym przebiegu śledztwa. Bywam ostatnią deską ratunku dla policjantów szukających zabójcy lub dla zrozpaczonej rodziny, która straciła ukochaną osobę.
Moja praca bywa makabryczna, ale ją kocham. Z radością podejmuję wyzwanie rozwikłania tajemnicy, dopasowania elementów skomplikowanej łamigłówki wymagającej maksymalnego wytężania inteligencji i pomysłowości. Wysoko cenię ludzi, z którymi pracuję, i jestem dumna, że stanowię maleńki element zespołu, złożonego z pracowników organów ścigania i personelu medycznego, walczącego niestrudzenie, by sprawiedliwości stało się zadość. To właśnie przede wszystkim świadomość tej misji dodaje mi sił, kiedy pracuję do późnej nocy nad jakimś na pozór beznadziejnym przypadkiem.
Znalezienie pracy, którą tak bardzo pokochałam, zajęło mi połowę życia. Karierę zawodową zaczynałam jako rysownik medyczny w zespole doktora Jacka Hughstona, który wytyczył nowe drogi w medycynie sportowej. Czułam się dumna z mojego wkładu w trud chirurgów i naukowców, ale po dwudziestu latach sporządzania rysunkowych modeli i animacji komputerowych zaczęłam marzyć o własnej pracy naukowej. Słuchając opowieści oficera śledczego, z którym się wówczas spotykałam, o prowadzonych przez niego sprawach, odkryłam w sobie fascynację światem walki z przestępczością. Pewnego razu otrzymałam z rekomendacji tegoż przyjaciela zlecenie rekonstrukcji wyglądu twarzy niezidentyfikowanej ofiary zabójstwa i wtedy na dobre złapałam bakcyla.
Praca antropologa sądowego daje wiele satysfakcji, ale ma też swoje ciemne strony. Odkąd zaczęłam uczestniczyć w śledztwach w sprawie zabójstw, przestałam być panią swego życia. Muszę być pod telefonem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, również w czasie świąt i czasu teoretycznie przeznaczonego na urlop.
Do tego dochodzą obciążenia emocjonalne. Chcąc dotrzeć do całej prawdy o tym, co spotkało osoby, których szczątki badam, muszę zrozumieć ludzką demoralizację i przemoc, jakie doprowadziły do ich śmierci. Za każdym razem gdy mam do czynienia ze zmasakrowanymi ciałami ofiar, zostaję wciągnięta w wir morderczej nienawiści.
Mimo wszystko jest to fascynująca przygoda i nie zamieniłabym jej na nic innego. Zdarzało mi się schodzić w głąb kopalni węgla i wisieć na ścianach skalnych w wysokich górach. Badałam zbrodnie popełnione w samotnych chatach w leśnej głuszy i katastrofy masowe w centrach wielkich miast. Poznałam morderców, którzy sami oddali się w ręce sprawiedliwości, by móc korzystać z darmowej opieki więziennej służby zdrowia, i niosłam pociechę rodzinom, które przez dziesięciolecia nie traciły nadziei na poznanie losu swoich bliskich. Prowadziłam różne sprawy, tragiczne i zwyczajnie dziwaczne, budzące grozę i po prostu przygnębiające, ale mój zawód stał się moją pasją – najwyższym wyzwaniem i największą satysfakcją.
* Jeffrey Lionel Dahmer (1960–1994) – jeden z największych amerykańskich seryjnych morderców, nekrofil i kanibal, znany jako „Wiertniczy z Milwaukee”. Zabił, a następnie zgwałcił ponad siedemnastu młodych mężczyzn i chłopców. Schwytany w 1991 roku i skazany na 957 lat więzienia. Zmarł w drodze do szpitala po tym, jak zaatakował go w celi czarnoskóry współwięzień.
** John Doe albo Jane Doe – fikcyjne nazwisko oznaczające przeciętnego Amerykanina, zwyczajowo nadawane niezidentyfikowanym zwłokom.1
ŚMIERĆ PUKA DO DRZWI
Śmierć puka jednako
do drzwi bogatych i biednych.
Horacy
Moja pierwsza sprawa rozpoczęła się jak wiele innych – od niezidentyfikowanej ofiary. Dwóch wędkarzy łowiących okonie w West Point Lake, jednym z kilku sztucznych zbiorników wodnych na rzece Chattahoochee, rozdzielającej południowe części stanów Alabama i Georgia, znalazło rozkładające się zwłoki mężczyzny. Zginął od strzału w głowę, a jego ciało woda wyrzuciła na brzeg. Śledztwo prowadziło Biuro Śledcze Stanu Georgia (Georgia Bureau of Investigation, GBI), jednak w ciągu kilku tygodni nie udało się ustalić tożsamości ofiary i wyglądało na to, że sprawa pozostanie nierozwiązana.
Pracowałam wówczas jako rysownik medyczny w pobliskiej klinice ortopedycznej, jednak policja uznała, że mogę pomóc w śledztwie, tworząc glinianą rekonstrukcję wyglądu twarzy ofiary. Kiedy detektywi zawieźli mnie do policyjnej kostnicy, po raz pierwszy poczułam zapach rozkładających się ludzkich zwłok. Nigdy przedtem nie zetknęłam się z czymś podobnym, nic więc dziwnego, że zalała mnie fala obrzydzenia. Równocześnie jednak bezkształtna masa kości i gnijących tkanek, kiedyś będąca człowiekiem, wzbudziła we mnie ogromne zainteresowanie – pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. Oślizgła szara substancja, z której tu i ówdzie sterczały fragmenty kości, gnijące liście i gałązki, zachowała ludzki kształt – był jednak spłaszczony i zdawał się zlewać z czarnym plastikiem worka na zwłoki.
Policjanci powiedzieli mi, czego dotychczas udało im się dowiedzieć. Byłam zdumiona, że tak wiele zdołali stwierdzić na podstawie wstępnego badania ciała. Tkanka miękka miednicy zachowała się w dostatecznym stopniu, by można było stwierdzić, że są to zwłoki mężczyzny. Koroner Don Kilgore ustalił jego wzrost na podstawie metki z rozmiarem wszytej w spodnie, których strzępy wciąż oblekały kości nóg. Don delikatnie uniósł głowę – pozostała z niej tylko naga czaszka – żeby pokazać mi ślad po kuli, i wyjaśnił, w jaki sposób ustalił, gdzie i pod jakim kątem pocisk przebił kość. Miał szczęście, udało mu się bowiem wyjąć z wnętrza czaszki pocisk kaliber 45. Jeśli policja zdoła wytypować podejrzanego, kula może stanowić dowód rozstrzygający o winie.
Jednak pierwszym krokiem, jak w każdym śledztwie w sprawie zabójstwa, było ustalenie tożsamości ofiary. Don zwrócił moją uwagę na plomby w uzębieniu. Powiedział, że jeżeli tylko pojawią się jakieś sugestie na temat nazwiska ofiary, będzie można je zweryfikować na podstawie dokumentacji dentystycznej. Mimo to policjanci zaczynali tracić nadzieję. Zwłoki znajdowały się w kostnicy już stanowczo zbyt długo i wciąż nikt nie miał pojęcia, kim był zmarły.
Przyszła więc kolej na mnie. W owym czasie spotykałam się z detektywem Brianem McGarrem i cała moja wiedza na temat zbrodni pochodziła od niego. Czasami do późnej nocy snuł makabryczne opowieści o prowadzonych przez siebie śledztwach w sprawach zabójstw, ja zaś rewanżowałam mu się szczegółowymi relacjami o ekscytującej pracy rysownika i rzeźbiarza medycznego, których słuchał z udawanym zaciekawieniem. Chociaż może rzeczywiście interesowały go bardziej, niż sądziłam. Kiedy śledztwo w sprawie zwłok z West Point utknęło w martwym punkcie, to właśnie Brian zasugerował GBI i koronerowi hrabstwa Muscogee, żeby zlecili mi rekonstrukcję wyglądu twarzy, która może okazać się pomocna w ustaleniu tożsamości ofiary.
W naszym związku sprawy zawodowe przeplatały się z osobistymi. Brian mógł dzielić się ze mną poufnymi informacjami na temat pracy policji, ponieważ jako ochotniczy technik pomocy medycznej jeździłam z karetką pogotowia na lokalne wezwania i dzięki temu znałam z pierwszej ręki makabryczne szczegóły niektórych morderstw. Oboje spędziliśmy dużo czasu za żółtą taśmą ograniczającą dostęp do miejsca zbrodni i wiedzieliśmy, że bez zgody zwierzchników nie wolno udzielać informacji na temat toczącego się śledztwa. Jednak kiedy tylko pozwalała na to etyka zawodowa, godzinami przesiadywaliśmy na ganku na tyłach mojego domu, obmyślając rozmaite scenariusze powstania takich a nie innych obrażeń. Czasami posuwaliśmy się do odgrywania zbrodni, wymieniając się rolami „mordercy” i „ofiary”. Kiedy Brian miał składać zeznania w sądzie, pomagałam mu się do tego przygotować, wcielając się w adwokata diabła i zasypując go pytaniami podważającymi jego wnioski z oględzin miejsca zbrodni. Dzięki mojej znajomości anatomii mogłam poprzeć – a czasami obalić – jego interpretację przyczyny śmierci. To właśnie w czasie tych rozmów nauczyłam się rozumować jak detektyw. Chciałabym wierzyć, że równocześnie Brian uczył się rozumować jak naukowiec.
Oczywiście gdy chodziło o badanie miejsca zbrodni i rekonstruowanie przebiegu wydarzeń, które doprowadziły do zabójstwa, Brian był niekwestionowanym ekspertem. Kiedy jednak uświadomił sobie, że dzięki wykształceniu rysownika medycznego potrafię określić drogę pocisku oraz charakter obrażeń wyłącznie na podstawie lektury raportu z sekcji zwłok, zrozumiał, że moje opinie są równie cenne. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, iż te późnonocne dyskusje w istocie poszerzają moje rozumienie ludzkiej anatomii, kładąc podwaliny pod przyszłą karierę antropologa sądowego.
Kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy bezpośrednio zetknęłam się z pracą organów ścigania. Dzięki rekomendacji Briana zlecono mi wykonanie rysunku, który odegrał decydującą rolę w procesie o morderstwo, umożliwiając prokuratorowi wykazanie na podstawie układu ran, że ofiara broniła się, a nie atakowała, jak to utrzymywał zabójca. Oskarżenie wygrało sprawę.
Było to dla mnie upajające doświadczenie. Aby móc wykonać rysunek, musiałam zostać dopuszczona do poufnych informacji, a nawet wprowadzona w niuanse strategii prokuratora. Podekscytowana tym przeżyciem, zaczęłam ponownie zastanawiać się nad moją dalszą karierą rysownika medycznego, która wydawała mi się teraz monotonna i przewidywalna. Brian wiedział, jak bardzo tęsknię za czymś nowym i podniecającym, i być może właśnie dlatego polecił mnie do wykonania rekonstrukcji wyglądu twarzy.
Mimo że czułam się mile połechtana, początkowo zamierzałam odmówić. Rysunek anatomiczny na potrzeby procesu sądowego to jedno. Ale rzeźba na potrzeby toczącego się śledztwa? Przede wszystkim nigdy nie uczyłam się tej techniki. A poza tym to poważna sprawa. Jeśli popełnię błąd, mogę zaprzepaścić ostatnią szansę na rozwiązanie sprawy.
Chciałam jednak pomóc i pomyślałam, że mogę przynajmniej odegrać rolę pośrednika. Zadzwoniłam więc do Betty Pat Gatliff, zaprzyjaźnionej rysowniczki medycznej, która była jednocześnie jedną z najbardziej znanych na świecie rzeźbiarek sądowych. Od lat fascynowały mnie jej wykłady wygłaszane na różnych konferencjach. Słuchałam jak zaczarowana, kiedy opowiadała, jak pomogła zidentyfikować część z dwudziestu ośmiu ofiar seryjnego mordercy Johna Wayne’a Gacy’ego* albo ofiary zabójcy z Green River**. Jednym z jej pierwszych sukcesów zawodowych było zidentyfikowanie zwłok młodego Indianina, który zaginął wiele lat wcześniej. Wykonana przez Betty Pat rekonstrukcja wyglądu twarzy o niewiarygodnym wręcz stopniu podobieństwa umożliwiła niebudzącą wątpliwości identyfikację ofiary. Od tej pory zaczęły do niej napływać prośby o pomoc od lekarzy sądowych z całego kraju.
W jednej z takich spraw jej dogłębna wiedza na temat ludzkich czaszek pozwoliła odkryć błąd we wcześniejszych ustaleniach śledztwa. Na odludziu w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych znaleziono szkielet i ubranie. Biustonosz, koronkowe majteczki, czółenka na wysokich obcasach nasunęły prowadzącym śledztwo detektywom oczywisty, zdawałoby się, wniosek, iż ofiara była kobietą. Betty Pat, poproszona o sporządzenie rekonstrukcji wyglądu twarzy, stwierdziła jednak, że czaszka tak naprawdę należy do mężczyzny. Dokładne badanie antropologiczne zweryfikowało jej ustalenia i w efekcie detektywi uznali, że zabity był transwestytą, zamordowanym przez niedoszłego kochanka, który odkrył oszustwo.
Kiedy zwróciłam się do Betty Pat w sprawie zwłok z West Point, potraktowała mnie w ten sam sympatyczny sposób co zawsze, ale nie robiła wielkich nadziei.
– I tak mam za dużo pracy – powiedziała przepraszająco. – Mogłabym się za to zabrać najwcześniej za rok. Może zapiszesz się na mój kurs i zrobisz to sama?
Ja? Zapisać się na kurs rzeźbiarstwa sądowego? Pracowałam na pełnym etacie w klinice specjalizującej się w medycynie sportowej. Jakim cudem miałabym znaleźć czas na dodatkową naukę? Intrygowało mnie to jednak – i kusiło. Niezdecydowana odpowiedziałam Betty Pat, że zastanowię się nad jej propozycją, zupełnie nie zdając sobie sprawy, iż ta wymiana zdań odmieni całe moje życie.
Z perspektywy czasu widzę, że rozmowa z Betty Pat pod wieloma względami była tylko kolejnym krokiem na drodze, którą obrałam jeszcze w dzieciństwie. Odkąd bowiem sięgam pamięcią, los pobłogosławił mnie – albo przeklął – nienasyconą ciekawością ludzkiego ciała. Możecie uważać mnie za wariatkę, ale nie wyobrażam sobie lepszego sposobu spędzania czasu niż badanie stosu tajemniczych kości, wypreparowywanie zakrwawionego kolana ze świeżo przywiezionych zwłok czy długa sesja fotograficzna rozkładającej się twarzy – albo cokolwiek
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.