-
nowość
TAJEMNICZA MISJA PROMETEUSZA - ebook
TAJEMNICZA MISJA PROMETEUSZA - ebook
Czy wiecie, że światło nigdzie nie podróżuje? Że foton wyemitowany ze słońca od razu roświetla Waszą siatkówkę? Beztroski i radosny foton kpi sobie z ludzkiego czekania na to, aby świt rozświetlił ciemności nocy. Drwi sobie z człowieczego lęku, że być może jutro słońce nie wzejdzie i że nie zdążymy dotrzeć do celu, zanim wybije nasza ostatnia godzina. To opowiadanie jest właśnie o podróży, naszej wzniosłej i daremnej wyprawie ku kresom darowanego nam czasu. To opowiadanie samo w sobie jest oczekiwaniem: na łaskę spełnionego końca, na zbawienie przez puentę, na ciepły promień słońca, zdolny wysuszyć naszą twarz z zimnych łez samotnej nocy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 759 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
AUTOR: JERZY KUNCE
Mojemu Ojcu, za dyskretną wszechobecność.
Motto: „…i gdybym dziś wszechmocą Przeznaczenia władał,
ze wszystkich szczęść najwyższe rzuciłbym ludzkości,
nicestwiąc ją i grzebiąc na wieki w nicości!” – Tetmajer „Prometeusz”
Liczby. Wydaje się, że sprawa jest prosta. Ot, zwykły rachunek: dwa plus dwa równa się cztery. A jednak każda liczba zawiera w sobie nieskończoność swoich podpodziałów, każdą z nich można bez wytchnienia katować po przecinku, wieczyście nadaremno. Bo ile byście jej nie dziurawili, to i tak nie zdołacie wykrwawić tej matematycznej dziwki z całości jej logicznego osocza. Może więc spróbować odwrotnego kierunku i dodać nieskończoność do samej siebie? Cóż, to niestety bez sensu: tu nie zachodzi przecież żadne działanie. Nieskończoność jest pełna, doskonale hermetycznie opakowana Istnieniem. Nic do niej nie dodasz, niczego od niej nie odejmiesz. Może więc wszechświat jest kanibalem, a liczby to blizny po samookaleczeniach na jego nieogarnionym męczeńskim ciele? Ochłapy mięsa, strzępy tkanek, które niczego już nie wyrażają, zanurzone w formalinie wieczności?
Piszę o tym w taki sposób z dwóch powodów. Po pierwsze jestem pijany, po drugie jestem martwy. Nie wiem, który stan był pierwszy i który spowodował drugi. Właściwie to niczego już nie wiem. Pamiętam, że miałem kontrakt na trzy lata, półtora roku w jedną stronę i półtora z powrotem na Ziemię. Ale teraz już po wszystkim, wszystko szlag trafił. Spróbuję Wam. Nie, stop. Was już nie ma. Spróbuję więc sobie samemu opowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło. Może coś z tego bajzlu uda mi się w głowie uporządkować. Będę się zwracał do Was, bo tak mi wygodniej z przyzwyczajenia, a poza tym, w ten sposób być może ujrzę swoje postępowanie z dystansu, bardziej obiektywnie. Zanim przejdę do sedna, kilka wspomnień i rysów z przeszłości, niezbędnych, aby zrozumieć moje decyzje. Zaciągnąłem się do Floty Lunarnej od razu po Akademii. Fakt, ukończyłem ją z trudnością, chyba brakowało mi polotu na prawdziwe epolety – na Międzyplanetarną. Najpierw latałem na krótkich kursach, z dostawami do stacji orbitalnych. Łatwizna, ale jednak zdobywa się elementarne obycie i w rezultacie dochrapałem się drugiego nawigatora na dużych transportowcach księżycowych. Dobre pieniądze, niskie ryzyko, pewne perspektywy na awans po odsłużeniu piętnastu lat. Słowem, wszystko wyglądało dobrze. Przede mną rozpościerała się droga kariery, może odrobinę monotonnej, ale za to przewidywalnej i stabilnej. Jak mogłem to wszystko zaprzepaścić? Czy to pech? Moja zasrana młodość A może szkocka?
Moja historia zaczyna się na dobre na Lunie Trzy. Załadunek i rozładunek transportowca typu Alfa to zawsze minimum dwanaście godzin, a że nie ma wtedy nic innego do roboty, większość załóg szuka tanich rozrywek. Tamtejsza kantyna to istny Babilon, baza funkcjonuje na prawie indyferencji kosmicznej, czyli w zasadzie rządzą się tam sami. Pełny przekrój klienteli: drobni przemytnicy, cwaniacy, najemnicy, dziwki. Burdel na Lunie Trzy cieszy się zasłużoną sławą: największą atrakcją jest seks poza bazą w absolutnej ciszy i jałowości księżycowego krajobrazu w takich dużych, specjalnych, dwuosobowych skafandrach próżniowych. Osobiście nie próbowałem, ale podobno doświadczenie w dechę. Orgazm na tle bezkresnej czerni, rozkosz nad otchłanią wiecznej nocy – poetycki marketing rajfurzenia na Lunie Trzy. Ich knajpa numer jeden nazywa się Hades. A ja tam trafiłem z miłości, czystej, nieskalanej miłości do mojej drogiej Szkockiej. Skończył mi się zapas na statku, chciałem uzupełnić, ale jak zawitałem do Hadesu, od razu mnie wciągnęło: figlarna kokieteria płaskich szklanek o grubym dnie, zakurzone lustra, przetarte obicia foteli, słowem cała ta mętna atmosfera, sprawiająca, że sama trzeźwość zaczyna być podejrzana. I to właśnie wtedy się zaczęło. Bardzo niewinnie w gruncie rzeczy: dopijam właśnie trzeciego drinka, gdy znienacka przysiadł się do mnie Lukas, to znaczy nie wiem, czy to jego prawdziwe imię, czy przydomek nadany mu przez ludzi z branży. W każdym razie cieszył się unikalną renomą: najsłynniejszy jedynak w branży. Dla laików wyjaśniam, że to się zaczęło, kiedy odnaleziono pokłady uranu na Becie Dwadzieścia Siedem. Kursy były długie, naprawdę długie, podczas których absolutnie wszystko się może zdarzyć, każda niespodzianka, zwłaszcza jeśli damy tej niespodziance odpowiednią ilość czasu, aby wykiełkowała z czarnoziemu kosmicznej pustki. Tak, muskuły nieszczęścia rosną na sterydach czasu, ale zaraz, zaraz. Stop. Robię się sentymentalny i uciekam w dygresje, a obiecałem być rzeczowy i trzymać się faktografii. W związku z długością podróży na Betę Dwadzieścia Siedem, firmy ubezpieczeniowe wymogły na armatorach obecność człowieka na pokładzie statku. Akcjonariusze to przede wszystkim ludzie, zwykli zjadacze chleba, nie mają pojęcia o budowie statków międzygwiezdnych i wierzą, że, gdy wszystko inne zawiedzie, to człowiek zawsze będzie w stanie uratować sytuację. Oczywiście jest na odwrót, ale może to kwestia psychologii? Jeśli ładunek przepadnie i akcje spadną, czyż nie poczuje się ulgi, wiedząc, że do naszej indywidualnej, przejściowej straty finansowej dodamy realną i ostateczną utratę życia pilota statku? Czyż to nie uwzniośli naszej wtopy jeśli dodamy do niej wymiar ludzkiej tragedii? Jakby nie było, ubezpieczalnie wywarły presję i dopięły swego. Łatwo się jednak domyślić, iż pojawił się problem ze znalezieniem śmiałków (lub frajerów, zależnie od oceny), którzy zgodziliby się na taki układ. Ryzyko nie było co prawda znowu takie olbrzymie i płacili naprawdę nieźle, ale ile jest warte piętnaście lat życia w odosobnieniu, zamkniętym w ruchomym więzieniu, mknącym przez pustkowia wszechświata? A wyobraźcie sobie, że Lukas zaliczył dwa pełne kursy! Trzydzieści lat! Czyli większość swojego dorosłego życia. Pomyślcie: trzydzieści lat w samotności, żadnych wiadomości, tylko czarna pustka, ironiczne mruganie gwiazd i Ty w puszce pełnej uranu. Zwykle z dziesięciu jedynaków we względnie dobrej formie wracało dwóch lub trzech. Pozostali na resztę życia trafiali do zakładu lub strzelali samobója. A ten sukinsyn zrobił dwa kursy, mimo, że już po pierwszym był ustawiony do końca swoich parszywych dni. Rozumiecie więc moje zdziwienie, gdy tak ni stąd ni zowąd przysiadł się do mnie w barze na Lunie Trzy. Czego on może ode mnie chcieć? Czy on może jeszcze w ogóle chcieć, tak po ludzku?
- Witaj. Ty jesteś Mark tak? Wiesz kim jestem?
- Tak, pewnie. Nazywasz się Lukas – niby miał imię, ale za cholerę nie wiedziałem w tamtym momencie kim jest oraz czy w ogóle można się do niego odnosić normalnie, czy też jest już raczej kimś nie z tego świata – hybryda człowieka i nicości, głos z nieludzkiej ciszy gwiazd.
- Nie chcę marnować ci czasu, więc od razu powiem co i jak. Jest pewien kurs…
- Dla więcej niż jednej osoby? – nie mogłem sobie odmówić tego branżowego żartu.
- Daj spokój. Mógłbyś zarobić i zdobyć epolety, każdy by cię zatrudnił po tym.
- Ile?
- Trzy w obie strony.
- Ładunek?
- Nie ma ładunku. – tu się uśmiechnął. Nie wiem, co oznaczał ten uśmiech. Nawet teraz tego nie wiem.
- Jak to?
- To pewien projekt badawczy. Transport obejmuje osobę i specjalny sprzęt pomiarowy.