Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tajemniczy jeździec - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 lutego 2026
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Tajemniczy jeździec - ebook

Młoda dziewczyna, bez imienia, rodziny i przeszłości, zostaje przygarnięta jako dziecko przez dobrego człowieka. Czy spłacenie długu wdzięczności za okazaną jej dobroć nie okaże się jednak zbyt ciężkie dla niej do uniesienia? Czy tajemniczy przybysz, który zjawi się nagle w jej domu, będzie w stanie ocalić ją samą i jej marzenia?

Western-romans o okazji do odkupienia lub zemsty, zerwanych więziach, które mogą zostać uleczone, o odwiecznej walce dobra ze złem, konflikcie pomiędzy szlachetnymi a niegodziwymi, starciu skrajnych charakterów i ich kształtowaniu, a wszystko to w otoczeniu malowniczego rancza, wśród spędów bydła, ujeżdżających dzikie mustangi kowbojów, i zapierających dech w piersiach widoków Kolorado.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67876-90-2
Rozmiar pliku: 4,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zane Grey

Pearl Zane Grey urodził się 31 stycznia 1872 roku w Zanesville w stanie Ohio – w mieście, którego współzałożycielami byli jego przodkowie ze strony matki, a zmarł w Altadena, w Kalifornii, 23 października 1939 roku.

Był jednym z najpopularniejszych i najwyżej ocenianych autorów powieści o Dzikim Zachodzie, współtwórcą gatunku literackiego zwanego dziś westernem. Jego dorobek twórczy ocenia się na około 90 książek (głównie powieści), z których ponad dwie trzecie to westerny. Pozostawił po sobie wiele książek dla młodzieży, w tym biografię młodego Jerzego Waszyngtona, publikacje poświęcone swoim wielkim pasjom: bejsbolowi – w który grywał w czasie studiów, a później przez pewien czas półzawodowo – oraz wędkarstwu, a także liczne zbiory opowiadań.

Miłośnik dzieł J.F. Coopera i D. Defoe, a także zeszytowych powieści przygodowych, studiował stomatologię, ale głównie po to, by uzyskać stypendium sportowe. Praktykę dentystyczną porzucił potem na rzecz pisarstwa, podobnie imię Pearl. Debiutował wydaną w 1903 roku powieścią historyczno-przygodową Betty Zane, otwierającą trylogię o jego przodkach z początków Stanów Zjednoczonych. Wydał ją własnymi siłami po odrzuceniu przez wydawnictwo Harper & Brothers.

Przełom w jego twórczości nastąpił dopiero w 1912 roku, gdy to samo wydawnictwo opublikowało, nie bez oporów redaktora naczelnego, Jeźdźców purpurowego stepu. Powieść okazała się bestsellerem i po dziś dzień należy do najpopularniejszych dzieł Greya. Harper wydał też wcześniejsze jego książki, w tym Ostatni człowiek z prerii, a kariera Greya nabrała niepohamowanego rozpędu. Dziś uchodzi za jednego z pierwszych amerykańskich pisarzy milionerów. Doceniono nie tylko umiejętność snucia fascynujących opowieści, ale i dbałość o realia, wiążącą się z jego częstymi podróżami w poszukiwaniu inspiracji.

Jego westerny doczekały się 46 pełnometrażowych ekranizacji i 31 krótszych. Nie był to jedyny związek Zane’a Greya z filmem. W roku 1919 powołał własną wytwórnię filmową. Sprzedana jakiś czas potem, stała się częścią podwalin wielkiego Paramountu.

W Polsce w latach międzywojennych i tuż po wojnie ukazało się w sumie kilkanaście przekładów powieści Zane’a Greya, głównie nakładem wydawnictwa M. Arct. W 1951 roku jego książki zostały objęte zapisem cenzury, nakazującym także niezwłoczne wycofanie ich z bibliotek. Powracać tam i do księgarń zaczęły dopiero w 1989 roku, w postaci publikacji opartych na wydaniach przedwojennych. Dotyczyło to jednak tylko kilku tytułów, i to niekoniecznie tych najciekawszych lub najlepszych.Rozdział I

Wrześniowe słońce, tracące nieco ze swego ciepła, jeśli nie blasku, chyliło się ku zachodowi, nad czarnym pasmem Kolorado1. W zalesionych przesmykach zaczęła gęstnieć purpurowa mgiełka. Szare pogórza, zaokrąglone i wybrzuszone, spływały w dół z wyższych partii. Były gładkie, rozległe, z długimi, aksamitnymi zboczami i pojedynczymi łatami osik2, płonącymi jesiennym złotem. Plamy czerwonych winorośli barwiły delikatną szarość szałwii3. Old White Slides, góra poznaczona bliznami po lawinie, wznosiła się nad doliną ponurym skalistym szczytem, osłaniając ją od północy.

Wzdłuż zbocza jechała dziewczyna, obrzucając wzrokiem pasmo i kolor górskiej twierdzy, która była jej domem. Podążała starym szlakiem prowadzącym na urwisko z widokiem na odnogę doliny. Kiedyś było to jej miejsce do obserwacji, ale ostatnio go nie odwiedzała. Miało ono związek z ważnym okresem w jej życiu. To właśnie tutaj, siedem lat wcześniej, gdy miała lat dwanaście, dokonała trudnego wyboru, by zadowolić swego opiekuna – starego ranczera4, którego kochała i nazywała ojcem, i który rzeczywiście był dla niej jak ojciec. Decyzja dotyczyła pójścia do szkoły w Denver5. Cztery lata mieszkała z dala od ukochanych szarych wzgórz i czarnych gór. Tylko raz, od czasu swego powrotu, wspięła się tak wysoko i również ta okazja została zapamiętana jako niefortunna godzina. Było to trzy lata temu. Dziś dziewczęce próby i smutki wydawały się już przeszłością; była dziewiętnastoletnią kobietą i stała twarzą w twarz z pierwszym wielkim problemem w swym życiu.

Szlak wiódł za urwiskiem, przez skupisko osik o białych pniach i żółtych szeleszczących liściach, i prowadził przez skarpę porośniętą bujną trawą i polnymi kwiatami do skalistej krawędzi.

Zsiadła z konia i odrzuciła uzdę6. Jej mustang7, przyzwyczajony do głaskania, otarł się o nią swym gładkim, ciemnym łbem, najwyraźniej oczekując w zamian pieszczot, ale ponieważ żadne nie nadeszły, pochylił pysk nad trawą i zaczął ją skubać. Oczy dziewczyny były skupione na falujących, smukłych, biało-niebieskich kwiatach. Uśmiechały się słabo, jak blade gwiazdy, znad wysokiej trawy o odcieniu złota.

– Columbines8 – pomyślała tęsknie, zrywając kilka z nich i podnosząc je, aby spojrzeć na nie z zachwytem, jakby chciała dojrzeć w nich jakieś objawienie tajemnicy, która owiała jej narodziny i imię. Stała potem z rozmarzonym spojrzeniem utkwionym w odległe pasma. – Columbine…! Tak mnie nazwali – ci górnicy, którzy mnie znaleźli – dziecko – zagubione w lesie – śpiące wśród columbines – mówiła głośno, jakby dźwięk jej własnego głosu miał ją przekonać.

Tyle z tej tajemnicy zostało odkryte owego dnia przez mężczyznę, którego od zawsze nazywała ojcem. W niejasny sposób zawsze była świadoma istnienia jakiejś tajemnicy, czegoś dziwnego o jej dzieciństwie, jakiegoś związku, nigdy niewyjaśnionego.

– Żadnego innego imienia poza Columbine – szepnęła ze smutkiem i teraz zrozumiała dziwną tęsknotę swego serca.

Zaledwie godzinę temu, zbiegając z szerokiej werandy domu na ranczu White Slides, natknęła się na mężczyznę, który opiekował się nią przez całe jej życie. Spojrzał na nią równie życzliwie i po ojcowsku jak dawniej, choć z pewną różnicą. Rozpoznawała w nim starego Billa Bellloundsa, pioniera9, osadnika i ranczera, o potężnej budowie ciała i szerokiej twarzy, twardej, surowej, pokrytej bliznami, posiwiałej głowie, o dużych oczach emanujących błękitnym ogniem.

– Collie – odezwał się starzec. – Mam wieści. List od Jacka… Wraca do domu.

Belllounds zamachał listem. Jego wielka dłoń zadrżała, gdy kładł ją na jej ramieniu. Jego twardość dziwnie zmiękła. Jack był jego synem. Buster10 Jack, jak go zwano, używając również innych, mniej życzliwych określeń, które nigdy nie dotarły do uszu jego ojca. Jack został odesłany trzy lata temu, tuż przed powrotem Columbine ze szkoły. Z tego powodu nie widziała go od ponad siedmiu lat. Ale pamiętała go dobrze – wysokiego, smukłego chłopca, przystojnego i nadpobudliwego, przez którego jej dzieciństwo było prawie nie do zniesienia.

– Tak… mój syn… Jack… wraca do domu – powiedział Belllounds łamiącym się głosem. – I, Collie, muszę ci coś teraz powiedzieć.

– Tak, tato – odpowiedziała, czując silny uścisk jego ciężkiej dłoni na swym ramieniu.

– Właśnie o to chodzi, dziewczyno. Nie jestem twoim tatą. Próbowałem nim być i kochałem cię jak własne dziecko. Ale nie łączą nas więzy krwi. I teraz muszę ci to powiedzieć.

Potem nastąpiła krótka opowieść. Siedemnaście lat temu górnicy pracujący na górniczej działce Bellloundsa, w górach nad Middle Park11 znaleźli dziecko śpiące na szlaku wśród columbines. W pobliżu tego miejsca Indianie, prawdopodobnie Arapaho12, przeprawiając się przez góry, by zaatakować Ute13, schwytali lub zabili pasażerów szkunera preriowego14. Innej wskazówki nie było. Górnicy zabrali dziecko do swego obozu, nakarmili je i zaopiekowali się nim, a następnie zgodnie ze swym zwyczajem, nadali mu imię Columbine, a następnie przywieźli je do Bellloundsa.

– Collie – rzekł stary ranczer. – nie trzeba by było nigdy o tym opowiadać, i nie zostałoby to powiedziane, gdyby nie jeden powód. Starzeję się. Uważam, że nigdy nie podzieliłbym mojej posiadłości między ciebie i Jacka. Mam więc na myśli to, że ty i on powinniście się pobrać. Zawsze przyhamowywałaś Jacka. Mając zatem taką żonę jak ty… No, może Jack…

– Tato! – wybuchnęła Columbine. – Poślubić Jacka…! Ja… Ja go nawet nie pamiętam!

– Ha! Ha! – zaśmiał się Belllounds. – No, szlag, to wkrótce go zobaczysz. Jack jest w Kremmling i będzie tu dziś wieczorem lub jutro.

– Ale… ja… ja go nie kocham – wyjąknęła Columbine.

Stary człowiek spoważniał; pomarszczona mocno twarz znów nabrała surowego wyglądu; wielkie oczy rozbłysły. Jej błagalny sprzeciw zranił go. Przypomniało jej się, jak czuły był starzec na wszelką krytykę dotyczącą jego syna.

– A to pech – odrzekł szorstko. – Może zmienisz zdanie. Raczej żadna dziewczyna nie mogłaby zbytnio pomóc chłopcu, gdyby jej na nim nie zależało. W każdym razie, ty i Jack pobierzecie się.

Oddalił się, a Columbine pojechała na swym mustangu daleko, w górę zbocza doliny, gdzie mogła być sama. Stojąc na skraju urwiska, uświadomiła sobie nagle, że cisza i samotność tego jej odludnego miejsca odpoczynku została czymś zakłócona. Bydło porykiwało pod nią, wzdłuż zbocza starych White Slides i na trawiastych wyżynach powyżej. Zapomniała, że bydło było pędzone na niziny na jesienny round-up15. Na obszarze tuż pod nią kręciło się i kłębiło wielkie stado w czerwono-białe łaty. Cielęta i roczniaki wzbijały kurz, który unosił się wzdłuż zbocza góry; dzikie, stare woły biegły przez szałwię, naprzód, nie pozwalając zagnać się w dół; krowy biegały i ryczały za zbłąkanymi sztukami. Donośne nawoływania kowbojów niosły się melodyjnie i wyraźnie. Bydło znało te wezwania i tylko dzikie woły poruszały się w złym kierunku.

Columbine również je rozpoznawała i wiedziała, do którego kowboja należą. Śpiewali, wrzeszczeli i przeklinali, ale to wszystko było muzyką dla jej uszu. Tu i ówdzie wzdłuż zbocza, gdzie rosły skupione w zagajniki osiki, przez otwartą przestrzeń przebiegał koń; wzbijał się kurz, a kowboj wydawał donośny i wesoły okrzyk, który niósł się po zboczu, odbijał echem pod urwiskiem i trwał jeszcze długo po tym, jak brawurowy jeździec zniknął już w kompletnym gąszczu.

– Ciekawe, który to? Wils? – mruknęła Columbine, obserwując i nasłuchując, niejasno świadoma niewielkiej różnicy, dziwnego sprawdzianu jej pamięci o tym konkretnym kowboju. Poczuła zmianę, choć jej nie rozumiała. Jednego po drugim rozpoznawała jeźdźców na stokach poniżej, ale Wilsona Moore’a wśród nich nie było. Zatem musi być nad nią. Odwróciła się więc i spojrzała ponad trawiastą skarpą, w górę, na długie, żółte zbocze, gdzie połyskujące osiki do połowy zakrywały, wznoszące się wysoko, czerwone urwisko górskie. Nagle z daleka, po jej lewej stronie, wysoko na porośniętej krzakami krawędzi zbocza, spłynął w dół głos, od którego przeszedł ją dreszcz.

– Idź… naprzód… ty – ooooo!

Czerwone bydło pognało w dół zbocza na łeb na szyję, wzbijając kurz, wyrywając krzaki, powodując osuwanie się kamieni i wydając ochrypłe ryki.

– Heeej! – przenikliwy i donośny okrzyk zabrzmiał wyraźniej.

Columbine zobaczyła, jak biały mustang błysnął na szczycie grani, na tle błękitu, powiewając grzywą i ogonem. Jego chód po krawędzi stromego zbocza świadczył o tym, że jego jeździec był brawurowym kowbojem, którego nie przerażała żadna wysokość ani głębokość. Rozpoznałaby go po sposobie, w jaki jechał, gdyby nie znała tej szczupłej, wyprostowanej postaci. Kowboj natychmiast ją zauważył. Pociągnął mustanga, który miał zamiar już rzucić się w dół zbocza, i sprawił, że zwierzę stanęło na tylnych nogach, obracając się. Wtedy Columbine zamachała ręką. Kowboj spiął konia ostrogami16 wzdłuż grzbietu grani, zniknął za osikowym zagajnikiem i znów pojawił się w zasięgu wzroku po prawej stronie, gdzie zwolnił na trawiastej skarpie i zaczął zjeżdżać w dół na urwisko.

Dziewczyna patrzyła, jak się zbliża, świadoma nieznanego poczucia niepewności tego spotkania i faktu, że postrzegała go inaczej niż kiedykolwiek w ciągu tych lat, gdy był towarzyszem zabaw, przyjacielem, prawie bratem. Jeździł dla Bellloundsa od lat i był kowbojem, ponieważ bardzo kochał bydło, konie jeszcze bardziej, a przede wszystkim życie na świeżym powietrzu. W przeciwieństwie do większości kowbojów, uczęszczał do szkoły; miał rodzinę w Denver, która sprzeciwiała się jego dzikiemu życiu na pastwiskach i często namawiała do powrotu do domu; czasem wydawał się chłodny, powściągliwy i niełatwo było go zrozumieć.

Podczas gdy wiele myśli kłębiło się w głowie Columbine, ona sama przyglądała się, jak kowboj powoli jedzie w jej stronę i coraz bardziej niepokoiło ją jej nagłe skrępowanie. Jak Wilson przyjmie wiadomość o tej przymusowej zmianie, która wkrótce nastąpi w jej życiu? Pojawiła się taka myśl. Poczuła dziwne ukłucie. Ale ona i on byli tylko dobrymi przyjaciółmi. A jeśli o to chodzi, pomyślała, ostatnio nie byli już takimi przyjaciółmi i towarzyszami, jak dawniej. W ekscytującej niepewności związanej z tym spotkaniem zapomniała o jego dystansie i braku drobnych aktów sympatii, za którymi tęskniła.

W tym czasie kowboj zdążył wjechać na równy teren i z leniwym wdziękiem, charakterystycznym dla niego, zsunął się z siodła. Był wysoki, szczupły, dobrze zbudowany, o wąskich biodrach jeźdźca, ale niezbyt szerokich ramionach. Stał wyprostowany jak Indianin. Oczy miał piwne, rysy regularne, twarz opaloną. Wszyscy mężczyźni na otwartej przestrzeni mieli spokojne, szczupłe, silne i mocne twarze, ale w nim dodatkowo była jeszcze stałość wyrazu, powściągliwość, która zdawała się skrywać smutek.

– Jak się masz Columbine! – odezwał się. – Co tu robisz? Możesz zostać potrącona.

– Witaj, Wils! – odpowiedziała powoli. – Och, chyba mogę trzymać się z daleka.

– W tej grupie jest kilka paskudnych wołów. Jeśli którykolwiek z nich tu przybiegnie, Pronto zostawi cię i wróci do domu. Ten mustang nienawidzi bydła. A wiesz, że on jest tylko w połowie ujarzmiony.

– Zapomniałam, że dziś robicie spęd – odpowiedziała i odwróciła wzrok.

Nastąpiła pauza – długa, jak jej się zdawało.

– Po co tu przyjechałaś? – zapytał zaciekawiony.

– Chciałam nazrywać columbines. Widzisz? – wyciągnęła ku niemu kiwające się kwiaty. – Weź jednego… Podobają ci się?

– Tak. Lubię columbines – odparł, biorąc jeden z nich. Jego bystre piwne oczy złagodniały i pociemniały. – Kwiat Kolorado.

– Columbine…! To moje imię.

– Cóż, czy mogłabyś mieć lepsze? Pasuje do ciebie.

– Dlaczego? – spytała i ponownie na niego spojrzała.

– Jesteś smukła i pełna wdzięku. Trzymasz głowę wysoko i dumnie. Twoja skóra jest biała. Twoje oczy są niebieskie. Nie niebieskie jak hiacyntowiec17, ale jak columbines… I stają się fioletowe, gdy się złościsz.

– Komplementy! Wilson, to coś nowego u ciebie – rzekła.

– Jesteś dzisiaj inna.

– Tak, jestem – spojrzała przez dolinę w stronę zachodzącego słońca i lekki rumieniec zniknął jej z policzków. – Nie mam prawa dumnie nosić głowy. Nikt nie wie, kim jestem i skąd pochodzę.

– Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie! – wykrzyknął.

– Belllounds nie jest moim ojcem. Nie mam ojca. Byłam podrzutkiem. Znaleźli mnie w lesie – dziecko zagubione wśród kwiatów. Zawsze byłam Columbine Belllounds. Ale to nie jest moje nazwisko. Nikt nie potrafi powiedzieć, jak naprawdę się nazywam.

– Poznałem twoją historię wiele lat temu, Columbine – rzekł poważnie. – Wszyscy wiedzą. Stary Bill powinien był ci to już dawno powiedzieć. Ale on cię kocha. Tak jak i wszyscy. Nie możesz pozwolić, by to odkrycie cię zasmuciło… Przykro mi, że nigdy nie poznałaś matki ani siostry. Mógłbym ci opowiedzieć o wielu sierotach, których historie miały inny koniec.

– Nie rozumiesz. Byłam szczęśliwa. Nie tęskniłam za niczym… nikim, z wyjątkiem matki. Tylko…

– Czego nie rozumiem?

– Nie powiedziałam ci wszystkiego.

– Nie? No, to mów – powiedział powoli.

Znaczenie wahania i powściągliwości, które utrudniało jej myślenie, teraz stało się dla Columbine jasne. Chodziło o to, co Wilson Moore może myśleć o jej potencjalnym małżeństwie z Jackiem Bellloundsem. Wciąż nie potrafiła zrozumieć, dlaczego czuła się tak dziwnie niepewna co do gruntu, na którym stała, ani w jaki sposób mogło to powodować skrępowanie, z którym musiała walczyć, by je ukryć. Co więcej, ku swej irytacji, odkryła, że unikała jego bezpośredniej prośby o podzielenie się zatajonymi przez siebie wiadomościami.

– Jack Belllounds wraca do domu dziś wieczorem albo jutro – powiedziała.

Następnie, czekając na odpowiedź swego towarzysza, utkwiła niewidzący wzrok w sosnach, skąpo okalających Old White Slides. Jednak wydawało się, że od Moore’a nie nadejdzie żadna odpowiedź. Jego milczenie zmusiło ją do odwrócenia się w jego stronę. Twarz kowboja zmieniła się lekko; pociemniała, ale pod opalenizną pojawił się czerwony odcień i nie przygryzał już dolnej wargi, nawet gdy patrzyła. Jego wzrok skupiony był na lassie, które zwijał. Nagle spojrzał jej w twarz, a ciemny ogień w jego oczach ją zszokował.

– Od miesięcy spodziewałem się, że ten shorthorn18 wróci – rzekł bez ogródek.

– Ty… nigdy… nie lubiłeś Jacka? – zapytała powoli Columbine. Nie to chciała powiedzieć, ale słowa same wyszły jej z ust.

– Jasne, że nie.

– Odkąd ty i on posprzeczaliście się – dawno temu – na całego…

Jego gwałtowny gest sprawił, że zwinięte lasso poluźniło się.

– Odkąd porządnie mu dołożyłem, nie zapominaj o tym – przerwał Wilson. Czerwień zniknęła z opalonej twarzy.

– Tak, dołożyłeś mu – odparła w zamyśleniu Columbine. – Pamiętam to. I od tamtej pory Jack cię nienawidzi.

– I nawzajem.

– Ale, Wils, nigdy wcześniej nie mówiłeś w ten sposób, nie występowałeś tak otwarcie – przeciwko Jackowi – zaprotestowała.

– Cóż, nie jestem typem człowieka, który obgaduje kogoś za plecami. Ale nie jestem też nieszczery i… i…

Nie dokończył zdania, a jego znaczenie było zagadkowe. Ogólnie rzecz biorąc Moore wydawał się nie być sobą. Fakt ten zaniepokoił Columbine. Zawsze mu się zwierzała. Sytuacja była bardzo złożona – paliła się, żeby mu o tym powiedzieć, ale jakoś się obawiała… Nie wiadomo czemu, czuła satysfakcję z jego gorzkiego odniesienia się do osoby Jacka. Wyglądało na to, iż zdawała sobie sprawę z tego, że ceniła przyjaźń Wilsona bardziej, niż sądziła, a teraz z jakiegoś dziwnego powodu ta wymykała jej się z rąk.

– Byliśmy… byliśmy takimi dobrymi przyjaciółmi, kumplami – powiedziała Columbine pospiesznie i bez związku.

– Kto? – wpatrywał się w nią.

– Ty i ja.

– O! – jego ton złagodniał, ale w jego spojrzeniu nadal można było dostrzec dezaprobatę. – Co z tego?

– Coś się wydarzyło, co sprawiło, że się za tobą ostatnio stęskniłam – to wszystko.

– Aha! – w jego tonie była ostateczność i gorycz, ale nie chciał się angażować.

Columbine wyczuła w nim dumę, który wydawała się być przyczyną jego rezerwy.

– Wilson, dlaczego ostatnio się zmieniłeś? – zapytała żałośnie.

– Co ci po tym, jeśli teraz ci powiem? – odpowiedział pytaniem.

Dało jej ono bliżej nieopisane odczucie rzeczywistej straty. Ona żyła w świecie marzeń, a on w tym rzeczywistym. W tej chwili nie mogła rozwiać swego snu – zobaczyć i zrozumieć wszystkiego, co wydawało się, że rozumiał on. Poczuła się wtedy jak dziecko, które za szybko dorasta. Dziwna, dawna tęsknota za matką wezbrała się w niej niczym silny przypływ. Za kimś, na kim mogłaby się oprzeć, za kimś, kto by ją kochał, kto pomógłby jej w tym czasie, gdy do drzwi młodości zapukało nieszczęście – jakże tego potrzebowała!

– To może nie być dla mnie dobre, ale mimo wszystko powiedz – rzekła w końcu, odpowiadając czemuś kobiecemu, co się w niej obudziło, jak ktoś starszy niż była godzinę temu. Nie rozumiała tego impulsu, ale w niej był.

– Nie! – oświadczył Moore, a rumieniec wypłynął mu na twarz. Rzucił zwinięte lasso na siodło i przytwierdził do niego niezgrabnie. Nie patrzył na nią. Jego ton wyrażał gniew i zdumienie.

– Tata mówi, że muszę poślubić Jacka – powiedziała, wracając nagle do swej naturalnej prostoty.

– Słyszałem, jak mówił o tym kilka miesięcy temu – rzucił ostro Moore.

– Słyszałeś! Czy to było…, dlaczego? – wyszeptała.

– Tak – zabrzmiał dźwięcznie jego głos.

– Ale to nie powód, żebyś był… był… trzymał się ode mnie z daleka – oświadczyła, a jej duch nabierał siły.

Zaśmiał się szorstko.

– Wils, nie lubisz mnie już po tym, co powiedział tata? – spytała.

– Columbine, dziewiętnastoletnia dziewczyna, która ma wkrótce wyjść za mąż, nie powinna być niemądra – odpowiedział z sarkazmem.

– Nie jestem niemądra – zaprzeczyła gwałtownie.

– Zadajesz niemądre pytania.

– No cóż, przestałeś mnie lubić po tym, bo inaczej nigdy byś mnie źle nie potraktował.

– Jeśli uważasz, że cię źle potraktowałem, mówisz nieprawdę – odpowiedział równie gwałtownie.

Nigdy wcześniej nie byli tak bliscy kłótni. Columbine doświadczyła nowego dla siebie uczucia: połączenia strachu, gorąca i bólu, wszystko, jak się wydawało, w jednym ukłuciu. Wilson ją ranił. Dreszcz przebiegł przez całe jej ciało, wzdłuż jej żył, nasilając się i mrowiąc.

– Uważasz, że kłamię? – rzuciła.

– Tak, jeśli…

Zanim jednak zdążył dokończyć, spoliczkowała go. Zbladł, a ona zadrżała.

– Och… nie chciałam. Wybacz mi – wyjąkała.

Potarł policzek. Jeśli chodziło o cios, ból nie był duży, ale jego oczy pełne cierpienia i gniewu.

– Och, nie przejmuj się! – Wybuchnął. – Już mnie wcześniej uderzyłaś – raz, wiele lat temu – za to, że cię pocałowałem. Ja… ja przepraszam, że powiedziałem, że skłamałaś. Po prostu się zdenerwowałaś. I ja też.

To zażegnało burzę. Kowboj zdawał się wahać pomiędzy ucieczką a ryzykiem pozostania tu dłużej.

– Może i tak – odpowiedziała Columbine, uśmiechając się lekko. Sama też była prawie bliska łez i furii. – Pogódźmy się, bądźmy znów przyjaciółmi.

Moore zwrócił się w jej stronę zaczepnie, napastliwie. Wydawało się, że umacnia swoją pozycję przeciwko czemuś w niej. Czuła to. Jego twarz stała się twardsza i starsza, niż kiedykolwiek.

– Columbine, czy wiesz, gdzie Jack Belllounds był przez te trzy lata? – zapytał, celowo i całkowicie ignorując jej propozycję przyjaźni.

– Ktoś powiedział w Denver, ktoś inny w Kansas City19. Nigdy nie pytałam taty, bo wiedziałam, że Jack został odesłany. Sądziłam, że pracował – doroślał, z chłopca stawał się mężczyzną.

– No cóż, mam tylko nadzieję, przez wzgląd na ciebie, że masz rację – odparł Moore z niezwykłą goryczą.

– Czy wiesz, gdzie on był? – zapytała Columbine. Pchnęło ją do tego jakieś dziwne uczucie. Tu była tajemnica. Wzburzenie Wilsona wydawało się dziwne i głębokie.

– Tak, wiem – wyrzucił z siebie kowboj przez zaciśnięte zęby, jakby zaciskał je przed ogarniającą go pokusą wyjawienia prawdy.

Columbine straciła zainteresowanie. Była kobietą i zdawała sobie sprawę, że mogą istnieć fakty, które tylko pogorszą jej sytuację.

– Wilson – zaczęła pospiesznie – wszystko kim jestem, zawdzięczam tacie. Opiekował się mną, wysłał mnie do szkoły. Był dla mnie taki dobry. Zawsze go kochałam. Byłaby to podła odpłata za całą jego ochronę i miłość, gdybym… gdybym odmówiła…

– Stary Bill to najlepszy człowiek na świecie – przerwał Moore, jakby chciał odrzucić wszelkie insynuacje, co do przejawów braku lojalności wobec swego pracodawcy. – Każdy w Middle Park i na całym świecie zawdzięcza coś Billowi. Jest dobry. Nigdy nie było z nim nic nie tak, z wyjątkiem tej szalonego zaślepienia na punkcie swego syna. Buster Jack… ten… ten…

Columbine położyła dłoń na ustach Moore’a.

– Ten mężczyzna, którego muszę poślubić – powiedziała poważnie.

– Musisz… zrobisz to? – zażądał odpowiedzi.

– Oczywiście. Co innego mogłabym zrobić? Nigdy nie przeszła mi przez myśl odmowa.

– Columbine! – okrzyk Wilsona był tak przejmujący, jego gest tak gwałtowny, a jego ciemne oczy tak przeszywające, że Columbine przeżyła szok, od którego zadrżała i umilkła. – Jak możesz kochać Jacka Bellloundsa? Miałaś dwanaście lat, kiedy go po raz ostatni widziałaś. Jak możesz go kochać?

– Nie kocham – odpowiedziała Columbine.

– Jak więc możesz za niego wyjść?

– Jestem winna tacie posłuszeństwo. Ma nadzieję, że uda mi się ustatkować Jacka.

– Jack się ustatkuje! – zawołał Moore z pasją. – Dziewczyno, ty kwiatuszku o białej twarzy! Ty swoją niewinnością i słodyczą ustatkujesz tego przeklętego szczeniaka! Wielkie nieba! On był hazardzistą i pijakiem. On…

– Cicho! – Błagała Columbine.

– Oszukiwał w karty – oświadczył kowboj, z pogardą potępiającą ten występek jako całkowicie niegodziwy.

– Ale Jack był tylko dzikim chłopcem – odparła Columbine, próbując odważnymi słowami stawać w obronie syna mężczyzny, którego kochała jak ojca. – Został wysłany do pracy. Wyrósł z tego. Wróci do domu jako mężczyzna.

– Bzdura! – krzyknął ostro Moore.

Columbine poczuła się słabo. Gdzie się podziała jej siła? Ona, która potrafiła chodzić i jeździć konno wiele mil20, drżała cała w środku! To było dziecinne. Próbowała ukryć przed nim swą słabość.

– To do ciebie niepodobne, zachowywać się w ten sposób – powiedziała. – Zawsze byłeś taki wspaniałomyślny. Czy to moja wina? Czy ja wybrałam swoje życie?

Moore szybko odwrócił od niej wzrok i trzymając rękę na swym wierzchowcu, milczał przez chwilę. Wyprostowane ramiona świadczyły o jego myślach. W tej samej chwili wskoczył na siodło. Mustang parsknął, gryzł wędzidło21 i potrząsnął łbem, gotowy do skoku.

– Wybacz mi mój gniew – prosił kowboj, spoglądając w dół na Columbine. – Odwołuję wszystko. Przepraszam, Nie pozwól, aby moje słowa cię zmartwiły. Byłem po prostu zazdrosny.

– Zazdrosny! – wykrzyknęła ze zdumieniem Columbine.

– Tak. To sprawia, że człowiek wpada w furię. Przekleństwo! Nigdy tego nie czułaś.

– O co byłeś zazdrosny? – spytała Columbine.

Kowboj wziął się już w garść i patrzył na nią z ponurym rozbawieniem.

– No cóż, Columbine, to jak bajka – odpowiedział. – Jestem facetem, którego rodzina się wyrzekła – wędrowcem po dziczy i pustkowiu – nic dobrego – i żadnych perspektyw… Teraz nasz przyjaciel Jack, ten jest przystojny i bogaty. Ma starego ojca, który go uwielbia. Bydło, konie, pastwiska! To on zdobywa dziewczynę! Rozumiesz?!

Spinając ostrogami swego mustanga, kowboj odjechał. Na skraju zbocza odwrócił się w siodle.

– Muszę zagnać to stado bydła. Jest późno. Spiesz się do domu.

Potem zniknął. Kamienie trzeszczały i toczyły się pod zboczem urwiska.

Columbine stała tam, gdzie ją zostawił, pełna wątpliwości, ale z wciąż gorącymi policzkami.

– Zazdrosny…? To on zdobył dziewczynę? – mruknęła, powtarzając do siebie. – Co on mógł mieć na myśli? Nie myślał chyba… nie myślał…

Ta prosta, logiczna interpretacja słów Wilsona otworzyła umysł Columbine na niepokojącą możliwość, o której nigdy nawet nie śniła. Mógł ją kochać! Jeśli tak, to dlaczego tego nie powiedział? Zazdrosny może i był, ale jej nie kochał! Następne poruszenie myśli było jak pukanie do drzwi jej serca – drzwi jeszcze nieotwartych, za którymi zdawała się mieszkać tajemnica uczuć, nadziei, rozpaczy, nieznanej tęsknoty i hałaśliwych głosów. Kobieta, którą dopiero co się stawała, instynktownie i w samoobronie zamknęła te drzwi, nim zdążyła rzucić okiem do środka. Ale wówczas poczuła, jak serce w dziwny sposób jej ciąży.

Pronto pasł się niedaleko. Złapała go i dosiadła. Wtedy poczuła, że ręce zdrętwiały jej z zimna. Wiatr ucichł w osikach, a żółte liście opadały z szelestem. Ze szczytu zbocza widziała dom i zachód.

Cudowny zachód słońca w Kolorado osiągnął właśnie wspaniałą pełnię swego koloru i transformacji. Szałwiowe zbocza pod nią przypominały różany aksamit; na dalszych krańcach czubki złotych osik płonęły czerwienią; pogórze było wyraźne, łagodne i obficie oświetlone; przepaść w oddali, prowadząca do wielkiego czarnego pasma, była ukryta w górskiej purpurze; a ciemne szczyty poza pasmem wznosiły się wspaniałe, skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Wąski pas błękitnego nieba pomiędzy masywami skalnymi a chmurami przypominał rzekę pełną wełniastych żagli i srebrnych smug. Powyżej wznosił się całun ciemnej chmury, pełnej cieni zbliżającej się nocy.

– Och, piękne! – wyszeptała dziewczyna, z całym swym uwielbieniem dla natury.

Ten dziki świat majestatu zachodu słońca, odosobnienia i piękna należał do niej. Tam, pod szczytem czarnego pasma górskiego, znajdowało się miejsce, gdzie ją znaleziono, dziecko zagubione w lesie. Należała do tego, a zatem ono należało do niej. Splendor światła na wzgórzach napełnił ją siłą.

Pronto nadstawił uszu i zwolnił.

– Co to…? – zawołała Columbine. Na szlaku robiło się coraz ciemniej. Cienie pełzały po zboczu, gdy jechała im na spotkanie. Mustang miał bystry wzrok i węch. Ściągnęła lejce i zatrzymała go.

Wokół panowała kompletna cisza. Dolina zaczynała się zacieniać po najodleglejszej stronie, a róż i złoto zdawały się blednąć bliżej. Poniżej, na równym dnie doliny, znajdował się nieforemny stary dom na ranczu, z chatami przycupniętymi wokół niego i zagrodami prowadzącymi na miękkie pola siana, mglistymi i szarymi o zmierzchu. Świeciło się jedno światło. Było jak latarnia morska.

Powietrze było zimne, mróz szczypał. Daleko po drugiej stronie grani, z której zjechała, dobiegły ryki ostatniego guzdrającego się bydła ze spędu, ale z pewnością Pronto nie nastawił uszu dla nich. Jakby w odpowiedzi ze zbocza spłynął w dół dziki dźwięk, na który to mustang podskoczył. Columbine słyszała go już wcześniej.

– Pronto, to tylko wilk – uspokoiła konia.

Dźwięk był głośny, początkowo dość ostry, potem złagodniał do lamentu, dzikiego, samotnego, zapadającego w pamięć. Stado kojotów22 szczeknęło w gniewnej odpowiedzi, przeszywającym, urywanym, skowyczącym chórem, którego bardziej ostre nuty wgryzały się w zimne nocne powietrze. Te górskie lamenty i skowyty były muzyką dla uszu Columbine. Jechała szlakiem w zapadającej ciemności, mniej obawiając się nocy i jej dzikich mieszkańców, niż tego, co czekało ją na White Slides Ranch.

1 Kolorado (ang. Colorado) – stan w środkowozachodniej części USA.

2 Osika (Populus tremula) – gatunek topoli.

3 Szałwia (Salvia) – rodzaj rośliny z rodziny jasnotowatych (wargowych); wieloletni półkrzew; liście szare, kwiaty niebiesko-fioletowe.

4 Ranczer (ang. rancher) – farmer, osoba prowadząca ranczo.

5 Denver – miasto w USA, przy ujściu rzeki Cherry Creek do Platte Południowej, u podnóża Gór Skalistych.

6 Uzda – ogłowie, element uprzęży lub rzędu końskiego nakładany na głowę konia.

7 Mustang – zdziczały koń z prerii Ameryki Północnej.

8 Colorado blue columbine (ang.) – Aquilegia coerulea, orlik błękitny z Kolorado, gatunek rośliny kwitnącej z rodziny jaskrowatych Ranunculaceae, pochodzącej z Gór Skalistych w USA; jest kwiatem stanu Kolorado; łacińska nazwa gatunkowa coerulea oznacza „błękit nieba”.

9 Pionier – osadnik zagospodarowujący nowe tereny.

10 Buster (ang.) – kolega, koleś, kumpel, brachu, frajer. Bust – rozbić, rozwalić.

11 Middle Park (Colorado basin) – dolina w Górach Skalistych w północno-środkowej części Kolorado w Stanach Zjednoczonych.

12 Arapaho – plemię indiańskie, które w przeszłości zamieszkiwało równiny Kolorado, Wyoming, Nebraski i Kansas w Stanach Zjednoczonych; należeli do grupy Anglokinów (wyodrębnionego wg kryterium językowego zespołu ok. 100 plemion Indian Ameryki Północnej, mówiącego ongiś ponad 30 językami) i są blisko spokrewnieni z plemieniem Czejenów; Arapaho byli głównie myśliwymi i zbieraczami, dla których bizony były głównym źródłem pożywienia, odzieży i innych niezbędnych rzeczy.

13 Ute – rdzenni Amerykanie obecnych stanów Kolorado, Utah i Nowy Meksyk w Stanach Zjednoczonych; należą do rodziny języków uto-azteckich i mają bogate dziedzictwo kulturowe i historyczne.

14 Szkuner preriowy (ang. prairie-schooner) – klasyczny, kryty wóz, który wiózł osadników na zachód przez równiny Ameryki Północnej; przydomek pochodzi od typowego pokrowca na wagon z białego materiału, który z daleka upodabniał go do białego płótna żagli statku.

15 Round-up (ang.) – spędzanie bydła w celu kontroli, znakowania, wysyłki na rynek itp., jak w zachodnich Stanach Zjednoczonych.

16 Ostrogi – część oporządzenia jeźdźca ułatwiająca prowadzenie konia, przede wszystkim pobudzająca go do biegu.

17 Hiacyntowiec (hiacyncik, Hyacinthoides syn. Endymion) – roślina cebulowa należąca do rodziny szparagowatych (Asparagaceae); rodzaj ten występuje w lasach klimatu umiarkowanego w Europie, na obszarach górskich zachodniej Afryki oraz w Ameryce Północnej jako gatunki dziczejące; kwiaty są zebrane w groniaste kwiatostany, są zwisające i mają dzwonkowaty kształt (przypominają kwiaty hiacyntów), zwykle niebieskie.

18 Shorthorn (ang.) – rasa bydła (z krótkimi rogami).

19 Kansas City (ang.) – miasto w USA, we wschodniej części stanu Kansas, przy ujściu rz. Kansas do Missouri.

20 Mila (ang. mile) – jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich.

21 Wędzidło – część uzdy włożonej do pyska konia, umożliwia jeźdźcowi kontrolowanie i kierowanie koniem poprzez wywieranie nacisku na i wokół pyska zwierzęcia; nacisk ten służy do kontrolowania prędkości i kierunku ruchu konia.

22 Kojot (kujot, wilk preriowy, Canis latrans) – ssak drapieżny z rodziny psowatych; występuje w Ameryce Północnej, od Alaski i południowo-zachodniego Quebecu po Kostarykę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij