Tajemniczy opiekun - ebook
Nieśmiertelny klasyk literatury w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-602-3 |
| Rozmiar pliku: | 658 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
FATALNA ŚRODA
Pierwsza środa każdego miesiąca była istnym Dniem Sądu, dniem wyczekiwanym ze strachem, znoszonym mężnie i zapominanym co najrychlej.
Każda posadzka musiała błyszczeć nieskazitelnie, każde krzesło — być odkurzone z najdrobniejszego atomu pyłu, każde łóżko — zasłane bez fałdki. Dziewięćdziesiąt siedem młodych istot trzeba było poddać naprzód gruntownej operacji mycia, skrobania i szorowania, a potem przystrojenia w świeżo uprane i wykrochmalone, kraciaste, perkalikowe albo barchanowe sukienki — zależnie od pory roku; dziewięćdziesięciorgu siedmiorgu maleństwom trzeba było wbić w głowy, jak się mają zachować i jak odpowiadać: „Tak, proszę pana” lub: „Nie, proszę pana”, ilekroć któryś z opiekunów łaskawie zwróci się do nich z zapytaniem.
Był to dzień pełen niepokoju i trosk, których główny ciężar spadał na barki Agaty Abbott, jako najstarszej z sierot Domu Wychowawczego imienia Johna Griera.
I tym razem owa fatalna Pierwsza Środa miała się już, podobnie jak jej poprzedniczki, ku szczęśliwemu końcowi. Agata pospieszyła ze spiżarni, gdzie smarowała tartynki dla środowych gości, na górę do swoich zwykłych zajęć. Specjalnej jej pieczy powierzona była Sala F, gdzie jedenaścioro maleństw, w wieku od czterech do siedmiu lat, zajmowało jedenaście małych, ustawionych rzędem łóżeczek. Zwołała swoją gromadkę, powygładzała zmięte sukienki, powycierała umorusane noski i ustawiła sierotki szeregiem, aby skierować je ku jadalni, gdzie miały się zająć w ciągu błogosławionej półgodzinki pochłanianiem porcji mleka, chleba i placka ze śliwkami.
Wyprawiwszy swoich pupilów, opadła na zydelek przy oknie i oparła tętniące skronie o zimną szybę. Była na nogach od piątej rano, wysługując się wszystkim, napominana i popędzana przez zdenerwowaną zarządzającą. Pani Lippett nie zawsze zachowywała za kulisami spokój i uroczysty majestat, w jakie stroiła się wobec opiekunów i pań wizytatorek. Siedząc przy oknie, Agata skierowała tęskny wzrok poprzez duży szmat ubielonego szronem trawnika, poza wysokie żelazne sztachety, wykreślające granice terytorium Ochrony (jak nazywano czasem Dom Wychowawczy), wzdłuż falistych zboczy, upstrzonych wiejskimi siedzibami bogaczy, ku dachom i wieżyczkom pobliskiego miasteczka, przezierającym poprzez nagie korony drzew.
Dzień, o ile było jej wiadomo, zakończył się zupełnie pomyślnie. Opiekunowie dokonali zwykłych oględzin, wysłuchali stałych miesięcznych raportów, wypili tradycyjną herbatę, a teraz spieszyli z powrotem do swoich domów, do własnych, wesoło płonących ognisk rodzinnych, aby zapomnieć, aż do następnej pierwszej środy miesiąca, o przyczyniających im tyle kłopotów małych pupilach. Agata śledziła z zaciekawieniem, nie bez pewnej domieszki tęsknej zazdrości, sznur powozów i samochodów wyjeżdżających z otwartych na oścież wrót Domu Wychowawczego. W wyobraźni towarzyszyła jednemu pojazdowi za drugim do pięknych, obszernych domów, rozsianych po zboczach pagórków. Wyczarowywała sobie w imaginacji obraz siebie samej, otulonej w bogaty płaszcz futrzany, strojnej w aksamitny, przybrany pękami piór kapelusz, rozpartej na poduszkach powozu i niedbale rzucającej stangretowi krótki rozkaz: do domu! Obraz ten jednak bladł i mącił się, gdy powóz stawał przed progiem mieszkania.
Agata miała bujną wyobraźnię, która — zdaniem pani Lippett — mogła ją unieszczęśliwić, o ile nie potrafi jej okiełznać. Mimo wszakże całej bujności swojej wyobraźnia ta nie była w stanie przekroczyć wejściowych podwoi domów, ku którym ją unosiła. Biedna, pełna zapału i żądzy przygód Agata w ciągu całych swoich siedemnastu lat ani razu nie znalazła się wewnątrz zwykłego domu mieszkalnego i dlatego nie mogła odtworzyć sobie obrazu życia wszystkich owych istot pędzących beztroskie dni z dala od Domu Wychowawczego i jego sierot.
A-ga-to Ab-bott, Wo-ła-ją cię do biu-ra, Po-spiesz się le-piej, ra-dzę ci szcze-rze!
Tomek Dillon, wybitny członek chóru, wbiegł po schodach, śpiewając tę zwrotkę, i popędził po korytarzu, a jego głos, w miarę zbliżania się szybkich kroków ku Sali F, rósł i potężniał. Agata, oderwana nagle od swoich marzeń, stanęła znów w obliczu zwykłych trosk.
— Kto mnie woła? — wpadła w śpiew Tomka, przerywając motyw nutą ostrego niepokoju.
Pa-ni Lip-pett w biu-rze, krzy-czy, drze się jak wa-riat-ka! A-a-men!
— zakończył Tomek pobożnie. Nie było wszakże zwykłej złośliwości w jego głosie. Nawet najzatwardzialszy z małych mieszkańców Domu Wychowawczego nie był pozbawiony współczucia dla biednej winowajczyni, wzywanej w ten sposób do biura przed oblicze groźnej zarządzającej.
Tomek lubił Agatę, mimo że czasem poszturchiwała go i omal nie oderwała mu nosa energicznym wycieraniem.
Agata pospieszyła bez słowa protestu, natomiast z dwiema poprzecznymi bruzdami na czole. Zastanawiała się nad tym, w czym zawiniła. Co poszło nie po myśli rozkazodawczyni? Czy tartynki nie były dość cienko pokrojone? Znalazły się może łupinki w ciastkach orzechowych? A może któraś z pań wizytatorek dostrzegła dziurę w pończoszce malutkiej Zuzi? Kto wie?! Może — wielkie nieba! — któryś z jej własnych cherubinków z Sali F trafił kamykiem w jednego z opiekunów?
Długa sala na dole nie była oświetlona i w chwili kiedy Agata schodziła ze schodów, ostatni z grona opiekunów stał gotów do wyruszenia w otwartych drzwiach prowadzących do bramy wejściowej. W przelocie tylko mignęła przed nią jego postać, dając jej wrażenie czegoś bardzo wysokiego. Wysoki pan skinął ręką na samochód czekający na zakręcie podjazdu. Szofer zakręcił korbę motoru i podjechał bliżej dziobem naprzód, tak że w jaskrawym świetle automobilowych latarni zarysowały się na tle muru linie sylwetki pana. Cień wydłużał groteskowo ramiona i nogi, które biegły po posadzce i pięły się po korytarzowym murze. Wyglądało to zupełnie jak wielki, pełzający pająk.
Wystraszoną twarz Agaty rozpogodził wybuch śmiechu. Jej słoneczna natura chwytała pożądliwie każdą okazję do zabawy. Dużo dobrej woli trzeba było istotnie na doszukanie się powodu rozbawienia w przytłaczającym fakcie istnienia kogoś takiego jak opiekun. Posiadała ją widocznie Agata, bowiem rozweselona tym drobnym epizodem stanęła uśmiechnięta przed obliczem pani Lippett. Ku swojemu zdumieniu spostrzegła, że i na twarzy zarządzającej gościł jeśli nie wyraźny uśmiech, to w każdym razie wyraz pewnej życzliwości. Wyglądała prawie tak uprzejmie jak w dni odwiedzin wizytatorów.
— Usiądź, Agato, mam ci coś do powiedzenia.
Agata opuściła się na najbliższe krzesło i czekała z zapartym tchem. W tej chwili przemknął za oknem samochód; pani Lippett pogoniła za nim wzrokiem.
— Czy zauważyłaś pana, który w tej chwili odjechał?
— Widziałam go z tyłu.
— To jeden z naszych najzamożniejszych opiekunów, podtrzymujący hojnymi zasiłkami istnienie Domu Wychowawczego. Nie wolno mi wymieniać jego nazwiska. Zastrzegł sobie specjalnie, że chce pozostać nieznany.
Oczy Agaty rozszerzyły się z lekka; nie przywykła do tego, aby ją wzywano do biura w celu dyskutowania z zarządzającą na temat dziwactw panów opiekunów.
— Pan ten zainteresował się kilkoma naszymi chłopcami. Pamiętasz Karola Bentona i Henryka Freisa? Ich obu posłał pan… hm… hm… ów opiekun do kolegium i obydwaj odwdzięczyli się usilną pracą i postępami w naukach za pieniądze tak wspaniałomyślnie wyłożone na ich kształcenie. Innej wypłaty dobroczyńca ich nie żądał. Dotychczas jego filantropia kierowana była wyłącznie na chłopców. Nie udawało mi się nigdy zainteresować go w najlżejszym bodaj stopniu żadną z dziewczynek w naszej instytucji, chociażby najbardziej na to zasługiwała. Nie dba widocznie o dziewczęta.
— Widocznie, proszę pani — bąknęła Agata, czując, że musi w tym miejscu coś odpowiedzieć.
— Dzisiaj na zwykłym miesięcznym zebraniu rozpatrywana była sprawa twojej przyszłości.
Pani Lippett pozwoliła sobie na chwilę pauzy, po czym zaczęła znów mówić powolnym, jednostajnym głosem, niesłychanie drażniącym napięte nagle nerwy słuchaczki.
— Jak ci wiadomo, nie trzymamy dzieci dłużej niż do lat czternastu, dla ciebie wszakże zrobiono wyjątek. Ukończyłaś szkołę naszą, mając lat czternaście, że zaś wykazałaś tak celujące stopnie w naukach — nie zawsze, zaznaczyć muszę, w twoim sprawowaniu — postanowiono pozwolić ci uczęszczać do tutejszej szkoły średniej. Obecnie kończysz ją i, oczywiście, nasza Ochrona nie może dalej łożyć na twoje utrzymanie. I tak korzystasz z dobrodziejstw instytucji trzy lata dłużej niż większość twoich towarzyszek.
Pani Lippett przeoczyła najwyraźniej fakt, że Agata ciężką pracą zarabiała w ciągu tych trzech lat na swoje utrzymanie, że na pierwszym planie stało zawsze dobro Domu Wychowawczego, a dopiero na drugim jej nauka, i że w dni takie jak owe Pierwsze Środy na przykład pozostawała w domu, aby czyścić, sprzątać i szorować.
— Jak powiadam więc, rozpatrywana była sprawa twojej przyszłości i przeglądano wszystkie sprawozdania o tobie; wszystkie, co do jednego.
Pani Lippett obrzuciła prokuratorskim spojrzeniem winowajczynię na ławie oskarżonych, a winowajczyni zrobiła skruszoną minę, jednak dlatego tylko, że się po niej tej skruchy spodziewano, nie zaś, aby miała się poczuwać do jakichś szczególnie czarnych kart w swoim rejestrze.
— Oczywiście, w zwykłych warunkach oddano by cię do jakiegoś zajęcia, przy którym mogłabyś zacząć zarobkować. Wyróżniłaś się jednak w szkole, szczególnie w pewnych punktach. Twoje postępy w stylistyce mają być nawet świetne. Panna Pritchard, jedna z członkiń naszego Komitetu Wizytatorów, należy też do zarządu szkoły; rozmawiała ona z twoim nauczycielem retoryki i bardzo pochlebnie się o tobie wyrażała. Odczytała nawet twoje wypracowanie zatytułowane: „Fatalna środa”.
W tym momencie skruszona mina Agaty nie była udawana.
— Miałam wrażenie, że nie wykazałaś zbyt wielkiej wdzięczności, ośmieszając instytucję, która wyświadczyła ci tyle dobrodziejstw. Gdyby nie to, że udało ci się być dowcipną, wątpię, czy wybaczono by ci twój postępek. Na twoje szczęście jednak pan… to znaczy ów pan, który przed chwilą odjechał, wydaje się posiadać nadmierne poczucie humoru. Na podstawie tego zuchwałego wypracowania zaofiarował się posłać cię do kolegium.
— Do kolegium?! — Agata wytrzeszczyła oczy.
Pani Lippett skinęła potwierdzająco głową.
— Pozostał, ażeby ustalić ze mną warunki. Są niezwykłe. Moim zdaniem jest on w błędzie. Dopatruje się w tobie oryginalności i planuje wykształcić cię na pisarkę.
— Na pisarkę?! — Agata była zupełnie oszołomiona. Nie mogła się zdobyć na nic innego poza powtarzaniem słów pani Lippett.
— Tego pragnie. Czy przyda się to na coś, przyszłość dopiero pokaże. Wyznacza ci bardzo hojne uposażenie, bodaj zbyt hojne jak dla dziewczyny, która nie miała nigdy doświadczenia w rządzeniu się pieniędzmi. Obmyślił jednak całą rzecz szczegółowo; nie uważałam się też za uprawnioną do podsuwania mu jakichkolwiek zmian. Masz pozostać tutaj przez lato, a panna Pritchard uprzejmie zaofiarowała się zająć przygotowaniem ci odpowiedniej wyprawy. Za twoje utrzymanie i naukę pieniądze będą wpłacane wprost do kasy kolegium, ty zaś masz otrzymywać w ciągu czterech lat twojego pobytu w nim trzydzieści pięć dolarów miesięcznie. Umożliwi ci to życie na tej samej stopie, co reszta twoich koleżanek. Pieniądze te będzie wysyłał ci prywatny sekretarz pana… nazwijmy go Iksem, jednorazowo miesięcznie, a ty w zamian masz również raz na miesiąc potwierdzać ich odbiór. To znaczy nie będziesz mu dziękowała za nie, nie życzy sobie, abyś w swoich listach wspominała o wdzięczności, masz jedynie pisać o postępach, jakie będziesz czyniła w nauce oraz o szczegółach twojego codziennego życia. Słowem, taki list, jaki napisałabyś do twoich rodziców, gdyby żyli.
Listy mają być adresowane do pana Johna Smitha na ręce jego sekretarza. Oczywiście pan Iks nie nazywa się John Smith, pragnie wszakże pozostać nieznany. Pozostanie dla ciebie zawsze Johnem Smithem. Powodem, dla którego żąda listów, jest przeświadczenie, że nic tak nie rozwija umiejętności literackiego wypowiadania się jak pisanie listów. Że zaś nie posiadasz rodziny, z którą mogłabyś podtrzymywać korespondencję, chce, abyś wprawiała się tą drogą. Chce też śledzić osobiście twoje postępy. Nie będzie nigdy odpowiadał na twoje listy ani też dawał dowodów brania ich pod uwagę. Nienawidzi pisania listów i nie chce, abyś stała mu się ciężarem. Gdyby zaszło coś takiego, co wymagałoby koniecznie odpowiedzi, jak, dajmy na to, wydalenie cię z kolegium (do czego, mam nadzieję, nie dojdzie), możesz zwrócić się listownie do pana Griggsa, sekretarza, od którego otrzymasz odpowiednie wskazówki. Te miesięczne listowne sprawozdania obowiązują cię bezwzględnie; są one jedynym odwzajemnieniem się, jakiego wymaga pan Smith, powinnaś zatem być tak skrupulatna w ich wysyłaniu, jak gdyby był to weksel, który masz płacić. Mam nadzieję, że będą pisane w tonie pełnym szacunku i dadzą dobre pojęcie o wychowaniu, jakie u nas otrzymałaś. Musisz pamiętać, że piszesz do opiekuna Domu Wychowawczego imienia Johna Griera.
Oczy Agaty tęsknie wypatrywały drzwi. Mąciło jej się w głowie ze wzruszenia i jej jedynym pragnieniem było uwolnienie się od frazesów pani Lippett i zebranie nieco myśli. Wstała i zaryzykowała próbny krok w kierunku wycofania się z pokoju. Pani Lippett zatrzymała ją skinieniem; nie mogła przecież nie wykorzystać okazji do oratorskiego występu.
— Mam nadzieję, że poczuwasz się do odpowiedniej wdzięczności za tę niespodziewaną łaskę losu, jaka stała się twoim udziałem. Niewiele dziewcząt w twoim położeniu spotkała podobna możliwość wzniesienia się na wyższy szczebel drabiny społecznej. Powinnaś pamiętać zawsze…
— Tak, tak, proszę pani, jestem bardzo wdzięczna. Dziękuję pani. Jeżeli to już wszystko, pozwoli pani, że pójdę. Muszę przyszyć łatę na spodniach Fredka Perkinsa.
Drzwi zamknęły się za nią, a pani Lippett została z opadniętą szczęką, w środku rozpoczętej przemowy.
*LISTY PANNY AGATY ABBOTT DO TAJEMNICZEGO OPIEKUNA NAZWISKIEM JOHN SMITH
215 Fergussen Hall
24 września
Drogi, dobry Opiekunie, wysyłający sieroty do kolegium!
Jestem na miejscu! Jechałam wczoraj cztery godziny koleją. Zabawne uczucie, prawda? Nigdy dotychczas nie jeździłam koleją.
Kolegium jest przeogromnym, oszałamiająco olbrzymim miejscem — gubię się, gdy tylko wychodzę z mojego pokoju. Opiszę panu wszystko później, jak mi się trochę uporządkuje w głowie; opowiem też o moich studiach. Wykłady rozpoczną się dopiero w poniedziałek, a teraz jest sobota wieczorem. Chciałam jednak najpierw napisać do pana, ażebyśmy mogli się trochę zapoznać.
Dziwne się wydaje pisanie listów do kogoś, kogo się nie zna. Dziwne mi się wydaje w ogóle, że piszę listy — w życiu napisałam ich może trzy czy cztery. Proszę więc nie mieć mi za złe, jeżeli nie będą one wzorem stylu.
Przed moim odjazdem wczoraj z rana miałam bardzo poważną rozmowę z panią Lippett. Mówiła mi, jak mam się zachowywać przez całą resztę mojego życia, a zwłaszcza, jak mam się zachować względem dobrego pana, który tyle dla mnie czyni. Muszę pamiętać o żywieniu dla niego bardzo wielkiego szacunku.
Ale, proszę, niech pan powie, jak można mieć szacunek dla kogoś, kto chce, aby go nazywać Johnem Smithem? Dlaczego nie wybrał pan sobie nazwiska choć troszkę mniej bezosobowego? Mogłabym z równym skutkiem pisać do „Drogiego Słupa Telegraficznego” albo do „Drogiego Wieszaka na Ubranie”.
Myślałam o panu dużo w ciągu tych wakacji. Fakt, że po tylu latach osamotnienia znalazł się ktoś, kto interesuje się mną, daje mi takie uczucie, jak gdybym odnalazła kogoś z rodziny. To tak prawie, jak gdybym należała teraz do kogoś. Nie ma pan pojęcia, jakie to miłe. Muszę jednak przyznać, że myśląc o panu, nie mam o co zaczepić mojej wyobraźni. Wiem o panu tylko trzy rzeczy:
I. Jest pan wysoki.
II. Jest pan bogaty.
III. Nie cierpi pan dziewcząt.
Myślę, czy nie mogłabym nazywać pana Kochanym Wrogiem Dziewcząt? Tylko że to trochę obrażające dla mnie. Albo też Drogim Bogatym Panem. Ale to znów byłoby obrażające dla pana, jak gdyby pieniądze były najważniejszym pańskim rysem. Zresztą bogactwo to tylko taka czysto zewnętrzna cecha. Może nie pozostanie pan bogaty całe życie; mnóstwo bardzo mądrych ludzi traci cały majątek na giełdzie — czytałam o tym. Ale wysoki pozostanie pan zawsze! I dlatego postanowiłam nazywać pana Drogim Długonogim Pająkiem. Myślę, że nie obrazi się pan. To będzie taka nasza sekretna, pieszczotliwa nazwa — nie powiemy o niej nic pani Lippett — zgoda?
Za dwie minuty zadzwoni dzwonek na dziesiątą. Dzwonki dzielą nasz dzień na poszczególne części. Jemy i śpimy, i uczymy się według dzwonka. To bardzo pobudzające. Czuję się wciąż jak koń straży pożarnej. Aha! Masz go! Dzwoni!… Gasić światła! Dobranoc.
Proszę zwrócić uwagę, jak skrupulatnie przestrzegam przepisów — zawdzięczam to wychowaniu otrzymanemu w Ochronie imienia Johna Griera.
Pańska z najgłębszym szacunkiem
Agata Abbott
*
1 października
Drogi Pajączku-Długonóżku!
Kocham kolegium i kocham pana za to, że mnie pan tutaj przysłał. Jestem bardzo a bardzo szczęśliwa i taka wciąż podniecona, że z trudnością przychodzi mi zasnąć. Nie może pan sobie wyobrazić, jak zupełnie inaczej jest tutaj aniżeli w Domu Wychowawczym imienia Johna Griera. Ani mi się nawet śniło, że może istnieć podobne miejsce na świecie. Żal mi każdego, kto nie jest młodą dziewczyną i nie może być tutaj. Jestem pewna, że kolegium, w którym się pan uczył jako młody chłopiec, nie mogło być takie rozkoszne.
Mój pokój położony jest w baszcie, która była separatką dla zakaźnie chorych, zanim wybudowano nową infirmerię. Na tym samym piętrze baszty mieszkają jeszcze trzy inne uczennice — jedna z nich jest już seniorką, nosi okulary i wciąż upomina nas, abyśmy się zachowywały troszkę ciszej; dwie pozostałe są tak samo jak ja nowicjuszkami; jedna nazywa się Sallie McBride, a druga — Julia Rutledge Pendleton. Sallie ma rude włosy i zadarty nosek i jest bardzo przyjacielska. Julia pochodzi z jednej z najpierwszych rodzin w Nowym Jorku i dotychczas jeszcze mnie nie zauważyła. Julia i Sallie zajmują jeden wspólny pokój, a ja i seniorka mamy pojedyncze pokoje. Nowicjuszki nie dostają zazwyczaj oddzielnych pokojów; za mało jest tutaj takich, ale ja dostałam, chociaż nawet nie prosiłam o to. Przypuszczam, że pan kierownik nie uważał za właściwe pomieścić dobrze wychowaną pannę z przyzwoitego domu razem ze znajdą. Widzi pan, że każda rzecz ma swoje dobre strony.
Mój pokój mieści się w północno-zachodnim kącie i ma dwa okna, z których jest śliczny widok. Kto jak ja spędził siedemnaście lat w jednej wielkiej sypialni Domu Wychowawczego razem z dwudziestoma współtowarzyszkami, czuje w całej pełni rozkosz zamieszkiwania w oddzielnym pokoju. Tutaj po raz pierwszy mam możliwość zapoznania się z Agatą Abbott. Wydaje mi się, że ją polubię.
A pan jak sądzi, polubi ją pan?
*
Wtorek
Organizuje się drużyna piłkarska nowicjuszek i jest możliwe, że ja stanę na jej czele. Jestem, co prawda, małego wzrostu, ale bardzo zwinna, żywa i wytrzymała. Podczas kiedy inne skaczą tylko pod górę, ja umiem wśliznąć się im pod nogi i chwytam piłkę. Ach, jaka to przyjemność te nasze ćwiczenia! Odbywamy je po południu na boisku. Drzewa dokoła nas złocą się i czerwienią, wszędzie w powietrzu czuć zapach więdnących liści, wszyscy śmieją się i hałasują. Nigdy jeszcze nie widziałam tylu tak szczęśliwych dziewcząt, a jestem najszczęśliwsza ze wszystkich!
Zamierzałam napisać długi list i opowiedzieć panu o wszystkim, czego się uczę (pani Lippett powiedziała, że pan chce wiedzieć o tym), ale dzwoniono w tej chwili na siódmą i za dziesięć minut mam się stawić na boisku w stroju gimnastycznym. Czy ma pan nadzieję, że wygram mecz koszykówki?
Pańska na zawsze
Agata Abbott
PS (Dziewiąta godzina).
Sallie McBride wsunęła głowę przez drzwi i powiedziała:
— Tak mi strasznie tęskno za domem, że po prostu nie mogę wytrzymać. Czy i ty tak samo?
Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że nie, że wytrzymam. Tej choroby przynajmniej — tęsknoty za domem — na pewno uniknę! Nie słyszałam jeszcze o nikim chorującym na tęsknotę za Ochroną. A pan słyszał?
*
10 października
Drogi Pajączku Długonogi!
Czy słyszał pan o Michale Aniele? Był to słynny artysta, który żył we Włoszech w średniowieczu. Wszystkie słuchaczki na kursie literatury angielskiej wiedziały, jak się wydaje, o nim i cała klasa śmiała się ze mnie, bo myślałam, że to był jakiś archanioł. No, proszę, niech pan sam powie, czy to nie brzmi jak archanioł? Cała bieda z tym kolegium, że musimy wiedzieć o całym mnóstwie rzeczy, których nigdy się nie uczyłyśmy. Bywa to często mocno kłopotliwe. Ale teraz już jestem mądrzejsza: jak tylko dziewczęta zaczynają mówić o rzeczach, o których nigdy nie słyszałam, siedzę cicho, a potem lecę do encyklopedii.
Pierwszego zaraz dnia strasznie się ośmieszyłam. Ktoś wspomniał o Maeterlincku, a ja, nie dosłyszawszy, że mowa o mężczyźnie, zapytałam, czy to któraś z nowicjuszek. Opowiadano sobie o tym we wszystkich klasach. Obleciało to jako dowcip całe kolegium. A jednak na wykładach orientuję się nie gorzej od innych, a nawet lepiej od niektórych!
Chciałby pan wiedzieć, jak urządziłam swój pokój? Mam istną symfonię żółto-brązową. Ściany pomalowane są na pomarańczowo, do tego dokupiłam żółte satynowe zasłony i takież pokrycia na poduszki, mahoniowe biurko (okazyjnie, za trzy dolary), trzcinowy fotel i brązowy dywan z plamą atramentową pośrodku. Na tej plamie stawiam zawsze krzesło.
Okna umieszczone są wysoko, tak że ze zwykłego krzesła nie można przez nie wyjrzeć. Poradziłam sobie w ten sposób, że odśrubowałam szkło z biurka, obciągnęłam wierzch tkaniną i przysunęłam tak sporządzony mebel do okna. Niech pan sobie wyobrazi, że utrafiłam akurat wysokość. Wyciągam szuflady, robię z nich stopnie i w ten sposób włażę na górę. Bardzo wygodne urządzenie.
Sallie McBride pomogła mi wybrać pojedyncze sztuki mebli na licytacji u seniorek. Mieszkała w prawdziwym domu przez całe życie i zna się na umeblowaniu. Nie może pan sobie wyobrazić, jakie to zabawne chodzić po sklepach, kupować, płacić prawdziwym banknotem pięciodolarowym i jeszcze dostawać resztę — dla kogoś, kto nigdy w życiu nie miał w ręku więcej niż niklową monetę. Zapewniam pana, drogi Opiekunie-Ojczulku, że umiem cenić odpowiednio pensję, którą mi wyznaczyłeś.
Sallie jest najbardziej towarzyską istotą na świecie, a Julia Rutledge Pendleton najmniej. Nie do pojęcia, jak pan kierownik mógł dokonać podobnego połączenia w doborze współmieszkanek jednego pokoju. Moją kochaną Sallie bawi wszystko, nawet śmieszy, Julię zaś wszystko nudzi i nuży. Nie umie nigdy zdobyć się na najlżejszy wysiłek, aby być uprzejma. Jest przekonana, że sam fakt należenia do rodu Pendletonów jest wystarczającym paszportem do nieba, bez potrzeby zdawania uprzedniego egzaminu. Julia i ja jesteśmy z natury nieprzyjaciółkami. Ale dość tego. Wyobrażam sobie, z jaką niecierpliwością czeka pan, aby nareszcie dowiedzieć się, co studiuję.
I. _Łacina_. Druga wojna punicka. Hannibal i jego zastępcy rozpięli wczoraj wieczorem namioty nad Jeziorem Trazymeńskim. Przygotowali zasadzkę na Rzymian i dzisiejszego rana, o czwartej zmianie straży, rozegrała się bitwa. Rzymianie w odwrocie.
II. _Francuski_. 24 strony z Trzech muszkieterów i trzecia koniugacja czasowników nieregularnych.
III. _Geometria_. Skończyłyśmy walce; teraz przerabiamy ostrosłupy.
IV. _Angielski_. Stylistyka. Mój styl zyskuje z każdym dniem na jasności i zwięzłości.
V. _Fizjologia_. Doszłyśmy do trawienia. Na przyszłej lekcji — żółć i trzustka.
Pańska, na najlepszej drodze do zdobycia wykształcenia
Agata Abbott
PS Mam nadzieję, że pan nie bierze nigdy do ust alkoholu, prawda, Ojczulku-Opiekunie? Alkohol wyprawia straszne rzeczy z wątrobą.
*
Środa
Drogi Ojczulku-Opiekunie — Długonogi Pająku!
Zmieniłam sobie imię.
W spisie słuchaczek figuruję wciąż jeszcze jako „Agata”, ale wszędzie poza tym nazywam się „Aga”. Niech pan sam powie, czy to nie okropne być zmuszoną samej nadać sobie jedyne zdrobniałe imię, jakie miało się kiedykolwiek? Co prawda Agę wymyśliłam niezupełnie ja sama. Nazywał mnie tak Fredek Perkins, zanim jeszcze nauczył się mówić wyraźnie.
Szkoda, że pani Lippett nie stara się wpadać na lepsze pomysły przy wyszukiwaniu imion i nazwisk dla maleństw. Nazwiska bierze wprost z książki telefonicznej — znajdzie pan „Abbott” zaraz na pierwszej stronie — a imiona skąd się da. Agatę znalazła na jakimś nagrobku. Nigdy nie mogłam jej znieść; lubię za to Agę. Takie miłe imię. Powinna je nosić osoba, jaką ja nie jestem — słodkie, małe, niebieskookie stworzonko, pieszczone i psute przez całą rodzinę, przechodzące przez życie bez żadnych trosk. Prawda, jak byłoby miło być taką? Mogę mieć wszelkie wady, nikt jednak nie może mi zarzucić, że byłam psuta przez rodzinę! Bardzo to jednak zabawne udawać, że byłam. Na przyszłość, proszę, niech mnie pan zawsze nazywa Agą — zgoda?
Powiem panu coś ciekawego. Chce pan? Mam trzy pary skórkowych rękawiczek. Dostawałam dotychczas na Gwiazdkę niciane mitynki, ale nie miałam nigdy skórkowych rękawiczek ze wszystkimi pięcioma palcami. Co chwilę wyjmuję je i przymierzam. Zaledwie mogę się powstrzymać, żeby nie nosić ich na wykładach.
Dzwonek obiadowy. Do widzenia!
*
Ojczulku-Opiekunie, jaka nowina! Nauczycielka angielskiego powiedziała, że moje ostatnie wypracowanie wykazuje niezwykły zasób oryginalności. Naprawdę. Nie kłamię. To były jej własne słowa. Nie wydaje się to możliwe — prawda? — wobec siedemnastoletniej tresury, jaką przeszłam. Celem Domu Wychowawczego imienia Johna Griera jest (jak panu niewątpliwie wiadomo i co pan całym sercem pochwala) zrobić z dziewięćdziesięciorga siedmiorga sierotek — dziewięćdziesięcioro siedmioro bliźniąt.
Mam nadzieję, że nie ranię pańskich uczuć, pozwalając sobie na krytykę ojczystego domu mojego dzieciństwa. Zresztą ma pan zawsze możliwość ukarania mnie, gdybym miała okazać się zbyt impertynencka. Po prostu przestanie pan wysyłać mi czeki. Może to nie bardzo grzecznie z mojej strony tak mówić — nie może pan jednak wymagać ode mnie dobrych manier; przytułek dla podrzutków nie jest wyższą szkołą edukacji dla młodych panien.
Wie pan, Opiekunie-Ojczulku, to nie praca zaczyna mi wydawać się trudna w kolegium. Raczej zabawa. Dziewięć razy na dziesięć nie rozumiem, o czym moje koleżanki mówią między sobą. Ich żarty zdają się tyczyć jakiejś przeszłości, w której każda z nich, prócz mnie jednej, brała udział. Jestem obca w tym świecie i nie rozumiem jego języka. Bardzo upokarzające uczucie. W naszej wiejskiej szkole średniej dziewczęta stały grupkami i mi się przypatrywały. Byłam dziwna, inna niż wszystkie i każdy o tym wiedział. Czułam, że nazwa „Dom Wychowawczy imienia Johna Griera” wypisana jest na moim czole. Czasem jakieś litościwsze dusze zdobywały się na zbliżenie się do mnie i zwrócenie z kilkoma uprzejmymi słowami. Nienawidziłam ich wszystkich — a najbardziej tych litościwych.
Tutaj nikt nie wie, że byłam wychowana w Ochronie. Powiedziałam Sallie McBride, że mój ojciec i moja matka nie żyją i że jeden stary pan posyła mnie do kolegium — w czym nie ma przecież ani krzty kłamstwa. Nie chcę, żeby pan myślał, że jestem tchórzem, ale chciałabym być jak inne dziewczęta, a cała różnica pomiędzy nami związana jest z tym strasznym miejscem, w którym spędziłam moje dzieciństwo i które tak okropnie na nim ciąży. Gdybym mogła wykreślić je z mojej pamięci i zerwać z nim raz na zawsze, myślę, że mogłabym być tak samo pożądana jak każda inna z moich rówieśnic. Nie wydaje mi się, ażeby zachodzić miała poza tym jakaś inna istotna, zasadnicza różnica. A jak pan sądzi?
Faktem jest, że Sallie McBride lubi mnie!
Pańska na zawsze
Aga Abbott
(z domu Agata)
*
Sobota rano
Przed chwilą przeczytałam jeszcze raz mój list i widzę, że brzmi on mocno niewesoło. Domyśla się pan chyba, że mam bardzo trudny referat na poniedziałek, powtórzenie z geometrii i fatalny katar.
*
Niedziela
Zapomniałam wysłać ten list wczoraj. Korzystam z tego, aby dodać pełen oburzenia dopisek. Mieliśmy dzisiaj z rana wizytę biskupa. Jak się panu wydaje, co on powiedział?
— Najbardziej dobroczynna zapowiedź, jaką znajdujemy w Biblii, brzmi: „Biednych macie zawsze pod ręką. Stworzeni oni zostali po to, aby podtrzymywać w was ducha miłosierdzia”.
Niech pan pomyśli, czy to nie okropne? Biedni w roli pożytecznych zwierząt domowych?! Gdybym nie zdążyła już wyrobić się tutaj na skończoną damę, poszłabym do niego po nabożeństwie i powiedziałabym mu, co o tym myślę.
*
25 października
Drogi Długonóżku-Pajączku!
Wygrałam mecz koszykówki! Szkoda, że nie może pan widzieć siniaka na moim lewym ramieniu. Jest niebieski i czerwonobrunatny z pomarańczowymi pręgami. Julia Pendleton chciała wygrać, ale jej się nie udało. Hurra!
Widzi pan, jaka jestem małostkowa i próżna?
W kolegium jest mi coraz przyjemniej. Lubię dziewczęta, nauczycieli i lekcje, ćwiczenia gimnastyczne i lubię to, co nam dają tutaj do jedzenia. Mamy lody śmietankowe dwa razy tygodniowo i nigdy nie dostajemy żytnich klusek.
Chciał pan otrzymywać ode mnie listy tylko raz na miesiąc, prawda? A ja zasypuję pana moimi epistołami co kilka dni. Jednak taka byłam podniecona tymi wszystkimi przeżyciami, że musiałam wywnętrzyć się przed kimś, a pan jest jedyną osobą, którą znam. Proszę, niech mi pan wybaczy moje gadulstwo; zobaczy pan, że się prędko utemperuję. Jeśli moje listy nudzą pana, może pan rzucać je nieczytane do kosza. Przyrzekam, że nie napiszę już ani jednego do połowy listopada.
Pańska okrutnie gadatliwa
Aga Abbott
*
_Koniec wersji demonstracyjnej._
_-----_
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
Tekst na podstawie: Jean Webster, Tajemniczy opiekun, tłum. Róża Centnerszwerowa, Bibljoteka Groszowa, Warszawa .
Przygotowanie ebooka: Masterlab
Pierwsza środa każdego miesiąca była istnym Dniem Sądu, dniem wyczekiwanym ze strachem, znoszonym mężnie i zapominanym co najrychlej.
Każda posadzka musiała błyszczeć nieskazitelnie, każde krzesło — być odkurzone z najdrobniejszego atomu pyłu, każde łóżko — zasłane bez fałdki. Dziewięćdziesiąt siedem młodych istot trzeba było poddać naprzód gruntownej operacji mycia, skrobania i szorowania, a potem przystrojenia w świeżo uprane i wykrochmalone, kraciaste, perkalikowe albo barchanowe sukienki — zależnie od pory roku; dziewięćdziesięciorgu siedmiorgu maleństwom trzeba było wbić w głowy, jak się mają zachować i jak odpowiadać: „Tak, proszę pana” lub: „Nie, proszę pana”, ilekroć któryś z opiekunów łaskawie zwróci się do nich z zapytaniem.
Był to dzień pełen niepokoju i trosk, których główny ciężar spadał na barki Agaty Abbott, jako najstarszej z sierot Domu Wychowawczego imienia Johna Griera.
I tym razem owa fatalna Pierwsza Środa miała się już, podobnie jak jej poprzedniczki, ku szczęśliwemu końcowi. Agata pospieszyła ze spiżarni, gdzie smarowała tartynki dla środowych gości, na górę do swoich zwykłych zajęć. Specjalnej jej pieczy powierzona była Sala F, gdzie jedenaścioro maleństw, w wieku od czterech do siedmiu lat, zajmowało jedenaście małych, ustawionych rzędem łóżeczek. Zwołała swoją gromadkę, powygładzała zmięte sukienki, powycierała umorusane noski i ustawiła sierotki szeregiem, aby skierować je ku jadalni, gdzie miały się zająć w ciągu błogosławionej półgodzinki pochłanianiem porcji mleka, chleba i placka ze śliwkami.
Wyprawiwszy swoich pupilów, opadła na zydelek przy oknie i oparła tętniące skronie o zimną szybę. Była na nogach od piątej rano, wysługując się wszystkim, napominana i popędzana przez zdenerwowaną zarządzającą. Pani Lippett nie zawsze zachowywała za kulisami spokój i uroczysty majestat, w jakie stroiła się wobec opiekunów i pań wizytatorek. Siedząc przy oknie, Agata skierowała tęskny wzrok poprzez duży szmat ubielonego szronem trawnika, poza wysokie żelazne sztachety, wykreślające granice terytorium Ochrony (jak nazywano czasem Dom Wychowawczy), wzdłuż falistych zboczy, upstrzonych wiejskimi siedzibami bogaczy, ku dachom i wieżyczkom pobliskiego miasteczka, przezierającym poprzez nagie korony drzew.
Dzień, o ile było jej wiadomo, zakończył się zupełnie pomyślnie. Opiekunowie dokonali zwykłych oględzin, wysłuchali stałych miesięcznych raportów, wypili tradycyjną herbatę, a teraz spieszyli z powrotem do swoich domów, do własnych, wesoło płonących ognisk rodzinnych, aby zapomnieć, aż do następnej pierwszej środy miesiąca, o przyczyniających im tyle kłopotów małych pupilach. Agata śledziła z zaciekawieniem, nie bez pewnej domieszki tęsknej zazdrości, sznur powozów i samochodów wyjeżdżających z otwartych na oścież wrót Domu Wychowawczego. W wyobraźni towarzyszyła jednemu pojazdowi za drugim do pięknych, obszernych domów, rozsianych po zboczach pagórków. Wyczarowywała sobie w imaginacji obraz siebie samej, otulonej w bogaty płaszcz futrzany, strojnej w aksamitny, przybrany pękami piór kapelusz, rozpartej na poduszkach powozu i niedbale rzucającej stangretowi krótki rozkaz: do domu! Obraz ten jednak bladł i mącił się, gdy powóz stawał przed progiem mieszkania.
Agata miała bujną wyobraźnię, która — zdaniem pani Lippett — mogła ją unieszczęśliwić, o ile nie potrafi jej okiełznać. Mimo wszakże całej bujności swojej wyobraźnia ta nie była w stanie przekroczyć wejściowych podwoi domów, ku którym ją unosiła. Biedna, pełna zapału i żądzy przygód Agata w ciągu całych swoich siedemnastu lat ani razu nie znalazła się wewnątrz zwykłego domu mieszkalnego i dlatego nie mogła odtworzyć sobie obrazu życia wszystkich owych istot pędzących beztroskie dni z dala od Domu Wychowawczego i jego sierot.
A-ga-to Ab-bott, Wo-ła-ją cię do biu-ra, Po-spiesz się le-piej, ra-dzę ci szcze-rze!
Tomek Dillon, wybitny członek chóru, wbiegł po schodach, śpiewając tę zwrotkę, i popędził po korytarzu, a jego głos, w miarę zbliżania się szybkich kroków ku Sali F, rósł i potężniał. Agata, oderwana nagle od swoich marzeń, stanęła znów w obliczu zwykłych trosk.
— Kto mnie woła? — wpadła w śpiew Tomka, przerywając motyw nutą ostrego niepokoju.
Pa-ni Lip-pett w biu-rze, krzy-czy, drze się jak wa-riat-ka! A-a-men!
— zakończył Tomek pobożnie. Nie było wszakże zwykłej złośliwości w jego głosie. Nawet najzatwardzialszy z małych mieszkańców Domu Wychowawczego nie był pozbawiony współczucia dla biednej winowajczyni, wzywanej w ten sposób do biura przed oblicze groźnej zarządzającej.
Tomek lubił Agatę, mimo że czasem poszturchiwała go i omal nie oderwała mu nosa energicznym wycieraniem.
Agata pospieszyła bez słowa protestu, natomiast z dwiema poprzecznymi bruzdami na czole. Zastanawiała się nad tym, w czym zawiniła. Co poszło nie po myśli rozkazodawczyni? Czy tartynki nie były dość cienko pokrojone? Znalazły się może łupinki w ciastkach orzechowych? A może któraś z pań wizytatorek dostrzegła dziurę w pończoszce malutkiej Zuzi? Kto wie?! Może — wielkie nieba! — któryś z jej własnych cherubinków z Sali F trafił kamykiem w jednego z opiekunów?
Długa sala na dole nie była oświetlona i w chwili kiedy Agata schodziła ze schodów, ostatni z grona opiekunów stał gotów do wyruszenia w otwartych drzwiach prowadzących do bramy wejściowej. W przelocie tylko mignęła przed nią jego postać, dając jej wrażenie czegoś bardzo wysokiego. Wysoki pan skinął ręką na samochód czekający na zakręcie podjazdu. Szofer zakręcił korbę motoru i podjechał bliżej dziobem naprzód, tak że w jaskrawym świetle automobilowych latarni zarysowały się na tle muru linie sylwetki pana. Cień wydłużał groteskowo ramiona i nogi, które biegły po posadzce i pięły się po korytarzowym murze. Wyglądało to zupełnie jak wielki, pełzający pająk.
Wystraszoną twarz Agaty rozpogodził wybuch śmiechu. Jej słoneczna natura chwytała pożądliwie każdą okazję do zabawy. Dużo dobrej woli trzeba było istotnie na doszukanie się powodu rozbawienia w przytłaczającym fakcie istnienia kogoś takiego jak opiekun. Posiadała ją widocznie Agata, bowiem rozweselona tym drobnym epizodem stanęła uśmiechnięta przed obliczem pani Lippett. Ku swojemu zdumieniu spostrzegła, że i na twarzy zarządzającej gościł jeśli nie wyraźny uśmiech, to w każdym razie wyraz pewnej życzliwości. Wyglądała prawie tak uprzejmie jak w dni odwiedzin wizytatorów.
— Usiądź, Agato, mam ci coś do powiedzenia.
Agata opuściła się na najbliższe krzesło i czekała z zapartym tchem. W tej chwili przemknął za oknem samochód; pani Lippett pogoniła za nim wzrokiem.
— Czy zauważyłaś pana, który w tej chwili odjechał?
— Widziałam go z tyłu.
— To jeden z naszych najzamożniejszych opiekunów, podtrzymujący hojnymi zasiłkami istnienie Domu Wychowawczego. Nie wolno mi wymieniać jego nazwiska. Zastrzegł sobie specjalnie, że chce pozostać nieznany.
Oczy Agaty rozszerzyły się z lekka; nie przywykła do tego, aby ją wzywano do biura w celu dyskutowania z zarządzającą na temat dziwactw panów opiekunów.
— Pan ten zainteresował się kilkoma naszymi chłopcami. Pamiętasz Karola Bentona i Henryka Freisa? Ich obu posłał pan… hm… hm… ów opiekun do kolegium i obydwaj odwdzięczyli się usilną pracą i postępami w naukach za pieniądze tak wspaniałomyślnie wyłożone na ich kształcenie. Innej wypłaty dobroczyńca ich nie żądał. Dotychczas jego filantropia kierowana była wyłącznie na chłopców. Nie udawało mi się nigdy zainteresować go w najlżejszym bodaj stopniu żadną z dziewczynek w naszej instytucji, chociażby najbardziej na to zasługiwała. Nie dba widocznie o dziewczęta.
— Widocznie, proszę pani — bąknęła Agata, czując, że musi w tym miejscu coś odpowiedzieć.
— Dzisiaj na zwykłym miesięcznym zebraniu rozpatrywana była sprawa twojej przyszłości.
Pani Lippett pozwoliła sobie na chwilę pauzy, po czym zaczęła znów mówić powolnym, jednostajnym głosem, niesłychanie drażniącym napięte nagle nerwy słuchaczki.
— Jak ci wiadomo, nie trzymamy dzieci dłużej niż do lat czternastu, dla ciebie wszakże zrobiono wyjątek. Ukończyłaś szkołę naszą, mając lat czternaście, że zaś wykazałaś tak celujące stopnie w naukach — nie zawsze, zaznaczyć muszę, w twoim sprawowaniu — postanowiono pozwolić ci uczęszczać do tutejszej szkoły średniej. Obecnie kończysz ją i, oczywiście, nasza Ochrona nie może dalej łożyć na twoje utrzymanie. I tak korzystasz z dobrodziejstw instytucji trzy lata dłużej niż większość twoich towarzyszek.
Pani Lippett przeoczyła najwyraźniej fakt, że Agata ciężką pracą zarabiała w ciągu tych trzech lat na swoje utrzymanie, że na pierwszym planie stało zawsze dobro Domu Wychowawczego, a dopiero na drugim jej nauka, i że w dni takie jak owe Pierwsze Środy na przykład pozostawała w domu, aby czyścić, sprzątać i szorować.
— Jak powiadam więc, rozpatrywana była sprawa twojej przyszłości i przeglądano wszystkie sprawozdania o tobie; wszystkie, co do jednego.
Pani Lippett obrzuciła prokuratorskim spojrzeniem winowajczynię na ławie oskarżonych, a winowajczyni zrobiła skruszoną minę, jednak dlatego tylko, że się po niej tej skruchy spodziewano, nie zaś, aby miała się poczuwać do jakichś szczególnie czarnych kart w swoim rejestrze.
— Oczywiście, w zwykłych warunkach oddano by cię do jakiegoś zajęcia, przy którym mogłabyś zacząć zarobkować. Wyróżniłaś się jednak w szkole, szczególnie w pewnych punktach. Twoje postępy w stylistyce mają być nawet świetne. Panna Pritchard, jedna z członkiń naszego Komitetu Wizytatorów, należy też do zarządu szkoły; rozmawiała ona z twoim nauczycielem retoryki i bardzo pochlebnie się o tobie wyrażała. Odczytała nawet twoje wypracowanie zatytułowane: „Fatalna środa”.
W tym momencie skruszona mina Agaty nie była udawana.
— Miałam wrażenie, że nie wykazałaś zbyt wielkiej wdzięczności, ośmieszając instytucję, która wyświadczyła ci tyle dobrodziejstw. Gdyby nie to, że udało ci się być dowcipną, wątpię, czy wybaczono by ci twój postępek. Na twoje szczęście jednak pan… to znaczy ów pan, który przed chwilą odjechał, wydaje się posiadać nadmierne poczucie humoru. Na podstawie tego zuchwałego wypracowania zaofiarował się posłać cię do kolegium.
— Do kolegium?! — Agata wytrzeszczyła oczy.
Pani Lippett skinęła potwierdzająco głową.
— Pozostał, ażeby ustalić ze mną warunki. Są niezwykłe. Moim zdaniem jest on w błędzie. Dopatruje się w tobie oryginalności i planuje wykształcić cię na pisarkę.
— Na pisarkę?! — Agata była zupełnie oszołomiona. Nie mogła się zdobyć na nic innego poza powtarzaniem słów pani Lippett.
— Tego pragnie. Czy przyda się to na coś, przyszłość dopiero pokaże. Wyznacza ci bardzo hojne uposażenie, bodaj zbyt hojne jak dla dziewczyny, która nie miała nigdy doświadczenia w rządzeniu się pieniędzmi. Obmyślił jednak całą rzecz szczegółowo; nie uważałam się też za uprawnioną do podsuwania mu jakichkolwiek zmian. Masz pozostać tutaj przez lato, a panna Pritchard uprzejmie zaofiarowała się zająć przygotowaniem ci odpowiedniej wyprawy. Za twoje utrzymanie i naukę pieniądze będą wpłacane wprost do kasy kolegium, ty zaś masz otrzymywać w ciągu czterech lat twojego pobytu w nim trzydzieści pięć dolarów miesięcznie. Umożliwi ci to życie na tej samej stopie, co reszta twoich koleżanek. Pieniądze te będzie wysyłał ci prywatny sekretarz pana… nazwijmy go Iksem, jednorazowo miesięcznie, a ty w zamian masz również raz na miesiąc potwierdzać ich odbiór. To znaczy nie będziesz mu dziękowała za nie, nie życzy sobie, abyś w swoich listach wspominała o wdzięczności, masz jedynie pisać o postępach, jakie będziesz czyniła w nauce oraz o szczegółach twojego codziennego życia. Słowem, taki list, jaki napisałabyś do twoich rodziców, gdyby żyli.
Listy mają być adresowane do pana Johna Smitha na ręce jego sekretarza. Oczywiście pan Iks nie nazywa się John Smith, pragnie wszakże pozostać nieznany. Pozostanie dla ciebie zawsze Johnem Smithem. Powodem, dla którego żąda listów, jest przeświadczenie, że nic tak nie rozwija umiejętności literackiego wypowiadania się jak pisanie listów. Że zaś nie posiadasz rodziny, z którą mogłabyś podtrzymywać korespondencję, chce, abyś wprawiała się tą drogą. Chce też śledzić osobiście twoje postępy. Nie będzie nigdy odpowiadał na twoje listy ani też dawał dowodów brania ich pod uwagę. Nienawidzi pisania listów i nie chce, abyś stała mu się ciężarem. Gdyby zaszło coś takiego, co wymagałoby koniecznie odpowiedzi, jak, dajmy na to, wydalenie cię z kolegium (do czego, mam nadzieję, nie dojdzie), możesz zwrócić się listownie do pana Griggsa, sekretarza, od którego otrzymasz odpowiednie wskazówki. Te miesięczne listowne sprawozdania obowiązują cię bezwzględnie; są one jedynym odwzajemnieniem się, jakiego wymaga pan Smith, powinnaś zatem być tak skrupulatna w ich wysyłaniu, jak gdyby był to weksel, który masz płacić. Mam nadzieję, że będą pisane w tonie pełnym szacunku i dadzą dobre pojęcie o wychowaniu, jakie u nas otrzymałaś. Musisz pamiętać, że piszesz do opiekuna Domu Wychowawczego imienia Johna Griera.
Oczy Agaty tęsknie wypatrywały drzwi. Mąciło jej się w głowie ze wzruszenia i jej jedynym pragnieniem było uwolnienie się od frazesów pani Lippett i zebranie nieco myśli. Wstała i zaryzykowała próbny krok w kierunku wycofania się z pokoju. Pani Lippett zatrzymała ją skinieniem; nie mogła przecież nie wykorzystać okazji do oratorskiego występu.
— Mam nadzieję, że poczuwasz się do odpowiedniej wdzięczności za tę niespodziewaną łaskę losu, jaka stała się twoim udziałem. Niewiele dziewcząt w twoim położeniu spotkała podobna możliwość wzniesienia się na wyższy szczebel drabiny społecznej. Powinnaś pamiętać zawsze…
— Tak, tak, proszę pani, jestem bardzo wdzięczna. Dziękuję pani. Jeżeli to już wszystko, pozwoli pani, że pójdę. Muszę przyszyć łatę na spodniach Fredka Perkinsa.
Drzwi zamknęły się za nią, a pani Lippett została z opadniętą szczęką, w środku rozpoczętej przemowy.
*LISTY PANNY AGATY ABBOTT DO TAJEMNICZEGO OPIEKUNA NAZWISKIEM JOHN SMITH
215 Fergussen Hall
24 września
Drogi, dobry Opiekunie, wysyłający sieroty do kolegium!
Jestem na miejscu! Jechałam wczoraj cztery godziny koleją. Zabawne uczucie, prawda? Nigdy dotychczas nie jeździłam koleją.
Kolegium jest przeogromnym, oszałamiająco olbrzymim miejscem — gubię się, gdy tylko wychodzę z mojego pokoju. Opiszę panu wszystko później, jak mi się trochę uporządkuje w głowie; opowiem też o moich studiach. Wykłady rozpoczną się dopiero w poniedziałek, a teraz jest sobota wieczorem. Chciałam jednak najpierw napisać do pana, ażebyśmy mogli się trochę zapoznać.
Dziwne się wydaje pisanie listów do kogoś, kogo się nie zna. Dziwne mi się wydaje w ogóle, że piszę listy — w życiu napisałam ich może trzy czy cztery. Proszę więc nie mieć mi za złe, jeżeli nie będą one wzorem stylu.
Przed moim odjazdem wczoraj z rana miałam bardzo poważną rozmowę z panią Lippett. Mówiła mi, jak mam się zachowywać przez całą resztę mojego życia, a zwłaszcza, jak mam się zachować względem dobrego pana, który tyle dla mnie czyni. Muszę pamiętać o żywieniu dla niego bardzo wielkiego szacunku.
Ale, proszę, niech pan powie, jak można mieć szacunek dla kogoś, kto chce, aby go nazywać Johnem Smithem? Dlaczego nie wybrał pan sobie nazwiska choć troszkę mniej bezosobowego? Mogłabym z równym skutkiem pisać do „Drogiego Słupa Telegraficznego” albo do „Drogiego Wieszaka na Ubranie”.
Myślałam o panu dużo w ciągu tych wakacji. Fakt, że po tylu latach osamotnienia znalazł się ktoś, kto interesuje się mną, daje mi takie uczucie, jak gdybym odnalazła kogoś z rodziny. To tak prawie, jak gdybym należała teraz do kogoś. Nie ma pan pojęcia, jakie to miłe. Muszę jednak przyznać, że myśląc o panu, nie mam o co zaczepić mojej wyobraźni. Wiem o panu tylko trzy rzeczy:
I. Jest pan wysoki.
II. Jest pan bogaty.
III. Nie cierpi pan dziewcząt.
Myślę, czy nie mogłabym nazywać pana Kochanym Wrogiem Dziewcząt? Tylko że to trochę obrażające dla mnie. Albo też Drogim Bogatym Panem. Ale to znów byłoby obrażające dla pana, jak gdyby pieniądze były najważniejszym pańskim rysem. Zresztą bogactwo to tylko taka czysto zewnętrzna cecha. Może nie pozostanie pan bogaty całe życie; mnóstwo bardzo mądrych ludzi traci cały majątek na giełdzie — czytałam o tym. Ale wysoki pozostanie pan zawsze! I dlatego postanowiłam nazywać pana Drogim Długonogim Pająkiem. Myślę, że nie obrazi się pan. To będzie taka nasza sekretna, pieszczotliwa nazwa — nie powiemy o niej nic pani Lippett — zgoda?
Za dwie minuty zadzwoni dzwonek na dziesiątą. Dzwonki dzielą nasz dzień na poszczególne części. Jemy i śpimy, i uczymy się według dzwonka. To bardzo pobudzające. Czuję się wciąż jak koń straży pożarnej. Aha! Masz go! Dzwoni!… Gasić światła! Dobranoc.
Proszę zwrócić uwagę, jak skrupulatnie przestrzegam przepisów — zawdzięczam to wychowaniu otrzymanemu w Ochronie imienia Johna Griera.
Pańska z najgłębszym szacunkiem
Agata Abbott
*
1 października
Drogi Pajączku-Długonóżku!
Kocham kolegium i kocham pana za to, że mnie pan tutaj przysłał. Jestem bardzo a bardzo szczęśliwa i taka wciąż podniecona, że z trudnością przychodzi mi zasnąć. Nie może pan sobie wyobrazić, jak zupełnie inaczej jest tutaj aniżeli w Domu Wychowawczym imienia Johna Griera. Ani mi się nawet śniło, że może istnieć podobne miejsce na świecie. Żal mi każdego, kto nie jest młodą dziewczyną i nie może być tutaj. Jestem pewna, że kolegium, w którym się pan uczył jako młody chłopiec, nie mogło być takie rozkoszne.
Mój pokój położony jest w baszcie, która była separatką dla zakaźnie chorych, zanim wybudowano nową infirmerię. Na tym samym piętrze baszty mieszkają jeszcze trzy inne uczennice — jedna z nich jest już seniorką, nosi okulary i wciąż upomina nas, abyśmy się zachowywały troszkę ciszej; dwie pozostałe są tak samo jak ja nowicjuszkami; jedna nazywa się Sallie McBride, a druga — Julia Rutledge Pendleton. Sallie ma rude włosy i zadarty nosek i jest bardzo przyjacielska. Julia pochodzi z jednej z najpierwszych rodzin w Nowym Jorku i dotychczas jeszcze mnie nie zauważyła. Julia i Sallie zajmują jeden wspólny pokój, a ja i seniorka mamy pojedyncze pokoje. Nowicjuszki nie dostają zazwyczaj oddzielnych pokojów; za mało jest tutaj takich, ale ja dostałam, chociaż nawet nie prosiłam o to. Przypuszczam, że pan kierownik nie uważał za właściwe pomieścić dobrze wychowaną pannę z przyzwoitego domu razem ze znajdą. Widzi pan, że każda rzecz ma swoje dobre strony.
Mój pokój mieści się w północno-zachodnim kącie i ma dwa okna, z których jest śliczny widok. Kto jak ja spędził siedemnaście lat w jednej wielkiej sypialni Domu Wychowawczego razem z dwudziestoma współtowarzyszkami, czuje w całej pełni rozkosz zamieszkiwania w oddzielnym pokoju. Tutaj po raz pierwszy mam możliwość zapoznania się z Agatą Abbott. Wydaje mi się, że ją polubię.
A pan jak sądzi, polubi ją pan?
*
Wtorek
Organizuje się drużyna piłkarska nowicjuszek i jest możliwe, że ja stanę na jej czele. Jestem, co prawda, małego wzrostu, ale bardzo zwinna, żywa i wytrzymała. Podczas kiedy inne skaczą tylko pod górę, ja umiem wśliznąć się im pod nogi i chwytam piłkę. Ach, jaka to przyjemność te nasze ćwiczenia! Odbywamy je po południu na boisku. Drzewa dokoła nas złocą się i czerwienią, wszędzie w powietrzu czuć zapach więdnących liści, wszyscy śmieją się i hałasują. Nigdy jeszcze nie widziałam tylu tak szczęśliwych dziewcząt, a jestem najszczęśliwsza ze wszystkich!
Zamierzałam napisać długi list i opowiedzieć panu o wszystkim, czego się uczę (pani Lippett powiedziała, że pan chce wiedzieć o tym), ale dzwoniono w tej chwili na siódmą i za dziesięć minut mam się stawić na boisku w stroju gimnastycznym. Czy ma pan nadzieję, że wygram mecz koszykówki?
Pańska na zawsze
Agata Abbott
PS (Dziewiąta godzina).
Sallie McBride wsunęła głowę przez drzwi i powiedziała:
— Tak mi strasznie tęskno za domem, że po prostu nie mogę wytrzymać. Czy i ty tak samo?
Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że nie, że wytrzymam. Tej choroby przynajmniej — tęsknoty za domem — na pewno uniknę! Nie słyszałam jeszcze o nikim chorującym na tęsknotę za Ochroną. A pan słyszał?
*
10 października
Drogi Pajączku Długonogi!
Czy słyszał pan o Michale Aniele? Był to słynny artysta, który żył we Włoszech w średniowieczu. Wszystkie słuchaczki na kursie literatury angielskiej wiedziały, jak się wydaje, o nim i cała klasa śmiała się ze mnie, bo myślałam, że to był jakiś archanioł. No, proszę, niech pan sam powie, czy to nie brzmi jak archanioł? Cała bieda z tym kolegium, że musimy wiedzieć o całym mnóstwie rzeczy, których nigdy się nie uczyłyśmy. Bywa to często mocno kłopotliwe. Ale teraz już jestem mądrzejsza: jak tylko dziewczęta zaczynają mówić o rzeczach, o których nigdy nie słyszałam, siedzę cicho, a potem lecę do encyklopedii.
Pierwszego zaraz dnia strasznie się ośmieszyłam. Ktoś wspomniał o Maeterlincku, a ja, nie dosłyszawszy, że mowa o mężczyźnie, zapytałam, czy to któraś z nowicjuszek. Opowiadano sobie o tym we wszystkich klasach. Obleciało to jako dowcip całe kolegium. A jednak na wykładach orientuję się nie gorzej od innych, a nawet lepiej od niektórych!
Chciałby pan wiedzieć, jak urządziłam swój pokój? Mam istną symfonię żółto-brązową. Ściany pomalowane są na pomarańczowo, do tego dokupiłam żółte satynowe zasłony i takież pokrycia na poduszki, mahoniowe biurko (okazyjnie, za trzy dolary), trzcinowy fotel i brązowy dywan z plamą atramentową pośrodku. Na tej plamie stawiam zawsze krzesło.
Okna umieszczone są wysoko, tak że ze zwykłego krzesła nie można przez nie wyjrzeć. Poradziłam sobie w ten sposób, że odśrubowałam szkło z biurka, obciągnęłam wierzch tkaniną i przysunęłam tak sporządzony mebel do okna. Niech pan sobie wyobrazi, że utrafiłam akurat wysokość. Wyciągam szuflady, robię z nich stopnie i w ten sposób włażę na górę. Bardzo wygodne urządzenie.
Sallie McBride pomogła mi wybrać pojedyncze sztuki mebli na licytacji u seniorek. Mieszkała w prawdziwym domu przez całe życie i zna się na umeblowaniu. Nie może pan sobie wyobrazić, jakie to zabawne chodzić po sklepach, kupować, płacić prawdziwym banknotem pięciodolarowym i jeszcze dostawać resztę — dla kogoś, kto nigdy w życiu nie miał w ręku więcej niż niklową monetę. Zapewniam pana, drogi Opiekunie-Ojczulku, że umiem cenić odpowiednio pensję, którą mi wyznaczyłeś.
Sallie jest najbardziej towarzyską istotą na świecie, a Julia Rutledge Pendleton najmniej. Nie do pojęcia, jak pan kierownik mógł dokonać podobnego połączenia w doborze współmieszkanek jednego pokoju. Moją kochaną Sallie bawi wszystko, nawet śmieszy, Julię zaś wszystko nudzi i nuży. Nie umie nigdy zdobyć się na najlżejszy wysiłek, aby być uprzejma. Jest przekonana, że sam fakt należenia do rodu Pendletonów jest wystarczającym paszportem do nieba, bez potrzeby zdawania uprzedniego egzaminu. Julia i ja jesteśmy z natury nieprzyjaciółkami. Ale dość tego. Wyobrażam sobie, z jaką niecierpliwością czeka pan, aby nareszcie dowiedzieć się, co studiuję.
I. _Łacina_. Druga wojna punicka. Hannibal i jego zastępcy rozpięli wczoraj wieczorem namioty nad Jeziorem Trazymeńskim. Przygotowali zasadzkę na Rzymian i dzisiejszego rana, o czwartej zmianie straży, rozegrała się bitwa. Rzymianie w odwrocie.
II. _Francuski_. 24 strony z Trzech muszkieterów i trzecia koniugacja czasowników nieregularnych.
III. _Geometria_. Skończyłyśmy walce; teraz przerabiamy ostrosłupy.
IV. _Angielski_. Stylistyka. Mój styl zyskuje z każdym dniem na jasności i zwięzłości.
V. _Fizjologia_. Doszłyśmy do trawienia. Na przyszłej lekcji — żółć i trzustka.
Pańska, na najlepszej drodze do zdobycia wykształcenia
Agata Abbott
PS Mam nadzieję, że pan nie bierze nigdy do ust alkoholu, prawda, Ojczulku-Opiekunie? Alkohol wyprawia straszne rzeczy z wątrobą.
*
Środa
Drogi Ojczulku-Opiekunie — Długonogi Pająku!
Zmieniłam sobie imię.
W spisie słuchaczek figuruję wciąż jeszcze jako „Agata”, ale wszędzie poza tym nazywam się „Aga”. Niech pan sam powie, czy to nie okropne być zmuszoną samej nadać sobie jedyne zdrobniałe imię, jakie miało się kiedykolwiek? Co prawda Agę wymyśliłam niezupełnie ja sama. Nazywał mnie tak Fredek Perkins, zanim jeszcze nauczył się mówić wyraźnie.
Szkoda, że pani Lippett nie stara się wpadać na lepsze pomysły przy wyszukiwaniu imion i nazwisk dla maleństw. Nazwiska bierze wprost z książki telefonicznej — znajdzie pan „Abbott” zaraz na pierwszej stronie — a imiona skąd się da. Agatę znalazła na jakimś nagrobku. Nigdy nie mogłam jej znieść; lubię za to Agę. Takie miłe imię. Powinna je nosić osoba, jaką ja nie jestem — słodkie, małe, niebieskookie stworzonko, pieszczone i psute przez całą rodzinę, przechodzące przez życie bez żadnych trosk. Prawda, jak byłoby miło być taką? Mogę mieć wszelkie wady, nikt jednak nie może mi zarzucić, że byłam psuta przez rodzinę! Bardzo to jednak zabawne udawać, że byłam. Na przyszłość, proszę, niech mnie pan zawsze nazywa Agą — zgoda?
Powiem panu coś ciekawego. Chce pan? Mam trzy pary skórkowych rękawiczek. Dostawałam dotychczas na Gwiazdkę niciane mitynki, ale nie miałam nigdy skórkowych rękawiczek ze wszystkimi pięcioma palcami. Co chwilę wyjmuję je i przymierzam. Zaledwie mogę się powstrzymać, żeby nie nosić ich na wykładach.
Dzwonek obiadowy. Do widzenia!
*
Ojczulku-Opiekunie, jaka nowina! Nauczycielka angielskiego powiedziała, że moje ostatnie wypracowanie wykazuje niezwykły zasób oryginalności. Naprawdę. Nie kłamię. To były jej własne słowa. Nie wydaje się to możliwe — prawda? — wobec siedemnastoletniej tresury, jaką przeszłam. Celem Domu Wychowawczego imienia Johna Griera jest (jak panu niewątpliwie wiadomo i co pan całym sercem pochwala) zrobić z dziewięćdziesięciorga siedmiorga sierotek — dziewięćdziesięcioro siedmioro bliźniąt.
Mam nadzieję, że nie ranię pańskich uczuć, pozwalając sobie na krytykę ojczystego domu mojego dzieciństwa. Zresztą ma pan zawsze możliwość ukarania mnie, gdybym miała okazać się zbyt impertynencka. Po prostu przestanie pan wysyłać mi czeki. Może to nie bardzo grzecznie z mojej strony tak mówić — nie może pan jednak wymagać ode mnie dobrych manier; przytułek dla podrzutków nie jest wyższą szkołą edukacji dla młodych panien.
Wie pan, Opiekunie-Ojczulku, to nie praca zaczyna mi wydawać się trudna w kolegium. Raczej zabawa. Dziewięć razy na dziesięć nie rozumiem, o czym moje koleżanki mówią między sobą. Ich żarty zdają się tyczyć jakiejś przeszłości, w której każda z nich, prócz mnie jednej, brała udział. Jestem obca w tym świecie i nie rozumiem jego języka. Bardzo upokarzające uczucie. W naszej wiejskiej szkole średniej dziewczęta stały grupkami i mi się przypatrywały. Byłam dziwna, inna niż wszystkie i każdy o tym wiedział. Czułam, że nazwa „Dom Wychowawczy imienia Johna Griera” wypisana jest na moim czole. Czasem jakieś litościwsze dusze zdobywały się na zbliżenie się do mnie i zwrócenie z kilkoma uprzejmymi słowami. Nienawidziłam ich wszystkich — a najbardziej tych litościwych.
Tutaj nikt nie wie, że byłam wychowana w Ochronie. Powiedziałam Sallie McBride, że mój ojciec i moja matka nie żyją i że jeden stary pan posyła mnie do kolegium — w czym nie ma przecież ani krzty kłamstwa. Nie chcę, żeby pan myślał, że jestem tchórzem, ale chciałabym być jak inne dziewczęta, a cała różnica pomiędzy nami związana jest z tym strasznym miejscem, w którym spędziłam moje dzieciństwo i które tak okropnie na nim ciąży. Gdybym mogła wykreślić je z mojej pamięci i zerwać z nim raz na zawsze, myślę, że mogłabym być tak samo pożądana jak każda inna z moich rówieśnic. Nie wydaje mi się, ażeby zachodzić miała poza tym jakaś inna istotna, zasadnicza różnica. A jak pan sądzi?
Faktem jest, że Sallie McBride lubi mnie!
Pańska na zawsze
Aga Abbott
(z domu Agata)
*
Sobota rano
Przed chwilą przeczytałam jeszcze raz mój list i widzę, że brzmi on mocno niewesoło. Domyśla się pan chyba, że mam bardzo trudny referat na poniedziałek, powtórzenie z geometrii i fatalny katar.
*
Niedziela
Zapomniałam wysłać ten list wczoraj. Korzystam z tego, aby dodać pełen oburzenia dopisek. Mieliśmy dzisiaj z rana wizytę biskupa. Jak się panu wydaje, co on powiedział?
— Najbardziej dobroczynna zapowiedź, jaką znajdujemy w Biblii, brzmi: „Biednych macie zawsze pod ręką. Stworzeni oni zostali po to, aby podtrzymywać w was ducha miłosierdzia”.
Niech pan pomyśli, czy to nie okropne? Biedni w roli pożytecznych zwierząt domowych?! Gdybym nie zdążyła już wyrobić się tutaj na skończoną damę, poszłabym do niego po nabożeństwie i powiedziałabym mu, co o tym myślę.
*
25 października
Drogi Długonóżku-Pajączku!
Wygrałam mecz koszykówki! Szkoda, że nie może pan widzieć siniaka na moim lewym ramieniu. Jest niebieski i czerwonobrunatny z pomarańczowymi pręgami. Julia Pendleton chciała wygrać, ale jej się nie udało. Hurra!
Widzi pan, jaka jestem małostkowa i próżna?
W kolegium jest mi coraz przyjemniej. Lubię dziewczęta, nauczycieli i lekcje, ćwiczenia gimnastyczne i lubię to, co nam dają tutaj do jedzenia. Mamy lody śmietankowe dwa razy tygodniowo i nigdy nie dostajemy żytnich klusek.
Chciał pan otrzymywać ode mnie listy tylko raz na miesiąc, prawda? A ja zasypuję pana moimi epistołami co kilka dni. Jednak taka byłam podniecona tymi wszystkimi przeżyciami, że musiałam wywnętrzyć się przed kimś, a pan jest jedyną osobą, którą znam. Proszę, niech mi pan wybaczy moje gadulstwo; zobaczy pan, że się prędko utemperuję. Jeśli moje listy nudzą pana, może pan rzucać je nieczytane do kosza. Przyrzekam, że nie napiszę już ani jednego do połowy listopada.
Pańska okrutnie gadatliwa
Aga Abbott
*
_Koniec wersji demonstracyjnej._
_-----_
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
Tekst na podstawie: Jean Webster, Tajemniczy opiekun, tłum. Róża Centnerszwerowa, Bibljoteka Groszowa, Warszawa .
Przygotowanie ebooka: Masterlab
więcej..