Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tak, skąd odlatują żurawie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 maja 2026
5400 pkt
punktów Virtualo

Tak, skąd odlatują żurawie - ebook

Niewielka miejscowość, wolna od zgiełku wielkich miast. Gdzieś na końcu drogi stoi stary dom. Tam, gdzie niknie szum, a zaczyna się cisza. Ona – kobieta o spokojnym, ciepłym głosie, który mówi o miłości, choć sama już w nią nie wierzy. Nikt jej nie zna, ale wszyscy znają ten głos. On – ktoś, kto co wieczór słucha jej w ukryciu, próbując choć na chwilę zagłuszyć własną samotność i przywrócić wspomnienia. Nie wie, że to do niego trafiają jej słowa. Ona nie wie, że ktoś naprawdę ich potrzebuje. Łączy ich więcej, niż mogliby przypuszczać: strata, cisza i tęsknota za uczuciem bez lęku. A kiedy na niebie znów pojawią się żurawie, każde z nich będzie musiało zdecydować, czy potrafi wrócić tam, skąd kiedyś przyszło im odlecieć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68837-03-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Lena

_Cza­sa­mi wy­da­je nam się, że wszyst­ko w na­szym ży­ciu ma swój sta­ły rytm. Że świat kręci się w tej sa­mej me­lo­dii. Po­ran­ki pach­ną kawą, wie­czo­ry wi­nem i wspo­mnie­nia­mi, a mi­ędzy nimi trwa to, co na­zy­wa­my co­dzien­no­ścią._

_Cza­sem od­czu­je­my gorz­ki smak po­ra­żki, a z ko­lei in­nym ra­zem sło­dycz zwy­ci­ęstwa. To wszyst­ko jest na­sze. Har­tu­je nas lub za­bi­ja._

_Bywa też tak, że pew­ne­go dnia coś się ko­ńczy. Nie gło­śno, nie dra­ma­tycz­nie, ra­czej jak pio­sen­ka, któ­rej nikt już nie nuci i któ­rą się wy­ci­sza, bo za­czy­na nu­żyć. Ktoś od­cho­dzi, coś tra­ci sens, coś w nas pęka. I wte­dy, za­nim za­pad­nie ci­sza, trze­ba zro­bić krok w nie­zna­ne._

_Cho­ćby bo­la­ło._

_Cho­ćby pęka­ło ser­ce._

_Może wła­śnie na tym po­le­ga ży­cie? Na po­cząt­kach i ko­ńcach?_

_Więc je­śli dziś słu­chasz mnie gdzieś da­le­ko – w sa­mo­cho­dzie, w pu­stym po­ko­ju, na ta­ra­sie pach­nącym zbli­ża­jącą się je­sie­nią czy w pra­cy – za­pa­mi­ętaj ten wie­czór. Może ju­tro obu­dzisz się w miej­scu, któ­re w ko­ńcu będzie two­je._

_Ma­gicz­ne­go wie­czo­ru i nocy pe­łnej cu­dów. Mó­wi­ła do was – wa­sza Au­ro­ra._

Przy­ci­snęłam gu­zik, któ­ry ko­ńczył au­dy­cję na żywo, za­trza­snęłam lap­top i po­kręci­łam z dez­apro­ba­tą gło­wą, od­chy­la­jąc się na krze­śle. Ro­zej­rza­łam się po pu­stym stu­diu po­grążo­nym w pó­łm­ro­ku i stwier­dzi­łam, że nie będzie mi tego bra­ko­wać.

– Stek bzdur dla za­ko­cha­nych wa­ria­tek – mruk­nęłam pod no­sem i wrzu­ci­łam ostat­nie rze­czy oso­bi­ste do kar­to­nu.

Moja noga mia­ła już tu­taj ni­g­dy nie sta­nąć. A przy­naj­mniej taki był plan, choć moje ży­cie w ostat­nim cza­sie po­ka­zy­wa­ło, że wszel­kie pla­ny ma za nic. Za­czy­na­łam prze­cież nowy, fan­ta­stycz­ny roz­dział w ży­ciu, zwa­ny bar­dziej po­tocz­nie – uciecz­ką.

Po­ga­si­łam świa­tła, po­że­gna­łam się z por­tie­rem, któ­ry miał w zwy­cza­ju po­zdra­wiać mnie je­dy­nie znu­dzo­nym ge­stem dło­ni i wy­szłam w noc­ny chłód śmier­dzący miej­ski­mi spa­li­na­mi.

Nowy Jork ni­g­dy nie spał, co chwi­la­mi do­pro­wa­dza­ło mnie do sza­le­ństwa. Przy­tła­czał, onie­śmie­lał i spra­wiał, że pa­ra­dok­sal­nie czu­łam się jesz­cze bar­dziej sa­mot­na i po­gu­bio­na.

Ko­cha­łam ci­szę, a tu­taj wszyst­ko wo­kół krzy­cza­ło, na­wet moje wła­sne my­śli.

Chłód ude­rzył mnie zim­nym po­wie­wem w twarz. Lu­bi­łam je­sień, ale nie tę brud­ną i mo­krą. Zresz­tą w mie­ście nie mia­ła swo­je­go uro­ku.

Mia­sto było pi­ęk­ne je­dy­nie nocą, kie­dy w mro­ku skry­wa­ło swo­je nie­do­sko­na­ło­ści. I ja też na ja­kiś czas pla­no­wa­łam się ukryć. Znik­nąć ze świa­ta, któ­ry tak do­brze zna­łam. Scho­wać się przed wścib­ski­mi ocza­mi, któ­re od ja­kie­goś cza­su na­mi­ęt­nie za­częły mnie szu­kać.

„Kim jest ta­jem­ni­cza Au­ro­ra?”, „Ko­bie­ta o ko­jącym gło­sie, cza­ru­jąca ty­si­ące słu­cha­czy…”, „Czy Au­ro­ra ist­nie­je, a może to tyl­ko wy­twór sztucz­nej in­te­li­gen­cji?”

Tak krzy­cza­ły na­głów­ki w ga­ze­tach i na por­ta­lach in­ter­ne­to­wych. Sta­łam się obiek­tem po­żąda­nia nie tyl­ko mężczyzn, ale i ko­biet. Ka­żdy chciał mnie po­znać, do­tknąć, spraw­dzić, czy je­stem praw­dzi­wa.

A ja nie chcia­łam być praw­dzi­wa. Chcia­łam po­zo­stać je­dy­nie gło­sem w nud­nej jak dla mnie au­dy­cji ra­dio­wej. Nie po­sia­dać twa­rzy, cia­ła ani na­wet du­szy. Pra­gnęłam po­zo­stać two­rem, któ­rym zresz­tą by­łam.

Au­ro­ra to nie ja. By­łam nią lata temu, kie­dy na­iw­nie wie­rzy­łam w mi­ło­ść. Doj­rza­łam, a ży­cie sil­nym cio­sem w twarz udo­wod­ni­ło mi, że to uczu­cie nie ist­nie­je. Mo­że­my o nim po­czy­tać w ksi­ążkach lub po­słu­chać dur­nych au­dy­cji ra­dio­wych, stwo­rzo­nych je­dy­nie na po­trze­by za­rob­ko­we.

Tak, ckli­we hi­sto­ryj­ki mi­ło­sne sprze­da­wa­ły się jak świe­że bu­łecz­ki. A praw­da była taka, że wy­my­śla­łam je co­dzien­nie rano, pod­czas szy­ko­wa­nia śnia­da­nia, wma­wia­jąc lu­dziom, że są praw­dzi­we.

Pędząc prze­mo­czo­nym chod­ni­kiem, usły­sza­łam od­głos le­cących pta­ków, któ­re­go nie za­głu­szył na­wet szum gwar­ne­go mia­sta. Kie­dy spoj­rza­łam w górę, uj­rza­łam kil­ka tych stwo­rzeń le­cących w cha­rak­te­ry­stycz­nym klu­czu. Mi­gro­wa­ły.

Po­czu­łam z nimi ja­kąś dziw­ną więź. Ja rów­nież wła­śnie szy­ko­wa­łam się do od­lo­tu. Do uciecz­ki w lep­sze miej­sce. Mi­gro­wa­łam, choć nie za­mie­rza­łam już wra­cać.

A przy­naj­mniej chcia­łam w to wie­rzyć: że poza gra­ni­ca­mi tego mia­sta, gdzieś w ci­chym za­ułku na ko­ńcu dro­gi, cze­ka na mnie spo­kój.

Nie szczęście. Nie mi­ło­ść. Tyl­ko upra­gnio­na ci­sza.Rozdział 1

Lena

Sta­łam w pro­gu mo­je­go daw­ne­go po­ko­ju w miesz­ka­niu ro­dzin­nym i spo­gląda­łam na stos kar­to­nów, któ­re pi­ętrzy­ły się nie­mal pod sam su­fit. W dło­niach trzy­ma­łam ku­bek z pa­ru­jącą, ma­li­no­wą her­ba­tą, któ­rą tata ra­czył mnie za ka­żdym ra­zem, kie­dy go od­wie­dza­łam.

Tym ra­zem za­go­ści­łam u nie­go na dłu­żej. Nie­ocze­ki­wa­nie. Trak­to­wa­łam to jako oso­bi­stą po­ra­żkę, że po kil­ku la­tach zwi­ąz­ku wró­ci­łam z pod­ku­lo­nym ogo­nem i wła­ści­wie za­czy­na­łam wszyst­ko od nowa.

Drża­łam z nie­po­ko­ju i eks­cy­ta­cji, ocze­ku­jąc na­de­jścia go­dzi­ny, na któ­rą umó­wi­łam fir­mę od prze­pro­wa­dzek. Sama nie prze­wio­zła­bym tych wszyst­kich rze­czy, a tata miał swo­je ży­cie, pra­cę i ko­bie­tę, któ­rą z ja­ki­chś po­wo­dów przede mną jesz­cze ukry­wał.

Nie de­ner­wo­wa­ło mnie to, a ra­czej roz­czu­la­ło, bo wie­dzia­łam, że sta­rał się dbać o moje sa­mo­po­czu­cie. Wie­dział, jak bar­dzo ko­cha­łam mamę. I choć nie raz mó­wi­łam mu, żeby so­bie ko­goś w ko­ńcu zna­la­zł, to on i tak wo­lał za­cho­wy­wać się jak wsty­dli­wy na­sto­la­tek.

Uzna­łam, że po­wie mi, gdy przyj­dzie od­po­wied­ni mo­ment. Kie­dy oswoi się z my­ślą, że nie jest już sam. Że nie musi, a wręcz nie po­wi­nien.

Było mnie stać na nowe miesz­ka­nie, ale znie­na­wi­dzi­łam Nowy Jork i po­sta­no­wi­łam się z nie­go wy­nie­ść na sta­łe. A żeby to zro­bić, po­trze­bo­wa­łam so­lid­nej eki­py, któ­ra wy­re­mon­tu­je mój przy­szły, nowy dom oraz kil­ku­na­stu ty­go­dni cier­pli­wo­ści, któ­rej po­wo­li za­czy­na­ło mi bra­ko­wać.

Dom, o któ­rym od za­wsze ma­rzy­łam, ale mój part­ner twier­dził, że ni­g­dy nie za­miesz­ka poza mia­stem. Wieś? Tam się umie­ra­ło z nu­dów i to­nęło w pra­cy, któ­rej on nie zno­sił.

A ja wła­śnie tego chcia­łam – nu­dów, spo­ko­ju i ci­szy, któ­rej nie za­zna­łam w tym cho­ler­nym mie­ście chy­ba ni­g­dy.

– Nie mu­sia­łaś się wy­pro­wa­dzać. A już na pew­no nie tak szyb­ko. – Usły­sza­łam głos ojca za ple­ca­mi. Czu­ły, tro­skli­wy. Taki, ja­kim ra­czył mnie od sa­me­go po­cząt­ku mo­je­go ist­nie­nia, a przy­naj­mniej od mo­men­tu, kie­dy za­czy­na­łam ro­zu­mieć, ko­ja­rzyć i za­pa­mi­ęty­wać.

– Tat­ku… – Wes­tchnęłam, ob­ró­ci­łam się w jego stro­nę i opa­rłam ra­mię o fu­try­nę drzwi. – Do­brze wiesz, że mu­szę. Po­trze­bu­ję prze­strze­ni. Ty rów­nież.

– Je­śli my­ślisz, że trze­ba co­kol­wiek ko­mu­kol­wiek udo­wad­niać…

Prze­rwa­łam mu.

– So­bie mu­szę udo­wod­nić, że dam radę. Że to jed­no po­tkni­ęcie…

– Nie two­je po­tkni­ęcie! – wtrącił się w moją wy­po­wie­dź.

– Że to po­tkni­ęcie – kon­ty­nu­owa­łam, igno­ru­jąc jego obu­rze­nie – nie spra­wi, że prze­sta­nę od­czu­wać szczęście.

Fakt, to nie ja za­wi­ni­łam, a przy­naj­mniej nie po­tra­fi­łam do­szu­kać się w tej sy­tu­acji wła­snej winy. By­łam do­brą part­ner­ką. Wy­ro­zu­mia­łą, da­jącą prze­strzeń, dba­jącą o sie­bie, dom i o nie­go. Zwłasz­cza o nie­go…

Pew­ne­go dnia, po wcze­śniej­szym po­wro­cie z wy­jaz­du słu­żbo­we­go, za­sta­łam mo­je­go fa­ce­ta z moją ko­le­żan­ką z pra­cy. To nie była dwu­znacz­na sy­tu­acja, z któ­rej mo­żna było wy­jść z twa­rzą lub wmó­wić mi, że coś jej wpa­dło do oka, a on to tyl­ko wy­ci­ągał. On ją bez­czel­nie po­su­wał na bla­cie mo­jej kuch­ni. Tej sa­mej, któ­rą z ta­kim wzru­sze­niem wy­bie­ra­łam w skle­pie, a pó­źniej przy­rządza­łam w niej te jego cho­ler­ne, uko­cha­ne cy­na­mon­ki!

Byli w ta­kiej eks­ta­zie, że do­strze­gli mnie do­pie­ro wte­dy, kie­dy sta­nęłam tuż obok nich i za­częłam bić im bra­wo.

Mi­mo­wol­nie zło­śli­wy uśmiech za­wi­tał na mo­jej twa­rzy na to wspo­mnie­nie. Swo­je już przez to wy­pła­ka­łam, aż do­szłam do wnio­sku, że ten czło­wiek nie był tego wart. Nikt war­to­ścio­wy nie skrzyw­dzi­łby dru­giej oso­by w tak podły i obrzy­dli­wy spo­sób.

Mo­głam od nie­go uciec gdzie­kol­wiek, ale praw­da była taka, że tyl­ko w ra­mio­nach ojca czu­łam się na­praw­dę bez­piecz­na i ko­cha­na.

Był moją osto­ją i ra­tun­kiem.

– To za­wsze będzie twój dom – po­wie­dział ci­cho, kła­dąc mi dłoń na ra­mie­niu. – Mama da­ła­by mi po­pa­lić, gdy­by się do­wie­dzia­ła, że wy­pusz­czam cię stąd samą, po­kie­re­szo­wa­ną…

– Mam pra­wie trzy­dzie­ści lat – mruk­nęłam. – Po­win­nam już daw­no mieć męża, dom na kre­dyt, gro­mad­kę dzie­ci, psa, cho­mi­ka… – wy­mie­nia­łam.

– Masz trzy­dzie­ści lat i nic nie po­win­naś, có­recz­ko – po­pra­wił mnie. – Je­steś wol­nym du­chem. Nie po­trze­bu­jesz do szczęścia po­czu­cia przy­na­le­żno­ści do ko­goś i nie uza­le­żniaj go od in­nych. Czło­wiek może mó­wić o szczęściu, kie­dy po­ko­cha sa­mot­no­ść i sa­me­go sie­bie.

– Czy­li przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga – wy­szep­ta­łam i za­gry­złam war­gę. – Wiesz, że za­wsze so­bie ra­dzę – do­da­łam z uśmie­chem, któ­rym chcia­łam za­ma­sko­wać mój obec­ny stan kom­plet­nej roz­syp­ki.

– Bo pły­nie w to­bie krew ro­dzi­ny Ward, a my ni­g­dy się nie pod­da­je­my! Poza tym za­wsze mu­sisz być go­to­wa na to, że zo­sta­niesz sama. Lu­dzie przy­cho­dzą i od­cho­dzą.

– A ty kie­dy­kol­wiek po­go­dzi­łeś się ze śmier­cią mamy? Oswo­iłeś nową rze­czy­wi­sto­ść? – za­py­ta­łam może nie­co zbyt zło­śli­wie. Trud­no się przyj­mo­wa­ło rady, kie­dy do pasa bro­dzi­ło się w ba­gnie.

– Nie ma dnia, bym za nią nie tęsk­nił, ale na­uczy­łem się żyć sam ze sobą. Za­cząłem wy­cho­dzić do lu­dzi. Może kie­dyś w moim ser­cu znaj­dzie się miej­sce na ko­goś in­ne­go. Mama ode­szła, ale my ży­je­my da­lej, a pa­mi­ętaj, że ży­cie jest tyl­ko jed­no i nie mo­żna go zmar­no­wać. To, że jed­na mi­ło­ść się ko­ńczy, nie ozna­cza, że nie może po­ja­wić się dru­ga. Może będzie mniej­sza, na pew­no zu­pe­łnie inna, ale rów­nie pi­ęk­na, co po­przed­nia.

Ri­chard Ward był nie­sa­mo­wi­cie mądrym, otwar­tym na świat czło­wie­kiem. Sta­rał się mnie wy­cho­wać na od­wa­żną oso­bę, któ­ra nie boi się no­wych wy­zwań, a po po­ra­żkach otrze­pu­je ko­la­na i ru­sza da­lej.

I tak w za­sa­dzie było. Do­pa­dła mnie zwy­czaj­na ludz­ka chwi­la sła­bo­ści. Me­lan­cho­lia, któ­ra osia­dła ni­czym gęsta mgła na moim ser­cu. Wie­dzia­łam, że w ko­ńcu opad­nie i znów wyj­rzy sło­ńce.

By­łam sil­na, ale zda­rza­ły się też ta­kie dni jak ten, kie­dy sta­łam po­mi­ędzy tym, co zna­ne, a zu­pe­łnie no­wym ży­ciem i zwy­czaj­nie się ba­łam.

Do tej pory ży­łam w wiel­kim mie­ście. Nie je­ździ­li­śmy na wieś, bo ni­ko­go tam nie mie­li­śmy. Nie mia­łam po­jęcia, jak bar­dzo ró­żni się tam­to ży­cie, ale po­twor­nie moc­no chcia­łam tego za­sma­ko­wać.

Mu­sia­łam.

– Mil­czysz – po­wie­dział ci­cho tata.

– Bo się boję… – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, żeby zmniej­szyć ci­ężar tych słów.

– Ze wszyst­kim ci po­mo­gę. Nie wy­je­żdżasz na ko­niec świa­ta. Czte­ry go­dzi­ny i będę u cie­bie. – Przy­tu­lił mnie moc­no do sie­bie i uca­ło­wał w gło­wę. – Je­steś dziel­ną dziew­czyn­ką, masz to po ma­mie. W mo­ich ra­mio­nach za­wsze znaj­dziesz schro­nie­nie. Ten dom jest też two­im do­mem i cho­ćbyś sta­nęła w pro­gu w środ­ku nocy, w naj­wi­ęk­szą śnie­ży­cę, za­wsze cię wpusz­czę, ogrze­ję i uko­ję wszel­kie smut­ki. Tyl­ko umów­my się – masz tego nie ro­bić. Je­dziesz tam po szczęście i wspa­nia­łą przy­szło­ść.

Od­su­nął się ode mnie, uca­ło­wał w czo­ło i szcze­rze się uśmiech­nął.

Miał pi­ęćdzie­si­ąt lat. On i mama wcze­śnie zo­sta­li ro­dzi­ca­mi, ale nie prze­szka­dza­ło im to wy­cho­wać mnie w mi­ło­ści, bez­pie­cze­ństwie i za­pew­nić wszyst­ko, o czym mo­gła ma­rzyć mała dziew­czyn­ka. Nie pod­da­li się, nie za­ła­ma­li. Przy­jęli, co dał im los, two­rząc, tak mi się wy­da­wa­ło, faj­ne­go czło­wie­ka.

Może na­wet zbyt faj­ne­go, bo za bar­dzo za­ufa­łam mi­ło­ści. My­śla­łam, że do­świad­czę cze­goś po­dob­ne­go do tego, cze­go do­świad­czy­li moi ro­dzi­ce, któ­rzy byli dla mnie wzo­rem ide­ałów.

Ich nie­sa­mo­wi­tą więź prze­rwa­ła cho­ro­ba mamy, a w kon­se­kwen­cji jej śmie­rć. Ból po jej stra­cie tlił się we mnie wci­ąż nie­ustan­nie moc­no, mimo że mi­ja­ło już pięć lat…

Za­ci­snęłam dło­nie w pi­ęści, aż po­czu­łam, jak pa­znok­cie wbi­ja­ją się w skó­rę. Gdzieś pod nią pul­so­wa­ła me­lo­dia i sło­wa pio­sen­ki „He­lium” w wy­ko­na­niu Sii, któ­re w tym mo­men­cie tak bar­dzo do mnie pa­so­wa­ły. Moi ra­dio­wi słu­cha­cze wci­ąż po­wta­rza­li, że mam ma­gicz­ny głos. Nie ja jed­nak go mia­łam, a Sia.

Na­ra­sta­jącą ci­szę wo­kół i szum w mo­jej gło­wie prze­rwał dzwo­ni­ący w tyl­nej kie­sze­ni dżin­sów te­le­fon. Fir­ma od prze­pro­wa­dzek pod­je­cha­ła pod bu­dy­nek. Wła­śnie w tej chwi­li ko­ńczy­ło się i za­czy­na­ło moje ży­cie.

Mia­łam się ju­tro obu­dzić w no­wym świe­cie. Otwo­rzyć ksi­ążkę na czy­stej, nie­za­pi­sa­nej stro­nie. Mo­głam ją wy­pe­łnić prze­pi­ęk­ny­mi hi­sto­ria­mi lub za­ba­zgrać byle jak.

Ju­tro mia­łam też we­jść do no­we­go stu­dia na­gra­nio­we­go, na któ­re wy­da­łam for­tu­nę, by da­lej opo­wia­dać lu­dziom te głu­pie, na­iw­ne hi­sto­ryj­ki.

– Czas na mnie, tat­ku – po­wie­dzia­łam pew­nym sie­bie, lek­ko roz­en­tu­zja­zmo­wa­nym, acz­kol­wiek drżącym gło­sem.

Wie­dzia­łam, do­kąd jadę. By­łam tam kil­ka razy po za­ku­pie tego sta­re­go domu, by zro­bić od­biór po re­mon­cie oraz zo­ba­czyć stu­dio, któ­re mia­ło mi słu­żyć za azyl i po­zwo­lić na roz­wój mo­jej au­dy­cji.

Zna­łam jed­nak tyl­ko ten dom. Wąską, krętą, szu­tro­wą uli­cę, któ­rą do nie­go do­je­żdża­łam i to, co wi­dzia­łam zza okna sa­mo­cho­du. Nie spa­ce­ro­wa­łam tam ni­g­dy, nie zwie­dza­łam. Nie czu­łam po­trze­by przy­na­le­że­nia do tego miej­sca i na pew­no nie chcia­łam za­pu­ścić w nim ko­rze­ni.

Lu­dzie kom­plet­nie nie byli mi po­trzeb­ni do ży­cia. Chcia­łam przed nimi uciec, dla­te­go wy­bra­łam tę miej­sco­wo­ść i dom na ko­ńcu dro­gi. Na ko­ńcu świa­ta. Mo­je­go świa­ta.

– Ża­łu­ję, że nie mo­głaś po­cze­kać, aż będę miał wol­ne, by z tobą po­je­chać i po­móc we wszyst­kim – rzu­cił tata, chwy­ta­jąc za moje ba­ga­że. Eki­pa już pa­ko­wa­ła kar­to­ny z rze­cza­mi, któ­re za­bra­łam z po­przed­nie­go miesz­ka­nia.

Ścia­ny i podło­gi na­le­ża­ły do mo­je­go by­łe­go, ale wszyst­ko inne ku­pi­łam za wła­sne pie­ni­ądze i cho­ćbym mia­ła wy­rzu­cić na śmiet­nik, nie zo­sta­wi­ła­bym mu naj­mniej­sze­go dro­bia­zgu.

Me­ble za­wio­złam do ja­kie­jś prze­cho­wal­ni, a cen­niej­sze przed­mio­ty do taty, za­gra­ca­jąc mu tym pół miesz­ka­nia. W ko­ńcu mógł się ode mnie uwol­nić i ode­tchnąć pe­łną pier­sią.

A ja? Ja mia­łam pra­wie trzy­dzie­ści lat i nie wie­dzia­łam, kim chcę w ży­ciu zo­stać. Czu­łam się jak na­sto­lat­ka wy­je­żdża­jąca na stu­dia. Je­dy­ne, co było w moim ży­ciu sta­łe, to pra­ca i za­rob­ki. Choć i te z au­dy­cji na au­dy­cję były co­raz lep­sze, po­pra­wia­jąc tym sa­mym znacz­nie za­sob­no­ść mo­je­go kon­ta ban­ko­we­go. Dzi­ęki temu nie mu­sia­łam się oba­wiać tak od­wa­żne­go sko­ku na głębo­ką wodę.

Po­dob­no to wła­śnie pie­ni­ądze rządzi­ły świa­tem i da­wa­ły szczęście. Nie czu­łam się szczęśli­wą kró­lo­wą, wręcz prze­ciw­nie – prze­gra­nym bła­znem.

Trzask za­my­ka­nych drzwi, war­kot sil­ni­ka mo­je­go SUV-a i za­tro­ska­na twarz taty w roz­ma­za­nej od desz­czu szy­bie – to wszyst­ko osta­tecz­nie uświa­do­mi­ło mi, że nie ma od­wro­tu. Nie za­mie­rza­łam i nie chcia­łam tu wra­cać.

Ni­g­dy.

Wzi­ęłam głębo­ki wdech i ru­szy­łam w nie­zna­ne. Ku po­ran­nym mgłom, śpie­wo­wi pta­ków i go­rącej ka­wie pi­tej na we­ran­dzie. Tak za­kła­da­ła ta ro­man­tycz­na wer­sja mnie, któ­rą usil­nie sta­ra­łam się od dłu­ższe­go cza­su uci­szyć i za­kne­blo­wać raz na za­wsze.

Mi­ło­ści nie ma. Nie ma!

Za mną zo­sta­wał Nowy Jork i wszyst­ko, co zna­łam. Przede mną – tyl­ko mgła i echo żu­ra­wi, od­la­tu­jących gdzieś w głąb po­ran­ka.Rozdział 2

Evan

– Fan­ta­stycz­na ro­bo­ta! – za­mru­czał en­tu­zja­stycz­nie mężczy­zna, któ­re­mu do­star­czy­łem wła­śnie ręcz­nie ro­bio­ne biur­ko, wy­ko­na­ne z jego pro­jek­tu i wi­zji. Jak dla mnie prze­sa­dzo­ne i zbyt zdob­ne, ale to nie ja tu­taj mia­łem być za­do­wo­lo­ny, a on.

Prze­je­chał po jego bla­cie opusz­ka­mi pal­ców, jak­by chciał spraw­dzić, czy nie po­sia­da żad­nej ska­zy, żad­nej za­dry – upew­nić się, że jest praw­dzi­we w tym ca­łym świe­cie sztucz­no­ści i pla­sti­ku.

Ana­li­zo­wał ka­żdy de­tal, szep­cząc przy tym po­chwa­ły. Wy­gląda­ło, jak­by roz­ma­wiał z me­blem, a nie ze mną.

Zna­łem go je­dy­nie z wi­dze­nia. Nie był moim zna­jo­mym, choć roz­ma­wia­li­śmy wie­le razy pod­czas przy­pad­ko­wych spo­tkań w mie­ście, skle­pie lub lo­kal­nej ka­wiar­ni. Ni­g­dy jed­nak nie po­szli­śmy ra­zem na piwo, nie spo­ty­ka­li­śmy się na kawę czy her­ba­tę. Ot, zwy­czaj­nie w bie­gu za­ga­ja­li­śmy o po­go­dę, ak­tu­al­ną sy­tu­ację w mia­stecz­ku lub o kom­plet­ne bzdu­ry, o któ­rych mo­żna roz­ma­wiać z ob­cy­mi.

To mia­stecz­ko było małe. Lu­dzie żyli plot­ka­mi i ży­ciem in­nych. Teo­re­tycz­nie zna­li­śmy się wszy­scy, ale w prak­ty­ce wie­dzie­li­śmy tyl­ko to, co dana oso­ba chcia­ła wy­ja­wić lub co inni o niej opo­wie­dzie­li.

Ja zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­łem do tej gru­py, któ­ra bar­dzo sza­no­wa­ła swo­ją pry­wat­no­ść, a wszel­kie plot­ki pusz­cza­łem mimo uszu.

– Dzi­ęki, Rob! – od­pa­rłem po chwi­lo­wej za­du­mie.

– Mar­nu­jesz się w tej wio­sce. Po­wi­nie­neś ru­szyć na pod­bój No­we­go Jor­ku – rzu­cił i jesz­cze raz po­gła­dził blat. – Je­steś mło­dy, zdol­ny. Tu­taj nic do­bre­go już na cie­bie nie cze­ka. Mi­ło­ści w tej dziu­rze za­bi­tej de­cha­mi nie znaj­dziesz.

– Po­dob­no za­wsze jest le­piej tam, gdzie ak­tu­al­nie nas nie ma. – Za­śmia­łem się i wci­snąłem dło­nie w kie­sze­nie ro­bo­czych spodni. – I kto po­wie­dział, że szu­kam cze­go­kol­wiek?

– Sa­me­mu źle żyć – skwi­to­wał, pa­trząc się na mnie uwa­żnie i chy­ba tro­chę oce­nia­jąco.

Mo­żna było rzec, że przy­wy­kłem do tego. Do spoj­rzeń pe­łnych wspó­łczu­cia oraz tych, któ­re prze­szy­wa­ły mnie na wskroś, chcąc we­jść do mo­jej gło­wy i my­śli. Na­chal­ne­go ukła­da­nia mi ży­cia, kle­pa­nia po ple­cach i ci­ągłe­go przy­po­mi­na­nia, jaka to wiel­ka tra­ge­dia mnie spo­tka­ła.

Nie wspo­mi­na­jąc o głu­pich i że­nu­jących pró­bach swa­ta­nia mnie z miej­sco­wy­mi pa­nien­ka­mi, wdo­wa­mi, ku­zyn­ka­mi i Bóg ra­czy wie­dzieć kim jesz­cze. Jak­bym po­stra­dał ro­zum i nie był zdol­ny do sa­mo­dziel­nej oce­ny wła­snej sy­tu­acji, któ­ra we­dług mnie była sta­bil­na – nor­mal­na i ca­łko­wi­cie ak­cep­to­wal­na.

Lu­dzie za­wsze lu­bi­li pod­po­wia­dać, da­wać do­bre rady i po­uczać, twier­dząc przy tym, że ro­bią to wy­łącz­nie dla do­bra roz­mów­cy.

– Sły­sza­łeś, że ktoś ku­pił dom na ko­ńcu dro­gi? – za­ga­ił na­gle, wi­dząc, że ewi­dent­nie nie mia­łem ocho­ty po­ru­szać z nim te­ma­tu mo­ich spraw ser­co­wych i wy­jaz­du, któ­re­go ni­g­dy w ży­ciu nie pla­no­wa­łem. Zni­żył przy tym głos nie­mal do szep­tu, jak­by zdra­dzał ja­kąś strasz­ną ta­jem­ni­cę.

Ba­wi­ły mnie te ma­ło­mia­stecz­ko­we za­cho­wa­nia i na­gmin­ne wty­ka­nie nosa we wszyst­kie spra­wy, tyl­ko nie w te swo­je.

– Sły­sza­łem – od­pa­rłem krót­ko, wzru­sza­jąc przy tym ra­mio­na­mi.

– I co?

– Z czym? – za­py­ta­łem i zmarsz­czy­łem brwi, uda­jąc, że nie mam po­jęcia, co ma na my­śli.

– Po­dob­no to ja­kaś mło­da ko­bie­ta. Lu­dzie mó­wią, że oto­czy­ła się wo­al­ką ta­jem­ni­cy i nie do­pusz­cza do sie­bie ni­ko­go z „na­szych”. Wszel­kie py­ta­nia zby­wa krót­ki­mi słów­ka­mi. Bla­chy sa­mo­cho­du wska­zu­ją na Nowy Jork. Wy­nio­sła pa­niu­sia z mia­sta.

Nie­złe ro­ze­zna­nie, bio­rąc pod uwa­gę moją wie­dzę, któ­ra ko­ńczy­ła się na tym, że fak­tycz­nie ktoś ku­pił ten pi­ęk­ny i sta­ry dom ry­bac­ki.

Sądzi­łem, że był ska­za­ny na znisz­cze­nie i osta­tecz­nie pad­nie łu­pem tu­tej­szych oprysz­ków, któ­rzy z nu­dów roz­wa­la­li wszyst­ko, co sta­nęło na ich dro­dze.

– Czas po­ka­że – po­wie­dzia­łem wy­mi­ja­jąco, uśmiech­nąłem się i skie­ro­wa­łem w stro­nę sa­mo­cho­du.

Nie mia­łem ocho­ty ob­ga­dy­wać ni­ko­go, a już na pew­no nie ko­goś no­we­go, kogo ani razu nie wi­dzia­łem na oczy.

By­łem wdzi­ęcz­ny tu­tej­szym lu­dziom za oka­za­ną em­pa­tię, za za­mó­wie­nia i wspar­cie, ale jed­no­cze­śnie mia­łem ich wszyst­kich cza­sa­mi dość, bo za­miast za­jąć się wła­snym po­dwór­kiem, wci­ąż spo­gląda­li do sąsia­da.

Prze­kręci­łem klu­czyk w sta­cyj­ce mo­jej wy­słu­żo­nej fur­go­net­ki i ru­szy­łem w stro­nę cen­trum – o ile w ogó­le tak mo­głem na­zy­wać to miej­sce skła­da­jące się z ban­ku, ka­wiar­ni i kil­ku ma­łych bu­ti­ków.

Mia­łem ocho­tę na moc­ną kawę oraz do­bre cia­sto i wie­dzia­łem, że znaj­dę to w nie­wiel­kiej, ce­gla­nej ka­wiar­ni przy West Ge­ne­see Stre­et u Pop­py John­son.

Ko­bie­ta o zło­tym ser­cu, któ­ra choć zna­ła tu­taj na­praw­dę wszyst­kich, ni­g­dy nie po­ru­sza­ła te­ma­tów, któ­re jej nie do­ty­czy­ły. Po­tra­fi­ła bły­sko­tli­wie roz­ma­wiać o po­go­dzie lub tym, czym dana oso­ba zaj­mo­wa­ła się za­wo­do­wo. Ni­g­dy nie grze­ba­ła w sfe­rze oso­bi­stej. Była po­nad tym i chy­ba głów­nie za to ją sza­no­wa­łem.

– Evan! – po­wi­ta­ła mnie tym swo­im cie­płym gło­sem i szcze­rym uśmie­chem. – To, co za­wsze? – do­py­ta­ła, choć do­sko­na­le zna­ła od­po­wie­dź.

– Kawa i szar­lot­ka. Nie ma nic lep­sze­go niż cia­sto z na­szych lo­kal­nych ja­błek – oznaj­mi­łem i za­jąłem miej­sce na wy­so­kim krze­śle przy nie­wiel­kim ba­rze.

Mia­łem wra­że­nie, że tyl­ko ja na nim sia­da­łem, jak­by było za­re­zer­wo­wa­ne spe­cjal­nie dla mnie. Może dla­te­go, że nie ba­łem się kon­fron­ta­cji z tą ko­bie­tą, któ­ra nie mu­sia­ła py­tać, by dużo wie­dzieć. Wy­star­czy­ło, że spoj­rza­ła w oczy, jak­by wi­dzia­ła w nich całą du­szę.

Nie­któ­rzy na­zy­wa­li ją cza­row­ni­cą, inni wró­żką lub ja­sno­widz­ką.

Nie wró­ży­ła jed­nak z fu­sów. Zwy­czaj­nie zna­ła się na lu­dziach, na ich na­tu­rze i za­cho­wa­niu. Była mądrą, oczy­ta­ną oso­bą.

– Znów ktoś pró­bo­wał cię swa­tać? – za­py­ta­ła z roz­ba­wie­niem, sta­wia­jąc przede mną fi­ku­śną fi­li­żan­kę w ja­kieś kosz­mar­ne wzo­ry i ta­le­rzyk z cia­stem.

Nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi. Za­bra­ła się za wy­cie­ra­nie szkla­nek wy­jętych ze zmy­war­ki i ukła­da­niem ich na pó­łkę.

– Tym ra­zem ka­za­no mi wy­je­chać – od­po­wie­dzia­łem z iro­nią.

– Niech zgad­nę… – Uda­ła, że się za­my­śla. – Do wiel­kie­go mia­sta, w któ­rym pa­nien­ki będą rzu­cać się ta­kie­mu przy­stoj­nia­ko­wi na szy­ję, a pie­ni­ądze będą pły­nąć ni­czym ogrom­na rze­ka.

Obo­je wy­buch­nęli­śmy śmie­chem. Ci­ężko było po­wie­dzieć, że Pop­py była moją przy­ja­ció­łką, ale na pew­no była mi kimś bli­skim. Może brat­nią du­szą? Ro­zu­mia­ła mnie jak nikt.

– Nie przej­muj się lu­dźmi, chcą do­brze. – Opa­rła się po­ślad­ka­mi o szaf­ki i spoj­rza­ła mi głębo­ko w oczy.

Była star­sza ode mnie o co naj­mniej dzie­si­ęć lat. Jej oczy – ciem­ne, mądre i czuj­ne, mia­ły w so­bie rów­nież dużo cie­pła i otu­chy. Po­tra­fi­ła mó­wić, ale jesz­cze le­piej słu­chać, choć ja aku­rat ni­g­dy się jej nie zwie­rza­łem. Ni­ko­mu zresz­tą.

– Nie dra­żnią mnie, choć cza­sa­mi ba­wią. Ich tro­ska przy­tła­cza, a ja nie je­stem ma­łym chłop­cem. Po­ra­dzi­łem so­bie wte­dy… – urwa­łem i spu­ści­łem wzrok na pa­ru­jącą kawę.

– Za­wsze so­bie po­ra­dzisz, Evan – do­ko­ńczy­ła za mnie. – Jedz. Moje cia­sta tra­fia­ją pro­sto w ser­ce. Ła­go­dzą go­rycz w nim zgro­ma­dzo­ną.

– Mi­nęło już tyle cza­su… – Wes­tchnąłem. – Dla­cze­go ka­żdy my­śli, że ma pra­wo mi w kó­łko przy­po­mi­nać, że je­stem sam? Po co na nowo otwie­rać sta­re rany? To, że oni nie umie­li­by się od­na­le­źć w mo­jej sy­tu­acji, nie zna­czy, że ja tego nie po­tra­fię. Po­wiedz, je­śli się mylę.

Za­ci­snąłem pal­ce na fi­li­żan­ce. Uda­wa­łem sam przed sobą, że te wszyst­kie do­bre rady mnie nie ru­sza­ją, a praw­da była taka, że wła­śnie dla­te­go cho­wa­łem się w moim warsz­ta­cie i naj­częściej ko­rzy­sta­łem z ze­wnętrz­nych firm trans­por­to­wych, by uni­kać ta­kich roz­mów jak ta z dzi­siej­sze­go po­po­łud­nia.

Nie wie­dzia­łem, jak było w in­nych mia­stecz­kach, ale u nas ka­żdy uwa­żał się za spe­cja­li­stę i za ko­goś, kto miał ge­nial­ne roz­wi­ąza­nie na ka­żdy pro­blem – zwłasz­cza ten, któ­ry ist­niał tyl­ko w jego gło­wie.

– Evan… Na­praw­dę ob­cho­dzą cię te ma­ru­dy z na­sze­go mia­sta? – za­py­ta­ła z prze­kąsem, opa­rła dło­nie o wy­so­ki blat i ro­ze­śmia­ła się, od­rzu­ca­jąc po­kręco­ne blond wło­sy do tyłu.

– Mu­sisz zmie­nić szyld – po­wie­dzia­łem ca­łkiem po­wa­żnie, na co ko­bie­ta unio­sła jed­ną brew w ocze­ki­wa­niu na to, co da­lej po­wiem. – To nie jest ka­wiar­nia, to pie­przo­ny ga­bi­net psy­cho­lo­gicz­ny – do­da­łem i upi­łem w ko­ńcu ten nek­tar bo­gów.

W od­po­wie­dzi po­czu­łem tyl­ko jej dłoń na swo­jej.

– Te drzwi za­wsze sto­ją dla cie­bie otwo­rem, Evan. Je­steś do­brym czło­wie­kiem. Nie słu­chaj in­nych, wsłu­chaj się we wła­sne ser­ce. Ono za­wsze wie naj­le­piej, zna dro­gę, miej­sce i czas. Wszyst­ko ci po­ka­że i pod­po­wie. Może nie dzi­siaj, nie ju­tro, ale kie­dy przyj­dzie ten dzień, będziesz wie­dział.

– Pysz­ne cia­sto, Pop­py – od­pa­rłem, by dać jej znać, że wy­star­czy. Że nie po­trze­bu­ję wi­ęcej.

Wró­ci­łem do domu i usia­dłem na we­ran­dzie. Drew­nia­na hu­śtaw­ka za­skrzy­pia­ła pod moim ci­ęża­rem, jak­by chcia­ła za­zna­czyć, że nie by­łem tu sam. Że czu­ła i dźwi­ga­ła ra­zem ze mną ten ci­ężar.

Bo nie by­łem.

Duch mo­jej żony uno­sił się w ka­żdym po­miesz­cze­niu, któ­re tak ko­cha­ła. W naj­mniej­szym źdźble tra­wy szu­mi­ącej na wie­trze. W śpie­wie pta­ków.

Wiatr przy­wiał za­pach tro­cin, któ­re skła­do­wa­łem w wiel­kiej skrzy­ni za do­mem. One rów­nież przy­po­mi­na­ły mi o niej. Ko­cha­ła ob­ser­wo­wać mnie przy pra­cy. Po­dzi­wiać moje dzie­ła. Twier­dzi­ła, że stu­ka­nie młot­ka to dla niej naj­pi­ęk­niej­sza me­lo­dia.

Spędzi­łem na ze­wnątrz dłu­gi czas, pró­bu­jąc oczy­ścić gło­wę i ser­ce. Wpa­try­wa­łem się w ho­ry­zont, aż ten znik­nął za ciem­ną za­sło­ną nocy.

Kie­dy po­czu­łem chłód, uzna­łem, że czas naj­wy­ższy schro­nić się w domu.

Sta­re ra­dio mo­je­go ojca sta­ło w sa­lo­nie na ko­min­ku. Zrzu­ci­łem buty, na­la­łem so­bie whi­sky i za­cząłem szu­kać sta­cji ra­dio­wej, któ­ra w ja­ki­kol­wiek spo­sób przy­ku­je moją uwa­gę.

Wte­dy usły­sza­łem ko­bie­cy głos. Cie­pły, da­jący na­dzie­ję, spo­koj­ny i ko­jący…

– _Żu­ra­wie od­la­tu­ją, ale za­wsze wra­ca­ją w to samo miej­sce. Może mi­ło­ść też ma w so­bie ten in­stynkt po­wro­tu._ _Ma­gicz­ne­go wie­czo­ru i nocy pe­łnej cu­dów._

Tra­fi­łem na ko­ńców­kę ja­kie­jś au­dy­cji.

Nie wie­dzia­łem, o czym mó­wi­ła, ale za­pra­gnąłem jesz­cze raz usły­szeć ten głos.

Był czwar­tek. Je­śli ju­tro o po­dob­nej po­rze jej nie będzie, to ozna­cza, że jej au­dy­cje były cy­klicz­ne, ale nie co­dzien­ne.

Dla­cze­go mnie tak za­in­try­go­wa­ła – nie wie­dzia­łem, ale bar­dzo chcia­łem to spraw­dzić jesz­cze raz.

Nie zna­łem jej, ale ten głos brzmiał tak, jak­by znał mnie od za­wsze.

Może to przez zmęcze­nie. Może przez to, że mia­łem wra­że­nie, że mówi to wprost do mnie. Bo kto inny, jak nie ja, po­trze­bo­wał w swo­im ży­ciu cudu i ma­gii?

Spoj­rza­łem na pia­ni­no sto­jące w rogu po­ko­ju, któ­re­go nie tknąłem od lat. W uszach wy­brzmia­ła ulu­bio­na me­lo­dia mo­jej żony, ale nie mia­łem od­wa­gi po­de­jść do nie­go i za­grać.

Ro­bi­łem to głów­nie dla niej. Uwa­ża­ła, że mia­łem ma­gicz­ny głos i pal­ce, któ­re cza­ro­wa­ły me­lo­die tra­fia­jące pro­sto w ser­ce.

Zro­bi­ło się no­stal­gicz­nie, a może zwy­czaj­nie ja taki by­łem. Ko­cha­łem ją wspo­mi­nać. Jej śmiech, skó­rę, to, jaka była.

Ide­al­na. Naj­pi­ęk­niej­sza. I na za­wsze moja.

Na­uczy­łem się żyć bez niej. Oswo­iłem sa­mot­no­ść i teo­re­tycz­nie by­łem go­to­wy na przy­jęcie no­wej mi­ło­ści. Wszak to wła­śnie obie­ca­łem mo­jej żo­nie na łożu śmier­ci: że nie zo­sta­nę do ko­ńca ży­cia sam.

Zro­bi­ła miej­sce ko­muś no­we­mu i we­dług niej to było ta­kie nor­mal­ne, ak­cep­to­wal­ne. A ja po pi­ęciu la­tach wci­ąż nie wie­dzia­łem, jak mia­łbym po­ko­chać ko­goś poza nią.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij