Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Tak wysżło - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3636 pkt
punktów Virtualo

Tak wysżło - ebook

Torturowany w więzieniu Leone Ginzburg tuż przed śmiercią pisał do swojej żony Natalii: „Pisz i bądź użyteczna dla innych. Dzięki własnej twórczości uwolnisz się od cierpienia, które w sobie nosisz”. To właśnie jemu Ginzburg zadedykowała napisaną w 1947 roku powieść „Tak wyszło” – mistrzowskie studium nieszczęśliwego, wzajemnie się zadręczającego małżeństwa, którą to książkę paradoksalnie otworzyła symboliczną sceną mordu.

Co doprowadziło bezimienną bohaterkę do targnięcia się na życie jej męża Alberta – człowieka, który nudził się wszystkim, „miał kalafior zamiast tyłka”, bez skrępowania sypiał z inną i nigdy nie rozmawiał z żoną o tym, co myśli? A może należałoby zapytać: co sprawiło, że młoda kobieta poślubiła mężczyznę, który napawał ją wstrętem?

Ginzburg operuje w tej powieści dojrzałym, krystalicznym stylem, który jest tak przezroczysty, że wydawać by się mogło, że nas nie dotyka. A jednak… załazi za skórę, każe się identyfikować z postaciami, sprawia, że ich dylematy nie dają nam spokoju.

„Tak wyszło” to skondensowany namysł nad ceną, jaką płacimy za bierność, samooszukiwanie się i darzenie uczuciem idei, a nie żywych ludzi.

Inspirująca i oczyszczająca lektura w dobie poppsychologii i wszędobylskich pseudomentalizacji.

Ginzburg pisze jasno i precyzyjnie, a beznamiętny, zdyscyplinowany styl tej prozy jest osobliwie sprzeczny z nadrzędnym uczuciem utworu, czyli wściekłością, która początkowo tli się, aż w pewnym momencie gwałtownie wybucha. „Tak wyszło” to zwarte i metodyczne studium gniewu i zemsty. Eleganckie i zaskakujące.

Becca Rothfeld, „The Washington Post”

Ginzburg nigdy nie podnosi głosu, nigdy nie szuka efektowności, nigdy nie ocenia swoich postaci. Choć jej język posiada rytm i giętkość poezji, pozostaje oszczędny i zwięzły, podporządkowany potrzebom opowieści.Ginzburg, jak Czechow, potrafi się wycofać i pozwolić bohaterom, by sami odsłaniali własne życie, swoje słabości i moce, złudzenia i najskrytsze smutki. Rezultatem jest niemal przezroczyste pisarstwo – tak klarowne, tak bezpośrednie, tak pozornie proste, że daje czytelnikowi magiczne wrażenie poznawania świata po raz pierwszy.

Michiko Kakutani, „The New York Times”

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68180-92-3
Rozmiar pliku: 603 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

– Powiedz mi prawdę – rzuciłam.

A on:

– Jaką prawdę?

I nerwowo rysował coś w notesie. Był to długaśny pociąg z wielkim kłębem dymu, a w nim on, machający przez okno chustką na pożegnanie.

Strzeliłam mu między oczy.

Wcześniej poprosił, żebym mu przyszykowała termos na podróż. Poszłam do kuchni, zrobiłam herbatę, dodałam mleka i cukru, przelałam do termosu, porządnie zakręciłam i wróciłam do gabinetu. Wtedy pokazał mi rysunek, a ja wyciągnęłam rewolwer z szuflady biurka i go zastrzeliłam.

Strzeliłam mu między oczy.

Zresztą już od dłuższego czasu myślałam, że prędzej czy później to zrobię.

Potem narzuciłam płaszcz, włożyłam rękawiczki i wyszłam. Wypiłam kawę w barze i snułam się po mieście bez celu. Dzień był chłodnawy, a lekki wietrzyk smakował deszczem. Usiadłam na ławce w parku, ściągnęłam rękawiczki, spojrzałam na swoje dłonie, zdjęłam obrączkę i włożyłam ją do kieszeni.

Byliśmy małżeństwem od czterech lat. Chciał mnie rzucić, ale zmarła nam córka, więc jednak został. Planował jeszcze jedno dziecko, bo uważał, że dobrze mi to zrobi. Dlatego ostatnio często się kochaliśmy. Ale z dzieckiem nie wyszło.

Kiedy weszłam do pokoju, akurat się pakował, więc zapytałam, dokąd się wybiera. Odparł, że do Rzymu, aby skonsultować pewną kwestię z prawnikiem. I że gdybym pojechała do rodziców, nie siedziałabym sama w domu, gdy go nie będzie. Nie wiedział, kiedy wróci – za piętnaście dni czy za miesiąc. Nie był pewien. A ja myślałam, że może już nigdy. Też się spakowałam. Kazał mi zabrać coś do czytania, żebym się nie nudziła. Zdjęłam z regału _Targowisko próżności_ oraz dwie książki Galsworthy’ego i włożyłam je do walizki.

Rzuciłam:

– Powiedz mi prawdę, Alberto.

A on na to:

– Jaką prawdę?

– Wyjeżdżacie razem.

– Jakie razem? Cały czas coś wymyślasz i to cię zżera od środka, bo wyobrażasz sobie okropne rzeczy. Ciągle jesteś niespokojna i nie dajesz spokoju innym… Złap ten autobus, który dojeżdża do Maony na drugą.

– Dobrze.

Spojrzał w niebo i dodał:

– Lepiej włóż płaszcz i kalosze.

Odpowiedziałam:

– Chcę znać prawdę, jakakolwiek by ona była.

A on roześmiał się i wyrecytował:

Prawdy żądza; jak się drogo ceni,

Wie ten, co za nią krew oddać się zgadza.

Nie wiem, ile czasu siedziałam na tej ławce. Park był pusty, ławki wilgotne od mgły, a ziemia pokryta rozmokniętymi liśćmi. Zaczęłam się zastanawiać, co zrobię. Mówiłam sobie, że niedługo pójdę na policję i może jakoś wyjaśnię, jak to wszystko było, choć to nie będzie proste. Trzeba zacząć od pierwszego dnia, kiedy poznaliśmy się u Gaudenzich. On grał wtedy na fortepianie na cztery ręce z żoną doktora i śpiewał jakieś piosenki w dialekcie. Patrzył na mnie i naszkicował mój portret w notesie. Powiedziałam, że mnie przypomina, a on odparł, że wcale nie, po czym wyrwał kartkę. Doktor rzucił: „Nie umie rysować kobiet, które mu się podobają”. Dali mi zapalić papierosa i rozbawieni patrzyli, jak łzawią mi oczy. Alberto odprowadził mnie do pensjonatu i spytał, czy może mi jutro przynieść tę francuską powieść, o której mówił.

Przyszedł następnego dnia. Wyszliśmy razem, pospacerowaliśmy i wstąpiliśmy do kawiarni. Patrzył na mnie radosnym i rozpalonym wzrokiem, więc pomyślałam, że może się zakochał. Ponieważ nigdy wcześniej się nie zdarzyło, żeby jakiś mężczyzna mnie kochał, bardzo się ucieszyłam i mogłabym jeszcze godzinami tak z nim siedzieć w tej kawiarni. Wieczorem poszliśmy do teatru, a ja włożyłam swoją najpiękniejszą sukienkę z bordowego aksamitu, którą podarowała mi moja kuzynka Francesca.

Ona też tam była. Siedziała za mną i pomachała mi na przywitanie. Dzień później, kiedy poszłam do wujostwa na obiad, zapytała:

– Co to za staruch?

– Jaki staruch?

– No, tamten z teatru.

Powiedziałam, że to taki jeden, co się do mnie zaleca, ale w ogóle mnie nie obchodzi.

Kiedy znów przyszedł, przyjrzałam mu się i doszłam do wniosku, że wcale nie wygląda aż tak staro. Francesca o każdym tak mówi, że to staruch. Ale nie podobał mi się i gdy przychodził, cieszyłam się tylko dlatego, że patrzył na mnie radosnym i rozpalonym wzrokiem. To miłe, kiedy mężczyzna tak patrzy. Myślałam, że może jest we mnie bardzo zakochany i że mi go żal. Wyobrażałam sobie słowa, którymi ten biedak poprosiłby mnie o rękę. Odmówiłabym, więc on by zapytał, czy możemy zostać przyjaciółmi, i dalej zabierałby mnie do teatru, a któregoś wieczoru przedstawiłby mnie znacznie młodszemu przyjacielowi, który bardzo by mnie pokochał, i to z nim wzięłabym ślub. Mielibyśmy dużo dzieci, a Alberto odwiedzałby nas, przynosił nam na święta panettone i cieszył się, choć byłby też lekko przygnębiony.

Leżąc na łóżku w pensjonacie, zawsze wyobrażałam sobie różne rzeczy i myślałam, jak by to było, gdybym wyszła za mąż i miała własny dom. Wyobrażałam sobie ten mój dom z tysiącem małych eleganckich przedmiotów i mnóstwem zielonych roślin. Fantazjowałam, że wyciągnięta w wielkim fotelu haftuję chusteczki. Mężczyzna, którego bym poślubiła, miał za każdym razem inną twarz, ale głos zawsze jednakowy. Słyszałam go w głowie, jak powtarza wciąż te same czułe, choć ironiczne słowa. Pensjonat był ponury, ściany obklejone ciemnymi tapetami. W pokoju obok mieszkała wdowa po pułkowniku, stukała miotłą w ścianę za każdym razem, gdy przesuwałam krzesło albo otwierałam okno. Rano wstawałam wcześnie i biegłam do szkoły. Ubierałam się w pośpiechu, jadłam kanapkę i gotowałam jajko na palniku spirytusowym. Kiedy chodziłam po pokoju, szukając ubrań, wdowa po pułkowniku wściekle stukała miotłą. A córka właścicielki, prawdziwa histeryczka, wyła w łazience jak paw, bo kazali jej brać ciepły prysznic, niby na uspokojenie. Wybiegałam na zewnątrz i kiedy o poranku czekałam na tramwaj – a było mroźno i pusto – świetnie się bawiłam, bo wymyślałam dziwne historie, które mnie rozgrzewały. Czasem wchodziłam do szkoły z tak skupioną i zamyśloną miną, że pewnie wyglądałam dosyć komicznie.

Dla dziewczyny to wielka przyjemność myśleć, że jakiś mężczyzna chyba się w niej kocha, więc nawet jeżeli ona sama nie jest zakochana, ma poczucie, jakby jednak trochę była. Pięknieje, oczy zaczynają jej błyszczeć, krok staje się lżejszy, głos delikatniejszy i słodszy. Zanim poznałam Alberta, wielokrotnie myślałam, że już zawsze będę sama, czułam się bezbarwna i nieatrakcyjna. A kiedy go spotkałam i uwierzyłam, że jest we mnie zakochany, zaczęłam sobie powtarzać, że skoro podobam się jemu, to pewnie spodobałabym się też komuś innemu – może nawet temu mężczyźnie o ironicznym głosie, który słyszałam w głowie. Ten mężczyzna miał za każdym razem inną twarz, ale zawsze takie same wielkie i silne ramiona, niezgrabne czerwone dłonie oraz uroczy sposób naigrywania się ze mnie, kiedy wieczorem wracał do domu i widział, jak wyciągnięta w fotelu haftuję serwetki.

Kiedy dziewczyna czuje się bardzo samotna, ma ciężkie i monotonne życie, tylko kilka groszy w portfelu i znoszone rękawiczki, ucieka w świat wyobraźni i jest bezradna wobec błędów i pułapek, jakie ta wyobraźnia każdego dnia zastawia na takie jak ona. Tak też i ja, słaba i bezbronna ofiara wyobraźni, w wychłodzonej klasie czytałam osiemnastu dziewczynkom Owidiusza, jadałam posiłki w ponurym pensjonacie, patrzyłam przez pomalowane na żółto okna i czekałam, aż Alberto przyjdzie zabrać mnie na jakiś koncert albo na spacer. W sobotnie popołudnia chodziłam zawsze do Porta Vittoria na autobus i jeździłam do Maony. Wracałam w niedzielę wieczorem.

Od przeszło dwudziestu lat mój ojciec jest tam lekarzem rejonowym. To wysoki, gruby i trochę kulawy staruszek, chodzi o lasce z drewna wiśni. Latem nosi słomkowy kapelusz z czarną wstążką, a zimą – czapkę z bobra i obszyty futrem płaszcz. Moja matka jest drobniutką kobietą z burzą siwych włosów. Ojca teraz rzadko ktokolwiek wzywa, bo jest już stary i ledwo chodzi. Chętniej dzwonią po lekarza z Cavapietry, który ma motor i studiował w Neapolu. Ojciec i matka całe dnie spędzają w kuchni na grze w szachy z weterynarzem albo radnym z gminy. Kiedy w sobotę przyjeżdżałam do Maony, mościłam się przy piecu i przesiadywałam tam całą niedzielę, aż do wyjazdu. Smażyłam się, przysypiałam nabrzmiała od zupy i polenty i nie odzywałam się nawet słowem, a ojciec pomiędzy jedną a drugą partyjką szachów mówił weterynarzowi, że dzisiejsze dziewczęta w ogóle nie okazują szacunku i nawet słowem nie wspomną, czym się właściwie zajmują.

Kiedy spotykałam się z Albertem, opowiadałam mu o ojcu, matce i o tym, jak mieszkałam w Maonie, jeszcze zanim wyjechałam do miasta. Opowiadałam mu, jak ojciec bił mnie kijem po rękach, a ja szłam płakać do składziku na węgiel; albo jak chowałam pod materacem książkę _Niewolnica i królowa_, a potem czytałam ją nocami; i jak chodziliśmy na cmentarz – ja, ojciec, służąca i radny; i o tamtej drodze prowadzącej przez pola i winnice; i o okropnym pragnieniu, żeby uciec gdzieś daleko, które targało mną, gdy patrzyłam na te pola i na opuszczone wzgórze.

Z kolei Alberto nigdy niczego mi o sobie nie opowiadał, a ja przyzwyczaiłam się, że go o nic nie pytam, bo nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, żeby ktoś tak bardzo się mną interesował i chciał wiedzieć tak wiele rzeczy – jakby wszystko, co mówiłam i co myślałam w drodze na cmentarz albo w składziku na węgiel, było niezwykle ważne. Kiedy więc spacerowaliśmy albo szliśmy razem na kawę, cieszyłam się i byłam jakby mniej samotna. Mówił, że mieszka ze starą, schorowaną matką. Żona doktora powiedziała mi, że to wariatka, która śpi na pieniądzach, całymi dniami studiuje sanskryt i pali papierosy przez lufkę z kości słoniowej, oraz że nie widuje się z nikim poza pewnym dominikaninem, który przychodzi każdego wieczoru i czyta jej listy Świętego Pawła. I że od lat nie rusza się z domu, bo twierdzi, że kiedy wkłada buty, bolą ją stopy, a poza tym ciągle siedzi w fotelu w swojej willi razem z młodą kucharką, która ją gnębi i okrada na zakupach. Alberto nie lubił mówić o sobie i na początku niespecjalnie mnie to obchodziło, ale potem było mi jednak trochę przykro i próbowałam go o coś podpytać. Wtedy jakby zatapiał się w myślach i oddalał. A kiedy pytałam go o matkę lub o pracę, oczy zachodziły mu mgłą, jak u chorych ptaków.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._

1.

Fragment _Boskiej komedii_ Dantego Alighieri __ zmieniony przez Alberta, który zamiast o żądzy wolności mówi o żądzy prawdy. Wersja polska jest parafrazą przekładu Edwarda Porębowicza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij