Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Taka twoja uroda. Historia po diagnozie. Tom II - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 stycznia 2026
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Taka twoja uroda. Historia po diagnozie. Tom II - ebook

Kontynuacja powieści o młodej kobiecie, która po latach wizyt u lekarzy i szpitalnych korytarzy wreszcie słyszy diagnozę: endometrioza. Na początku czuje ulgę — w końcu wie, z czym walczy. Ale szybko okazuje się, że to dopiero początek. Dwie ciężkie operacje, jedna za granicą, ogromne rachunki. Zamiast marzyć o własnym mieszkaniu, bierze pierwszy kredyt w życiu. Podczas gdy rówieśnicy planują przyszłość, ona walczy o każdy dzień. Dolegliwości nie odpuszczają, a lęk o jutro staje się stałym towarzyszem. Czasem myśli: Dlaczego akurat ja? Jej siłę podtrzymuje Czarek — partner, który choć sam się boi, stara być opoką. Razem zmagają się z pytaniami: Ile jeszcze wytrzymają? Ile trudnych wyborów przed nimi? Gdy wydaje się, że najgorsze za nimi, w skrzynce ląduje wezwanie do zapłaty...

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397479548
Rozmiar pliku: 654 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

UZDROWIONA WERSJA MNIE

Leżałam na szpitalnym łóżku, wciąż lekko otumaniona. Mama, siedząc przy moim boku, płakała ze szczęścia, a Cezary uśmiechał się, stojąc kilka kroków dalej. Nawet nie wiem, kiedy znów zasnęłam, a gdy się przebudziłam, byłam już na sali zupełnie sama. Rozejrzałam się dookoła, uświadamiając sobie, że jest już ciemno za oknem.

Musieli wyjść, gdy zasnęłam, pomyślałam. Sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, która jest godzina i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam czwartą nad ranem. Wybałuszyłam oczy, ponieważ miałam mnóstwo nieodebranych połączeń i wiadomości. Wyspałam się już, więc postanowiłam je przejrzeć. Większość prób połączenia była od mojego szefa. Przeraziłam się, że coś się stało w pracy. A niestety ze względu na późną godzinę nie mogłam teraz tego zweryfikować. Od jakiegoś czasu pracodawca przekraczał granicę mojego prawa do czasu wolnego i wydzwaniał do mnie po powrocie do domu, w weekendy, ale gdy byłam w szpitalu… Wydało mi się to nie na miejscu. Westchnęłam cicho i postanowiłam przejrzeć pozostałe wiadomości. Jedna była od mamy, która tłumaczyła się, że musiała wyjść, gdy ja już smacznie spałam. Kolejna, o bardzo podobnej treści, od Cezarego. Pozostałe wiadomości, tak jak się spodziewałam, zostawił mój szef i mogłam z nich wywnioskować, że mają jakąś niespodziewaną kontrolę i potrzebują mojej pomocy.

Ale jak niby miałabym to zrobić, dopiero co miałam operację… Westchnęłam i czytałam dalej. Niestety na samym końcu znalazło się też kilka wiadomości od Adama. Zerknęłam na nie tylko, ale po przeczytaniu dwóch, gdzie pierwsza informowała o tym, że nadal mnie kocha, a kolejna, że jestem bezduszna, bo złamałam mu serce, wyrzuciłam je do kosza. Odłożyłam telefon i spojrzałam w sufit. Nie wiedziałam zupełnie, co mam myśleć, co teraz będzie pod względem mojego zdrowia, więc nie zamierzałam zawracać sobie głowy jego rozchwianiem emocjonalnym. Następne wiadomości mogły już brzmieć bardziej agresywnie, jak znam jego możliwości. Musiałam się teraz przede wszystkim skupić na sobie. Nie wiedziałam, jak to jest żyć bez bólu.

Czy właśnie tak teraz będzie? W końcu, po tylu latach?, zastanawiałam się, ale nie mogłam sobie tego wyobrazić. Najwidoczniej zasnęłam, bo o siódmej rano obudziła mnie położna, która przyszła sprawdzić ciśnienie i wymienić kroplówkę.

– Jak tam się czujesz, słoneczko? – wyświergotała, wieszając butlę z nieznanym mi płynem.

– Dobrze, a przynajmniej tak mi się wydaje. Boli jeszcze, ale to pewnie po prostu przez operację – wyszeptałam zawstydzona, że w sumie po co narzekam.

– Taaaak, spokojnie, dziecko. To wszystko, co czujesz, powinno minąć w przeciągu maksymalnie dwóch tygodni.

– Och, to dobrze, dziękuję pani.

I znów zostałam sama na sali. Odkryłam pościel, by móc przyjrzeć się mojemu brzuchowi. Charakterystyczne plastry znów pojawiły się w podobnych miejscach, co przy ostatniej operacji. Spomiędzy moich nóg wystawał długi wężyk, informujący o tym, że mam założony cewnik. Gdy sobie to uświadomiłam, mimowolnie się wzdrygnęłam, przypominając sobie poprzednie doświadczenia z nim związane. Szybko odepchnęłam te myśli na bok i zaczęłam dotykać swojego nienaturalnie wyglądającego brzucha. W środku wciąż jeszcze były gazy, które wpuszczane są, by uwidocznić operatorowi narządy podczas laparoskopii. Poza tym wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnęłam się w duchu i nawet nie wiem, kiedy znów zasnęłam.

Obudził mnie dźwięk zamykanych drzwi i automatycznie otworzyłam oczy. Przy moim łóżku stał nie kto inny, jak sam ordynator oddziału ginekologii, który mnie operował.

– Pani Nikolu, zaproszę panią ze mną do gabinetu.

– Och, dobrze, panie doktorze. Tylko jak mam to zrobić? Mam iść z cewnikiem? – zapytałam, wskazując niepewnym wzrokiem na worek wiszący koło mojego łóżka.

– O, nie, nie. Już wołam położną, by go pani wyciągnęła. – Szybko obrócił się i wychylił na korytarz.

Machnął do kogoś ręką i za chwilę w progu pojawiła się ta sama położna, która podłączała mi niedawno kroplówkę.

– Kochanie, wyciągnę ci cewnik. Poczujesz drobne ukłucie, a za chwilę ulgę. To naprawdę nic nie boli. Będę delikatna.

Uśmiechnęła się czule, a mnie, choć żołądek miałam przecież zupełnie pusty, jego treść podeszła do gardła. Zdołałam się zdobyć tylko na kiwnięcie głową, gdy podeszła do mnie i szybkim ruchem odsłoniła kołdrę. Zamknęłam oczy i odruchowo zacisnęłam ręce w pięści, trzymając usilnie kołdrę, jakby miała mnie uchronić przed tym, co miało się zaraz wydarzyć. Będzie dobrze, będzie dobrze, powtarzałam sobie w głowie jak mantrę. Poczułam nagłe ukłucie i byłam gotowa na rozlanie się bólu, ale on w kilka sekund ulotnił się, tak jak wspomniała położna. Jakby go nigdy nie było. Otworzyłam oczy i buzię ze zdziwienia.

– To już? – zapytałam.

– Tak, już po wszystkim, słoneczko. Możesz iść do ordynatora na wizytę. – Uśmiechnęła się i zniknęła za progiem.

Usiadłam powoli na łóżku wciąż jeszcze otumaniona, nie mogąc uwierzyć, że tym razem nie było żadnych przygód z pęcherzem. Tak bardzo się tego obawiałam!

Posiedziałam chwilę, by ocenić sytuację mojego samopoczucia, i postanowiłam stanąć na nogi, poczułam tym samym, jak ból rozprzestrzenił się gdzieś w moim brzuchu.

– Aałaaaaaa – syknęłam pod nosem, ale nie zamierzałam się poddać.

Oparłam się ręką o ramę łóżka i postanowiłam trwać w tej pozycji kilka minut, by organizm znów się nie zbuntował.

Droga do gabinetu zdawała się trwać wieczność, jak na złość ordynator musiał zająć ten na samym końcu korytarza. Gdy doczłapałam tam wreszcie, zapukałam do drzwi i usłyszałam zaproszenie, aby wejść do środka.

W tym pomieszczeniu było równie nowocześnie co w pozostałej części szpitala. Ordynator jednak przemycił kilka elementów, które wskazywać by mogły, że pracuje tutaj od wielu lat.

– Proszę, pani Nikolu, od razu proszę położyć się na kozetce, bo chciałbym panią zbadać – powiedział, wskazując łóżko.

Położyłam się posłusznie, nie ukrywając, że kosztowało mnie to nieco wysiłku. Podniósł lekko do góry moją pidżamę i zaczął badać mój brzuch. W milczeniu przyglądał się mu, uciskając w dziwnych miejscach, a ja nie wiedziałam, czy mam się odzywać, skoro o nic nie pytał. Każdy jego ucisk sprawiał, że moje wnętrzności skręcały się w jeszcze większym bólu, czułam jak niczym prąd dociera gdzieś do okolicy kości ogonowej, sprawiając, że miałam ochotę wygiąć się nienaturalnie.

– Dobrze, teraz zrobię pani USG. Niestety może trochę boleć, ale postaram się być bardzo delikatny.

Nie mylił się, i to badanie było dla mnie istnym horrorem. Każdy ruch głowicy powodował uczucie, jakby moje wnętrzności zaczynały palić się żywym ogniem. Na szczęście badanie nie trwało długo, ale i tak byłam wykończona tym doświadczeniem. Na tyle, że gdy skończył, postanowiłam poleżeć na kozetce jeszcze chwilę, łudząc się, że dojdę choć trochę do siebie po tym przeżyciu.

– Zlecę zaraz dodatkową kroplówkę. Proszę usiąść – powiedział, jakby czytając mi w myślach, i tym razem wskazał krzesło na przeciwko biurka.

Posłusznie zajęłam je, próbując usiąść jakoś tak, aby było mi wygodnie choć w minimalnym stopniu. Niestety okazało się to niemożliwe, więc przybrałam dziwną wygiętą pozycję, modląc się w duchu, by wypuścił mnie z gabinetu jak najszybciej. Ledwo byłam w stanie przetwarzać to, co do mnie mówił.

– Powiem szczerze, że nie widziałem jeszcze tak rozległej endometriozy. Nie miała pani dużych zmian, a mnóstwo małych, jakby ktoś posypał pieprzem narządy, co znacznie utrudniało zadanie. Niemniej jednak większość została usunięta, dlatego nie powinna pani już odczuwać żadnych dolegliwości. Przepisuję też lek hormonalny, Visanne, i musi go brać pani w ciągu, bez przerwy na miesiączkowanie. To będzie miało za zadanie zahamować postęp choroby.

Skinęłam głową, uśmiechnęłam się blado, a ostatnie co pamiętam, to rozmywający się obraz i nagłą ciemność, która zdawała się mnie wciągać w swoją otchłań. Gdy otworzyłam oczy, znajdowałam się znów w swoim szpitalnym łóżku, a wizyta w gabinecie ordynatora wydawała się rozmazana, niczym sen.

Czy to naprawdę się wydarzyło, czy był to tylko sen?, pomyślałam, rozglądając się na boki. Tym samym dostrzegłam, że mam współlokatorkę. Musiała zostać przyjęta na oddział wtedy, gdy spałam. Nie mogłam sobie przypomnieć, co dokładnie się wydarzyło. Dostrzegłam też, że mam podłączoną kroplówkę, i faktycznie – nie odczuwałam żadnego bólu. Zdążyłam pomyśleć, że może jednak rzeczywiście to wszystko było wytworem mojej wyobraźni, gdy do pomieszczenia wszedł ordynator, a za nim pospiesznie położna.

– Jak się pani czuje, pani Nikolu? Niezłego stracha nam pani napędziła. Ledwo zdążyłem panią złapać, by nie upadła pani na podłogę.

A ja znów zdobyłam się tylko na rozdziawienie buzi w nieukrywanym szoku, że jednak nie był to tylko sen.

– Tak… już jest lepiej – wyszeptałam po chwili, gdy dotarło do mnie, że czeka na odpowiedź na swoje pytanie.

– To dobrze. Jutro wypuścimy panią do domu, jeśli oczywiście ta sytuacja się nie powtórzy. Jednak biorę na siebie pełną odpowiedzialność za pani stan, mogłem poczekać z badaniem do jutra. Niemniej jednak cieszę się, że już jest lepiej, kroplówka działa. – Te ostatnie zdanie wypowiadał, cofając się i wychodząc z pomieszczenia.

Sięgnęłam po telefon, by napisać do mamy i Cezarego o moim planowanym jutrzejszym wyjściu do domu. Nie chciałam im na razie mówić, że zemdlałam, a na pewno nie przez esemesa. Oczywiście na ekranie komórki dostrzegłam mnóstwo nieodebranych połączeń od wcześniej wspomnianego szefa, kilka wiadomości od Czarka i od mamy. Szybko przeszłam do tych od mojego chłopaka i wystukałam informację o możliwym wypisaniu mnie jutro do domu. Podobną wiadomość napisałam mamie, a po chwili do obojga napisałam, że idę spać. Czarek obiecał przyjechać do mnie po pracy, więc miałam jeszcze dobre trzy, może cztery godziny na drzemkę. Byłam wycieńczona, dobił mnie też fakt, że to, co wzięłam za zły sen, było prawdą. Nie zdążyłam się jednak dobrze zastanowić nad sensem słów, które wypowiedział do mnie lekarz, bo bardzo szybko odpłynęłam.

Nie spałam jednak zbyt długo, bo obudziła mnie starsza kobieta, która oznajmiła, że jest pora obiadowa. Uświadomiłam sobie, że od prawie dwóch dni nic nie jadłam. Automatycznie zaburczało mi w brzuchu. I choć nie były to potrawy, które zwaliłyby mnie z nóg, to zjadłam cały talerz zupy oraz drugie danie, co rzadko mi się zdarza. Znów zebrało mi się na sen, więc ponownie zamknęłam oczy, ale natarczywe myśli nie chciały opuścić mojej głowy. Najpierw rozmarzyłam się, że w końcu będę mogła siedzieć dłuższy czas bez spuchniętego brzucha, ale później jak bomba wpadły do mojej głowy słowa lekarza, że nie wszystkie zmiany zostały usunięte. Chociaż powiedział, że nie powinnam już odczuwać żadnych dolegliwości, mój mózg niekontrolowanie przeszedł w tryb bombardowania mnie strasznymi scenariuszami.

Musiałam zasnąć, bo obudził mnie dotyk zimnej dłoni i jak oparzona prawie że zerwałam się z łóżka. Syknęłam z bólu, ponieważ mimo wszystko nieznacznie udało mi się podnieść. Jak się okazało, był to Cezary, tym samym uświadomiłam sobie, że jest już późno.

– Ojej… Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć… – powiedział, kucając przy moim łóżku i głaszcząc mnie po głowie. – Jesteś cała mokra… – dodał po chwili.

– Tak, jejku, miałam jakieś straszne koszmary. Wstałabym bardzo chętnie i poszła się umyć. Pomożesz mi?

– Pewnie, chodź. Tylko powolutku.

Cieszyłam się, że mi pomógł, bo sama zdecydowanie nie dałabym sobie rady. Upokarzał mnie fakt, że musiał nawet pomóc mi się namydlić, bo ja trzymałam jedną ręką kroplówkę, a drugą opierałam się na poręczy, modląc się, by znów nie zemdleć. Na szczęście udało się bez takich atrakcji. Pomógł mi ostrożnie założyć piżamę. Powolnym krokiem, stawiając stopę przy stopie, udało mi się dotrzeć do łóżka, oczywiście wspierając się na silnym ramieniu Czarka.

– Dziękuję… i przepraszam… – powiedziałam zawstydzona, gdy już się położyłam.

– Za co ty mnie przepraszasz, dziewczyno…

Uśmiechnęłam się blado i zaczęłam relacjonować to, co wydarzyło się od samego rana. Gdy doszłam do części, w której oznajmiłam, że zemdlałam, Czarek otwierał buzię coraz szerzej.

– O matko… – wyszeptał.

– Ale już jest dobrze, zobacz nawet podreptałam do łazienki. Co prawda bez twojej pomocy by się nie udało, ale baby steps.

Przytulił mnie mocno i wpatrywaliśmy się w siebie w ciszy przez chwilę. Nasze spojrzenia mówiły więcej niż milion słów.

Ostatnia noc na oddziale minęła zaskakująco szybko, ale na pewno dzięki temu, że dostawałam jedną kroplówkę za drugą, więc zupełnie nie czułam bólu. Byłam tylko przeraźliwie zmęczona, przespałam większość tego czasu. Gdy rano obudziła mnie położna, która podeszła do mojej kroplówki, dostrzegłam, że nie mam po drugiej stronie nowej, tak jak dotychczas. Przeraziłam się i musiała dostrzec to w moich oczach, bo powiedziała:

– Idziesz do domku dzisiaj, więc nie będziemy cię już faszerować lekami. Jakoś koło jedenastej powinnaś mieć już wypis.

– Och, to cudownie! – Ta informacja przyćmiła mi ogląd sytuacji, ale w tamtym momencie w ogóle się to nie liczyło.

Zaczęłam szukać swojego telefonu, by zadzwonić szybko do Czarka. Gdy usłyszałam sygnał, zorientowałam się, że musi być jakoś szósta rano, co oznacza, że on pewnie jeszcze śpi. Prędko się rozłączyłam, ale na moje nieszczęście telefon musiał mu zadzwonić, bo za nie mniej niż sekundę to mój aparat zaczął wibrować, anonsując nowe połączenie.

– Przepraszam, totalnie straciłam poczucie czasu – powiedziałam.

– Co się stało? – powiedział jednocześnie ze mną.

– Nic, zupełnie nic! Chciałam dać znać, że koło jedenastej mogę mieć już wypis ze szpitala. Położna mi powiedziała przed chwilą, gdy ściągała mi kroplówkę, i odruchowo sięgnęłam po telefon, ale kompletnie nie zajarzyłam, która jest godzina. Strasznie cię przepraszam – wystrzeliłam jak z karabinu.

– Spokojnie, dobrze, że dzwonisz, to ja od razu dam szefowi znać, że potrzebuję dzisiaj wyjść wcześniej. Nie wiem tylko, czy będę mógł z tobą zostać, ale na pewno cię odbiorę.

Następny telefon, jaki wykonałam, był do mamy, tutaj miałam już pewność, że nie śpi. I nie myliłam się. Zaoferowała się oczywiście, że przyjedzie do mnie po pracy, ale ja nie miałam na to siły. Marzyłam tylko, by położyć się we własnym łóżku i wtulić w moją cudowną Tosię. No właśnie, Tosia… Jejku, jak ja za nią tęsknię…, pomyślałam i łezka zakręciła mi się w oku. Kochałam tego zwierzaka nade wszystko. Tosia była ze mną w bardzo trudnych momentach mojego życia i wiedziałam, że i tym razem nie zawiedzie mnie jej towarzystwo.

Rozmyślania przerwał mi ordynator, który postanowił przyjść i zapytać, jak się dziś czuję. Potwierdziłam, że znacznie lepiej, na co skinął głową i uśmiechnął się. Nie zdążyłam jednak zapytać, o której stąd wyjdę. Umówiłam się z Czarkiem, że napiszę mu esemesa, to ruszy z pracy. Podejrzewał, że będzie musiał tam później wrócić, ale cieszyłam się z tego powodu, bo nie chciałam, by siedział nade mną bezczynnie. Najważniejsze, aby pomógł mi wejść po schodach, tego bałam się najbardziej.

Niestety minęła jedenasta, a ja nadal nie otrzymałam wypisu. Położna poinformowała mnie, że ordynator musiał udać się na jakąś nagłą operację, stąd opóźnienie. Choć było mi smutno, postanowiłam ten czas spożytkować na chodzenie w kółko po korytarzu. Gdyby nie fakt, że zemdlałam dnia poprzedniego, to kazano by mi to zrobić już wczoraj, tak że nadrabiałam zaległości. W życiu jednak nie przypuszczałam, że pokonanie korytarza, który miał może sto metrów, sprawi mi tak ogromny kłopot. Co rusz musiałam przystanąć, by złapać się poręczy, bo inaczej znów mogłoby się to skończyć omdleniem, a tym razem nie za bardzo miał mnie kto złapać.

Trzy długości pokonałam w zaskakującym tempie czterdziestu minut i się poddałam. Gdy już zmierzałam w stronę swojej sali, z drugiego końca korytarza zawołał mnie ordynator, machając ręką zapraszająco. Przeklęłam go w duchu, bo byłam tam jakieś dziesięć minut temu, a teraz czeka mnie ponowne pokonanie prawie całej długości korytarza. Przyspieszyłam jednak, bo liczyłam na to, że chce mi wręczyć wypis ze szpitala. Nie myliłam się, ponieważ gdy tylko przekroczyłam próg gabinetu, podał mi dokument.

– Tutaj ma pani wszystko opisane, gdzie dokładnie znajdowała się endometrioza. Trochę roboty z panią miałem, ale teraz powinno być już dobrze – powiedział, uśmiechając się.

– To znaczy, że już mogę iść do domu? – postanowiłam się upewnić.

– Tak, tak, tutaj ma pani wypis, więc może pani śmiało iść do domu.

Poczułam, jak szczęście wypełnia moje całe ciało, więc uśmiechnęłam się, podziękowałam i prędko obróciłam się w stronę drzwi. Ból już zdawał się nie istnieć, liczyło się tylko to, że mogę stąd wyjść.

Gdy tylko dotarłam do sali, chwyciłam za telefon, który pokazywał siedemnaście nieodebranych połączeń od mojego szefa. Westchnęłam ciężko, postanawiając zadzwonić do niego, gdy tylko będę poza szpitalem.

Po napisaniu esemesów zarówno do mamy, jak i Czarka, przystąpiłam do pakowania się, a przynajmniej taki miałam zamiar. Nie spodziewałam się jednak, że będę miała taki problem ze schylaniem się. W momencie, gdy chciałam sięgnąć po torbę, którą najpewniej Czarek umieścił pod łóżkiem, zrobiło mi się ciemno przed oczami. W ostatnim momencie zdążyłam chwycić się ramy łóżka, inaczej upadłabym na ziemię. Tym samym dostałam znak od mojego ciała, że nie jest gotowe – normalne ruchy okazały się dla mnie zbyt intensywne. Poddałam się, opróżniłam tylko szafkę, by nie zapomnieć niczego, co tam schowałam, i położyłam się do łóżka.

Czarek przyjechał trzydzieści minut po tym, jak napisałam mu wiadomość. Pomógł mi się spakować i założyć buty, bo okazało się, że tego również nie jestem w stanie zrobić, a co dopiero zawiązać sznurówki. Aż tak źle nie było po poprzedniej operacji, zdążyłam pomyśleć.

Zejście po schodach było czymś niewyobrażalnym, a na moje nieszczęście winda uległa awarii. Czarek zaproponował mi, że zniesie mnie, ale choć było to kuszące, to niemożliwe do wykonania, ponieważ taka pozycja zgniotłaby mój już i tak biedny brzuch. Zapadła więc decyzja, że zrobię to o własnych siłach.

Oddział ginekologii oczywiście musiał się znajdować na ostatnim piętrze. Nie będąc nawet w połowie, myślałam, że wyzionę ducha. Czułam się, jakbym przebiegła maraton w jakiejś dziwnej dyscyplinie, która przy okazji biegu raziła mnie prądem w brzuch. Ból był nie do zniesienia.

Gdy tak staliśmy na półpiętrze, dostrzegła nas pielęgniarka z oddziału niżej i poinformowała, że winda działa, tylko ktoś musiał na górze nie ściągnąć kartki. Przeklęłam tę osobę w duchu, ale tylko chwilę byłam zła, bo odetchnęłam mimo wszystko z ulgą, że mam nieco odpoczynku przed wejściem na drugie piętro w naszym bloku. A tam nie miała jak mnie poratować winda, ponieważ jej nie było.

Czarek musiał zaparkować daleko od wejścia, więc zostawił mnie przed wejściem do szpitala i pobiegł prędko po auto, by podjechać pod sam mój nos. Byłam mu za to bardzo, ale to bardzo wdzięczna.

Mieszkaliśmy w niedalekiej odległości od szpitala, więc w niespełna dziesięć minut byliśmy już na naszym osiedlu, co przyjęłam z ogromną ulgą. Nie mogłam się doczekać, aż znajdę się na kanapie wtulona w słodką kicię. Pozostawała tylko kwestia wejścia na drugie piętro bloku. Czarek musiał mnie zostawić pod klatką i jechać dalej szukać miejsca parkingowego, co nie było niestety łatwym zadaniem. Ja postanowiłam nie czekać na niego, tylko już powoli wchodzić po schodach do domu.

Wpisałam kod do klatki i drzwi ustąpiły. Już na samym dole słyszałam miauczenie mojej Tosi, która słysząc dźwięk otwieranego domofonu, za każdym razem żałośnie lamentuje, że za wolno kierujemy się do mieszkania. Tym razem niestety miało to potrwać znacznie dłużej niż dotychczas. Podeszłam do schodów, które wydawały mi się większe niż na co dzień. Wzięłam głęboki oddech i powolutku podniosłam prawą nogę do góry. Zaczęłam się wspinać. Uff, okej, cztery stopnie za mną, jeszcze tylko jakieś trzydzieści i jesteśmy w domu, pomyślałam. Gdy weszłam na półpiętro, na klatce pojawił się już Czarek z moją torbą na ramieniu i zgrabnym ruchem szybko znalazł się obok mnie.

– Chodź, pomogę ci – powiedział.

– Nieee, nie. Idź do góry, bo Tośka zaraz nam tam jajko zniesie. Ja muszę po swojemu, pomalutku. Dam sobie radę.

– Na pewno?

– Miliard procent – zapewniłam go.

Minął mnie i za chwilę zniknął z mojego pola widzenia. Wzięłam kolejny (miałam wrażenie, że jeszcze głębszy) oddech i wróciłam do wspinaczki. Gdy w końcu dotarłam do drzwi wejściowych do mieszkania, byłam już cała zlana potem. W progu zdjęłam kurtkę i buty. Przytrzymując się framugi, schyliłam się, by pogłaskać moją słodką kicię, która już kręciła kółka wokół moich nóg. Na moment niestety zapomniałam, że jestem po operacji i gdy tylko zaczęłam się schylać, poczułam przeszywający ból, jakby ktoś poraził mnie prądem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale w porę zareagował Cezary, który złapał mnie i uchronił przed upadkiem.

– Skarbie, musisz pamiętać, by nie robić takich nagłych ruchów. A już na pewno nie w ciągu kilku najbliższych dni – westchnął.

Nie miałam siły nawet mu odpowiedzieć, więc skinęłam głową. Ból nie ustępował i byłam nim już bardzo zmęczona. Chciałam się jednak mimo wszystko umyć we własnej łazience, zanim położę się spać. Problem polegał na tym, że stanowczo potrzebowałam wsparcia Czarka, gdyż nie posiadaliśmy prysznica, a wannę.

– Chcesz się może od razu umyć, póki jeszcze jestem w domu? – zapytał, jakby czytając w moich myślach.

Ochoczo kiwnęłam głową, co również sprawiło, że pojawiły mi się mroczki przed oczami. Na moje szczęście Czarek znów to zauważył i mocniej mnie przytrzymał. A mnie nie opuszczało poczucie, że jest zupełnie inaczej niż poprzedniej operacji.

Czarek pomógł mi się rozebrać i jakimś cudem weszłam do wanny. Wyzwaniem okazało się nawet to, aby w niej usiąść. Po trzech próbach znalezienia sposobu, by zrobić to jak najmniej bezboleśnie, postawiłam na szybki prysznic na stojąco w wannie, bo nie byłam w stanie usiedzieć w jakiejkolwiek pozycji. Liczyłam na to, że następnego dnia będzie już o wiele lepiej. Po chwili byłam już ubrana w piżamę, oczywiście z pomocą Cezarego. Nasza sypialnia znajdowała się na poddaszu, ale na szczęście na dole mieliśmy rozkładaną kanapę, na której postanowiłam koczować przez kilka najbliższych dni. Gdy tylko się położyłam, Czarek założył mi skarpetki, przyniósł herbatę, leki przeciwbólowe oraz termofor. Kicia od razu, gdy przykryłam się kołdrą, przyszła się poprzytulać, więc mimo ciężkiego stanu byłam bardzo szczęśliwa.

Cezary co najmniej dziesięć razy zapytał, czy na pewno ma jechać do pracy. W jego oczach było widać ogromną troskę, ale ja upierałam się przy swoim, wiedząc, że zaraz momentalnie zasnę. Ucałował nas obie i wyszedł, a ja, tak jak przypuszczałam, zamknęłam oczy i odpłynęłam w sekundę.

Obudziłam się, jak się okazało, po sześciu godzinach snu. Czarek już dawno zdążył wrócić z pracy i siedział na podłodze obok kanapy, zapewne dlatego, że zajęłam jej znaczną część i nie chciał mnie przesuwać, by nie przysporzyć mi dodatkowego cierpienia.

– Hej – wychrypiałam.

– Och, hej. Jak się czujesz?

– Głupie pytanie… – powiedziałam i natychmiast zrobiłam się wściekła, bo przecież powinien wiedzieć, że źle.

– Okej… Pomóc ci coś, przynieść może? – Nie ustępował z troską.

– Nie, dam sobie radę – ucięłam i próbowałam się podnieść o własnych siłach.

Czarek momentalnie znalazł się przy moim boku i usiłował w jakiś sposób mi pomóc, przyniosło to jednak odwrotny skutek, a przynajmniej tak mi się wydawało.

– Zostaw, dam radę sama – syknęłam z bólu, poddając się i pozostając w pozycji półleżącej.

Czułam, że coś jest nie tak. Tak strasznie bolało mnie dosłownie wszystko, jakby moje wnętrzności paliły się żywym ogniem. A im bardziej mnie bolało, tym większa ogarniała mnie wściekłość. Nie tak to sobie wszystko wyobrażałam, ale może po prostu ta operacja była poważniejsza niż poprzednia?, pomyślałam i poprosiłam Czarka, aby podał mi wypis. Posłusznie sięgnął do mojej torby, którą przywieźliśmy ze szpitala. Okazało się, że zdążył już z niej wszystko wypakować i załadować do prania. Pozostawił w niej tylko kosmetyki, bo nie wiedział, gdzie je włożyć.

– Dziękuję – bąknęłam jakby od niechcenia, wyciągając rękę po torbę.

– Co chcesz zobaczyć?

– Nie wiem. Tak mnie boli, że zaraz oszaleję. Chcę przeczytać, co on mi tam zrobił, że zamiast czuć się lepiej, mam ochotę wyskoczyć przez okno – wycedziłam przez zęby, kierując całą swoją złość i frustrację w kierunku Czarka.

Gdy znalazłam wypis w torbie, prędko zaczęłam go czytać. Niestety nie rozumiałam z niego zbyt wiele. W oczy rzuciło mi się rozpoznanie, które informowało, że mam endometriozę II stopnia w skali ASRM.

– Otrzewna? Więzadło szerokie? Co to w ogóle jest… – mówiłam do siebie pod nosem.

Czarek za to od razu przeszedł do działania i po prostu wpisał te słowa w Google.

– Otrzewna to błona surowicza, która wyściela wewnętrzną powierzchnię jamy brzusznej i jamę miednicy. Tak mówi Google, a w sumie bardziej Wikipedia – poinformował. – A więzadło szerokie według Wikipedii to w anatomii człowieka poprzeczny fałd tkanki łącznej, składający się z dwóch blaszek otrzewnej przechodzącej z boków macicy na ściany miednicy mniejszej. Czyli to wszystko jest ze sobą połączone, tak przypuszczam – to ostatnie powiedział bardziej do siebie, niż do mnie.

– Okej… napisane jest, że miałam tam liczne ogniska endometriozy, które skoagulowano. Zobacz jeszcze, co to ostatnie słowo znaczy.

– To już nie takie proste, ale znalazłem coś. Tłumacząc na nasze, to coś jakby ścięcie tych zmian za pomocą prądu. Czyli napisano na tym wypisie, jak usunęli te zmiany.

– Okej…

– To w sumie dobrze, że wszystkie skoagulowano?

– Tak, tak… – powiedziałam, odkładając na bok wypis, ale wciąż miałam poczucie, że coś jednak poszło źle.

Po tygodniu od operacji powoli dochodziłam do siebie, a dolegliwości po zabiegu stopniowo ustępowały. Nie opuszczał mnie jednak palący ból, brzuch był obolały i opuchnięty. Byłam wykończona, a do tego wszystkiego dzień w dzień wydzwaniał do mnie szef, ponieważ miał kontrolę z ZUS-u, na którą zdecydowanie nie był przygotowany.

– Pani Nikolu, nie prosiłbym o wsparcie, gdybym nie musiał. Przyśle pani kogoś po dokumenty, to tylko uszeregowanie wszystkiego i rozeznanie, czego brakuje.

– Dobrze – powiedziałam, bo nie miałam innego wyjścia.

Tym sposobem następnego dnia Czarek przywiózł mi zaskakująco dużą stertę dokumentów. Gdy wchodził do mieszkania z wielkim kartonem, otworzyłam tylko szeroko buzię z niedowierzania.

– Ha, a to jeszcze nie koniec. Drugi taki sam mam w bagażniku – powiedział, śmiejąc się i tym samym wyrażając swoje współczucie.

Nie mogłam uwierzyć, że aż tyle dokumentów miałam sprawdzić. Byłam tydzień po operacji, która w moim mniemaniu była dość poważna, a teraz miałam pochylić się nad dwoma pokaźnymi stertami papierów. Usadowiłam się na podłodze, bo nie miałam pomysłu, gdzie indziej miałabym je przejrzeć. Otworzyłam jeden karton i, tak jak się spodziewałam, był wypełniony po same brzegi.

– Nie wierzę… – wyszeptałam.

– To wyobraź sobie moją minę, gdy zobaczyłem te kartony. Co to w ogóle za gościu dziwny jest. Ma kontrolę z ZUS-u, a każe wykonywać pracę komuś, kto jest na zwolnieniu lekarskim. Przecież to mobbing.

– Łatwo ci mówić, ja nie mam zbytnio pola manewru, jeśli chodzi o pracę. Tobie się udało, no i nie jesteś ciągle na zwolnieniach, tak jak ja. Więcej mnie nie ma, niż jestem, więc chociaż tyle zrobię.

Czarek wycofał się tylko, nawet nie komentując mojego ataku. Byłam wściekła, bo jak mógł tak powiedzieć. Wiem, że nie było to normalne, ale tak bardzo bałam się, że stracę tę pracę. A poza wybrykami szefa było mi tam bardzo wygodnie. Siedziałam całymi dniami z termoforem na kolanach i mogłam jakoś funkcjonować. Faceci mają łatwiej, pomyślałam i w ciszy zabrałam się do pracy.

Po niespełna godzinie podłoga naszego pokoju zapełniona była dokumentami, które starałam się jakoś ułożyć. Oczywiście podczas ich weryfikowania dodatkowo okazało się, że są kompletnie pomieszane, zatem przed sprawdzeniem ich poprawności i kompletności musiałam je najpierw posegregować, co nie było łatwe.

– Uśmiech – powiedział Czarek, a ja bezwiednie odwróciłam się w jego stronę. – Mam dowód rzeczowy, jakbyś kiedyś chciała iść do Sądu Pracy czy coś. – Zaśmiał się.

Ja też się zaśmiałam i w tym momencie poczułam, jak schodzi ze mnie całe napięcie. Nieświadomie napięłam całe swoje ciało i gdy tylko pozwoliłam sobie na odpuszczenie, pojawił się również ból. Przeszył mnie na wskroś, od kości ogonowej promieniując w każdą możliwą stronę. Syknęłam tylko z bólu, powoli położyłam się na dywanie i zaczęłam płakać.

– Nienawidzę mojego życia, nienawidzę tego, jak się czuję. Coś jest nie tak, bardzo nie tak. Po ostatniej operacji już dwa dni później byłam co prawda obolała, ale przecież siedziałam przy wigilijnym stole. A teraz? Ledwo żyję – szlochałam i pokazałam mu brzuch, który ewidentnie napęczniał.

– Tak mi się właśnie wydawało – powiedział Czarek smutnym tonem. – Może pójdziesz do tego lekarza, który cię operował? Tego ordynatora? Musi przyjmować prywatnie.

– Och, w sumie nie jest to głupi pomysł, masz rację. Umówię się jutro na wizytę – powiedziałam z nadzieją w głosie, ocierając łzy z policzków.

Następnego dnia wpisałam w wyszukiwarkę nazwisko lekarza, który mnie operował, i szybko natrafiłam na informację o prywatnej praktyce, którą prowadzi w samym centrum Szczecina. Wiele nie myśląc, chwyciłam za telefon i postanowiłam umówić się na wizytę, tak jak sugerował mój chłopak. Jak się okazało, lekarz przyjmował tylko jeden raz w tygodniu, zatem termin, który mi zaproponowano, był dopiero za jakiś czas. Po opisaniu mojej sytuacji pani w rejestracji zdecydowała się porozmawiać z lekarzem i do mnie oddzwonić. Czas oczekiwania dłużył mi się niemiłosiernie, a każdy dźwięk telefonu sprawiał, że podskakiwałam jak poparzona. W większości były to wiadomości od Czarka. Dzwonił też mój szef, upewnić się jak idzie mi weryfikacja dokumentów.

Telefon rozdzwonił się dopiero po kilku godzinach, jednak na szczęście poinformowano mnie, że lekarz zgodził się mnie przyjąć. Był poniedziałek, a wizytę miałam umówioną na czwartek. Nie mogłam się jej doczekać, choć byłam bardzo, ale to bardzo zestresowana. Jak przez mgłę pamiętam uwagę, że nie usunięto wszystkich zmian. Ale później w wypisie takiej informacji nie było, więc zaczęłam zastanawiać się, czy to moja wyobraźnia nie płata mi figli.

Dni wydawały się trwać znacznie dłużej niż dwadzieścia cztery godziny, ale w końcu nastał czwartek. Czarek od razu po pracy przyjechał do domu, by zawieźć mnie na wizytę. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna, choć nie potrafiłam tego okazać.

– Dam radę – powiedziałam nieco ostrzej niż zamierzałam, gdy biegł otworzyć przede mną drzwi od samochodu.

Gdy wykonałam zamaszysty ruch ręką, by otworzyć drzwi, dreszcz przeszedł całe moje ciało, ale nie chciałam okazać przed nim słabości. Już i tak dość widział, a kto chciałby mieć taką dziewczynę, tłumaczyłam sobie. Droga minęła nam w ciszy, a ja usiłowałam zająć jakąkolwiek pozycję, która nie potęgowałaby uczucia, jakby wbijano mi dziesięć sztyletów w brzuch za jednym razem. Tak bardzo byłam skupiona, by nie myśleć o tym, że tak strasznie mnie boli, że nie usłyszałam nawet, gdy Czarek coś powiedział.

– Słyszysz? Wszystko ok? – zapytał z troską.

– Tak, jest okej – skłamałam.

Wysiadłam z auta o własnych siłach, choć przypłaciłam to zawrotem głowy. Oparłam się szybko o bok auta, a Czarek momentalnie znalazł się przy mnie.

– Proszę cię, nie zgrywaj chojraka… – wyszeptał i wziął mnie pod ramię.

Tym razem nie zamierzałam oponować, bo naprawdę czułam się okropnie. Od kilku dni nie miałam też apetytu, nie załatwiłam się, a mój brzuch wyglądał jak pokaźnej wielkości balon. Na moje nieszczęście okazało się, że lekarz przyjmuje na drugim piętrze budynku, w którym nie ma windy, zatem czekało mnie pokonanie klatki schodowej. Dobrze, że przyjechaliśmy wcześniej, pomyślałam i zabrałam się do działania.

Po jakichś dwudziestu minutach znaleźliśmy się na piętrze, a ja byłam mokra od stóp po sam czubek głowy. Była połowa października, więc byłam ubrana już dość ciepło. Gdy tylko dotarliśmy pod gabinet, postanowiłam zdjąć z siebie możliwie najwięcej warstw. Gdy tylko ściągnęłam ostatnią i próbowałam usiąść na plastikowym krzesełku, usłyszałam:

– Pani Nikolu, zapraszam.

Odetchnęłam z ulgą, że nadeszła moja kolej, bo nie wiem, czy zniosłabym jeszcze siedzenie w poczekalni. Podążyłam szybkim krokiem za lekarzem, kierując się w głąb gabinetu. Usadowiłam się na takim samym krześle, jakie było w poczekalni i spojrzałam na lekarza.

– Co panią sprowadza?

– Panie doktorze, coś jest chyba nie tak. Minęły już dwa tygodnie od operacji, a ja czuję, że po samej operacji doszłam do siebie, ale coś innego się dzieje. Nie jestem w stanie określić co, ale bolą mnie całe wnętrzności, jakby ktoś mi je podpalił – załkałam, nie potrafiąc powstrzymać łez, gdy wypowiedziałam to głośno.

– Dobrze, proszę się położyć na kozetce, zbadam panią.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij