Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Tam, gdzie serce twoje - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
Audiobook
36,99 zł
3599 pkt
punktów Virtualo

Tam, gdzie serce twoje - ebook

Laura po latach trudnych doświadczeń wreszcie znajduje w sobie odwagę, by wyrwać się z klatki, jaką stało się jej małżeństwo. Decyzję podejmuje nagle – zostawia wszystko i wyrusza w podróż nad morze, by odzyskać siebie i swoje serce.

Albert przed laty odnalazł prawdziwy skarb. Ukrył go jednak głęboko, podobnie jak własne uczucia. Dopiero u schyłku życia postanawia naprawić wyrządzone krzywdy, lecz szybko przekonuje się, że droga do przebaczenia nie jest prosta.

W niewielkim nadmorskim pensjonacie Laura spotyka ludzi, którzy – tak jak ona – stoją na życiowym rozdrożu. Ich historie splatają się, tworząc opowieść o wyborach, odwadze i poszukiwaniu własnej drogi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-719-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Mam tę moc! Roz­palę to, co się tli… – śpie­wała Laura drżą­cym z emo­cji gło­sem. Choć to była pio­senka z bajki, ide­al­nie paso­wała do jej sytu­acji.

Laura nie­raz się zasta­na­wiała nad feno­me­nem popu­lar­no­ści tego tek­stu. To było coś wię­cej niż tylko ścieżka dźwię­kowa filmu ani­mo­wa­nego. To ukryty mani­fest wszyst­kich kobiet, które są uwię­zione i marzą, by wydo­stać się z pułapki.

Wyjść i zacząć od nowa.

– Mam tę moc… – nuciła coraz odważ­niej. – Wyjdę i zatrza­snę drzwi! – dotarła do naj­moc­niej­szego frag­mentu.

To jedno się nie zga­dzało. Laura zamknęła drzwi cichutko. Była piąta rano. Bała się, że obu­dzi męża. Na to słowa pio­senki by nie pomo­gły. Jesz­cze nie wie­działa, czy ma dość sił, by powie­dzieć mu w oczy, co myśli. Może gdyby sta­nął przed nią, znów by się zła­mała i wró­ciła pokor­nie do domu?

– Ni­gdy wię­cej! – wyszep­tała.

Zamknęła drzwi i sta­nęła na scho­dach wio­dą­cych do pięk­nej rezy­den­cji mło­dego dok­tora Andry­chow­skiego, a pry­wat­nie jej męża, po czym roz­pu­ściła wil­gotne włosy. Może to nie był naj­lep­szy pomysł, by myć je, nie mając czasu na dokładne wysu­sze­nie w ten dość chłodny pora­nek, ale dziś Laura nie zacho­wy­wała się jak roz­sądna żona leka­rza. Chciała znów być sobą. Mokre loki tylko cze­kały, by wypu­ścić je na wol­ność. Natych­miast zaczęły wić się nie­sfor­nie we wszyst­kich kie­run­kach. Abso­lut­nie nie­zgod­nie z obo­wią­zu­jącą modą, że ładne jest to, co pro­ste, wygła­dzone, przy­li­zane.

– A guzik prawda! – wyszep­tała Laura, a krę­cący się wokół niej pies szczek­nął z apro­batą. – Cicho, Drops! – popro­siła i spoj­rzała z nie­po­ko­jem w okno. Solidne rolety chro­niły cenny odpo­czy­nek zna­nego kar­dio­loga. Był ponoć w Kra­ko­wie naj­lep­szy w lecze­niu tego organu, a wła­śnie prze­gry­wał w ser­co­wej spra­wie. Taki para­doks.

Laura po wielu cięż­kich latach zebrała się na odwagę i posta­no­wiła wyrwać z dusz­nej klatki, jaką stało się jej mał­żeń­stwo. Powie­dzieć wresz­cie „stop”.

Moc­niej ści­snęła smycz Dropsa, ale nic to nie pomo­gło. Jej jedyny przy­ja­ciel, ura­do­wany z powodu nad­pro­gra­mo­wej poran­nej eska­pady, ska­kał, jakby miał dostęp do nie­ogra­ni­czo­nych zaso­bów ener­gii. Ani myślał prze­stać.

Samo­chód sąsiada wła­śnie wyjeż­dżał z garażu.

Ide­alna syn­chro­ni­za­cja – pomy­ślała Laura.

Zamie­rzała sko­rzy­stać z szansy, jaką pod­su­wało jej życie. Zła­pała walizkę i wło­żyła pospiesz­nie psa do spe­cjal­nego pojem­nika. Ści­snęła mocno, po czym pobie­gła w tam­tym kie­runku. Włosy falo­wały jej na wie­trze.

* * *

Aniela Andry­chow­ska, teściowa Laury, poru­szyła się nie­spo­koj­nie w pościeli. Śniło jej się, że idzie przez jesienny sad pełen doj­rze­wa­ją­cych jabłek. Schy­lała się co chwila, żeby pozbie­rać leżące w tra­wie owoce. Pró­bo­wała utrzy­mać je w dło­niach, ale było ich za dużo, więc wciąż się wysy­py­wały. Żal było je zosta­wić. Tru­dziła się tak dla synka. Pawe­łek rósł szybko i potrze­bo­wał wita­min. Z dru­giej strony dłu­giej sze­ro­kiej alei szedł wysoki męż­czy­zna, niósł kosz, chciał jej pomóc.

Spała, ale nawet we śnie wie­działa, że on ni­gdy do niej nie dotrze. Będzie tak szedł i szedł całymi godzi­nami i to się nie skoń­czy. Nie pierw­szy raz śniła jej się ta sytu­acja.

Nagle zoba­czyła Laurę, swoją synową. Stała pod drze­wem ubrana w let­nią sukienkę, pro­mienna i szczę­śliwa. Dawno jej takiej nie widziała. W pierw­szej chwili nawet nie mogła jej poznać. To był w tym od lat powta­rza­ją­cym się śnie zde­cy­do­wa­nie nowy ele­ment. I wcale jej się nie spodo­bał.

Aniela obu­dziła się z zim­nym potem skro­plo­nym na czole.

Coś się stało! – pomy­ślała. – Coś bar­dzo złego.

Spoj­rzała na męża, który zawi­nięty w koł­drę chra­pał nie­przy­jem­nie po dru­giej stro­nie łóżka. Stary dok­tor Andry­chow­ski nazy­wany tak dla odróż­nie­nia od swo­jego syna i następcy, czyli mło­dego dok­tora, prze­wró­cił się na drugi bok. Nie zamie­rzała go budzić. I tak nic by nie zro­zu­miał ani nie pomógł.

* * *

– Cichutko, kochany – powie­działa Laura, głasz­cząc sza­le­ją­cego Dropsa. Nie spodo­bało mu się, że został zapa­ko­wany do pojem­nika, ale nie mógł podró­żo­wać luzem. – Ucie­kamy i musimy być dys­kretni – pouczyła go. – Zacho­wy­wać się powścią­gli­wie.

To były jed­nak chyba zbyt wyso­kie wyma­ga­nia. Wesoły z natury kun­de­lek o takich zacho­wa­niach wie­dział nie­wiele. Zwy­kle robił to, na co miał ochotę. Może dla­tego Laura tak bar­dzo go kochała? On jeden był w tym wiel­kim domu wolną istotą. Ostat­nio pogryzł teściowi naj­lep­sze buty, a miał na sumie­niu także o wiele poważ­niej­sze prze­winy. Na przy­kład nasi­kał sta­remu dok­to­rowi na skar­petki. Ewi­dent­nie nie lubił ojca Pawła i trudno się było temu dzi­wić. Wyra­żał wprost emo­cje, któ­rych Laura ni­gdy nie miała odwagi ujaw­nić. Gdyby bowiem mogła, też chęt­nie nasi­kałaby teściowi do butów.

Spoj­rzała jesz­cze raz w okno i wzięła głę­boki oddech. Sąsiad wła­śnie otwie­rał bramę. Musiała biec szyb­ciej. Nad­cho­dził decy­du­jący moment.

Poże­gnała Pawła w myślach.

Miłość jej życia. Wyma­rzony mąż, któ­rego wszy­scy jej zazdro­ścili. Kochała go ogrom­nie. Cze­kała aż sześć lat, by się oświad­czył, choć już dużo wcze­śniej pra­gnęła zało­żyć rodzinę, ponie­waż bała się, że będzie mieć potem pro­blemy z zaj­ściem w ciążę. Ale dosto­so­wała się do jego zawo­do­wych pla­nów. Zno­siła samotne wie­czory, kiedy miał dyżur, jego week­endy spę­dzane na kon­fe­ren­cjach. I wiele innych rze­czy. W końcu ponoć istotą każ­dego dobrego związku jest kom­pro­mis. Laura stała się mistrzy­nią kom­pro­misu. Wzięła go w cało­ści na swoje barki.

Każ­dego dnia prze­ły­kała upo­ko­rze­nia jak tabletki na upo­rczywą cho­robę. Gorz­kie, lecz jej zda­niem konieczne. I wciąż kochała, cze­kała na zmianę, pie­lę­gno­wała w sobie nadzieję, a także wal­czyła z poczu­ciem, że to ona jest wszyst­kiemu winna. Nie speł­nia ocze­ki­wań, nie potrafi dosko­czyć, jest za słaba.

Ale dzi­siaj o czwar­tej nad ranem, o tej magicz­nej porze, kiedy wszystko wygląda na takie, jakie jest naprawdę, coś w niej w końcu pękło.

Pod­jęła decy­zję.

To z tego powodu teraz pra­wie wbie­gła pod koła samo­chodu sąsiada. Musiała wyglą­dać dziw­nie. Z walizką, torbą oraz pojem­ni­kiem, w któ­rym pisz­czał pies. Włosy jej się roz­sy­pały, sza­lik roz­wią­zał. Zupeł­nie nie przy­po­mi­nała tej ele­ganc­kiej żony dok­tora, jaką znali miesz­kańcy osie­dla.

Samo­chód się zatrzy­mał, a Laura wpa­ko­wała się do środka.

Spoj­rzała na męż­czy­znę sie­dzą­cego za kie­row­nicą. Miał dziwną minę.

W kate­go­rii „naj­bar­dziej zasko­czony czło­wiek o poranku” sąsiad Laury miał dziś gwa­ran­to­wane pierw­sze miej­sce.

* * *

Paweł Andry­chow­ski spał spo­koj­nie. Kilka godzin temu skoń­czył ciężki dyżur i teraz łado­wał aku­mu­la­tory przed kolej­nym. Zapewne nazna­czo­nym suk­ce­sami, jak wszystko, co doty­czyło jego zawo­do­wego życia.

Był naj­zdol­niej­szym asy­sten­tem ordy­na­tora kar­dio­lo­gii w dużym kra­kow­skim szpi­talu, a także od pew­nego czasu sakra­menc­kim bucem. Wpraw­dzie tego dru­giego faktu nie zano­to­wano na piśmie ani nie opra­wiono potwier­dze­nia w ładną ramkę, ale rzu­cał się w oczy rów­nie mocno, co pierw­szy.

Wła­ści­wie obie te ścieżki jego życia roz­wi­jały się jed­no­cze­śnie. Paweł zaczy­nał jako młody stu­dent medy­cyny, który uczył się pil­nie, bo pra­gnął zmie­niać świat na lep­szy. Słu­żyć ludziom. W miarę jak roz­krę­cała się jego kariera, rosła też pew­ność sie­bie, potem pycha, by w koń­co­wej fazie prze­mie­nić się w skrajną aro­gan­cję.

Kariera i bycie palan­tem spla­tały się w jego życiu na każ­dym kroku. W sfe­rze zawo­do­wej i pry­wat­nej.

Nad oboma tymi waż­nymi aspek­tami inten­syw­nie pra­co­wał jego ojciec. Wacław Andry­chow­ski z wykształ­ce­nia rów­nież lekarz, obec­nie eme­ry­to­wany, od początku kie­ro­wał karierą syna dumny z jego osią­gnięć tak, że ledwo łapał oddech, gdy o tym opo­wia­dał. Na każ­dym kroku pod­kre­ślał, że Paweł jest kimś wię­cej niż zwy­kli śmier­tel­nicy. Zasłu­guje na naj­wyż­szy podziw, poklask, wręcz uwiel­bie­nie. Budo­wał jego pychę sys­te­ma­tycz­nie i sku­tecz­nie.

Laura nie wie­działa, kiedy Paweł uwie­rzył nie tylko ojcu, lecz także wielu innym ota­cza­ją­cym go oso­bom: pie­lę­gniar­kom, pacjen­tom, ich rodzi­nom, stu­den­tom. Wszyst­kim, któ­rzy go chwa­lili, łapali się jego dłoni na szpi­tal­nym kory­ta­rzu jak ostat­niej deski ratunku. Patrzyli w niego z nadzieją i podzi­wem. Trzy­mał los ich bli­skich w swo­ich dło­niach. Zmiana nie przy­szła z dnia na dzień. Nastę­po­wała stop­niowo. Aż stała się nie­moż­liwa do zatrzy­ma­nia.

Paweł powoli doszedł do wygod­nego wnio­sku, że świat stwo­rzono po to, by on mógł na nim speł­niać swoje zachcianki. A wszy­scy ludzie żyją wyłącz­nie dla­tego, by mu w tym poma­gać. Nie zda­wał sobie z tego sprawy, obu­rzyłby się, gdyby ktoś mu o tym powie­dział, ale pod­świa­do­mie tak wła­śnie czuł. A ponie­waż na tym świe­cie niczego tak naprawdę nie da się ukryć, więc te myśli wydo­sta­wały się na zewnątrz w postaci pogar­dli­wych słów, spoj­rzeń, wyda­wa­nych roz­ka­zów i rosz­cze­nio­wej postawy wobec życia.

Jemu się nale­żało i bar­dzo się dener­wo­wał, gdy się oka­zy­wało, że cze­goś jed­nak nie może dostać.

W pracy wszystko cho­dziło jak dobrze naoli­wiona taśma pro­duk­cyjna. Bez zarzutu. Tylko w domu się sypało. Dla­czego? Tego nie rozu­miał. Zawo­dowo mógł się­gać wysoko i los stał po jego stro­nie. Pry­wat­nie nie mógł speł­nić naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych marzeń.

Wście­kało go to, napeł­niało gory­czą i zło­ścią.

A miało być jesz­cze gorzej.

Spał i nie wie­dział, że życie zamie­rza go znacz­nie moc­niej zasko­czyć. Wła­śnie odbiera mu coś, co uwa­żał dotąd za swoją natu­ralną wła­sność.

* * *

A wszystko to wyda­rzyło się dla­tego, że Laura obu­dziła się dzi­siaj o czwar­tej nad ranem. O tej okrop­nej godzi­nie, kiedy czło­wieka dopa­dają naj­gor­sze smutki, a wszel­kie mecha­ni­zmy obronne zdają się nie dzia­łać.

Chwilę póź­niej sie­działa na brzegu wanny. Nie mogła spać. Czuła cha­rak­te­ry­styczny ból w dole ple­ców. Jesz­cze był cichy. Pul­so­wał tylko deli­kat­nie. Ale znała go. Wie­działa, że wystar­czy wró­cić do łóżka, zasnąć, a on znów przyj­dzie i po raz kolejny znisz­czy wszyst­kie jej marze­nia.

Nie miała siły spro­stać nad­cho­dzą­cemu poran­kowi. Paweł już od kilku dni patrzył na nią z wyraź­nym ocze­ki­wa­niem. Wie­działa, że w coraz więk­szym napię­ciu wypa­truje odpo­wie­dzi. Sta­rał się nie nękać jej cią­głymi pyta­niami, ale i tak świe­ciły mu one na czole niczym świą­teczny neon.

Za to teść nie bawił się w takie deli­kat­no­ści. Dzwo­nił po kilka razy dzien­nie i wypy­ty­wał, jak się Laura czuje. Nie cho­dziło mu oczy­wi­ście wcale o nią. Jej dobro, zdro­wie oraz samo­po­czu­cie to były ostat­nie sprawy, jakimi się inte­re­so­wał. Pra­gnął wyłącz­nie wnuka.

Laura zadrżała. Na samą myśl, że za kilka godzin znów będzie musiała sta­wić czoła zarówno mężowi, jak i teściowi, zoba­czyć w ich oczach to cho­lerne roz­cza­ro­wa­nie, które znała tak dobrze, że mogłaby nary­so­wać, cier­pła jej skóra. Znów zabo­lało w dole ple­ców.

Zaczerp­nęła mocno powie­trza.

– Trzeba oddy­chać – powta­rzała sobie. – To pomaga.

Ale jej nie pomo­gło. Może zawi­nił brak prze­ko­na­nia? Serio trzeba oddy­chać? A po co? Teraz o czwar­tej nad ranem nie znaj­do­wała na to pyta­nie żad­nej dobrej odpo­wie­dzi. W domu było cicho. Paweł odsy­piał ciężki dyżur. Tylko że w końcu się obu­dzi. Dziś miał wolny dzień. Dużo czasu na baczne przy­glą­da­nie się żonie, zada­wa­nie dys­kret­nych w jego mnie­ma­niu pytań, poszu­ki­wa­nie pierw­szych obja­wów. Może była prze­wraż­li­wiona, ale czuła te ukryte dzia­ła­nia w każ­dym jego sło­wie i geście.

Naj­gor­sze było jed­nak nie­wy­po­wie­dziane oskar­że­nie.

To twoja wina! Jesteś moim naj­więk­szym roz­cza­ro­wa­niem!

Paweł ni­gdy wprost tego tak nie ujął. Ale też nie zro­bił niczego, by ją prze­ko­nać, że myśli ina­czej. Za to teść wyra­żał się bar­dzo jasno. W grun­cie rze­czy to było i tak bez zna­cze­nia. Wszy­scy myśleli jed­na­kowo. Cała rodzina Andry­chow­skich.

Laura, ich zda­niem, nie miała nic do roboty. Tylko być dobrą żoną i uro­dzić dziecko. W zamian dostała wszystko. Wspa­nia­łego męża, dom, utrzy­ma­nie, pre­stiż spo­łeczny, dro­gie waka­cje, odpo­wied­nich zna­jo­mych oraz wszel­kie roz­rywki, jakich tylko by sobie życzyła. Na początku miała nawet miłość. Pakiet ide­alny.

Tuż po ślu­bie była bar­dzo szczę­śliwa.

Ale czas pły­nął. Ocze­ki­wa­nia sta­rej lekar­skiej rodziny rosły. Rodzice Pawła mieli tylko jed­nego syna i pra­gnęli teraz gro­mady wnu­ków. Ofe­ro­wali wszel­kie wspar­cie. A przy­naj­mniej tak im się wyda­wało. Ist­niały bowiem sztywne gra­nice, któ­rych nie wolno było prze­kra­czać. Na przy­kład wspo­mi­nać o bada­niach Pawła.

On sam też reago­wał na taką pro­po­zy­cję wiel­kim obu­rze­niem.

– Chyba osza­la­łaś! – Sły­szała za każ­dym razem, kiedy go o to pro­siła. – Mam się spusz­czać do pró­bówki?! To poni­ża­jące. Może jesz­cze w moim szpi­talu, żeby pie­lę­gniarki miały ubaw?! Jestem leka­rzem, sam się potra­fię zba­dać! – wołał ze zło­ścią. – Wiem, że jestem zdrowy. Lepiej ty idź do spe­cja­li­sty.

Cho­dziła. Jeź­dziła. Zapi­sy­wała się. Do wszyst­kich naj­lep­szych w kraju. Nic nie poma­gało. Była zdrowa, a na to nie ma lekar­stwa.

Sta­rali się o dziecko od dzie­się­ciu lat i chyba wresz­cie nale­żało spoj­rzeć w oczy bru­tal­nej praw­dzie, że już im się nie uda. Cała rodzina Pawła i on sam obar­czyli za to pełną odpo­wie­dzial­no­ścią Laurę. Nie umia­łaby już dzi­siaj zli­czyć wszyst­kich prze­pła­ka­nych począt­ków cyklu, które zaczy­nały się krwa­wym bólem. Śnia­dań peł­nych napię­tego mil­cze­nia, zaci­śnię­tych ust męża.

Komen­ta­rzy teścio­wej, że bie­da­czek Pawe­łek, wie­cie, on to nie ma po co wra­cać do domu. Żad­nej tam rado­ści, śmie­chu dzieci, per­spek­tyw na przy­szłość. Dla kogo on, taki wspa­niały, ma pra­co­wać?

Aniela Andry­chow­ska nie zda­wała sobie sprawy, jak okrutne to słowa. Jakby Laura była nikim. Mał­żeń­stwo bez dzieci nie sta­no­wiło żad­nej rodziny. Żona była zale­d­wie pro­chem nie­war­tym strzep­nię­cia. Fakt, że ona cze­kała na męża, nie miał żad­nego zna­cze­nia. Dla niej nie warto było pra­co­wać, ich zwią­zek był nico­ścią. Opcja, by zbu­do­wać dobre życie we dwoje, nie ist­niała.

Widać to było w każ­dej serii ostrych uwag teścia, że kobiety mogą się, jasna sprawa, eman­cy­po­wać, jeśli już koniecz­nie tego chcą, ale, do licha, nie zmie­nia to faktu, że ich pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem jest stwo­rzyć dom i uro­dzić dzieci.

Nie przej­mo­wa­łaby się tym tak bar­dzo, gdyby czuła, że ojciec Pawła mówi wyłącz­nie w swoim imie­niu. Ale mąż ni­gdy nie sta­nął w jej obro­nie, robił tylko głu­pie miny, uśmie­chał się bez­sen­sow­nie, a cza­sem nawet dole­wał oliwy do ognia. Zwłasz­cza kiedy wypił o dwa piwa za dużo lub kilka kie­lisz­ków ulu­bio­nej brandy.

Myślał tak samo jak jego ojciec, to nie ule­gało wąt­pli­wo­ści.

Przy­tak­nął mu ostat­nio na rodzin­nym grillu. Niby roz­mowa doty­czyła kobiet w ogól­no­ści, ale prze­cież wia­domo było, że ma czy­telny pod­tekst.

– Są sprawy na nie­bie i ziemi, które się nie zmie­niają! – wymą­drzał się teść. – Chłop sam dziecka nie uro­dzi. Wia­domo. Więc żona powinna się zabrać do roboty.

A szcze­gól­nie taka, co to wszystko dostała na tacy – tego zakoń­cze­nia łatwo się było domy­ślić. Ich piękny dom wybu­do­wali rodzice Pawła, auto kupił mąż, on też finan­so­wał zde­cy­do­waną więk­szość rodzin­nych wydat­ków. Laura wpraw­dzie pra­co­wała, ale jak to okre­ślał star­szy pan Andry­chow­ski, obra­zu­jąc sprawę peł­nym lek­ce­wa­że­nia mach­nię­ciem dłoni, cóż to była za robota, bar­dziej hobby.

To prawda, przy nauko­wych i medycz­nych osią­gnię­ciach Pawła sprze­da­wa­nie biżu­te­rii w malut­kim skle­pie jubi­ler­skim mogło się wyda­wać niczym. Nie była tam wła­ści­cielką ani nikim waż­nym. Nie miała też żad­nej moż­li­wo­ści awansu. Lubiła jed­nak swoje zaję­cie. Klien­tów i piękne przed­mioty, które sta­ran­nie i ze sma­kiem ukła­dała w gablo­tach. A także swoją sze­fową. Pełną taktu star­szą panią. Choć trzy­mała dystans, była dla Laury jedyną życz­liwą osobą na całym świe­cie.

Praca stała się dla Laury wytchnie­niem i ucieczką. Tam też jed­nak dopa­dały ją domowe smutki.

Ile razy łzy kapały na szklane pod­stawki? Jak czę­sto nie­le­gal­nie ocie­rała oczy szmatką do pole­ro­wa­nia sre­bra? To wie­działa tylko ona. Jak bole­sny był ten ścisk w sercu, gdy do sklepu wcho­dziły mamy z dziećmi. Roz­dzie­ra­jąca tęsk­nota, gdy szła ulicą i wszę­dzie widziała wózki. Ale naj­gor­sze to potę­pie­nie w oczach naj­bliż­szego czło­wieka. Totalny brak wspar­cia i zro­zu­mie­nia. Paweł z coraz więk­szym tru­dem trzy­mał nerwy na wodzy. Czuła, że dziś wykrzy­czy jej to pro­sto w twarz. Że jest jego najwięk­szym roz­cza­ro­wa­niem. To wszystko jej wina.

Jak mawiał teść przy każ­dej oka­zji, młody zastępca ordy­na­tora ma w szpi­talu dzie­siątki dziew­czyn. Mło­dych, zdro­wych, a co naj­waż­niej­sze chęt­nych, by dać mu dzieci i stwo­rzyć wresz­cie praw­dziwą rodzinę. Ta bowiem, którą miał, naj­wy­raź­niej była do niczego, tylko na próbę. Jak brud­no­pis, który wstyd komu­kol­wiek poka­zać.

Laura wyobra­żała sobie, co sta­nie się dzi­siaj. Nie­trudno było to prze­wi­dzieć. Zain­we­sto­wali ostat­nio w bar­dzo dro­gie zastrzyki. Kole­dzy Pawła ścią­gnęli je z jakiejś zagra­nicz­nej kli­niki. Płatne w dola­rach, magiczne, hor­mo­nalne cudo. Ale jak widać, nie podzia­łało. Ból w ple­cach się nasi­lał i już zaczy­nał prze­cho­dzić na brzuch. Był dwu­dzie­sty ósmy dzień cyklu. Jej sys­tem dzia­łał jak w zegarku, a jed­nak nie­sku­tecz­nie.

– Ja bym dla dziecka zro­biła wszystko! – powie­działa jej kie­dyś teściowa.

Nie była to życz­liwa rada kogoś, kto pra­gnie tego samego. Raczej pre­ten­sja, że synowa za mało się stara. Choć naprawdę nikt już nie miał pomy­słu, co jesz­cze Laura mogłaby zro­bić. Godziła się prze­cież na każdą tera­pię. To jej mąż odma­wiał wspar­cia, ale do niego nikt nie miał pre­ten­sji.

Teo­re­tycz­nie matka Pawła powinna ją rozu­mieć. Aniela Andry­chow­ska prze­szła przez to samo. Też kilka lat sta­rała się o ciążę i rów­nież była pod­dana moc­nej pre­sji ze strony swo­ich teściów. Mieli tylko Pawła, choć Laura wie­działa, że oboje chcieli wię­cej dzieci. Anieli musiało być trudno. Mimo tego nie doda­wała swo­jej syno­wej otu­chy. Nie mówiła wiele, w prze­ci­wień­stwie do teścia. Zwy­kle pod­czas rodzin­nych uro­czy­sto­ści sie­działa przy stole i mil­czała. Ale w jej zaci­śnię­tych ustach było tyle nagany i roz­cza­ro­wa­nia, że raniła rów­nie mocno jak za pomocą słów. Patrzyła inten­syw­nie w taki dziwny spo­sób. Jakby cały czas sta­rała się coś prze­ka­zać, a Laura nie umiała tego odczy­tać.

Wszystko to byłoby jed­nak niczym, gdyby sta­no­wili z Paw­łem jed­ność. Wspól­nie sta­wiali temu czoła. Tylko że on, choć skoń­czył medy­cynę i miał w pla­nach dok­to­rat, uwa­żał, że ciąża to kobiecy pro­blem. W gło­wie się nie mie­ściło, że lekarz może mieć takie poglądy. Ale tak wła­śnie było. On, jaśnie­pan zastępca ordy­na­tora, nie raczył się nawet prze­ba­dać. Nie pobrał pró­bek. Nawet cho­dze­nie z żoną na wizyty w takiej spra­wie uwa­żał za ujmę dla swo­jej męsko­ści. Co innego, gdyby zaszła w ciążę, wtedy by jej z dumą towa­rzy­szył. Wysłu­chi­wa­nie jed­nak od innych spe­cja­li­stów, z pew­no­ścią słab­szych niż on sam, któ­rzy tłu­ma­czyli mu, jak ma upra­wiać seks, żeby zwięk­szyć szanse, lub wymą­drzali się na temat trybu życia, to było dla niego za wiele.

Cała odpo­wie­dzial­ność za lecze­nie spa­dła na Laurę. To ona leżała w gabi­ne­tach z roz­ło­żo­nymi nogami i nikt się nie zasta­na­wiał, czy to dla niej kom­for­towe, nikt jej nie doce­niał ani nie współ­czuł. Brała tabletki hor­mo­nalne z listą skut­ków ubocz­nych długą jak lita­nia do naj­bar­dziej opor­nego świę­tego, robiła testy owu­la­cyjne. Prze­szła ope­ra­cję udroż­nie­nia pra­wego jajo­wodu. Na inse­mi­na­cję Paweł się nie zgo­dził. To też było dla niego zbyt upo­ka­rza­jące. Za to Laura pil­nie się szko­liła z napro­tech­no­lo­gii, która wobec jej pro­ble­mów oka­zała się rów­nie nie­sku­teczna jak wszyst­kie inne metody. I co mie­siąc poły­kała w łazience łzy.

A potem uda­wała, że się trzyma. Wal­czy i ma nadzieję.

Dzi­siaj też tak miało być. Zapla­no­wała, że usią­dzie przy stole i będzie się sta­rała opa­no­wać zde­ner­wo­wa­nie. Nie wywo­łać kar­czem­nej awan­tury, która tylko wyczer­py­wała ener­gię, a niczego nowego nie wno­siła. Oboje z Paw­łem znali już wszyst­kie swoje żale na pamięć. Wygła­sza­nie ich na nowo nie miało żad­nego sensu.

Jeśli po cięż­kim poranku zosta­nie jej jesz­cze odro­bina ener­gii i życio­wej siły, to pew­nie zużyje się na kola­cji z teściami. Rodzice Pawła zapro­sili się na dzi­siej­szy wie­czór sami. Znali jej cykl rów­nie dobrze jak ona sama. Wie­dzieli, że się wła­śnie koń­czy. I byli cie­kawi. Tak mocno, że zapewne od pierw­szej chwili, gdy prze­kro­czą próg, będą się wpa­try­wać w jej twarz i szu­kać oznak. Smutku lub rado­ści. Prze­bie­rać nogami z prze­ję­cia. Rzu­cać alu­zjami, że są testy, które wykry­wają nawet bar­dzo wcze­sną ciążę. Teść z pew­no­ścią jeden taki będzie miał ze sobą. Jak nie wię­cej. Każą jej iść do łazienki i zro­bić go na wszelki wypa­dek.

A Paweł zamiast wyrzuć ich wszyst­kich za drzwi z hukiem, obro­nić Laurę, posta­wić jasne gra­nice pry­wat­no­ści, powie­dzieć, że we dwoje też można żyć, są różne drogi do wyboru, będzie sie­dział przy stole, robił głu­pie miny i dawał do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo czuje się roz­cza­ro­wany taką żoną. Jakie to dla niego poświę­ce­nie trwać przy niej.

– Nie wytrzy­mam tego! – powie­działa Laura.

Pierw­sze czer­wone kropki poja­wiły się jej na bie­liź­nie. Jed­nak tym razem nie były oznaką klę­ski, lecz zmiany.ROZDZIAŁ 2

Czy może mnie pan kawa­łek pod­rzu­cić? – zapy­tała Laura, która, gdy zamknęła za sobą drzwi samo­chodu, z całą mocą poczuła nie­zręcz­ność sytu­acji. Zde­ner­wo­wała się tak bar­dzo, że zaczęły jej się trząść ręce.

– Oczy­wi­ście – odparł sąsiad ze spo­ko­jem w gło­sie, po czym spoj­rzał na nią z życz­li­wo­ścią, jakiej się nie spo­dzie­wała. Jakby wszystko rozu­miał. – Dokąd chce pani jechać? – zapy­tał.

– A jak daleko pan się wybiera?

Spoj­rzała na niego czuj­nie. Nawet nie wie­działa, jak on ma na imię. Nie utrzy­my­wała bli­skich kon­tak­tów z sąsia­dami. Zbyt była zajęta mężem, sta­ra­niami o dziecko, pracą i dopiesz­cza­niem wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nych teściów. Koja­rzyła go oczy­wi­ście. Mówili sobie grzecz­nie „dzień dobry”, jeśli gdzieś się spo­tkali, ale oka­zji nie było zbyt wiele. Każdy był zajęty. W oko­licy miesz­kało tylu ludzi, nie­któ­rzy bar­dzo bli­sko. Więk­szo­ści Laura nie znała nawet z widze­nia.

Naj­bliż­szego sąsiada nie­kiedy widy­wała przez okno. Z wyso­kiego pię­tra można było obser­wo­wać wej­ście główne do jego domu, a także ogród. Cza­sami nawet przy­pad­kowo prze­cho­dząc kory­ta­rzem, spo­glą­dała w tamtą stronę, choć nie­wiele się działo. Sąsiad miesz­kał sam i czę­sto prze­by­wał poza domem. Paweł go lubił, bo był nie­wi­doczny, cichy i bez­pro­ble­mowy.

– Jadę do Sopotu – powie­dział męż­czy­zna. Miał poważną minę i spoj­rze­nie, jakby rozu­miał, że to, co się dzieje, nie jest zwy­kłą bła­hostką. Laura nie potrze­buje, by ją pod­rzu­cić do sklepu po bułki.

– Dosko­nale – powie­działa i zapięła pas. – Znam to mia­sto jesz­cze z cza­sów dzie­ciń­stwa i zawsze sobie obie­cy­wa­łam, że kie­dyś tam wrócę. To ide­alna oka­zja. Jeśli oczy­wi­ście nie ma pan nic prze­ciwko temu.

Głos jej drżał, a ręce się trzę­sły. Nawet Drops wyczuł, że nie ma żar­tów, i prze­stał się krę­cić oraz pisz­czeć.

– Mam na imię Bła­żej – przed­sta­wił się sąsiad.

– Laura. – Podała mu dłoń.

– Wiem – powie­dział i uśmiech­nął się cie­pło. – Choć ni­gdy nie mie­li­śmy oka­zji dłu­żej poroz­ma­wiać.

– Takie czasy. – Laura wes­tchnęła. – Ludzie miesz­kają o krok od sie­bie i wcale się nie znają.

– Moim zda­niem winne są stale otwarte sklepy. – Uśmiech­nął się.

– A to dla­czego? – zapy­tała.

– Nikt nie ma potrzeby poży­czyć soli ani cukru – odparł. – Każdy wsią­dzie w samo­chód i sam sobie pora­dzi. To wygodne, ale bar­dzo osła­bia więzi mię­dzy­ludz­kie.

– Zga­dzam się – odparła Laura nieco nie­uważ­nie. Zer­k­nęła czuj­nie w okna sypialni. – Czy możemy już jechać? – zapy­tała, a zde­ner­wo­wa­nie opa­no­wało ją na nowo.

– Jeśli jesteś pewna, to ja ruszam. – Spoj­rzał na nią jesz­cze raz, po czym zamknął bramę pilo­tem i dodał gazu, wyjeż­dża­jąc na drogę.

Zapa­no­wała kon­ster­na­cja. Teraz w nor­mal­nej sytu­acji nastą­pi­łyby jakieś wyja­śnie­nia, ale Laura zupeł­nie nie wie­działa, od czego mogłaby zacząć. Tylko Drops nie miał kło­po­tów. Znów wier­cił się i poszcze­ki­wał, ale jako jedyny spra­wiał wra­że­nie zupeł­nie nie­za­sko­czo­nego i nawet zado­wo­lo­nego z obrotu spraw.

Bła­żej minął dom Laury. Deli­katny szum opon samo­cho­do­wych nie obu­dził jej męża.

Cza­sem bar­dzo ważna życiowa zmiana zaczyna się cicho. Od pozor­nie nic nie­zna­czą­cego dźwięku. Dys­kretny szczęk zamy­ka­nej bramy, szmer kół na asfal­cie. Paweł spał. Nie był świa­domy, że z wiel­kiej, impo­nu­ją­cej budowli, jaką było jego życie, ktoś wła­śnie wyjął jedną cegiełkę z fun­da­mentu.ROZDZIAŁ 3

Alfred Zwo­liń­ski sie­dział na roz­le­głym tara­sie i patrzył na morze. Była czwarta nad ranem. Zapewne naj­gor­sza pora, by w zimie podzi­wiać hory­zont. Pory­wi­sty wiatr prze­ni­kał nawet cie­płą kurtkę. Alfred miał wra­że­nie, że jest sam na świe­cie. Jakby front burzowy zmiótł wszyst­kich innych ludzi nie tylko z jego uko­cha­nego Sopotu, lecz wręcz całego świata. Był prze­ko­nany, że nikt prócz niego nie zmaga się teraz z poważ­nymi życio­wymi decy­zjami.

Oczy­wi­ście było wiele lep­szych miejsc na takie obra­chunki. Na przy­kład jasna zaciszna sypial­nia z wiel­kim oknem dacho­wym, przez które nocą widać gwiazdy. Albo przy­tulny salon. Z kanapy roz­po­ście­rał się widok na morze rów­nie impo­nu­jący jak z tarasu. A na kominku przez więk­szą część roku pło­nął ogień. Cie­pły, złoty, trza­ska­jący aż miło.

Sam komi­nek był wyjąt­kowy. Alfred zro­bił go wła­snymi rękami. Nie w pro­sty spo­sób poprzez zaku­pie­nie mate­ria­łów w pierw­szym lep­szym skle­pie budow­la­nym, lecz ukła­da­jąc pra­co­wi­cie kamie­nie, które sam zdo­by­wał i przy­no­sił, prze­ty­kane praw­dzi­wymi bursz­ty­nami. Nikt nie miał takiego.

Kole­dzy śmiali się z niego, stra­szyli, że zasty­gła żywica stopi się pod wpły­wem cie­pła, że to głu­pota uży­wać tak cen­nego kruszcu do deko­ra­cji. Ale Alfred nie żało­wał. Zro­bił to dobrze i wiele lat cie­szył oczy, a także serce pięk­nem tego miej­sca. Bursz­tynu miał sporo. Nie musiał na nim oszczę­dzać.

Lubił swój dom ponad wszystko.

To miej­sce pod każ­dym wzglę­dem sta­no­wiło jego speł­nione marze­nie. Budy­nek poło­żony był na kli­fie, miał drew­niany taras i prze­piękny, niczym nie­ogra­ni­czony widok na pełne morze. Codzien­nie roz­gry­wał się tutaj nie­bi­le­to­wany spek­takl wscho­dów i zacho­dów słońca. Alfred zawsze dosta­wał naj­lep­sze miej­sce w pierw­szym rzę­dzie.

Ta posia­dłość była teraz wiele warta, regu­lar­nie otrzy­my­wał cie­kawe oferty od chęt­nych, by ją prze­jąć, ale prze­cież nie sprze­daje się marzeń. Nie był bar­dzo zamoż­nym czło­wie­kiem, w Sopo­cie setki innych zro­biło więk­szą karierę. Ale jemu udały się dwie ważne rze­czy. Wyło­wił z Bał­tyku naj­wspa­nial­sze złoże bursz­tynu, a także wybu­do­wał ten dom. Poza tym wszystko prze­grał, ale o tym nie miał zwy­czaju myśleć. Kiedy sie­dział na swoim tara­sie, wspo­mi­nał tylko pierw­szą część pew­nej burzo­wej, zim­nej nocy, kiedy pod­czas sztormu, ryzy­ku­jąc życiem, zdo­był praw­dziwy skarb. Cały kłąb ziel­ska, a wśród zie­lo­nych ośli­zgłych kłą­czy złoże kamieni. Pol­skiego złota, magicz­nego jan­taru, obda­rzo­nego zdro­wotną mocą bursz­tynu. Bar­dzo cen­nego kruszcu.

Jego ojciec na taki łut szczę­ścia bez­sku­tecz­nie cze­kał całe życie. Stał po pas w zim­nej wodzie, nocami łowił. Zry­wał się bla­dym świ­tem, by się zanu­rzać w lodo­wa­tych odmę­tach. Zno­sił sma­ga­nie posztor­mo­wych wia­trów. Mie­sią­cami i latami wybie­rał z glo­nów, pia­sku oraz szcząt­ków ryb małe kamyczki zasty­głej żywicy. Po to, by utrzy­mać rodzinę, ale też z powodu pasji. Ojciec kochał bursz­tyn i marzył, że kie­dyś uda mu się wydo­być coś wyjąt­ko­wego.

Alfred zawsze uwa­żał, że tata kocha swoją pracę bar­dziej niż jego. Dla­tego on w tym waż­nym momen­cie zabrał swoje zna­le­zi­sko, po czym odwró­cił się na pię­cie i odszedł. Nie potrze­bo­wał już ojca. A przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało.

Nagle teraz zatę­sk­nił. Poczuł ogromny żal, że wtedy, wiele lat temu, nie cie­szyli się razem. Nie pozwo­lił, by suk­ces stał się wspólny. Dziś zro­biłby to ina­czej. Zor­ga­ni­zo­wał kola­cję z pysz­nym jedze­niem i muzyką. Zadbał, by w kominku pło­nął ogień. Rado­ści star­czy­łoby prze­cież dla wszyst­kich. Tata też mógł się cie­szyć. Ale to Alfred zro­zu­miał dopiero dzi­siaj. Wtedy scho­wał swój skarb i swoją radość do pil­nie strze­żo­nego sejfu w banku. A ten był tak szczelny, że nawet jeden okru­szek szczę­ścia nie wydo­stał się na zewnątrz i nie tra­fił w niczyje ręce.

Alfred wes­tchnął.

Ta jedna noc dawno temu usta­wiła go finan­sowo na lata. Wciąż czer­pał z tych zapa­sów.

Ale też wtedy wła­śnie został sam. Tam­tego poranka, gdy wró­cił zma­chany i prze­mar­z­nięty do domu, nie zastał w nim już żony ani dzieci. Głu­pia kobieta ode­szła, zosta­wiw­szy wszystko, co jej ofia­ro­wał. Bez­pieczne życie, stały zwią­zek. Wiele lat czer­pał satys­fak­cję, wyobra­ża­jąc sobie, jak cięż­kie jest zapewne teraz jej życie. Jak się męczy sama z dwójką dzieci. Ile­kroć widział gdzieś w gale­rii han­dlo­wej pła­czące dziecko, myślał o niej. Że musi się z tym bory­kać bez pomocy kogo­kol­wiek. Pew­nie nie star­cza jej na pod­sta­wowe potrzeby, pra­cuje ponad siły i na wszystko bra­kuje jej pie­nię­dzy. Pła­cze wie­czo­rami w samot­no­ści, a w week­endy pada na twarz ze zmę­cze­nia. Żałuje swo­jej decy­zji. Dzieci nie sta­no­wią dla niej nagrody za trud, bo prze­cież wycho­wane bez ojca na pewno spra­wiają kło­poty.

A mogła mieć łatwiej.

Ow­szem, zdra­dził ją raz czy dwa. Ale zawsze dys­kret­nie. Jak dżen­tel­men, by żona nie musiała się wsty­dzić na mie­ście. Jakoś się jed­nak dowie­działa i zro­biła ze sprawy ogromną aferę. Dostał wtedy cios w samo serce i już nawet nie pró­bo­wał nikogo poko­chać.

Ni­gdy też nie szu­kał swo­jej rodziny, choć bar­dzo czę­sto o nich myślał.

Alfred wes­tchnął. Słońce nie­długo wzej­dzie łagod­nie tą samą co zawsze ścieżką po nie­bie. Była czwarta nad ranem. Zimno. A on na­dal sie­dział na tara­sie. Już nic nie mogło mu zaszko­dzić. Był chory. Dia­gnoza wstrzą­snęła nim i rzu­ciła o zie­mię jak szma­cianą lalką.

Miał umrzeć, choć prze­cież jesz­cze nawet na dobre nie zaczął żyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij