Tam, gdzie spotkałam ciebie - ebook
Gdybyś mogła wyruszyć w nieznane, jak daleko wybrałabyś się, by odnaleźć miłość?
Angie od zawsze marzyła o podróżach. Ale ma już dwadzieścia siedem lat i nigdy jeszcze nie opuściła małego górniczego miasteczka na australijskim pustkowiu. Kiedy umiera jej babcia, Angie wreszcie czuje się wolna i gotowa, by zobaczyć świat — aż do chwili, gdy znajduje list adresowany do ojca, którego nigdy nie znała. To co w nim znajdzie sprawi, że Angie zwątpi we wszystko, co do tej pory uważała za prawdę.
Teraz naprawdę musi wyruszyć w podróż — by odkryć prawdę o swojej rodzinie, przeszłości i o tym, kim naprawdę jest. Czy kiedy spotka na swojej drodze tajemniczego nieznajomego, Alessandro, okaże się on drogowskazem, który pomoże jej odnaleźć właściwą drogę?
Wielbicielki Kristin Hannah, Jojo Moyes, Colleen Hoover i Nicholasa Sparksa zakochają się bez reszty w tej cudownie romantycznej, wzruszającej powieści Paige Toon.
Rodzinne sekrety, nowe horyzonty i wspaniały romans na skalę międzykontynentalną... przygotujcie się na porywającą przygodę!
Lucy Diamond
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-272-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wtedy go dostrzegam, czarny kształt na tle burzowego nieba.
Gwałtowny przypływ nadziei przegania lodowaty lęk, ale to ulotne uczucie – on stoi przy krawędzi i wiem, że postanowił skoczyć.
– Zaczekaj! – wrzeszczę, ale wiatr porywa mój głos. Tracę grunt pod nogami i upadam na kolana. Zaciskam zmarznięte palce na śliskiej skale i dźwigam się na nogi.
Dotarłam tak daleko – z najbardziej suchego i płaskiego terenu na strzeliste szczyty chłostane wichrem gór. Poszłabym za nim na koniec świata i jeszcze dalej.
Wciąż nie wiem, czy mam szansę przekonać tego udręczonego człowieka do zmiany zdania, ale muszę spróbować, niezależnie od ryzyka i konsekwencji.
Nie mam pojęcia, jak sama stąd zejdę.
Wciągam do płuc jak najwięcej powietrza, otwieram usta i krzyczę z całych sił…ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Dokąd byś pojechała, gdybyś mogła wybrać dowolne miejsce?
Miałam trzynaście lat, kiedy po raz pierwszy zadałam to pytanie. Właśnie zaczęły się letnie wakacje i razem z moją przyjaciółką Louise leżałyśmy na pace pick-upa jej ojca, wpatrując się w czarne jak atrament rozgwieżdżone niebo.
– Nie wiem – odpowiedziała i wzruszyła ramionami. – Do Adelaide?
– Stale tam jeździsz! – wykrzyknęłam. – To nawet nie jest w innym stanie.
– Podoba mi się tam – mruknęła. – Jest tam „zielono”.
Kiedy się mieszka w części kraju, która przypomina Marsa i Księżyc, kolory robią ogromne wrażenie.
– Daj spokój. A gdybyś mogła pojechać w dowolne miejsce? Dokąd tylko zechcesz? Użyj wyobraźni.
– Już ci mówiłam, że nie wiem. A ty?
Skoro już spytała…
– Do Francji, Holandii, Niemiec, Czech, Austrii, Włochów i Hiszpanii – wyrecytowałam zapamiętaną listę, zadowolona, że nawet się nie zająknęłam.
Dopiero potem dowiedziałam się, że błędnie odmieniłam nazwę „Włochy”.
– Wymieniasz kraje z pieczątek w paszporcie swojej mamy – odparła Louise. – Co to ma wspólnego z używaniem wyobraźni?
– Pojechałabym gdziekolwiek – stwierdziłam, rozdrażniona, że dałam się przyłapać. – Byle nie tkwić tutaj.
– Dlaczego chciałabyś wyjechać z Coober Pedy? To światowa stolica wydobycia opalu – powtórzyła slogan.
To była prawda. A poza tym nasze miasteczko leżało na odludziu.
Jeśli wpiszecie _Coober Pedy_ w Google Maps, zobaczycie tylko rozległy pomarańczowo-beżowy obszar na środku Australii Południowej, poprzecinany kremowymi pofalowanymi kreskami wyschniętych strumieni, parowami i górskimi grzbietami. Przypomina marmurową płytę albo siatkę naczyń krwionośnych w ludzkim ciele.
Kiedy oddalicie obraz, zobaczycie tylko więcej takiego samego krajobrazu. Dopiero kiedy cofniecie się po raz kolejny, na tej siatce pojawią się nazwy innych miasteczek.
Na północy jest Oodnadatta, na wschodzie William Creek, a na południu Tarcoola. Na zachodzie znajdziecie rezerwat Tallaringa i to wszystko. William Creek sprawia wrażenie najbliższego miasteczka, ale tak naprawdę dzieli je od nas sześć i pół godziny samochodem. Z tego, co się orientuję, na stałe żyje tam dziesięć osób.
Mimo upływu lat Coober Pedy pozostaje światową stolicą wydobycia opalu. Według danych z 2016 roku mieszka tutaj tysiąc osiemset osób, ale Louise nie jest jedną z nich. Przeprowadziła się razem z rodziną do Adelaide, kiedy miała siedemnaście lat, i już dawno przestała namawiać mnie na odwiedziny.
A ja już dawno przestałam zadawać to pytanie: Dokąd byś pojechała, gdybyś mogła wybrać dowolne miejsce?
Te słowa zapętlają się w mojej głowie. Wypowiadałam je setki razy jako nastolatka i otrzymywałam tyle samo różnych odpowiedzi.
Zamierzałam podróżować po świecie, podążać śladami matki i wytyczać własne ścieżki. Ale mam dwadzieścia siedem lat i nigdy nigdzie nie wyjechałam; nawet nie postawiłam stopy poza stanem, w którym się urodziłam.
To wszystko niedługo się zmieni, a ja nie jestem pewna, co o tym sądzić.
Dłoń babci jest zimna. Kiedyś potrafiłam przekazywać jej swoje ciepło, ale teraz już nic nie może jej pomóc. Skórę ma nieznośnie delikatną, cienką jak papier i usianą plamami wątrobowymi, a białe włosy tak się przerzedziły, że widzę każdy mieszek. Babcia skurczyła się i zmieniła w zupełnie inną osobę, bladą imitację potężnej kobiety, która mnie wychowała.
Dokąd byś pojechała…
Przestań o tym myśleć! Nie wiem, dokąd bym pojechała! Niczego już nie wiem! Jestem przykuta do tego miejsca od urodzenia i wkrótce się uwolnię, ale czuję tylko otępienie.
Ktoś kładzie mi rękę na ramieniu.
– Ona odeszła, Angie – mówi Cathy, opiekunka babci, a zarazem moja przyjaciółka. – Przykro mi.
Nachylam się i dotykam czołem kruchej dłoni babci. Przypływ ulgi wypiera żal, który powinnam odczuwać. Jest jak bańka, która stale rośnie, aż w końcu… BUM! Poczucie winy przeszywa moje serce, a ulgę zastępuje wstyd.
Teraz już mogę pojechać, dokąd tylko zapragnę. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zagubiona.ROZDZIAŁ DRUGI
Kiedy wychodzę na zewnątrz, uderza we mnie żar jak z piekarnika. Zbliża się zima, ale pustynia nic sobie z tego nie robi.
Nie wyobrażam sobie świata, w którym ludzie chodzą do sauny, ale tak się rzeczywiście dzieje: ludzie siedzą w drewnianych chatkach i polewają wodą rozgrzane kamienie, żeby stworzyć obłoki gorącej pary. Potem zdejmują ubrania i pocą się. Rozmyślnie. Dla przyjemności.
Aada mi o tym opowiadała, zresztą Laszlo również. Ona jest Finką, a on Węgrem. To tylko dwie z czterdziestu pięciu różnych narodowości, które mieszkają w naszym wielokulturowym miasteczku.
Kiedyś fascynowała mnie wiedza ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają. Słuchałam z wypiekami na twarzy każdego ich słowa, chłonąc opowieści o miejscach, z których pochodzą, i rzeczach, które widzieli. Mówiłam sobie: „Kiedyś zobaczę to wszystko sama”. Tak było, gdy marzenia jeszcze nie sprawiały mi bólu, nie wykręcały boleśnie moich trzewi.
Drewniana chatka! Sama myśl o drewnianym budynku wydaje mi się czymś obcym; drzewa są tutaj taką rzadkością. Pierwsze drzewo w Coober Pedy zbudowano ze złomu i postawiono niedaleko czatowni, żeby miejscowe dzieciaki miały się na co wspinać. Kiedyś w lecie poparzyłam sobie o nie ręce.
Dlaczego myślę o metalowych drzewach i saunach? Czy to wpływ szoku? Przecież miałam dość czasu, by pogodzić się z myślą o utracie babci. Alzheimer skradł mi ją wiele lat temu, a wcześniej wypadek w kopalni zabrał mojego dziadka.
Nie miałam innej rodziny, a teraz oboje odeszli.
Drzwi z moskitierą skrzypią w zawiasach i moja sąsiadka Bonnie schodzi z osłoniętej werandy. Kiedy tylko mnie zauważa, domyśla się, co się stało.
– Och, Angie – szepcze. Wchodzi na moje podwórko przez bramę, której już nie trzeba zamykać, i bierze mnie w ramiona. – Tak mi przykro. Wpadniesz do mnie? Zaparzę ci herbatki.
Kręcę głową, wciąż czując spoczywający mi na barkach ciężar odpowiedzialności.
– Nie mogę. Cathy…
– Idź – przerywa mi Cathy.
Nie wiem, co bym bez niej zrobiła przez te ostatnie dni. Rozumie śmierć lepiej, niż ja kiedykolwiek będę w stanie.
– Zaczekam na Boba i porozmawiam z nim w domu – dodaje.
Przedsiębiorca pogrzebowy.
Przyjedzie, żeby zabrać babcię.
Przytłacza mnie nagła i rozpaczliwa chęć ucieczki. Nie wiem, czy odważę się jeszcze kiedyś wejść do swojego domu. Wiem, że będę musiała to zrobić, ale w tej chwili chcę tylko czmychnąć. Mamroczę podziękowanie i oszołomiona podążam za Bonnie.
Sąsiadka napełnia czajnik. Zegar na ścianie wskazuje wpół do dwunastej. Mick, jej mąż, niedługo wróci do domu na lunch.
Znam ich od zawsze – byli bliskimi przyjaciółmi moich dziadków, a teraz przyjaźnią się ze mną. Są nieco po sześćdziesiątce – Mick jest wysoki i chudy jak patyk, ma lśniącą łysinę i krzaczaste wąsy, a Bonnie jest niższa, o wiele słodsza i ma różowe policzki, które rozpalają się na czerwono, kiedy wychyli kilka drinków. Kiedyś pracowała w jednym z pubów w miasteczku, ale obecnie wiedzie spokojniejsze życie, podczas gdy Mick nie ma zamiaru przejść na emeryturę. Wciąż szuka uzależniających emocji związanych z pracą górnika i ma ku temu dobre powody: przez lata nieźle się dorobił w tej branży, tak że mógł kupić dom i pomóc dwójce swoich dorosłych dzieci w zakupie ich własnych nieruchomości.
Mniej niż połowa ludzi w Coober Pedy mieszka w zwykłych domach. Reszta, wliczając Bonnie, Micka i mnie, żyje w „ziemiankach”, czyli jaskiniach wykutych w skałach.
Temperatury na australijskich pustkowiach bywają mordercze. W zimie potrafi być przeraźliwy mróz, a w lecie termometr często wskazuje czterdzieści albo nawet pięćdziesiąt stopni, ale pod ziemią panuje przyjemny chłód. Powrót do domu po dniu spędzonym w upale przypomina wejście do klimatyzowanego pomieszczenia.
Nasze ziemianki wydrążono w zboczu wzgórza, dzięki czemu wejście znajduje się na płaskim terenie. Po lewej stronie mam kuchnię, po prawej łazienkę, a nad nimi werandę, która chroni przed deszczem. Głębiej znajduje się prawdziwy labirynt pomieszczeń – jadalnia, salon oraz odchodzące od niego trzy sypialnie.
Minęło trzydzieści pięć lat, odkąd Bonnie i Mick wyemigrowali z Południowej Afryki, ale ich dom wciąż stanowi hołd dla dawnej ojczyzny. Afrykańskie maski i plecione kosze wiszą na ścianach pomalowanych na odcień palonego pomarańczu i ochry, a barwne narzuty, poduszki czy dywaniki zdobią sofy i podłogę. Należąca do Bonnie kolekcja miniaturowych słoni pyszni się w zagłębieniach, które Mick wykuł w ścianach za pomocą młota pneumatycznego.
Doprowadził także do mieszkania prąd, przeciągając przewody ponad skałą, dzięki czemu regały emanują ciepłym blaskiem, a ściany są podświetlane od dołu. Wszystkie pokoje są łukowato sklepione, a jako że nie ma w nich okien, w mieszkaniu jest ciemno i całkowicie cicho. Wiele hoteli i moteli również znajduje się pod ziemią; turyści, którzy przyjeżdżają tu, by sprawdzić, czy jesteśmy współczesną wersją Flintstone’ów, często twierdzą, że nigdzie indziej tak dobrze nie spali.
Chociaż układ obu ziemianek jest podobny, dom babci jest znacznie mniej ciekawy, gdyż ma białe ściany, wiekowe meble oraz kuchnię urządzoną w stylu lat pięćdziesiątych. Zawsze podobał mi się dom Bonnie – tylko tam odważałam się uciekać, kiedy babcia drzemała, chociaż nigdy nie zostawałam długo, ponieważ w każdej chwili mogła się obudzić.
Już nigdy się nie obudzi.
Nagle przypominają mi się dziadek i babcia. Jego niebiesko-brązowe oczy błyszczą wesoło, a uśmiech częściowo skrywa się pod bujną, potarganą brodą. Ona klęczy na podłodze i wyciąga spod srebrzystej choinki świąteczne prezenty zapakowane w jaskrawy papier. Ma krótkie siwe włosy, a kiedy ogląda się na mnie przez ramię, widzę, że ma usta umalowane różową szminką.
Właśnie taką chcę ją zapamiętać, a kiedy o tym myślę, ogarnia mnie żal, który kipi i kłębi się we mnie niczym czarne mrówki wylewające się z mrowiska na pustyni.
– Och, kochanie – odzywa się Bonnie, odstawiając kubki, by mnie pocieszyć. – Byłaś najlepszą wnuczką, jaką mogła sobie wymarzyć. Najlepszą córką – poprawia się z naciskiem, mocno mnie przytulając, podczas gdy moim ciałem targa cichy szloch. – Wszyscy jesteśmy z ciebie tacy dumni, skarbie. Chyba o tym wiesz? Nie mogłabyś zrobić więcej dla babci.
Sąsiadka była jedną z wielu osób, które namawiały mnie, żebym oddała babcię do domu opieki.
„Nie chcemy, żebyś zmarnowała sobie życie!”, stwierdziła kiedyś.
Ale nie mogłam porzucić babci. Nie mogłabym także zabrać jej ze sobą, gdybym chciała przenieść się do innej części kraju. To pierwsze byłoby zdradą najgorszego rodzaju, której nigdy bym sobie nie wybaczyła, a to drugie po prostu było niemożliwe. Babcia spędziła większość życia na pustkowiu i nienawidziła zmian. Nie brała pod uwagę opuszczenia pustyni po śmierci dziadka, a z czasem bała się tego coraz bardziej, gdy zaczęła ją trawić demencja.
Bonnie i inni przyjaciele próbowali mnie odciążać i zachęcali do wyjazdów na wakacje albo przynajmniej jednodniowych wycieczek. Ale babcia wpadała w panikę, kiedy nie było mnie przy niej, a ja nie mogłam narażać jej na cierpienie dla kilku godzin osobistego wytchnienia. Wychodziłam z domu tylko wtedy, gdy spała, a ktoś inny mógł przy niej posiedzieć. Nawet pracuję w domu – robię pranie dla jednego z moteli.
Zanim mój były chłopak stracił poczucie humoru w kwestii mojej życiowej sytuacji, powiedział, że przypominam mu „księżniczkę z bajki, która jest uwięziona w zamku”.
– Chyba raczej w lochu? – odpowiedziałam, rozglądając się po pozbawionym okien pomieszczeniu.
Byłam wtedy w pralni i prasowałam poszewki na poduszki, a on opierał się o futrynę i mnie obserwował.
– Niedługo będziesz wolna – powiedział z uśmiechem.
Nie spodobał mi się ten komentarz ani ton jego głosu – wydawał się pozbawiony szacunku – ale odpuściłam, ponieważ nie miałam ochoty na kolejną kłótnię.
Miał jednak rację. Zajęło to kolejne trzy lata, ale teraz jestem wolna.
*
Prawie nie pamiętam, jak wcześniej wyglądało moje życie. Zbliżałam się do osiemnastych urodzin i koniecznie chciałam rozwinąć skrzydła, wzbić się do lotu, jak moja matka w tym wieku. Kilka lat wcześniej znalazłam jej paszport, a widok tych wszystkich pieczątek coś we mnie obudził.
Babcię dotknęły do żywego moje marzenia o podróżach, jakby pragnienie zobaczenia świata było zniewagą jej i dziadka. Tak samo traktowała moją matkę. Bonnie opowiedziała mi kiedyś o ich kłótniach, które poprzedzały wyprowadzkę mamy z domu. Babcia nie chciała, by córka wyfrunęła z gniazda, ale nie była w stanie podciąć jej skrzydeł.
W odróżnieniu od moich.
Niespodziewana śmierć dziadka zmusiła mnie do wstrzymania wszystkich planów.
Jego odejście było dla mnie ciosem, ale babcię całkowicie zdruzgotało. Uznałam, że nie mogę jej opuścić, dopóki nie dojdzie do siebie, ale miesiące zmieniały się w lata, a jej codzienne zapominalstwo przekształciło się w coś znacznie bardziej złowrogiego. Początkowo, nie mogąc zrozumieć, dlaczego nie potrafi nakryć do stołu albo poprawnie włożyć wtyczki do gniazdka, podejrzewała, że ma guza mózgu. Zapominała czegoś, co wydarzyło się rano, podczas rozmowy uciekały jej słowa. Stale szukała kluczyków do samochodu, a kilka razy nawet wyszła z supermarketu bez płacenia. Czuła się zagubiona, zmartwiona i sfrustrowana, a inni reagowali rozdrażnieniem, gdy wygłaszała przykre lub niewłaściwe komentarze albo zapominała o urodzinach i ważnych rocznicach. Ale z tym wszystkim jeszcze można było sobie poradzić. Najgorsze przyszło później.
Zapomniała, jak się myć…
Zapomniała, jak się ubierać…
Zapomniała, jak gotować…
Zapomniała, jak jeść, pić i korzystać z toalety…
Zapomniała, jak mówić…
Zapomniała mnie.
– Ani się waż oddawać mnie do domu opieki – mówiła posępnym tonem, kiedy wychodziłyśmy z jednej z takich placówek w Adelaide, gdzie jej własny ojciec przebywał do swojej śmierci w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat.
Nie dostrzegała ironii sytuacji.
Kiedy zdiagnozowano u niej chorobę Alzheimera, błagała mnie, żebym została w Coober Pedy, a ja wielokrotnie jej to obiecywałam.
Niektórzy twierdzili, że nigdy nie powinna prosić mnie o coś takiego, ale ja ją rozumiałam. Nie miała nikogo innego. Wychowała mnie jak córkę, licząc na to, że wypełnię lukę po dziecku, które straciła.
Trzy dni po wydaniu mnie na świat moja matka dostała zakażenia, które doprowadziło do sepsy, a jej organy odmówiły posłuszeństwa. Wróciła do Coober Pedy w kilkutygodniowej ciąży, po niemal dwuletniej nieobecności, podczas której podróżowała po Australii i za granicą. Według Bonnie w tym czasie rzadko dzwoniła do domu i wolała wysyłać listy oraz pocztówki, niż znosić humory matki przez telefon.
Babcia nie mogła znieść myśli, że miałabym pójść w ślady swojej mamy.
Ale nie zawsze tak się zachowywała. Kiedy byłam dzieckiem, ona i dziadek uważali, że podobieństwa między nami są urocze. Pamiętam liczne chwile, gdy patrzyli na siebie nawzajem z zachwytem i wołali, że „wyglądam tak samo jak Angie” albo „mam głos zupełnie jak Angie”, albo robię coś tak samo jak ona. Nawet nosimy to samo imię i nazwisko: Angela Samuels.
Osobiście nie dostrzegałam tego podobieństwa. Przyglądałam się zdjęciom mamy i uważałam, że wcale jej nie przypominam. Ona miała długie i lśniące proste ciemne włosy, a ja szopę blond loków. Jej oczy miały kolor letniego nieba, a moje przypominają mleczną czekoladę. Miała jasną cerę i piegi, a kolor mojej skóry kojarzy się z miodem. W wieku siedemnastu lat była wyższa ode mnie o prawie osiem centymetrów: miała metr siedemdziesiąt wzrostu, jak wynikało z kresek na ścianie w kuchni.
Dziadkowie twierdzili, że największe podobieństwo kryło się w naszym uśmiechu i zachowaniu, w tym, jak mówiłyśmy, tańczyłyśmy i bawiłyśmy się. Nie byłam w stanie ocenić, czy to prawda, ale cieszyły mnie te porównania. Byłam zadowolona, że dostrzegają we mnie moją mamę. Twierdzili, że nie wiedzą niczego o ojcu.
Ale pewnego razu zakwestionowałam prawdziwość ich słów. Był sylwester, a ja miałam dziesięć albo jedenaście lat. Zastanawiałam się na głos, czy mój ojciec może gdzieś czekać, aż go odnajdę. Wtedy babcia, która zdążyła już wypić kilka drinków, mruknęła pod nosem – pamiętam to wyraźnie do dziś – że on był „złym człowiekiem”. Zerwałam się na nogi i zapytałam, co miała na myśli, ale ona od razu wyparła się, że cokolwiek powiedziała.
Nie potrafiłam zapomnieć tych słów. Zmroziły mnie do szpiku kości. A chociaż wciąż ciekawi mnie tożsamość mojego biologicznego ojca, jakaś cząstka mnie zastanawia się, czy nie jest lepiej, że nie mam pojęcia, kim był ani skąd pochodził.