Tam gdzie wieje wiatr - ebook
„Tam gdzie wieje wiatr” to osobista opowieść o podróżach, które stają się czymś więcej niż zmianą miejsca. Od spontanicznych city breaków po dłuższe wyprawy — autorka zabiera czytelnika do świata pełnego emocji, smaków, zachwytów i momentów, które zostają w pamięci na długo po powrocie do domu. Pełna ciepła, autentyczności i refleksji opowieść o tym, że czasem wystarczy ruszyć przed siebie — tam, gdzie wieje wiatr.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-158-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niektóre podróże zaczynają się długo przed wyjazdem. W głowie, w rozmowach, w mapach przeglądanych wieczorem bez większego celu. A potem nagle okazuje się, że to nie pierwszy krok na drodze jest początkiem, tylko decyzja, żeby w ogóle ruszyć.
Ta książka nie jest przewodnikiem.
Nie znajdziecie tu idealnych planów podróży ani list „top 10 miejsc, które trzeba zobaczyć”. Znajdziecie za to drogi, które czasem prowadziły inaczej niż planowaliśmy, promy, które nie przypływały na czas lub zawracały, deszcz, który psuł plany i miejsca, które zostawały z nami dużo dłużej niż zakładaliśmy.
Bo podróże rzadko są perfekcyjne.
I właśnie w tym tkwi ich urok.
To zapis kilku lat wyjazdów — tych bliskich i trochę dalszych, tych spontanicznych i tych bardziej przemyślanych. Od pierwszych wakacji all inclusive, przez samochodowe wyprawy z psem, aż po miejsca, do których wracaliśmy, bo coś nas w nich zatrzymało.
Wszystkie te drogi stały się pretekstem, żeby zwolnić, zobaczyć więcej i trochę inaczej spojrzeć na świat.
A może przede wszystkim — na siebie w podróży.Rozdział I Pierwsze drogi
Przez wiele lat pracowałam w gastronomii, a to nie jest branża dla ludzi marzących o częstych podróżach. Od maja do października trwał niekończący się sezon komunii, wesel i wszelkich rodzinnych uroczystości, więc o urlopie można było co najwyżej pomarzyć. Wolne? Najlepiej w listopadzie, kiedy po letnim szaleństwie robiło się chwilowo spokojniej, zanim ruszył grudniowy maraton firmowych wigilii.
Tylko co zrobić z urlopem w listopadzie?
Dziś odpowiedziałabym bez zastanowienia: wyjechać do ciepłego kraju. Ale wtedy taka forma wypoczynku kompletnie mnie nie pociągała. Wolałam nasze polskie góry, schroniska i wielogodzinne wędrówki po szlakach niż leżenie pod palmą z kolorową opaską all inclusive na ręce.
Moim jedynym zagranicznym wypadem był krótki city break w Mediolanie z koleżanką z pracy. I właściwie tyle.
Wszystko zmieniło się przez Zakynthos.
A właściwie przez Kamila.
Poznali nas wspólni znajomi, którzy uparli się, że koniecznie powinniśmy być razem. Nam samym ten pomysł niespecjalnie się podobał. Organizowane przez nich „przypadkowe” spotkania bardziej nas peszyły niż zbliżały. Im bardziej próbowali nas zeswatać, tym bardziej miałam ochotę uciekać.
Mimo wszystko daliśmy się namówić na wspólny, przedłużony weekend w Budapeszcie.
To był wyjazd pełen znaków ostrzegawczych, które — jak się później okazało — stały się motywem przewodnim naszych podróży. Wróciłam z niego ze skręconą kostką po nieudanej próbie przebiegnięcia przez trzypasmową ulicę pod wzgórzem Gellérta. Kamil wrócił z zepsutym samochodem. Do dziś nie wiem, co dokładnie się popsuło — jakiś EGR albo coś równie tajemniczego — ale do Polski wracaliśmy sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, modląc się, żeby auto wytrzymało jeszcze kawałek.
Wytrzymało.
Kamil wniósł mi wtedy bagaże do mieszkania i… już został. Od tamtej pory towarzyszy mi w tej najdłuższej podróży, czyli życiu.
Zaczęliśmy wspólnie wędrować po górach. Każdy wyjazd był małą przygodą, podczas której uczyliśmy się być razem — w ciszy, w deszczu, w zmęczeniu i zachwycie nad widokami.
Jeździliśmy też na rowerze wzdłuż morza i po mazurskich trasach, zatrzymując się w małych miejscowościach.
Nad morzem towarzyszył nam szum fal i zapach morskiego powietrza, a na Mazurach — cisza jezior i sosnowych lasów. To podczas tych prostych podróży najbardziej docenialiśmy wspólny czas, rozmowy i poczucie wolności, jakie dawał każdy przejechany kilometr.
Kiedy Kamil zaproponował wspólne wakacje all inclusive na Zakynthos, podeszłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Wakacje z opaską na ręku, hotelowym bufetem i leżakiem przy basenie wydawały mi się czymś kompletnie nie dla mnie. Ale pomyślałam, że raz można spróbować.
I przepadłam.