-
nowość
-
promocja
Tam, gdzie zmrok zapada szybciej - ebook
Tam, gdzie zmrok zapada szybciej - ebook
Przeszłość nigdy nie odpuszcza, a nienawidzić potrafią nie tylko żywi.
W zapomnianej mieścinie na Podkarpaciu ukrył się Szwed – wielki, ponury mechanik, który kocha stare samochody. W przeszłości zrobił zbyt wiele złych rzeczy, by mieć nadzieję na spokojne życie, i czuje, że prędzej czy później ktoś go odnajdzie, by dokonać zemsty.
Gdy w miasteczku pojawiają się obcy, a w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć kolejne osoby, atmosfera się zagęszcza: wrogowie domagają się zapłaty, stare winy wracają, a wokół Szweda i jego pasierbicy Tamary dzieją się rzeczy, których nie sposób wyjaśnić. Mówi się nawet o tym, że ludzie widują zjawy.
To mroczna historia o winie i karze, o miłości na całe życie i trudnym uczuciu do dziecka, które nie chce być kochane. O żałobie i obietnicach, których nie wolno łamać. Nawet po śmierci.
Wojtek Chmielarz, mistrz kryminału, udanie wkracza na terytorium literatury grozy. Powieść wzrusza i przeraża we właściwych momentach, jest też trochę jak wampir – przed jej złowieszczym urokiem nie sposób się obronić.
Łukasz Orbitowski
Ta książka sprawi, że dreszcz przerażenia przeniknie cię aż do szpiku kości. Przekonasz się, że bywają miejsca, gdzie mrok jest gęstszy, a noce dłuższe. Miejsca, w których nie obowiązują prawa zapewniające ludziom porządek i bezpieczeństwo. Tu zło z upływem lat nabiera mocy i planuje potworną zemstę, zacierając granicę między światem żywych i umarłych. To powieść, której wciągająca kryminalna fabuła mieni się upiornym blaskiem literackiej grozy. Takiej historii nie powstydziłby się sam Stephen King!
Renata Kuryłowicz / Renata z Worka Kości
Niedotrzymane obietnice, niespłacone długi i zbrodnie sprzed lat... Sekrety z przeszłości mają jedną paskudną cechę: prędzej czy później zawsze wypływają na powierzchnię. A książka Wojciecha Chmielarza zmienia ten moment w wyjątkową, gęstą od napięcia opowieść.
Makabrycja
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68753-11-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W tym mieście noc zawsze zapadała odrobinę szybciej i trwała odrobinę dłużej. Stali mieszkańcy do tego przywykli i ledwo, jeśli w ogóle, to zjawisko zauważali. Nieliczni przyjezdni przez pierwsze dni pobytu, nawet latem, kiedy przecież dni są długie, a zachód słońca ciągnie się godzinami, czuli się nieswojo. Nie potrafili jednak wyjaśnić dlaczego. Zachowywali się tak, jakby zauważyli na suficie pęknięcie. Niegroźne i niewielkie, ale kiedy człowiek mu się przypatruje, nie jest w stanie przestać myśleć o katastrofie budowlanej. Starali się zagłuszyć te myśli albo kolejnymi odcinkami serialu, albo piwem gdzieś w barze na mieście. A to jeden z tych głęboko zakorzenionych pierwotnych instynktów wysyłał im sygnały alarmowe, tyle że oni, zanurzeni w cywilizowanym życiu, stracili umiejętność ich interpretacji. Ale ta gadzia część umysłu wiedziała, że w tym miasteczku wszystkie zasady i reguły, które rządzą światem, zapewniając mu porządek, a im – bezpieczeństwo, przestają z jakiegoś powodu obowiązywać.
Zjawisko szybciej zapadającego zmierzchu tłumaczyła lokalizacja Pasła. Rozłożyło się ono w miejscu przecięcia dwóch górskich dolin, które tworzyły w ten sposób coś na kształt litery X. Ze wszystkich stron miasteczko otaczały strome zbocza wzgórz, w większości wciąż porośnięte gęstym świerkowym borem. To właśnie te wzniesienia odcinały mieszkańców od promieni słonecznych i szybciej pogrążały ich w gęstym mroku nocy.
Przez wieki położenie Pasła zapewniało mu spokój i bezpieczeństwo. Znajdowało się na uboczu, z dala od szlaków handlowych, a także od dziejowych nawałnic, które omijały miejscowość szerokim łukiem. Tylko z rzadka pojawiał się tutaj wrogi zagon – Kozaków, Szwedów, Tatarów albo nawet zwykłych zbójców, ale jego członkowie byli zazwyczaj zbyt zmęczeni, żeby zająć się plądrowaniem. Włóczyli się jedynie po okolicy, czasami kogoś usiekli, a potem znikali tak nagle i niespodziewanie, jak się pojawili. Tutaj historia była czymś, o czym słyszało się od podróżnych, ale co zdarzało się gdzieś indziej.
Zmieniło się to w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, kiedy pojawiło się tu trzech mężczyzn. Wszyscy zarośnięci i milczący, niechętnie bratający się z miejscowymi. Wynajęli jedyny dobry pokój w jedynej gospodzie w okolicy. Wydawało się jednak, że niewiele z niego korzystają. Całe dni i większość nocy spędzali, włócząc się po górach z tajemniczymi przyrządami i wielkimi płachtami szczegółowych jak na tamte czasy map. Po jednej z takich wypraw wrócili wyjątkowo podekscytowani. Kupili zapas wódki i grube pęta lokalnej kiełbasy, zamknęli się w swoim pokoju, a potem pili, śpiewali i grali na gitarze, a nawet tańczyli. Nad ranem zniknęli, pozostawiając w pokoju pieniądze za wynajem ze sporym naddatkiem.
Wrócili po czterech miesiącach. Ubrani już w garnitury i lśniące czystością buty. W towarzystwie licznych robotników – cieśli, mechaników, górników, inżynierów, geologów, geodetów i zwykłych pracowników fizycznych. W teczkach zaś przynieśli akty własności okolicznych działek, które do tej pory były użytkowane według miejscowego zwyczaju – nikt nie widział potrzeby, żeby zastrzec ich posiadanie w urzędowy sposób. Nagle okazało się, że ta ziemia, na której ludzie pracowali od lat, a ich przodkowie od pokoleń, należy do spółki z siedzibą we Lwowie, o której nigdy wcześniej nie słyszeli. Właśnie w ten sposób mieszkańcy dowiedzieli się, że w okolicy odkryto złoża ropy.
Rozpoczął się pierwszy złoty okres w historii miasteczka. Do budowanych w zaskakującym tempie szybów naftowych ściągnęli robotnicy z całego kraju. Liczba mieszkańców szybko powiększyła się kilkukrotnie. Drewniane chałupy zaczęły ustępować murowanym. Podciągnięto linię kolejową, zbudowano piękny dworzec. Wtedy też powstały do dzisiaj cieszące oczy turystów secesyjne kamienice, hala targowa (w której nie tylko handlowano, ale rozgrywano także mecze bokserskie), teatr, a nawet kino. Miasteczko rozrosło się i wypiękniało.
Ropa jednak o mało co nie doprowadziła do zagłady miejscowości. Podczas jednego z pośpiesznie prowadzonych odwiertów – akcjonariusze naciskali bowiem na zwiększenie produkcji, a więc i zysków – doszło do potężnej eksplozji. Zginęło wtedy osiem osób. Gorszy był jednak pożar, który nastąpił później. Wybuch miał miejsce podczas suchych i upalnych letnich tygodni. Ogień natychmiast się rozszalał. Ruszył chciwą burzą płomieni prosto w stronę robotniczych osiedli skleconych z drewnianych szop, a potem w stronę miasteczka, które w tym okresie także składało się głównie z drewnianych chat. Pomimo wysiłku mieszkańców zginęło ponad pięćdziesiąt osób, w tym aż dwanaścioro dzieci. Podeszły blisko pożaru, żeby przypatrzyć się płomieniom, i nawet nie zauważyły, kiedy otoczył je ogień. Na ucieczkę było za późno, a dorośli nie byli w stanie im pomóc. Od całkowitej zagłady uratowała miasteczko zmiana pogody. Najpierw wiatr zaczął wiać w inną stronę, a potem przyszła od dawna wyczekiwana burza.
Zniszczone części miasta szybko odbudowano. Tym razem powstawały budynki solidniejsze, kamienne lub ceglane. Wytyczono również szerokie ulice. Powołano także pierwsze zawodowe straże ogniowe.
Po kilku latach takiego boomu okazało się jednak, że złoża ropy naftowej wcale nie są tak bogate, jak początkowo się wydawało. Wiele szybów zamknięto. Robotnicy wyjechali w poszukiwaniu pracy, zostawiając za sobą tylko puste place po chaotycznie budowanych obozowiskach, wspomnienia brutalnych bijatyk i sporo nieślubnych dzieci, które nigdy nie poznały swoich ojców.
Ropy zostało jednak tyle, że eksploatowano ją przez całą pierwszą połowę dwudziestego wieku. Z jej powodu podczas II wojny światowej w miasteczku utrzymywano zaskakująco silny garnizon niemiecki, Niemcy zaś zachowywali się zaskakująco cywilizowanie. Nie zdarzały się tu takie dramaty, jakie zafundował Walter Gentz Jasłu czy Franz Schmidt Jarosławowi. Prawdopodobnie dlatego, że Niemcy wiedzieli, iż wydobycie ropy zależało od pracy wykwalifikowanej miejscowej siły roboczej. O tę należało więc dbać. Oczywiście nie dotyczyło to miejscowych Żydów, których już na początku okupacji wywieziono do gett, gdzie mieli prowadzić spokojne i wygodne życie. W rzeczywistości zaś trafili od razu do obozów zagłady w Bełżcu i Sobiborze. Przed wojną stanowili ponad czterdzieści procent mieszkańców. Po wojnie wszyscy zachowywali się tak, jakby nigdy ich nie było.
Niemcom natomiast miasteczko i okolice zawdzięczały spokój w 1943 i 1944 roku. Ludzie ze strachem i niedowierzaniem wysłuchiwali opowieści o bestialskich masakrach polskiej ludności, jakiej dokonywali ukraińscy partyzanci. Ci jednak omijali osiedla, które znajdowały się pod opieką żołnierzy III Rzeszy. Pamięć o tych wydarzeniach, a nawet pewna wdzięczność, wciąż była do tego stopnia żywa, że kilka lat temu pewien miejski radny chciał nazwać jedną z ulic imieniem niemieckiego komendanta Egona Bauera. Pomysł został skutecznie oprotestowany, kiedy przypomniano, że oficer może i powstrzymał ukraińskich partyzantów, ale sam miał na koncie kilka krwawych pacyfikacji i brał aktywny udział w zagładzie miejscowych Żydów. Ta inicjatywa sprawiła jednak, że po latach nazwa miasteczka znów na kilka dni trafiła na pierwsze strony gazet i czołówki portali internetowych, wywołując spore oburzenie.
Wydobycie ropy zakończono w latach pięćdziesiątych. Zabrano się wtedy do eksploatacji kolejnego dobrodziejstwa okolicy – lasów. Wykorzystano do tego tartaki, które produkowały deski do szybów naftowych. Postawiono również zakład przeróbki celulozy, a nawet fabrykę mebli.
Rozpoczął się drugi złoty okres w życiu miasteczka. W jego rozwój zainwestowano sporo pieniędzy. Wybudowano nowe drogi, szpital, przychodnie, osiedla, szkołę, a nawet stadion. Zadbano o elektryfikację. Podciągnięto wodociągi. Robotnicy znowu zaczęli zjeżdżać z całej Polski, chociaż nie w takiej liczbie, jak podczas naftowego boomu.
Oczywiście był to rozwój na miarę socjalistycznego kraju – drogi często nie dawały rady przetrwać pierwszych jesiennych ulew i srogiej zimy, a nowo postawione bloki miały wszystkie wady ówczesnego budownictwa. Oczywiście wiązały się z tym także tragedie. W latach siedemdziesiątych doszło do tragicznego wypadku, kiedy autobus PKS-u zsunął się ze zbocza Wichrówki, jednej z gór, które otaczały miasteczko, a która swoją nazwę wzięła od hulającego tam wiatru. Katastrofa wydarzyła się w marcu, przy okazji odwilży, kiedy śnieg jeszcze leżał, ale ze zboczy spływały już strumienie wody, a ziemia na Wichrówce zrobiła się miękka jak bagno. Autobusem podróżowali zbierani z okolicznych wsi mężczyźni, którzy jechali na poranną zmianę w tartaku. Na zakręcie kiepsko zbudowana i nieutwardzona odpowiednio droga nie wytrzymała obciążenia. Nagle potężny kawał jezdni po prostu zsunął się jak tafla lodu, a razem z nim autobus. Prawdopodobnie do tragedii by nie doszło, gdyby wcześniej w tym lesie nie wycięto drzew i nie pozostawiono gołego zbocza. Nie było niczego, na czym pojazd mógłby się zatrzymać. Po pierwszych nierównościach zaczął koziołkować i spadł z prawie siedemdziesięciu metrów. Zginęło wtedy czterdziestu sześciu mężczyzn. W większości mieli żony i dzieci. Niektóre rodziny, pozbawione jedynego żywiciela, nagle musiały radzić sobie same.
Śledztwo w tej sprawie się ślimaczyło. Wreszcie zatrzymano jakiegoś pomniejszego inżyniera, postawiono go przed sądem w Sanoku i skazano na niewielką karę w zawieszeniu za niedopełnienie obowiązku. Sąd w uzasadnieniu wyroku wskazywał jednak, że za wypadek głównie odpowiedzialne były „nie do przewidzenia warunki pogodowe”. Jakby odwilż w tej okolicy nie zdarzała się co roku. Mieszkańcy miasteczka plotkowali, że tak naprawdę przyczyną wypadku były kradzieże materiałów, które posłużyły do budowy dróg dojazdowych do posesji lokalnych partyjnych notabli.
Niemniej te lata należy uznać za ogromny skok rozwojowy.
Drugi złoty okres zakończył kryzys lat osiemdziesiątych, a ostateczny cios zadały reformy Balcerowicza. Zamknięto miejscowe zakłady. Stopa bezrobocia wystrzeliła do czterdziestu procent. Stadion, który jeszcze niedawno był dumą miasteczka, zamienił się w ruinę. Przestały jeździć pociągi, a tory oraz trakcję rozkradziono i sprzedano na złom. Kto mógł, to uciekał. Kto został, ten czekał na ostateczny upadek.
Zmieniło się to po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Do miasteczka zaczęły spływać pieniądze i inwestycje. Z powrotem uruchomiono tartak. Jego właściciel, który dorobił się dzięki niewielkiej rodzinnej wytwórni mebli, wkrótce wykupił zabudowania dawnej fabryki mebli i wznowił jej pracę. Pojawiła się drobna przedsiębiorczość, otworzono kilka pensjonatów oraz restauracji. I tak rozpoczął się trzeci złoty wiek w historii Pasła. Może najmniej żywiołowy ze wszystkich, ale równocześnie najspokojniejszy. A mieszkańcy mogą szczerze powiedzieć, że pomimo tych szybciej biorących je we władanie nocy to dobre miejsce do życia.