Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Tam i z powrotem plus trzy metry - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 marca 2026
3654 pkt
punktów Virtualo

Tam i z powrotem plus trzy metry - ebook

Do czego się posuniesz, by zaspokoić swoje najskrytsze pragnienia?

Rzeszów, 2008 rok. Piwnica nowo wznoszonego bloku miała pachnieć wapnem i świeżą farbą. Zamiast tego unosi się w niej ciężki odór rozkładu. To tam śledczy odnajdują zwłoki mężczyzny.

Dla komisarza Dawida Wilka to kolejna rutynowa sprawa. Prokurator Bartosz Chojecki chce ją jak najszybciej zamknąć. Tylko Sebastian Orwicz przeczuwa, że za tą zbrodnią kryje się coś więcej — mimo że sam nie nosi policyjnej odznaki.

Orwicz kieruje budową nowego skrzydła miejskiego szpitala. To tam poznaje Annę Jagier, pielęgniarkę neonatologiczną, która burzy jego spokój i rozpala zmysły. Wkrótce okazuje się, że jej mąż jest ofiarą znalezioną w piwnicy.

Sebastian wie, że ta zbrodnia to dopiero początek. Podążając tropem prowadzącym do świata rodem z koszmaru — pełnego skórzanych pasów, erotyzmu i bólu — coraz bardziej zatraca się w poszukiwaniu prawdy. Nie dostrzega, że śmierć już wyciąga ręce po kolejne ofiary.

Tym razem jedną z nich może być on… albo Anna - jedyna osoba, dla której Sebastian odważyłby się zejść do samego piekła.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-411-2
Rozmiar pliku: 807 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1
Dwa świa­ty, jed­no pra­gnie­nie

Se­ba­stian

Rze­szów, wio­sna 2008 roku.

Po­ran­ne słoń­ce prze­bi­ja­ło się przez war­stwy oło­wia­nych chmur i roz­le­wa­ło mlecz­no-zło­te świa­tło na chod­ni­ki, wciąż mo­kre po noc­nym desz­czu. Mia­sto bu­dzi­ło się do ży­cia w ka­ko­fo­nii dźwię­ków – prze­ni­kli­we klak­so­ny ti­rów mie­sza­ły się z ja­zgo­tem mło­tów pneu­ma­tycz­nych, ter­ko­tem wóz­ków do­staw­czych i stłu­mio­ny­mi roz­mo­wa­mi prze­chod­niów gna­nych po­ran­nym po­śpie­chem. Wą­skie ulicz­ki mię­dzy blo­ka­mi z wiel­kiej pły­ty – tymi sa­my­mi, któ­re pa­mię­ta­ły jesz­cze cza­sy PRL-u – te­raz opla­ta­ły no­wo­cze­sne, szkla­no-be­to­no­we kon­struk­cje ni­czym sta­ra ko­ron­ka otu­la­ją­ca na­gie cia­ło współ­cze­sno­ści.

Za­pach mia­sta był jak jego hi­sto­ria – zło­żo­ny, war­stwo­wy. Gór­ne nuty two­rzy­ły woń świe­żo za­pa­rzo­nej ara­bi­ki z po­bli­skiej ka­wiar­ni oraz ma­śla­na sło­dycz pie­czo­nych bu­łek. Głę­biej – stę­chły od­dech be­to­nu zmo­czo­ne­go desz­czem i me­ta­licz­na nuta spa­lin. A gdzieś na sa­mym dnie – za­pach wil­go­ci wni­ka­ją­cej w sta­re mury, le­d­wo wy­czu­wal­ny, lecz upo­rczy­wy. Taki sam, jaki to­wa­rzy­szył mi od dzie­ciń­stwa na Ślą­sku.

Rze­szów prze­cho­dził me­ta­mor­fo­zę. Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, dźwi­gi wy­cią­ga­ły swo­je żu­ra­wie szy­je jak pta­ki przed lo­tem. Nowe cen­tra han­dlo­we wy­ra­sta­ły w miej­scach, w któ­rych jesz­cze wczo­raj sta­ły opusz­czo­ne hale fa­brycz­ne. Ich szkla­ne fa­sa­dy od­bi­ja­ły po­ran­ne świa­tło i rzu­ca­ły mi­go­tli­we bły­ski na omsza­łe mury przed­wo­jen­nych ka­mie­nic. Mia­sto przy­po­mi­na­ło mo­zai­kę – ka­wał­ki prze­szło­ści i przy­szło­ści ukła­da­ne obok sie­bie bez wy­raź­ne­go pla­nu, a jed­nak two­rzą­ce za­ska­ku­ją­co spój­ną ca­łość.

Pro­jekt, któ­ry nad­zo­ro­wa­łem – roz­bu­do­wa szpi­ta­la Pro-Ro­dzi­na – był jed­nym z tych ele­men­tów zmie­nia­ją­cych ob­li­cze mia­sta. Sta­re skrzy­dło, ma­ją­ce już swo­je lata, otrzy­ma­ło no­we­go bliź­nia­ka – no­wo­cze­sne­go, peł­ne­go świa­tła i prze­strze­ni. Każ­de­go ran­ka, gdy mgła otu­la­ła rusz­to­wa­nia ni­czym de­li­kat­ny we­lon, a kro­ple rosy wi­sia­ły na sta­lo­wych prę­tach jak iskrzą­ce się dia­men­ty na sznur­ku, od­czu­wa­łem dziw­ną sa­tys­fak­cję. To ja by­łem tym, któ­ry prze­ku­wał pro­jekt w rze­czy­wi­stość.

Co­dzien­nie rano mi­ja­łem lu­dzi zmie­rza­ją­cych na dy­żur. Ich szyb­kie kro­ki od­bi­ja­ły się echem od szpi­tal­nych ścian, a twa­rze zdra­dza­ły zmę­cze­nie po noc­nych zmia­nach lub en­tu­zjazm zwią­za­ny z nad­cho­dzą­cym dniem. Z nie­któ­ry­mi wy­mie­nia­łem je­dy­nie bez­na­mięt­ne spoj­rze­nia. Oczy, przy­zwy­cza­jo­ne do wi­do­ku cier­pie­nia, prze­su­wa­ły się obo­jęt­nie i nie­jed­no­krot­nie omi­ja­ły moje oczy.

– Pa­nie kie­row­ni­ku, be­to­niar­ka stoi! – krzyk­nął je­den z ro­bot­ni­ków, co wy­rwa­ło mnie z za­my­śle­nia.

Ski­ną­łem gło­wą i zer­k­ną­łem na ze­ga­rek: za kwa­drans ósma. To ozna­cza­ło, że za chwi­lę…

I wte­dy ją zo­ba­czy­łem.

Szła po­wo­li, nio­sąc tecz­kę w jed­nej ręce i ku­bek kawy w dru­giej. Jej blond wło­sy (choć ona upar­cie twier­dzi, że jest sza­tyn­ką) ukła­da­ły się w ide­al­nie pro­ste li­nie, jak­by każ­dy ko­smyk znał swo­je miej­sce. Ubra­na w pro­sty gra­na­to­wy płaszcz i dżin­sy, sta­no­wi­ła żywy kon­trast dla sza­re­go tłu­mu.

– Dzień do­bry – mruk­ną­łem, gdy mi­ja­ła mój kon­te­ner.

Spoj­rza­ła na mnie swo­imi cza­ru­ją­cy­mi ocza­mi, zie­lo­ny­mi jak las po desz­czu, lecz z ta­jem­ni­czym cie­niem w głę­bi. Jak­by pa­trzy­ła nie na mnie, lecz prze­ze mnie.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzia­ła ci­cho, ale jej głos niósł cie­pło, któ­re roz­grze­wa­ło moją du­szę.

To był nasz ry­tu­ał. Co­dzien­nie te same sło­wa, ten sam pół­u­śmiech. Aż do tego desz­czo­we­go po­ran­ka…

Pa­mię­tam, jak wte­dy pierw­szy raz po­czu­łem, że coś się zmie­nia. Że to spoj­rze­nie było inne – głęb­sze, in­ten­syw­niej­sze. Że od tego dnia nie bę­dzie­my mo­gli uda­wać, że nic się nie wy­da­rzy­ło.

Za­nim tra­fi­łem na Pod­kar­pa­cie, moje ży­cie było po pro­stu nor­mal­ne. Wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa po­wra­ca­ły w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach – za­pach wę­gla i sma­ru, dźwięk ko­pal­nia­nych i kok­sow­nia­nych sy­ren. Uro­dzi­łem się na Ślą­sku, w sza­rym, prze­my­sło­wym świe­cie, w któ­rym hał­dy i dymy z ko­mi­nów sta­no­wi­ły co­dzien­ność. Uli­ce pach­nia­ły spa­li­na­mi i py­łem wę­glo­wym, a od­głos ma­szyn two­rzył sta­łe tło ży­cia. Od za­wsze ota­cza­ły mnie ha­łas, zgiełk i sza­rość, a ja w ca­łej tej sza­ro­ści nie­zmien­nie szu­ka­łem ci­szy, spo­ko­ju, cze­goś praw­dzi­we­go i peł­ne­go ko­lo­rów. W ma­łej bi­blio­te­ce na ko­lej­nych stro­nach ksią­żek znaj­do­wa­łem chwi­le wy­tchnie­nia od prze­my­sło­we­go kra­jo­bra­zu. Moje ser­ce tę­sk­ni­ło za czymś, co przy­po­mi­na­ło mi­łość – za spoj­rze­niem, któ­re ro­zu­mie się bez słów, za obec­no­ścią, któ­ra nie wy­ma­ga tłu­ma­cze­nia.

Kie­dy po­zna­łem Mał­go­rza­tę, wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złem to, cze­go szu­ka­łem. Jej śmiech roz­brzmie­wał bar­wa­mi, gdy pod­czas stu­denc­kich wa­ka­cji spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy. Po stu­diach, gdy ją po­ślu­bi­łem, mia­łem wra­że­nie, że to po­czą­tek na­szej wspól­nej baj­ki. Ślub w rze­szow­skim ko­ście­le, nie­mal w sa­mym cen­trum mia­sta, ja­wił się jako speł­nie­nie ma­rzeń. Za­ko­cha­łem się w Mał­go­rza­cie, choć te­raz, gdy pa­trzę wstecz, zda­ję so­bie spra­wę, że było to bar­dziej przy­po­mnie­nie o mi­ło­ści niż jej praw­dzi­wy po­czą­tek. Z cza­sem jej do­tyk stał się ru­ty­ną, a wspól­ne chwi­le – bar­dziej ce­re­mo­nią niż spon­ta­nicz­ną bli­sko­ścią.

Mał­go­rza­ta po­cho­dzi­ła z Rze­szo­wa i mia­ła trud­no­ści z za­akli­ma­ty­zo­wa­niem się na Ślą­sku. Nowe oto­cze­nie i in­du­strial­ny kra­jo­braz ją przy­tła­cza­ły, dla­te­go po­grą­ża­ła się w smut­ku. Zde­cy­do­wa­ła się na duży krok – ku­pi­ła sta­ry dom w oko­li­cach swo­je­go ro­dzin­ne­go mia­sta, a ja, choć zmę­czo­ny i znie­chę­co­ny, pod­ją­łem wy­zwa­nie i wy­je­cha­łem ze Ślą­ska. Drew­nia­ne pod­ło­gi skrzy­pia­ły pod sto­pa­mi, a ścia­ny po­kry­te były war­stwa­mi sta­rych ta­pet i farb. Re­mont domu, ma­ją­ce­go być po­cząt­kiem na­szej no­wej przy­szło­ści, stał się moją sa­mot­ną wal­ką. Dni mi­ja­ły na no­sze­niu ma­te­ria­łów i wal­ce z opor­ną ma­te­rią, a w moim ży­ciu było co­raz mniej mo­jej żony. Sta­wa­łem się co­raz bar­dziej sa­mot­ny.

Za­miast two­rzyć wspól­nie z nią, sta­łem się więź­niem pra­cy. Dło­nie peł­ne od­ci­sków od na­rzę­dzi, ple­cy bo­lą­ce od dźwi­ga­nia – każ­dy od­pa­da­ją­cy tynk, każ­da skrzy­pią­ca de­ska sta­wa­ły się mo­imi oso­bi­sty­mi prze­ciw­ni­ka­mi. Zre­zy­gno­wa­łem ze swo­ich ma­rzeń o od­po­czyn­ku, a w za­mian co­dzien­nie wal­czy­łem o coś, co – jak mi się wte­dy wy­da­wa­ło – mia­ło nas zbli­żyć i za­pew­nić nam ko­lo­ro­wą przy­szłość. Wie­czo­ra­mi, gdy opa­da­łem na ka­na­pę, moje my­śli krą­ży­ły wo­kół li­sty nie­do­koń­czo­nych prac. Za­wo­do­wo by­łem kie­row­ni­kiem bu­do­wy, a po pra­cy wra­ca­łem do tego sa­me­go śro­do­wi­ska, choć tym ra­zem już nie jako kie­row­nik, ale jako czło­wiek or­kie­stra: do­staw­ca, ma­ga­zy­nier, tyn­karz, ma­larz, mu­rarz – i zmę­czo­ny ży­ciem czło­wiek po­grą­żo­ny w bez­sil­no­ści. Po­dwój­ny cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści przy­gnia­tał mnie co­raz bar­dziej. Czu­łem, że wszyst­ko wo­kół mnie się kru­szy, a ja nie po­tra­fi­łem temu za­ra­dzić. Zda­wa­ło się, że ścia­ny domu po­chła­nia­ją moją ener­gię i po­zo­sta­wia­ją je­dy­nie pust­kę.

Gdy na świe­cie po­ja­wił się Fi­lip – nasz syn – my­śla­łem, że na­stą­pi zmia­na. Jego pierw­szy krzyk na szpi­tal­nej sali po­ro­do­wej wy­dał mi się dźwię­kiem no­we­go po­cząt­ku. Moje mał­żeń­stwo otrzy­ma­ło nową szan­sę – Fi­lip miał być le­kar­stwem na to, co się dzia­ło. Małe rącz­ki chwy­ta­ją­ce moje dło­nie da­wa­ły złu­dze­nie na­dziei. Ocze­ki­wa­łem, że mały chło­piec wpro­wa­dzi do na­sze­go ży­cia świa­tło, któ­re mo­gło­by na­pra­wić to, co roz­pa­dło się mię­dzy mną a Mał­go­rza­tą. Noc­ne kar­mie­nia i prze­wi­ja­nie stwo­rzy­ły nową ru­ty­nę, w któ­rej przy­cichł daw­ny kon­flikt. Lecz za­miast na­pra­wić po­wsta­łe pęk­nię­cia, ta sy­tu­acja je­dy­nie je uwy­pu­kli­ła. Brak snu i zmę­cze­nie tyl­ko po­głę­bia­ły po­dzia­ły. Fi­lip przy­szedł na świat w ostat­nich mie­sią­cach mo­je­go mał­żeń­stwa, a za­miast być spo­iwem, stał się lu­strem od­bi­ja­ją­cym na­sze nie­do­sko­na­ło­ści.

Mał­go­rza­ta, choć ko­cha­ła na­sze­go syna, wciąż była zwią­za­na tok­sycz­ną wię­zią z wła­sną mat­ką. Te­le­fo­ny o każ­dej po­rze dnia i nocy, nie­pro­szo­ne wi­zy­ty, cią­głe uwa­gi i „do­bre rady” sta­ły się co­dzien­no­ścią. To, co mia­ło być mi­ło­ścią, zmie­ni­ło się w klat­kę, z któ­rej nie po­tra­fi­li­śmy się wy­do­stać. Każ­da pró­ba po­sta­wie­nia gra­nic koń­czy­ła się awan­tu­rą i łza­mi. Mał­go­rza­ta, jej mat­ka i ja – wszy­scy by­li­śmy za­gu­bie­ni. W tym trój­ką­cie bra­ko­wa­ło miej­sca na zdro­wą re­la­cję. Za­bor­czość te­ścio­wej spra­wi­ła, że uczu­cia mię­dzy nami za­czę­ły ga­snąć. Po­ca­łun­ki sta­ły się for­mal­no­ścią, a roz­mo­wy – je­dy­nie wy­mia­ną in­for­ma­cji, a nie zwie­rze­nia­mi. Czu­łem się co­raz bar­dziej obcy w związ­ku, któ­ry miał mi da­wać szczę­ście, ale za­miast tego po­grą­żał mnie w smut­ku. Łóż­ko mał­żeń­skie za­mie­ni­ło się w pole bi­twy, na któ­rym każ­de do­tknię­cie było albo ata­kiem, albo ka­pi­tu­la­cją.

Mimo wszyst­ko Pod­kar­pa­cie sta­ło się moim no­wym do­mem, a to, co mia­ło być uciecz­ką, szyb­ko oka­za­ło się czymś wię­cej. Zie­lo­ne wzgó­rza i sze­ro­kie prze­strze­nie dzia­ła­ły ko­ją­co na zmę­czo­ne cia­ło i du­szę. To tu­taj, wśród no­wych bu­dow­li w dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­cym się mie­ście, mia­łem od­na­leźć spo­kój. Pra­ca na bu­do­wie da­wa­ła mi po­czu­cie celu, któ­re­go bra­ko­wa­ło mi w domu. To tu­taj po­zna­łem po­łoż­ną, któ­rą los nie­spo­dzie­wa­nie po­sta­wił mi na mo­jej dro­dze,

Moje ży­cie – jak się wte­dy wy­da­wa­ło – było peł­ne nie­do­koń­czo­nych hi­sto­rii i nie­speł­nio­nych na­dziei. Każ­dy dzień był wal­ką o za­cho­wa­nie po­zo­rów nor­mal­no­ści. Ona sta­ła się czymś wię­cej niż tyl­ko przy­pad­ko­wym spo­tka­niem. Jej obec­ność bu­dzi­ła we mnie uczu­cia, któ­re daw­no już zda­wa­ły się za­po­mnia­ne. Czu­łem, że w jej obec­no­ści coś w moim świe­cie za­czy­na się zmie­niać. Drob­ne ge­sty, wy­mie­nio­ne spoj­rze­nia sta­wa­ły się naj­waż­niej­szy­mi mo­men­ta­mi dnia. Nie wie­dzia­łem, jak bar­dzo ta ko­bie­ta mia­ła od­mie­nić moje ży­cie. Czu­łem, że gdy ona jest w po­bli­żu, od­dy­cha mi się ła­twiej.

Choć od dziec­ka przy­wy­kłem do gwa­ru opo­wie­ści z ko­palń, do twar­dych słów ojca, któ­ry wra­cał do domu z pra­cy po­kry­ty nie­usu­wal­nym py­łem wę­glo­wym, do ota­cza­ją­cej mnie sza­ro­ści, w głę­bi du­szy wie­rzy­łem, że ist­nie­je inny świat – czyst­szy, ja­śniej­szy. Ma­rzy­łem. Nie o bo­gac­twie ani o wiel­kich rze­czach, lecz o mi­ło­ści. O po­ran­kach, gdy bu­dzi cię cie­pły od­dech ko­cha­ją­cej oso­by – a nie bu­dzik. O bli­sko­ści, aro­ma­cie świe­żej kawy, do­ty­ku, któ­ry nie mu­siał nic mó­wić. O wspól­nym mil­cze­niu, któ­re mó­wi­ło wię­cej niż ty­siąc słów.

W dro­dze na bu­do­wę mi­ja­łem ją wie­lo­krot­nie. Na­sze tra­sy prze­ci­na­ły się co­dzien­nie w tych sa­mych punk­tach. Z po­cząt­ku były to je­dy­nie spoj­rze­nia – krót­kie, ulot­ne, le­d­wo za­uwa­żal­ne. Ski­nie­nie gło­wy, pół­u­śmiech – nic wię­cej. Ale za każ­dym ra­zem, gdy na­sze oczy się spo­ty­ka­ły, czu­łem coś… coś, cze­go nie po­tra­fi­łem na­zwać. Jak­by mię­dzy nami ist­nia­ła nie­wi­dzial­na nić po­ro­zu­mie­nia, jak­by w tych spoj­rze­niach kry­ła się głęb­sza treść, któ­rej nie spo­sób opi­sać sło­wa­mi. W trak­cie tych mil­czą­cych spo­tkań ro­dzi­ła się iskra.

Nie była dla mnie tyl­ko ko­lej­ną ko­bie­tą mi­ja­ną w pę­dzie. Przy­cią­ga­ła mnie ni­czym ma­gnes. Wi­dzia­łem, jak wy­sia­da­ła z sa­mo­cho­du – w dżin­sach, za­wsze w do­pa­so­wa­nym t-shir­cie, któ­ry pod­kre­ślał jej syl­wet­kę i ko­bie­cość. Pro­ste, prak­tycz­ne ubra­nia, któ­re jed­nak nie po­tra­fi­ły ukryć jej wy­jąt­ko­we­go wdzię­ku. Jej wło­sy były ide­al­nie pro­ste, jak­by co­dzien­nie to­czy­ła wal­kę z na­tu­rą. Po­dej­rze­wa­łem, że spę­dza dłu­gie mi­nu­ty przed lu­strem, by sta­ran­nie je uło­żyć; czu­łem, że gdzieś kry­ją się nie­sfor­ne pa­sem­ka, któ­rych nie lu­bi­ła za to, że były zbun­to­wa­ne. Te nie­do­sko­na­ło­ści czy­ni­ły ją praw­dzi­wą, ludz­ką, a jed­no­cze­śnie nie­osią­gal­ną.

Nie zna­łem jej imie­nia. W mo­jej gło­wie była po pro­stu „pie­lę­gnia­recz­ką”. Wie­dzia­łem, że pra­cu­je w tym szpi­ta­lu. Za­uwa­ża­łem, jak o tych sa­mych po­rach rano i wie­czo­rem wcho­dzi i wy­cho­dzi. Póź­niej od­kry­łem, że nie była zwy­kłą pie­lę­gniar­ką. Pew­ne­go dnia na jej far­tu­chu zo­ba­czy­łem na­pis: „NEO­NA­TO­LO­GIA”. Zwy­kli lu­dzie nie mają ta­kie­go bły­sku w oczach. Ona czu­wa­ła nad naj­mniej­szy­mi – nad dzieć­mi, któ­re do­pie­ro po­ja­wia­ły się na świe­cie. W jej rę­kach na­wet naj­słab­sze wcze­śnia­ki mia­ły szan­sę. Jej od­dział był ostat­nią de­ską ra­tun­ku dla tych, któ­rzy przy­szli na świat przed cza­sem. Tyle ży­cia w tych ma­lut­kich ciał­kach. Każ­de wa­ży­ło mniej niż to­reb­ka cu­kru, a jed­nak wal­czy­ło z de­ter­mi­na­cją do­ro­słe­go czło­wie­ka. Ich skó­ra była tak de­li­kat­na, że mo­gła ulec uszko­dze­niu od naj­ła­god­niej­sze­go do­ty­ku. A ona… była jak anioł, któ­ry po­ma­gał im od­dy­chać, czu­wać, prze­trwać. Jej obec­ność przy in­ku­ba­to­rach dzia­ła­ła ko­ją­co za­rów­no na per­so­nel, jak i na ro­dzi­ców. Za­wsze sku­pio­na, a jed­nak jej spoj­rze­nie skry­wa­ło ta­jem­ni­cę – może zmę­cze­nie, a może coś in­ne­go. Z cza­sem do­wie­dzia­łem się o niej wię­cej, niż po­wi­nie­nem – o jej dzie­ciach, pra­cy, a na­wet o jej mężu. O nim do­wie­dzia­łem się cze­goś, co zu­peł­nie zmie­ni moje ży­cie…

A ja? By­łem fa­ce­tem od be­to­nu i sta­li. Moje dło­nie zna­ły cię­żar ce­gły i opór wier­tła. Kie­ro­wa­łem pra­ca­mi no­we­go skrzy­dła szpi­ta­la z biu­ra w kon­te­ne­rze, a naj­waż­niej­sze na­rzę­dzia prze­cho­wy­wa­łem w gło­wie – bo wła­śnie umy­słem pra­co­wa­łem naj­wię­cej. Zaj­mo­wa­łem się fun­da­men­ta­mi, ścia­na­mi, licz­ba­mi. Ta­be­le, wy­kre­sy, har­mo­no­gra­my – to był mój ję­zyk. Wszyst­ko mu­sia­ło się zga­dzać co do mi­li­me­tra. Je­den błąd mógł kosz­to­wać ży­cie. Z ze­wnątrz pre­zen­to­wa­łem się jako oso­ba ma­ją­ca wszyst­ko pod kon­tro­lą: pew­ny głos, szyb­kie de­cy­zje, neu­tral­na mina. W środ­ku na­to­miast… zma­ga­łem się z nie­pew­no­ścią, któ­ra gry­zła mnie każ­dej nocy. Zmę­czo­ny ży­ciem, któ­re nie po­to­czy­ło się zgod­nie z pla­nem. Mał­żeń­stwo, któ­re roz­pa­da­ło się jak źle zmie­sza­ny be­ton. Dom, któ­ry sam re­mon­to­wa­łem, i zwią­zek, któ­ry wy­pa­lił się, za­nim zdą­żył roz­kwit­nąć. Ścia­ny domu pa­mię­ta­ły wię­cej kłót­ni niż śmie­chu.

Pew­ne­go desz­czo­we­go ran­ka, gdy sta­łem pod dasz­kiem, cze­ka­jąc na prze­rwę w ule­wie, by móc prze­sko­czyć z bu­dyn­ku do mo­je­go kon­te­ne­ra, po­ja­wi­ła się ona – ta, któ­ra z każ­dym spoj­rze­niem, z każ­dym „dzień do­bry” mia­ła co­raz więk­sze zna­cze­nie w moim ży­ciu. Jej mo­kre wło­sy przy­le­ga­ły do twa­rzy, a para uno­szą­ca się nad kub­kiem kawy two­rzy­ła aurę cie­pła po­śród chłod­ne­go desz­czu. Uśmiech­nę­ła się sub­tel­nie, a ja, za­miast sło­wa­mi, wy­ra­zi­łem swo­je uczu­cia je­dy­nie ski­nie­niem gło­wy, bo czu­łem, że coś we mnie pęka. Ten mo­ment był jak wstrzy­ma­nie od­de­chu – krót­ka prze­rwa, któ­ra zmie­ni­ła rytm ca­łe­go dnia.

Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że wła­śnie ten dzień przy­nie­sie ko­niec jed­ne­go roz­dzia­łu i otwar­cie no­we­go. Jej spoj­rze­nie tego ran­ka oka­za­ło się ostat­nim spo­koj­nym, nie­win­nym mo­men­tem przed tym, jak rze­czy­wi­stość za­czę­ła zmie­niać się szyb­ciej, niż by­łem go­tów to przy­jąć.

Spoj­rza­łem na nią ostat­ni raz. Sta­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc na mnie tym swo­im szcze­gól­nym wzro­kiem – jak­by już wie­dzia­ła, co nas cze­ka. A może to ja już daw­no czu­łem, że na­sze losy są sple­cio­ne jak dwie nit­ki utka­ne przez przy­pa­dek, a jed­nak na za­wsze nie­roz­łącz­ne.

Deszcz za­czął pa­dać jesz­cze moc­niej. Od­wró­ci­łem się do niej i za­py­ta­łem:

– Lat­te bez cu­kru? – za­py­ta­łem.

– Słu­cham? – Zmarsz­czy­ła brwi i po­wo­li unio­sła wzrok.

– Co­dzien­nie. Ta sama pora. Lat­te bez cu­kru – mó­wi­łem spo­koj­nie, ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję.

– Ob­ser­wu­jesz mnie?

– Za­uwa­żam.

– Tro­chę to dziw­ne…

– Może. Ale czy nie­wła­ści­we?

– Nie­wła­ści­we jest to, że za­uwa­żasz, a się nie przed­sta­wiasz.

– Se­ba­stian.

– Anka. Miło mi.

Za­mar­ła na uła­mek se­kun­dy. Nie wiem, czy to coś w moim gło­sie, w spo­so­bie wy­po­wia­da­nia słów spra­wi­ło, że de­li­kat­nie za­drża­ła – le­d­wo wy­czu­wal­nie, ale wy­star­cza­ją­co, bym to do­strzegł. Prze­szył ją dreszcz, nie­po­ko­ją­cy, lecz jed­no­cze­śnie dziw­nie przy­jem­ny.

Je­den po­ra­nek z wie­lu. Nic szcze­gól­ne­go, a jed­nak wszyst­ko. Dzi­siaj wiem, że wła­śnie wte­dy nici na­szych żyć za­czę­ły się prze­pla­tać. Ci­cho, bez słów, jak­by ktoś wy­żej po­cią­gał za nie­wi­dzial­ne sznur­ki, a los przy­go­to­wy­wał sce­nę dla wy­da­rzeń, któ­re mia­ły na­dejść.

Nie przy­pusz­cza­łem, że inna bu­do­wa, któ­rą pro­wa­dzi­łem, sta­nie się miej­scem zbrod­ni. Że be­ton, któ­ry kła­dłem z taką sta­ran­no­ścią, bę­dzie świad­kiem cze­goś prze­ra­ża­ją­ce­go ani że ko­bie­ta, któ­rą wła­śnie po­zna­łem, bę­dzie zwią­za­na z tą spra­wą bar­dziej, niż mógł­bym so­bie wy­obra­zić.

W od­da­li za­hu­cza­ła be­to­niar­ka, co przy­wró­ci­ło mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

– Już idę! – krzyk­ną­łem w stro­nę ro­bot­ni­ków.

Ostat­ni raz spoj­rza­łem na Ankę. Sta­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc na mnie tak, jak­by już wie­dzia­ła, co nas cze­ka.

Ja też to wie­dzia­łem.

Nie wie­dzia­łem jed­nak, że ta ko­bie­ta nosi w so­bie ta­jem­ni­cę, któ­ra wstrzą­śnie moim ży­ciem. Że jej prze­szłość jest po­dob­na do mo­jej – peł­na nie­do­mó­wień i bo­le­snych wy­bo­rów.

Deszcz pa­dał co­raz moc­niej. Od­wró­ci­łem się i wsze­dłem w świat be­to­nu i sta­li, jesz­cze nie­świa­do­my, że za chwi­lę wszyst­ko się zmie­ni. Na za­wsze.

Gdy­bym wte­dy wie­dział, że to wła­śnie ten mo­ment za­po­cząt­ku­je ciąg wy­da­rzeń, któ­rych nie będę w sta­nie kon­tro­lo­wać, może nie zro­bił­bym tego pierw­sze­go kro­ku. Ale już było za póź­no – na­sze losy zo­sta­ły sple­cio­ne jak dwie nit­ki utka­ne przez przy­pa­dek, lecz już na za­wsze nie­roz­łącz­ne.Roz­dział 2
Pod skó­rą dnia

Anna

Dzień za­czął się jak każ­dy inny – od po­ran­ne­go za­mie­sza­nia, kie­dy pró­bo­wa­łam ogar­nąć co­dzien­ne obo­wiąz­ki. Chcia­łam, by wszyst­ko szło spraw­nie, choć wie­dzia­łam, że z trój­ką dzie­ci to nie jest ta­kie ła­twe. Da­wid, mój naj­star­szy syn, miał już dwa­na­ście lat i od za­wsze wcią­gał mnie w swój świat Bio­nic­le. Dziś, jak zwy­kle, za­raz po śnia­da­niu za­czął mi re­la­cjo­no­wać, co wy­da­rzy­ło się w szko­le, ja­kich no­wych Bio­nic­le’ów spo­tkał na pla­cu za­baw, jak prze­my­cał ko­lej­ne ka­wał­ki ze zło­żo­nej kon­struk­cji, któ­ra we­dług nie­go mia­ła coś wspól­ne­go z tech­no­lo­gią przy­szło­ści. Cza­sem jego opo­wie­ści brzmia­ły jak scien­ce fic­tion, ale w jego oczach wi­dzia­łam praw­dzi­wą pa­sję, któ­ra spra­wia­ła, że na­wet ja, scep­tycz­na wo­bec za­ba­wek, za­czy­na­łam do­strze­gać w nich coś wię­cej niż tyl­ko pla­stik. Cza­sa­mi nie ro­zu­mia­łam Da­wi­da, ale za­wsze sta­ra­łam się słu­chać, bo wi­dzia­łam, jak bar­dzo go to pa­sjo­nu­je. W pew­nym sen­sie była to moja co­dzien­na daw­ka świe­że­go spoj­rze­nia na świat, bo on na swój spo­sób po­tra­fił od­na­leźć w nim coś no­we­go, coś eks­cy­tu­ją­ce­go – na­wet je­śli cho­dzi­ło tyl­ko o pla­sti­ko­we fi­gur­ki.

Ola była zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem Da­wi­da. Mój anio­łek, dzie­się­cio­lat­ka, któ­rej uśmiech roz­świe­tlał każ­dy kąt w domu. Za­wsze spo­koj­na, po­god­na i opie­kuń­cza. Uwiel­bia­ła zwie­rzę­ta – od ma­łych kot­ków po pta­ki, któ­re czę­sto przy­no­si­ła do domu. Każ­de­go ran­ka spraw­dza­ła, czy w ogro­dzie nie ma no­wych śla­dów zwie­rząt, a jej no­tes był pe­łen ry­sun­ków i no­ta­tek o ich zwy­cza­jach. Cho­dzi­ła do tej sa­mej szko­ły co Da­wid, ale jej za­in­te­re­so­wa­nia były zu­peł­nie inne. Każ­de zwie­rząt­ko było dla niej skar­bem. „Chcę zo­stać we­te­ry­na­rzem!” – mó­wi­ła z bły­skiem w oku, a ja wie­dzia­łam, że to jej pa­sja. Ko­cha­ła te stwo­rze­nia bar­dziej niż co­kol­wiek in­ne­go na świe­cie.

Pio­trek, naj­młod­szy, miał za­le­d­wie sie­dem lat i był wul­ka­nem ener­gii – dziec­kiem, któ­re nie zna­ło sło­wa „spo­kój”. Za­wsze w ru­chu, za­wsze w po­śpie­chu. Kie­dy mu­siał iść do przed­szko­la, to­czy­li­śmy praw­dzi­wą ba­ta­lię. Dzia­dek Hie­ro­nim, mój naj­uko­chań­szy ta­tuś, za­cią­gał go tam na siłę, bo Pio­trek jak małe tor­na­do uni­kał prze­zna­cze­nia. Na­wet pod­czas śnia­da­nia nie po­tra­fił usie­dzieć w miej­scu – wier­cił się, opo­wia­dał gło­śno, a jego ręce bez prze­rwy kon­stru­owa­ły coś z wi­del­ca i ser­wet­ki. Miał w so­bie nie­ustan­ną chęć do dzia­ła­nia, za­wsze szu­kał przy­gód. Zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­nał mi mnie samą sprzed lat: peł­ną ener­gii, cie­ka­wo­ści świa­ta oso­bę, któ­rej ni­g­dy nie dało się za­trzy­mać. Wi­dzia­łam to w jego oczach – ten głód ży­cia, któ­ry spra­wiał, że nie po­tra­fił usie­dzieć na miej­scu. I choć cza­sem mnie to fru­stro­wa­ło, wie­dzia­łam, że to jego spo­sób na od­kry­wa­nie świa­ta.

Przed pra­cą czę­sto wstęp­nie prze­glą­da­łam rze­czy, któ­re mu­sia­łam zro­bić. Mój mąż, Ja­cek, był te­raz na Is­lan­dii. Jak zwy­kle. Wra­cał rzad­ko, tyl­ko kil­ka razy w roku. Cza­sem my­śla­łam, że to nie jest ży­cie, któ­re so­bie wy­ma­rzy­łam – ale przy­zwy­cza­iłam się do tego. Każ­dy jego wy­jazd zo­sta­wiał w domu pust­kę, któ­rą wy­peł­nia­łam pra­cą i dzieć­mi, ale no­ca­mi, gdy wszyst­ko uci­chło, od­czu­wa­łam swo­ją sa­mot­ność nie­mal jak fi­zycz­ny ból. Może kie­dyś mia­ło to sens – może na po­cząt­ku, kie­dy się po­zna­li­śmy i by­li­śmy na do­rob­ku. Mia­łam jed­nak na­dzie­ję, że to się zmie­ni. Zresz­tą na chwi­lę wró­cił, by pra­co­wać w War­sza­wie. Wte­dy czu­łam, że może nad­cho­dzi mo­ment, w któ­rym bę­dzie­my mo­gli stwo­rzyć taki dom, o ja­kim ma­rzy­łam. Wy­da­wa­ło mi się, że te­raz na­dej­dzie sta­bi­li­za­cja, któ­ra da mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju. Ja­cek zro­bił krok, któ­ry da­wał mi na­dzie­ję – ale to była tyl­ko złud­na na­dzie­ja.

Kie­dy po roku oznaj­mił, że wra­ca na Is­lan­dię, coś we mnie pę­kło. To wte­dy mu po­wie­dzia­łam, że je­śli wy­je­dzie, ja za­koń­czę to mał­żeń­stwo. Za­bio­rę dzie­ci i odej­dę. To była de­cy­zja, na któ­rą cze­ka­łam przez dłu­gie lata, tyl­ko po­trze­bo­wa­łam im­pul­su. Przez te wszyst­kie mie­sią­ce tłu­mi­łam w so­bie gniew, uda­wa­łam, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale w koń­cu mu­sia­łam przy­znać przed sobą, że nie mogę już żyć w za­wie­sze­niu. Ja­cek tyl­ko się uśmiech­nął, jak­by nie wie­rzył w moje sło­wa, jak­by uzna­wał je za pu­stą ga­da­ni­nę. Ale ja wie­dzia­łam. Po­trze­bo­wa­łam tyl­ko mo­men­tu, by to za­koń­czyć. A on nie zda­wał so­bie spra­wy, że to, co dla nie­go było zwy­kłą co­dzien­no­ścią, dla mnie sta­ło się cię­ża­rem, któ­re­go już dłu­żej nie mo­głam dźwi­gać.

Za­nim jesz­cze wy­szłam do pra­cy, wie­dzia­łam, że nie chcę wra­cać do tam­te­go ży­cia. W mo­jej gło­wie po­ja­wił się dziw­ny spo­kój – świa­do­mość, że wła­śnie pod­ję­łam naj­waż­niej­szą de­cy­zję. I choć Ja­cek nie ro­zu­miał mo­je­go wy­bo­ru, ja wresz­cie po­czu­łam, że to po­czą­tek no­we­go roz­dzia­łu, któ­ry mu­siał na­dejść. Nie­za­leż­nie od tego, co przy­nie­sie przy­szłość, nie mo­głam już żyć w tej sa­mej ilu­zji.

To był zwy­kły dzień, jak każ­dy inny. Po dro­dze do szpi­ta­la mi­ja­łam te same pola, te same domy, te same twa­rze. Kol­bu­szo­wa jesz­cze spa­ła, nic nie za­bu­rza­ło co­dzien­nej ru­ty­ny. A jed­nak było ja­koś ina­czej – może to spo­sób, w jaki świa­tło pa­da­ło na dro­gę, może lek­ki wiatr, któ­ry niósł za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy. Dro­ga do Rze­szo­wa z każ­dą chwi­lą się zmie­nia. Znam ją do­brze – nie mu­szę pa­trzeć na dro­go­wska­zy, wiem, kie­dy trze­ba skrę­cić.

Ale dziś mia­łam wra­że­nie, że zmie­rzam ku cze­muś in­ne­mu. Ku cze­muś nie­zna­ne­mu, lecz upra­gnio­ne­mu.

Mi­nę­łam most, a za nim za­czę­ło się mia­sto. Sta­re bu­dyn­ki, no­wo­cze­sne biu­row­ce, wciąż te same kor­ki. Wśród tego zgieł­ku cza­sem ła­pię się na tym, że szu­kam cze­goś no­we­go, zna­ku, któ­ry po­wie mi, że nie je­stem tyl­ko try­bi­kiem w tej ma­szy­nie. Tak bar­dzo się przy­zwy­cza­iłam do tej dro­gi, do tych lu­dzi, że za­czę­łam za­po­mi­nać, co się kry­je tuż pod po­wierzch­nią. A prze­cież ży­cie nie jest tyl­ko dro­gą z punk­tu A do B. W ser­cu mia­sta, w moim szpi­ta­lu, moje ży­cie mia­ło inny rytm. Tu co­dzien­nie wal­czy­łam o cud. O ży­cie, któ­re le­d­wo się za­czę­ło.

W szpi­ta­lu Pro-Ro­dzi­na cze­kał na mnie mój mały świat – od­dział neo­na­to­lo­gii. Dzie­ci, któ­re do­pie­ro co przy­szły na świat i któ­re po­trze­bo­wa­ły mnie bar­dziej, niż ja­kie­kol­wiek sło­wa mogą to wy­ra­zić. Ich ma­leń­kie dło­nie, któ­re le­d­wo obej­mo­wa­ły mój pa­lec, ich ci­che od­de­chy – to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło mi, jak kru­che jest ży­cie i jak waż­na jest moja rola w jego ochro­nie. Były jak ma­leń­kie iskier­ki, wciąż zbyt wraż­li­we, by sta­nąć na no­gach, a ja – ich prze­wod­ni­kiem do no­we­go ży­cia. Bez wa­ha­nia, bez py­tań. Po pro­stu by­łam tam, by trzy­mać je w ra­mio­nach, kie­dy jesz­cze nic nie było pew­ne. Kie­dy jesz­cze wal­czy­ły o każ­dy od­dech.

Ale to miej­sce to nie tyl­ko dzie­ci, któ­re wy­peł­nia­ją moją prze­strzeń. Co­dzien­nie pra­wie me­cha­nicz­nie mi­jam lu­dzi na par­kin­gu. Dzień w dzień. Za­uwa­żam ich, ale oni mnie nie wi­dzą. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je. Cza­sem za­sta­na­wiam się, ja­kie hi­sto­rie skry­wa­ją – może ktoś tak jak ja wal­czy z wła­sny­mi de­mo­na­mi, może ktoś wła­śnie prze­ży­wa naj­szczę­śliw­szy dzień w ży­ciu. Wzrok, któ­ry na­po­ty­ka­my, jest ulot­ny – to coś po­wierz­chow­ne­go, coś, co nie zo­sta­je na dłu­żej. Ale… są wy­jąt­ki.

Za­czę­ło się nie­win­nie. Męż­czy­zna w ro­bo­czym ubra­niu, z któ­rym kil­ka razy wy­mie­ni­łam spoj­rze­nia. Jak­by szu­kał cze­goś w mo­ich oczach – cze­goś, cze­go nie po­tra­fi­łam do­strzec. Nie­zau­wa­żal­ny, a jed­nak obec­ny. Za pierw­szym ra­zem na­wet nie zwró­ci­łam na nie­go uwa­gi – był tyl­ko ko­lej­ną po­sta­cią w tłu­mie. Ale po­tem za­czę­łam go za­uwa­żać: jego spo­sób po­ru­sza­nia się, lek­ko po­chy­lo­ną gło­wę, jak­by cały czas ana­li­zo­wał. Za­wsze, gdy go mi­ja­łam, czu­łam coś, cze­go nie po­tra­fi­łam na­zwać. Może to była jego pew­ność sie­bie? A może coś w jego oczach, co zmu­sza­ło mnie do wzię­cia głęb­sze­go od­de­chu? Nie wie­dzia­łam. Wy­da­wał się zu­peł­nie obcy, a jed­nak nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że na­sze losy były pro­wa­dzo­ne przez te same nie­wi­dzial­ne siły. To uczu­cie na­ra­sta­ło we mnie jak echo, któ­re­go nie po­tra­fi­łam za­głu­szyć.

Zwy­kle kon­cen­tro­wa­łam się na tym, co tu i te­raz. Pra­ca. Dom. Dzie­ci. Ale on… Po­ja­wiał się w tych mo­men­tach, któ­re wy­kra­cza­ły poza co­dzien­ną ru­ty­nę. Jak­by los spe­cjal­nie usta­wiał nas na swo­jej dro­dze, by spraw­dzić, czy w koń­cu coś zro­bi­my z tym nie­wy­po­wie­dzia­nym na­pię­ciem. Cza­sa­mi to było tyl­ko spoj­rze­nie. In­nym ra­zem gest – jak­by przy­pad­ko­we spo­tka­nie, któ­re nie mia­ło zna­cze­nia. A jed­nak kie­dy mi­ja­łam go na par­kin­gu, czu­łam, jak­by mię­dzy nami coś ro­sło – coś, co z każ­dym dniem sta­wa­ło się co­raz bar­dziej re­al­ne.

Czu­łam to w żo­łąd­ku – jak skrę­ca­ją­cą się wstę­gę na­pię­cia, nie­po­kój po­mie­sza­ny z eks­cy­ta­cją.

I wte­dy, pew­ne­go dnia, coś się zmie­ni­ło. Jego spoj­rze­nie, peł­ne nie­pew­no­ści i py­ta­nia, na­po­tka­ło moje. I na­gle wie­dzia­łam – to nie było zwy­kłe spo­tka­nie ob­cych lu­dzi. Na­sze dro­gi prze­ci­na­ły się w spo­sób, któ­ry nie miał nic wspól­ne­go z przy­pad­kiem.

Po­czu­łam ukłu­cie pod skó­rą. Jak­by coś się wła­śnie za­czę­ło, choć nie pa­dło ani jed­no sło­wo.

Jego obec­ność była jak zja­wi­sko, któ­re wkra­da­ło się w moje ży­cie nie­pro­szo­ne, ale ro­bi­ło to kon­se­kwent­nie. Przy każ­dym na­szym spo­tka­niu od­kry­wam ko­lej­ną war­stwę – za pierw­szym ra­zem wi­dzia­łam tyl­ko jego oczy, za dru­gim uśmiech, któ­ry spra­wiał, że moje ser­ce przy­spie­sza­ło. Każ­dy jego ruch jest prze­my­śla­ny, każ­dy gest pe­łen pew­no­ści sie­bie, jak­by wie­dział, jak ma się za­cho­wać, by mnie za­cie­ka­wić. I moja cie­ka­wość ro­sła. Nie mo­głam jej już igno­ro­wać.

Pa­trzy­łam na nie­go, a ser­ce za­czę­ło mi bić szyb­ciej, jak­bym zu­peł­nie za­po­mnia­ła, jak się od­dy­cha. Jego bru­nat­na grzyw­ka nie­dba­le opa­da­ją­ca na czo­ło, jego oczy – nie­bie­sko-sza­re jak zim­ne mo­rze tuż przed bu­rzą. Jego bro­da – lek­ko za­ro­śnię­ta, ide­al­nie do­pa­so­wa­na do twa­rzy. To nie był chło­pak, któ­ry pró­bo­wał wy­glą­dać mło­dziej, ale męż­czy­zna, któ­ry wie­dział, jak się za­pre­zen­to­wać, by wzbu­dzać po­żą­da­nie. Jego uśmiech, za­wsze lek­ko prze­kor­ny, jak­by znał od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­re­go jesz­cze nie za­da­łam. A kie­dy prze­cho­dził obok, czu­łam ten za­pach. Nie mo­głam go opi­sać, bo był zbyt in­ten­syw­ny, by wy­ra­zić go sło­wa­mi. Jak nuta, któ­ra zo­sta­je na mo­jej skó­rze i spra­wia, że na chwi­lę za­po­mi­nam o wszyst­kim. Przez chwi­lę nic in­ne­go nie mia­ło zna­cze­nia, bo to on – z jego za­pa­chem, z jego obec­no­ścią – wy­peł­niał całą prze­strzeń. Jak­by­śmy ist­nie­li tyl­ko on i ja.

Ale to, co na­praw­dę mnie ude­rza­ło, to jego spoj­rze­nie. Nie mo­głam go znieść. Jego oczy były jak do­tyk, któ­ry za­czy­na się od środ­ka i po­wo­li wę­dru­je w dół. To nie było zwy­kłe spoj­rze­nie – to obiet­ni­ca, wy­zwa­nie, py­ta­nie i od­po­wiedź w jed­nym. Było jak igła, któ­ra wbi­ja­ła się w moje cia­ło i spra­wia­ła, że moje ser­ce za­czy­na wa­lić w pier­si. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, co wi­dzia­ła – przez to, jak na mnie pa­trzył, czu­łam się naga, choć wciąż mia­łam na so­bie ubra­nie. W jego oczach było coś, na co moje cia­ło re­ago­wa­ło – jak­by w od­po­wie­dzi na ja­kieś nie­uchwyt­ne we­zwa­nie. I wie­dzia­łam, że on też to wie­dział. A ja, choć po­win­nam czuć lęk, czu­łam tyl­ko… pra­gnie­nie.

Pew­ne­go desz­czo­we­go po­ran­ka, gdy jak zwy­kle szłam do pra­cy, trzy­ma­jąc w ręce ku­bek ter­micz­ny z kawą, w koń­cu za­gad­nął:

– Lat­te bez cu­kru?

– Słu­cham? – Zmarsz­czy­łam brwi i po­wo­li unio­słam wzrok.

– Co­dzien­nie. Ta sama pora. Lat­te bez cu­kru – mó­wił spo­koj­nie.

– Ob­ser­wu­jesz mnie? – za­py­ta­łam.

– Za­uwa­żam.

– Tro­chę to dziw­ne…

– Może. Ale czy nie­wła­ści­we?

– Nie­wła­ści­we jest to, że za­uwa­żasz, a się nie przed­sta­wiasz – po­wie­dzia­łam z lek­kim sar­ka­zmem.

– Se­ba­stian.

– Anka. Miło mi.

Każ­dy nasz ko­lej­ny kon­takt, każ­de spo­tka­nie są jak po­wol­ne eks­plo­zje w moim cie­le. Nie cho­dzi o sło­wa, ale o to, co nie­wy­po­wie­dzia­ne. Na­wet gdy sto­imy w mil­cze­niu, mię­dzy nami prze­pły­wa cała fala emo­cji – na­pię­cie, któ­re ro­śnie z każ­dą se­kun­dą. Jego spoj­rze­nie przy­wo­dzi mi na myśl ob­ra­zy, któ­re sta­ram się od­py­chać, po­nie­waż świa­do­mość, że nie są dla mnie, za­czy­na mnie przy­tła­czać. Ale one wra­ca­ją. Co­raz czę­ściej. Co­raz sil­niej­sze.

Czu­ję, jak moje cia­ło za­czy­na re­ago­wać na jego naj­mniej­szy gest, na każ­dy jego ruch. To nie jest tyl­ko fi­zycz­ne przy­cią­ga­nie – to przy­cią­ga­nie dusz. Kie­dy na­sze dło­nie przy­pad­kiem się sty­ka­ją, od­czu­wam każ­dą jego re­ak­cję, znam jego my­śli i wiem, że on czu­je do­kład­nie to samo. W tych drob­nych do­tknię­ciach jest wię­cej uczu­cia niż we wszyst­kich la­tach mo­je­go mał­żeń­stwa.

Jest w nim coś, co mnie przy­cią­ga, cze­go nie mogę i nie chcę zi­gno­ro­wać. Wszyst­ko w nim spra­wia, że za­czy­nam tę­sk­nić. Za tym, cze­go tak dłu­go bra­ko­wa­ło mi w ży­ciu. Za do­ty­kiem, któ­ry nie tyl­ko pie­lę­gnu­je, lecz tak­że spra­wia, że czu­ję się po­żą­da­na. Za czu­ło­ścią, któ­ra oprócz fi­zycz­ne­go cie­pła daje też uko­je­nie du­szy.

Czu­ję, jak coś we mnie bu­dzi się z głę­bo­kie­go snu, jak za­spa­ne pra­gnie­nia za­czy­na­ją do­ma­gać się uwa­gi. Seks… tego zde­cy­do­wa­nie też mi bra­ku­je, ale nie tyl­ko. Ta bli­skość jest praw­dzi­wa. Roz­bra­ja.

Z każ­dym spoj­rze­niem Se­ba­stia­na czu­ję, jak moja ko­bie­ca na­tu­ra za­czy­na się bu­dzić. Moje zmy­sły są bar­dziej wy­ostrzo­ne niż kie­dy­kol­wiek, jak­by jego obec­ność wy­peł­nia­ła prze­strzeń, w któ­rej do­tych­czas pa­no­wa­ła pust­ka. Na­wet gdy go nie ma, my­ślę o nim – o tym, jak by to było, gdy­by w koń­cu się zbli­żył, gdy­by jego dło­nie do­tknę­ły mo­je­go cia­ła, gdy­by jego usta zna­la­zły moje. Jego obec­ność spra­wia, że za­czy­nam tę­sk­nić za czymś wię­cej niż tyl­ko chwi­lo­wym speł­nie­niem. Chcę czuć się ko­cha­na, po­żą­da­na, chcę dać się po­nieść temu, co się mię­dzy nami ro­dzi – bez wsty­du, bez za­ha­mo­wań. Chcę po­czuć jego cia­ło, jego za­pach, jego do­tyk. Chcę po­czuć sie­bie w jego spoj­rze­niu.

I choć wiem, że nie mogę tego wszyst­kie­go mieć od razu, to te my­śli nie dają mi spo­ko­ju. Wy­obra­żam so­bie jego ręce na mo­ich bio­drach, jego od­dech na mo­jej szyi, jego szept w moim uchu – i wte­dy całe moje cia­ło re­agu­je, jak­by już te­raz go po­trze­bo­wa­ło. Ma­rzę o tym, by po­czuć go bli­sko, by zo­ba­czyć, jak jego cia­ło łą­czy się z moim w na­mięt­nej, go­rą­cej chwi­li, któ­ra nie zo­sta­wia miej­sca na nic in­ne­go. Chcę tej in­tym­no­ści, tego cze­goś, co spra­wia, że moje cia­ło mówi „tak”, za­nim jesz­cze po­dej­mę de­cy­zję. Chcę tej siły, któ­ra wy­do­by­wa ja­kąś za­po­mnia­ną część mnie, o któ­rej za­po­mnia­łam… Chcę być sobą – nie mat­ką, nie żoną. Ko­bie­tą.

Obu­dzi­ła się we mnie ko­bie­ta, któ­ra przez lata spa­ła pod war­stwa­mi obo­wiąz­ków i sa­mot­no­ści. Se­ba­stian wy­da­je się od­po­wie­dzią na tę pust­kę. Bu­dzi we mnie coś, cze­go nie czu­łam przez lata.

Wte­dy wiem – to nie jest tyl­ko męż­czy­zna spo­tka­ny przy­pad­ko­wo. To prze­zna­cze­nie. To de­cy­zja, któ­rą mu­szę pod­jąć. Na­wet gdy­bym chcia­ła, nie po­tra­fi­ła­bym już od­wró­cić wzro­ku, uda­wać, że nie wi­dzę, jak bar­dzo zmie­nia moje ży­cie. Do­strze­gam w nim przy­szłość – przy­szłość, któ­rej ni­g­dy nie pla­no­wa­łam, ale któ­ra w tej chwi­li sta­je się tak re­al­na, że czu­ję ją na skó­rze. Je­stem go­to­wa na zmia­nę. Go­to­wa na wszyst­ko.Roz­dział 3
Głos z Is­lan­dii

Anna

Po­ra­nek był dziw­nie chłod­ny jak na kwie­cień. Słoń­ce, któ­re zwy­kle o tej po­rze roku roz­świe­tla­ło kuch­nię zło­ty­mi pro­mie­nia­mi, te­raz cho­wa­ło się za gę­sty­mi, oło­wia­ny­mi chmu­ra­mi. Te­le­fon za­dzwo­nił wcze­śnie, kie­dy jesz­cze szy­ko­wa­łam dzie­ci do szko­ły. Dło­nie mia­łam sztyw­ne od zim­na, choć ka­len­darz upar­cie twier­dził, że to już wio­sna.

– Halo? – Ode­bra­łam szyb­ko. Przy­trzy­mu­jąc te­le­fon mię­dzy po­licz­kiem a ra­mie­niem, jed­no­cze­śnie wkła­da­jąc ka­nap­ki do śnia­da­nió­wek. Chleb był dziw­nie twar­dy, jak­by też zmarzł w tym nie­ocze­ki­wa­nym kwiet­nio­wym chło­dzie.

– Anka? – usły­sza­łam głos Jac­ka. Nie „cześć”, nie „dzień do­bry”. Tyl­ko moje imię, wy­po­wie­dzia­ne to­nem, ja­kim le­karz wy­mie­nia na­zwę cho­ro­by. Brzmiał twar­do, ci­cho, jak­by dźwięk gu­bił się gdzieś po dro­dze. – Jak tam u was? – Py­ta­nie rzu­co­ne byle jak, jak­by tyl­ko dla za­cho­wa­nia po­zo­rów.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Szó­sta czter­dzie­ści. Cy­fry wy­da­wa­ły się nie­ostre, jak­bym pa­trzy­ła na nie przez za­mar­z­nię­tą szy­bę.

– Dzień jak co dzień – wes­tchnę­łam, od­gar­nia­jąc ko­smyk wło­sów z twa­rzy. – Wiesz, jak jest. Szko­ła, przed­szko­le, pra­ca… za­mie­sza­nie. Ola zno­wu roz­my­śla nad stro­jem do szko­ły, a chłop­cy, jak to chłop­cy, za­czy­na­ją dzień od kłót­ni.

– Tę­sk­nię – po­wie­dział, ale za­brzmia­ło to jak od­czy­ta­ne z kart­ki. Jak­by mó­wił to, bo tak wy­pa­da­ło. Jak­by te sło­wa nic nie wa­ży­ły. Jak­by nie były kie­ro­wa­ne do mnie.

– A kie­dy wra­casz? – za­py­ta­łam, choć już zna­łam od­po­wiedź.

Ci­sza w słu­chaw­ce prze­cią­ga­ła się nie­przy­jem­nie. W tle sły­sza­łam tyl­ko rów­ny, zim­ny od­dech Jac­ka. Żad­nych in­nych dźwię­ków, jak­by stał w ja­kiejś ogrom­nej, pu­stej prze­strze­ni.

– Wiesz… jesz­cze kil­ka ty­go­dni. Może mie­się­cy. Mamy tu opóź­nie­nia. To trud­niej­szy pro­jekt, niż się wy­da­wa­ło. – Głos miał obo­jęt­ny, jak­by mó­wił o na­pra­wie lo­dów­ki, a nie o prze­dłu­ża­ją­cej się roz­łą­ce z ro­dzi­ną.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Sło­wa za­wi­sły w prze­strze­ni mię­dzy mną a słu­chaw­ką. Po­czu­łam, jak przez krę­go­słup prze­bie­ga mi chłód – nie fi­zycz­ny, ale taki, któ­ry zo­sta­je w czło­wie­ku na dłu­go po spo­tka­niu z ob­cym czło­wie­kiem bez uczuć.

– Anka? – za­py­tał, lecz w jego gło­sie nie było nie­po­ko­ju. To było tyl­ko py­ta­nie kon­tro­l­ne.

Głos Jac­ka od­da­lał się albo to moje my­śli od­da­la­ły się od nie­go. Może całe na­sze ży­cie od­su­wa­ło się od nas krok po kro­ku jak co­fa­ją­cy się przy­pływ na lo­do­wa­tej pla­ży Is­lan­dii. A może od po­cząt­ku to tyl­ko ja je trzy­ma­łam przy brze­gu.

Wtem Ola pod­bie­gła i chwy­ci­ła mnie za rękę. Jej dłoń była cie­pła i wil­got­na – je­dy­ne cie­płe miej­sce w tej zim­nej kuch­ni.

– To tata? – za­py­ta­ła, a w jej oczach błysz­cza­ła na­dzie­ja, któ­rej już daw­no nie sły­sza­łam w gło­sie Jac­ka.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam, po­da­jąc jej te­le­fon. – Chcesz się przy­wi­tać?

– Cześć, ta­tu­siu! – wy­krzyk­nę­ła dziew­czyn­ka, a jej głos na­gle wy­peł­nił kuch­nię ży­ciem. – Do­sta­łam piąt­kę z dyk­tan­da!

– Cześć, księż­nicz­ko! – Głos Jac­ka na chwi­lę stał się cie­plej­szy, żyw­szy. – Jak tam szko­ła? – Ale już w na­stęp­nym zda­niu wró­cił do tego sa­me­go, obo­jęt­ne­go tonu.

Da­wid i Pio­trek już cze­ka­li, żeby prze­jąć te­le­fon. Ich twa­rze były peł­ne eks­cy­ta­cji, któ­rej nie po­tra­fił już od­czu­wać ich oj­ciec.

– Tata! – Da­wid wy­krzy­czał w słu­chaw­kę. – Wi­dzia­łem nowy ka­ta­log Bio­nic­le! Jak wró­cisz, to ci po­ka­żę!

– Do­brze, już się nie mogę do­cze­kać – do­dał Ja­cek, ale gło­sem tak nie­obec­nym, jak­by my­śla­mi był gdzieś in­dziej.

– Tato! – wtrą­cił się Pio­trek, naj­młod­szy. – Kie­dy przy­je­dziesz? Bo Ola mówi, że z Is­lan­dii to dłu­go się leci!

Za­śmiał się ci­cho, ale ten śmiech brzmiał dziw­nie obco, jak echo cze­goś, co kie­dyś było praw­dzi­we.

– To praw­da, Pio­tru­siu. Ale przy­le­cę, obie­cu­ję.

Obiet­ni­ca rzu­co­na w próż­nię, sło­wa, któ­re nie mia­ły gdzie wy­lą­do­wać. Było coś w tej roz­mo­wie. Coś ulot­ne­go. Coś nie­uchwyt­ne­go, co spra­wi­ło, że na chwi­lę przy­mknę­łam oczy. Jak­bym przez uła­mek se­kun­dy usły­sza­ła trzask pę­ka­ją­ce­go szkła – tego nie­wi­dzial­ne­go mię­dzy nami.

Kie­dy dzie­ci od­da­ły mi te­le­fon, Ja­cek od­chrząk­nął. Zna­łam ten dźwięk tak do­brze, ale te­raz brzmiał obco, jak­by po­cho­dził od ko­goś zu­peł­nie in­ne­go.

– Anka…

– Mu­szę się roz­łą­czyć – prze­rwa­łam mu, na­gle przy­tło­czo­na tym zim­nem, któ­re roz­prze­strze­nia­ło się od słu­chaw­ki. – Dzie­ci mu­szą iść do szko­ły…

– Ro­zu­miem – po­wie­dział, a w jego gło­sie nie było na­wet śla­du roz­cza­ro­wa­nia. Znów ta ci­sza. Cięż­ka, gę­sta jak lód, któ­ry ni­g­dy nie top­nie­je. – Dbaj o sie­bie – do­dał me­cha­nicz­nie, jak­by czy­tał in­struk­cję ob­słu­gi.

– Ty też – szep­nę­łam, cho­ciaż wie­dzia­łam, że to bez zna­cze­nia.

Roz­łą­czy­łam się, ale nie odło­ży­łam od razu te­le­fo­nu. Sta­łam tak, wpa­trzo­na w ekran, pod­czas gdy dzie­ci koń­czy­ły się pa­ko­wać. W kuch­ni zro­bi­ło się jesz­cze zim­niej, jak­by całe cie­pło ucie­kło wraz z tą krót­ką roz­mo­wą.

Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że to nie był po pro­stu ko­lej­ny zim­ny po­ra­nek – że to po­czą­tek koń­ca. Że chłód, któ­ry wdarł się przez słu­chaw­kę, już ni­g­dy nas nie opu­ści. Za kil­ka ty­go­dni do­wiem się, że mój mąż nie prze­dłu­ża po­by­tu – on po pro­stu tam zo­sta­je. Jak­by ta wy­spa lodu i ognia wchło­nę­ła ostat­nie reszt­ki czło­wie­ka, któ­re­go kie­dyś zna­łam. Jak­bym przez całe na­sze mał­żeń­stwo roz­ma­wia­ła z lo­do­wą fi­gu­rą i w koń­cu zo­ba­czy­ła jej praw­dzi­we ob­li­cze.

Prze­szedł mnie dreszcz. Tym ra­zem nie od kwiet­nio­we­go chło­du. I wca­le nie cho­dzi­ło o mnie. Nie by­łam z nim zwią­za­na już od dłuż­sze­go cza­su. Nic mnie z tym czło­wie­kiem nie łą­czy­ło – oprócz cu­dow­nych dzie­ci i wspól­ne­go domu.

Cho­dzi­ło wła­śnie o tę trój­kę. O ich nie­win­ne ser­ca. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo ko­cha­ją tatę i jak bar­dzo za nim tę­sk­nią. Jak ogrom­nie pra­gną spę­dzać z nim każ­dy dzień. Chłop­cy tak po pro­stu po­trze­bo­wa­li mę­skie­go wzor­ca, bra­ko­wa­ło im ojca, z któ­rym wbi­ja się gwoź­dzie, ko­pie ło­pa­tą czy wy­ko­nu­je te wszyst­kie „mę­skie” za­da­nia.

Odło­ży­łam te­le­fon i te­raz w po­śpie­chu zbie­ra­li­śmy się do wyj­ścia.

Nie wie­dzia­łam, że to ostat­ni raz, kie­dy sły­sza­łam głos Jac­ka. Ostat­ni raz, za­nim stał się dla nas zu­peł­nie obcy. Za­nim oka­za­ło się, że czło­wiek, któ­ry od­cho­dzi, tak na­praw­dę od­szedł już daw­no temu. Ka­wa­łek po ka­wał­ku, sło­wo po sło­wie – aż nie zo­sta­ło już nic.Roz­dział 4
Ra­port po­li­cyj­ny
(nr spra­wy: KM-4872/08)

Spo­rzą­dza­ją­cy: ko­mi­sarz Da­wid Wilk, Wy­dział Kry­mi­nal­ny KWP Rze­szów

Data spo­rzą­dze­nia: 06.06.2008

I. DANE POD­STA­WO­WE

Go­dzi­na zgło­sze­nia: 6.45.

Miej­sce zda­rze­nia: Piw­ni­ca bu­do­wa­ne­go blo­ku miesz­kal­ne­go przy ul. Het­mań­skiej 21 w Rze­szo­wie (in­we­sty­cja w trak­cie wy­koń­cze­nia, brak za­mel­do­wa­nych miesz­kań­ców).

Zgła­sza­ją­cy: Męż­czy­zna, oko­ło 40 lat (Grze­gorz Szka­tu­ła, pra­cow­nik fir­my bu­dow­la­nej, nu­mer do­wo­du: XYZ 123456), przy­by­ły na miej­sce w celu przy­go­to­wa­nia te­re­nu do prac po­ran­nych.

II. OPIS ZDA­RZE­NIA

Dnia 06.06.2008 roku o 6.45 dy­żur­ny KMP Rze­szów otrzy­mał zgło­sze­nie o od­kry­ciu zwłok męż­czy­zny w po­miesz­cze­niu piw­nicz­nym wska­za­ne­go obiek­tu. Na miej­sce na­tych­miast wy­sła­no:

– pa­trol po­li­cyj­ny (funk­cjo­na­riu­sze: mł. asp. An­ge­li­ka Ma­zu­rek-Wilk i st. sierż. Ka­ro­li­na Ry­dzy),

– ze­spół tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki (spe­cja­li­ści: mgr inż. Ka­rol Drozd i st. asp. Ka­rol Ty­lut­ki),

– po­go­to­wie ra­tun­ko­we (le­karz stwier­dził zgon oko­ło 7.15).

III. OPIS OFIA­RY

1. Dane an­tro­po­me­trycz­ne

Płeć: męż­czy­zna

Wiek: 35–40 lat (sza­cun­ko­wo – na pod­sta­wie sta­nu uzę­bie­nia i skó­ry)

Wzrost: oko­ło 180 cm (±2 cm)

Bu­do­wa cia­ła: mu­sku­lar­na, wi­docz­ne śla­dy sta­rej bli­zny na pra­wym przed­ra­mie­niu (oko­ło 5 cm, praw­do­po­dob­nie po­ura­zo­wa), znak na bio­drze – pół­księ­życ prze­ci­na­ją­cy słoń­ce

2. Ubra­nie i przed­mio­ty oso­bi­ste

Okry­cie wierzch­nie: gra­na­to­wa kurt­ka typu pi­lot­ka (mar­ka nie­usta­lo­na, brak met­ki) ze śla­da­mi bło­ta na rę­ka­wach

Ko­szu­la: ja­sno­nie­bie­ska ba­weł­nia­na, roz­cię­ta w oko­li­cy most­ka (zgod­nie z ra­na­mi kłu­ty­mi)

Spodnie: ciem­no­gra­na­to­we dżin­sy, pra­wa kie­szeń wy­wró­co­na na lewą stro­nę

Buty: skó­rza­ne, czar­ne, roz­miar 43, śla­dy świe­że­go bło­ta na po­de­szwach

3. Przed­mio­ty przy zwło­kach:

– klu­cze do domu (3 sztu­ki, w tym je­den z na­lep­ką „ga­raż 2”)

– te­le­fon ko­mór­ko­wy No­kia 3310 (za­blo­ko­wa­ny, prze­ka­za­ny do la­bo­ra­to­rium w celu od­zy­ska­nia da­nych)

Uwa­gi: brak port­fe­la, do­ku­men­tów, bi­żu­te­rii lub in­nych war­to­ścio­wych przed­mio­tów

IV. STAN ZWŁOK I OB­RA­ŻE­NIA

1. Cha­rak­te­ry­sty­ka ran:

Rany kłu­te: sie­dem ran w oko­li­cy klat­ki pier­sio­wej

– rana brzu­cha 3 cm na lewo od pęp­ka

– rana kłu­ta mie­dzy dru­gim a trze­cim że­brem, stro­na lewa

– rana kłu­ta tuż pod pra­wym oboj­czy­kiem

– trzy rany w bli­skim są­siedz­twie w od­le­gło­ści 3–8 mm od sie­bie, zlo­ka­li­zo­wa­ne tuż pod wy­rost­kiem mie­czy­ko­wa­tym

– rana cen­tral­na prze­bi­ja­ją­ca lewą ko­mo­rę ser­ca – śmier­tel­na

– śla­dy wska­zu­ją­ce na uży­cie na­rzę­dzia o ostro­ści jed­no­stron­nej (np. nóż my­śliw­ski lub po­krew­ny), dłu­gość ostrza oko­ło 110 mm

Rana cię­ta na le­wej dło­ni: głę­bo­kość oko­ło 2 cm, cha­rak­te­ry­stycz­na dla rany obron­nej (ofia­ra pró­bo­wa­ła chwy­cić ostrze)

Brak in­nych śla­dów wal­ki

2. Do­dat­ko­we ob­ser­wa­cje:

Przy­bli­żo­ny czas zgo­nu: mię­dzy 3.00 a 5.00 rano (na pod­sta­wie sztyw­no­ści po­śmiert­nej i tem­pe­ra­tu­ry cia­ła)

Po­zy­cja zwłok: na wznak, ręce roz­ło­żo­ne na boki, nogi wy­pro­sto­wa­ne – brak oznak prze­miesz­cze­nia po śmier­ci

Śla­dy na pod­ło­dze: pla­ma krwi o śred­ni­cy oko­ło 50 cm, brak śla­dów prze­cią­ga­nia cia­ła

V. USTA­LE­NIA WSTĘP­NE

1. Brak mo­ni­to­rin­gu w bez­po­śred­nim są­siedz­twie (in­we­sty­cja nie­za­koń­czo­na).

2. Ze­zna­nia świad­ków:

Pra­cow­nik bu­dow­la­ny ze­znał, że w nocy nie wi­dział po­dej­rza­nych osób, ale sły­szał „stłu­mio­ne krzy­ki” mię­dzy 3.30 a 4.30 (uzna­no za mało wia­ry­god­ne ze wzglę­du na od­le­głość od uli­cy).

Miesz­kań­cy są­sied­nich bu­dyn­ków nie zgła­sza­li nie­po­ko­ją­cych zda­rzeń.

3. Hi­po­te­zy:

– mo­tyw ra­bun­ko­wy (brak port­fe­la i do­ku­men­tów)

– za­bój­stwo z pre­me­dy­ta­cją (licz­ba ran wska­zu­je na emo­cjo­nal­ny cha­rak­ter ata­ku)

VI. DAL­SZE CZYN­NO­ŚCI

1. Kry­mi­na­li­stycz­ne:

– sek­cja zwłok (za­kres: okre­śle­nie do­kład­nej przy­czy­ny śmier­ci i typu na­rzę­dzia)

– ana­li­za te­le­fo­nu ofia­ry (w tym li­sta po­łą­czeń i SMS-ów)

– ba­da­nie pró­bek krwi pod ką­tem sub­stan­cji tok­sycz­nych

2. Ope­ra­cyj­ne:

– prze­szu­ka­nie oko­li­cy w po­szu­ki­wa­niu na­rzę­dzia zbrod­ni

– we­ry­fi­ka­cja ostat­nich kon­tak­tów ofia­ry (je­śli toż­sa­mość zo­sta­nie usta­lo­na)

– spraw­dze­nie baz da­nych pod ką­tem po­dob­nych za­bójstw w re­gio­nie

Pod­pis spo­rzą­dza­ją­ce­go ra­port: kom. Da­wid Wilk, Wy­dział Kry­mi­nal­ny KWP Rze­szów

Uwa­gi: Spra­wa prio­ry­te­to­wa, zle­co­no nad­zór pro­ku­ra­tor­ski (sygn. akt III Ds. 45/08).

No­tat­ka służ­bo­wa: Cia­ło prze­wie­zio­no do Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej w Rze­szo­wie. Wy­ni­ki sek­cji ocze­ki­wa­ne w cią­gu 72 go­dzin. Te­le­fon prze­ka­za­no do la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go w Kra­ko­wie (ze wzglę­du na spe­cja­li­stycz­ny sprzęt). Spra­wę prze­ka­za­no pro­ku­ra­to­ro­wi Bar­to­szo­wi Cho­jec­kie­mu.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij