-
nowość
Tamtej nocy widziałam wszystko - ebook
Tamtej nocy widziałam wszystko - ebook
Jedna noc. Jedno kłamstwo. Jedna prawda, której nie da się zapomnieć. Marta wiedziała, że coś jest nie tak. Jej syn znika bez śladu. Mąż przestaje istnieć w dokumentach. A ludzie wokół zaczynają patrzeć na nią tak, jakby była… sama. Z każdą godziną rzeczywistość zaczyna się rozpadać. Policja nie znajduje dowodów. Szkoła twierdzi, że dziecka nigdy nie było. Ale im więcej sobie przypomina… tym bardziej boi się tego, co może odkryć. Bo czasami najgorsza prawda nie polega na tym, co się wydarzyło.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368732429 |
| Rozmiar pliku: | 4,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są historie, które zaczynają się od jednego wydarzenia.
Jednego dnia. Jednej decyzji. Jednego błędu.
Ale są też takie, które zaczynają się dużo wcześniej — w miejscach, których nikt nie zauważa. W drobnych pęknięciach, w przemilczeniach, w tym, co zostaje zignorowane, bo wydaje się „nieistotne”.
Ta historia należy do drugiej kategorii.
To opowieść o pamięci — i o tym, jak łatwo potrafi nas zdradzić. O umyśle, który nie zawsze pokazuje prawdę, ale potrafi stworzyć coś, co wydaje się bezpieczniejsze niż rzeczywistość.
Bo czasami to, co sobie wyobrażamy, jest łatwiejsze do zniesienia niż to, co naprawdę się wydarzyło.
I czasami… to wystarcza, żeby zacząć w to wierzyć.
Ta książka nie próbuje odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Nie mówi wprost, co jest prawdą, a co tylko jej cieniem. Nie prowadzi czytelnika za rękę.
Zamiast tego zostawia ślady.
Niektóre z nich są oczywiste. Inne ukryte — w ciszy, między słowami, w tym, co bohaterowie pomijają lub czego nie chcą pamiętać.
Bo pamięć nie jest zapisem.
Jest opowieścią.
A każda opowieść może zostać zmieniona.
To historia o stracie.
O winie.
O próbie ucieczki przed czymś, co nie daje się zapomnieć.
Ale przede wszystkim — o prawdzie.
Tej, która wraca.
Zawsze.
Niezależnie od tego, jak głęboko została ukryta.
Jeśli zdecydujesz się wejść w tę historię, pamiętaj tylko o jednym:
Nie wszystko, co zobaczysz, jest takie, jakim się wydaje.
A nie wszystko, co wydaje się nierealne… jest zmyślone.1
NOWE MIESZKANIE
Klucze były cięższe, niż Marta się spodziewała.
Metalicznie zadzwoniły, kiedy po raz pierwszy położyła je na kuchennym blacie, jakby chciały zaznaczyć swoją obecność. Jakby chciały powiedzieć: _to już naprawdę się dzieje_.
Mieszkanie pachniało jeszcze farbą i świeżym drewnem. Remont trwał prawie trzy miesiące i przez cały ten czas Marta żyła między kartonami, katalogami z meblami i wieczornymi rozmowami z ekipą remontową, która zawsze obiecywała, że „jutro już będzie koniec”.
Teraz w końcu był.
Puste ściany odbijały każdy dźwięk.
Jej kroki.
Szuranie kartonu po podłodze.
Ciche skrzypnięcie nowych drzwi.
Przez chwilę stała w środku salonu i patrzyła na światło wpadające przez duże okno. Było zimowe, blade, ale mimo to rozjaśniało pomieszczenie miękkim, spokojnym blaskiem.
— No i jesteśmy — powiedziała cicho.
Jakby ktoś oprócz niej naprawdę tu był.
Po chwili drzwi wejściowe otworzyły się z lekkim stuknięciem.
— Mamo! Mogę wybrać pokój?!
Małe buty uderzyły o podłogę z energią, którą mają tylko dzieci przekonane, że świat właśnie się zaczyna.
Marta odwróciła się i uśmiechnęła.
— Spokojnie, Leon. Wszystkie są twoje do wyboru.
Chłopiec miał siedem lat i włosy, które nigdy nie chciały się układać. Stały w każdą stronę jakby właśnie wyszedł z łóżka, nawet kiedy był świeżo uczesany.
Przebiegł przez korytarz jak mała burza.
Drzwi jednego z pokoi otworzyły się gwałtownie.
— Ten! — krzyknął.
— Nawet nie sprawdziłeś drugiego — zaśmiała się Marta.
— Ten ma najlepsze okno.
I rzeczywiście miał.
Duże, wychodzące na podwórko między kamienicami. Stare drzewo rosło niemal przy samym murze, a jego gałęzie sięgały prawie do parapetu.
Marta przez chwilę przyglądała się temu drzewu.
Było dziwnie poskręcane.
Jakby rosło w pośpiechu.
Albo próbowało uciec.
— Podoba ci się? — zapytał Leon.
— Bardzo.
Chłopiec już rozpakowywał pierwszy karton z zabawkami.
Marta wróciła do salonu.
Z kuchni było widać drzwi wejściowe, fragment korytarza i kawałek ściany, którą specjalnie pomalowała na ciemniejszy kolor. Chciała, żeby mieszkanie było ciepłe, spokojne, żeby przypominało dom, a nie tylko miejsce do spania.
Na blacie leżała koperta od administracji.
Otworzyła ją powoli.
W środku był standardowy zestaw informacji o budynku.
Regulamin.
Numery telefonów.
I krótka notatka dopisana ręcznie na dole kartki.
„W razie problemów proszę kontaktować się z administracją.
Poprzedni lokator wyprowadził się nagle.”
Marta zmarszczyła brwi.
„Nagle” było dziwnym słowem.
Ale w starych kamienicach ludzie często się wyprowadzali. Miasto zmieniało się zbyt szybko, żeby ktoś zostawał w jednym miejscu na długo.
Z korytarza dobiegł śmiech Leona.
— Mamo! Zobacz!
Marta weszła do jego pokoju.
Chłopiec stał przy oknie.
— To drzewo wygląda jak potwór.
— To tylko stara jabłoń.
— A jak ktoś by się po niej wspiął do okna?
— Jesteśmy na drugim piętrze.
— No ale ktoś mógłby spróbować.
Marta spojrzała na gałęzie.
Jedna z nich była rzeczywiście bardzo blisko parapetu.
Zbyt blisko.
— Nikt nie będzie się wspinał — powiedziała spokojnie.
Leon wzruszył ramionami i wrócił do swoich zabawek.
Wieczorem mieszkanie było już trochę mniej puste.
Na półkach pojawiły się książki.
Na stole czajnik.
W salonie lampka, która dawała ciepłe, żółte światło.
Marta zrobiła herbatę i usiadła na kanapie.
Przez chwilę słuchała miasta.
Samochody.
Kroki na chodniku.
Gdzieś daleko szczekanie psa.
I wtedy usłyszała coś jeszcze.
Cichy dźwięk.
Jakby ktoś przesunął krzesło w mieszkaniu nad nimi.
Albo…
kroki na klatce schodowej.
Zatrzymały się pod jej drzwiami.
Marta spojrzała w stronę wejścia.
Cisza.
Potem bardzo powoli…
ktoś nacisnął klamkę.
Drzwi lekko drgnęły.
Marta wstała.
Serce zaczęło jej bić szybciej.
— Halo? — powiedziała.
Nie było odpowiedzi.
Kiedy podeszła bliżej, zobaczyła coś na wycieraczce.
Kartkę.
Podniosła ją.
Jedno zdanie.
Napisane grubym, czarnym markerem.
„NIE POWINNAŚ TU WRACAĆ.”
Marta szybko złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni.
Marta podeszła do okna. Na szybie pojawiła się para z gorącej herbaty.
Na podwórku nie było nikogo.
Tylko stare drzewo.
I gałąź, która prawie dotykała parapetu.2
ZWYCZAJNY DZIEŃ
Poranek w nowym mieszkaniu przyszedł spokojnie.
Światło powoli przesuwało się po ścianach salonu, zatrzymując się na jeszcze pustych półkach i kartonach ustawionych przy ścianie. W powietrzu wciąż czuć było zapach świeżej farby, zmieszany z aromatem kawy, którą Marta właśnie nalewała do dwóch kubków.
W kuchni panowała ciepła, codzienna krzątanina.
— Leon, plecak! — zawołała.
— Już!
Chłopiec pojawił się w korytarzu z jednym butem na nodze i drugim w ręce.
— Mamo, a czy w nowej szkole też będą mieli boisko?
— Na pewno — odpowiedziała z uśmiechem. — A jeśli nie, to znajdziemy jakieś w pobliżu.
Leon usiadł na podłodze i zaczął wiązać buty z ogromną koncentracją.
Paweł stał przy oknie z kubkiem kawy w dłoni. Miał już na sobie koszulę i marynarkę, a jego torba służbowa czekała oparta o ścianę.
— Dziwnie spokojnie tutaj — powiedział.
— Dopiero pierwszy dzień — odparła Marta.
— Właśnie dlatego.
Spojrzała przez chwilę na podwórko między kamienicami.
Stare drzewo poruszało się lekko na wietrze, a gdzieś dalej ktoś zamykał metalową bramę.
— Przyzwyczaimy się — powiedziała cicho.
Leon wstał z podłogi.
— Gotowy!
— Pokaż plecak.
Chłopiec podszedł i obrócił się tyłem. Marta sprawdziła zamek, poprawiła pasek i pogłaskała go po włosach.
— Wszystko masz?
— Mam.
— Śniadanie?
— Zjadłem.
Paweł odstawił kubek.
— To jedziemy.
Przez chwilę w mieszkaniu zrobiło się głośniej — kroki, otwierane drzwi, szelest kurtki.
Marta odprowadziła ich do przedpokoju.
Paweł pocałował ją krótko w policzek.
— Wrócimy około trzeciej.
— Dobrze.
Leon pomachał jej jeszcze z klatki schodowej.
— Pa, mamo!
— Pa.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
I nagle mieszkanie ucichło.
Marta przez chwilę stała w korytarzu.
Nowe mieszkanie było inne, kiedy zostawała w nim sama.
Większe.
Cichsze.
Trochę obce.
Ale jednocześnie było w nim coś przyjemnego — świadomość, że to ich miejsce, ich początek.
Wróciła do kuchni.
Dokończyła swoją kawę i zaczęła rozpakowywać kolejne kartony.
Pierwsza była sypialnia.
Ubrania leżały jeszcze w torbach i pudełkach. Marta powoli zaczęła układać je w szafie. Koszule Pawła po jednej stronie, jej sukienki po drugiej.
Każdy ruch był spokojny, niemal rytualny.
Złożyła sweter.
Powiesiła płaszcz.
Zsunęła dłonią po półce, sprawdzając czy jest czysta.
Potem przeszła do pokoju Leona.
Tu panował większy chaos.
Karton z zabawkami był przewrócony, a na podłodze leżały samochodziki, plastikowi żołnierzycy i pudełko z klockami.
Marta uklękła na podłodze.
— No dobrze… zobaczymy, gdzie wszystko będzie mieszkać.
Na półce ustawiła książki.
Obok małą lampkę w kształcie rakiety.
Samochodziki trafiły do drewnianego pudełka, które stało przy łóżku.
Pluszowego wilka położyła na poduszce.
Pokój powoli zaczynał wyglądać jak prawdziwy pokój dziecka.
Marta uśmiechnęła się do siebie.
To było dobre uczucie.
Budować coś od początku.
Około południa zrobiła sobie herbatę i usiadła przy oknie w salonie.
Miasto żyło spokojnym rytmem dnia.
Ktoś przeprowadzał psa przez podwórko.
Starsza kobieta podlewała kwiaty na balkonie.
Z klatki schodowej dobiegły kroki.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi.
Marta wstała i otworzyła.
Na progu stała kobieta około pięćdziesiątki. Miała krótkie, jasne włosy i ciepły uśmiech.
— Dzień dobry — powiedziała. — Nowi sąsiedzi?
— Tak.
— Nazywam się Elżbieta. Mieszkam dwa piętra wyżej.
— Marta — odpowiedziała. — Proszę wejść.
Kobieta rozejrzała się po mieszkaniu z ciekawością.
— Pięknie państwo odremontowali.
— Trochę to trwało — zaśmiała się Marta.
— Ale warto było.