Tamten czas. Wspomnienia niemieckiego chłopca z Gdańska w 1945 roku - ebook
Tamten czas. Wspomnienia niemieckiego chłopca z Gdańska w 1945 roku - ebook
Przez stulecia losy niemieckich mieszkańców Danzigu splatały się z polskimi. Niemcy, Polacy, Kaszubi razem pracowali, utrzymywali kontakty rodzinne i towarzyskie, byli sąsiadami. Mówili o sobie: jestem stąd. Ich życie runęło wraz z wybuchem drugiej wojny światowej.
Wolfgang Kirchner autobiograficzną opowieść „Tamten czas” o losach swojej gdańskiej niemieckiej rodziny osadził w chwili zdobycia miasta i w pierwszych miesiącach po wkroczeniu wojsk radzieckich w 1945 roku. Sugestywnie opisał jego zaplanowaną zagładę, strach prześladowanej i brutalnie traktowanej ludności cywilnej. W takich okolicznościach dawny Danzig bezpowrotnie przestał istnieć i stał się polskim Gdańskiem.
Zbrodnicza polityka III Rzeszy, decyzje zwycięskich mocarstw i polityka władz polskich sprawiły, że dla niemieckich mieszkańców Gdańska nie było miejsca w rodzinnym mieście, zostali z niego wysiedleni. Utracili swoją lokalną ojczyznę. Ich domy zajęli nowi przybysze…
Książka wydana we współpracy z Instytutem Kaszubskim w Gdańsku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Przedmowa
Z lękiem czekamy w schronie na Rosjan
Ucieczka w lasy
My, dzieci, ratujemy mamę
Kwiaty dla mamy
Kłótnie i spory
Włamanie
Aresztowanie
Nowi mieszkańcy
Pożegnanie z Klarą
Próbujemy przeżyć
Dziadek wysyła nas do Koszałków
Diti musi odejść
Znowu we Wrzeszczu
„Heim ins Reich”
Epilog. W Niemczech Zachodnich
Basil Kerski: Uniwersalna gdańska literatura. O autobiograficznej powieści Wolfganga Kirchnera
Isabel Röskau‑Rydel, Jan Rydel: Gdańsk w latach 1933–1947
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8325-209-4 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przedmowa
W Berlinie nie wiedzą, co robić z pozbawionymi opieki dziećmi, które w wielkiej liczbie przybywają tu z rejonów objętych konfliktami, z Syrii, Sudanu, Afganistanu i z Ukrainy. Upływa rok albo i więcej, zanim znajdą się wolontariusze, którzy podejmą się opieki nad nimi i znajdą im miejsce w przepełnionych klasach szkół podstawowych. Młodzi, trochę starsi migranci próbują jakoś zdobyć trochę pieniędzy i posłać je do domu w nadziei, że w ten sposób pomogą swym rodzicom dostać się do Niemiec.
Od 24 lutego 2022 roku, czyli od dnia, kiedy Rosja napadła na Ukrainę, od 7 października 2023 roku, kiedy Hamas rozpoczął terrorystyczne ataki przeciw Izraelowi, nie ma tematu, który by nas bardziej poruszał i prowadził do bardziej zaciętych dyskusji.
W moich wspomnieniach, którym nadałem formę powieści, opisałem skrajnie niebezpieczny czas, gdy dzieci stawały się obrońcami i żywicielami rodzin. Dwudziestego piątego marca 1945 roku dla Gdańska skończyła się wojna, a dla trzynastoletniego urwisa zaczął się bohaterski czas, kiedy ignorując ryzyko, gotów do wszelkich ofiar, kradł i oszukiwał, aby utrzymać przy życiu swą matkę i pięcioro rodzeństwa. To był mój brat Diti.
Odwiedziłem Danzig w czerwcu 1976 roku, na krótko przed wybuchem strajków w Polsce i niedługo przed powstaniem Solidarności. Miasto nazywało się teraz Gdańsk. Przedmieście Langfuhr, w którym spędziłem beztroską część mojego dzieciństwa, nazywało się teraz Wrzeszcz. W marcu 1945 roku wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej zaczął się tam dla nas i dla wielu innych niemieckich rodzin czas trwogi i głodu. Wróciłem do mego rodzinnego miasta, aby na zlecenie Rozgłośni Wolny Berlin (Sender Freies Berlin) przeprowadzić wywiady z polskimi gdańszczanami, którzy wskutek realizacji planów Hitlera stali się pierwszymi ofiarami drugiej wojny światowej i zadano im niewyobrażalne cierpienia. Nie mogę zapomnieć wywiadu z nauczycielem Florianem Wichłaczem, którego aresztowano już 23 sierpnia 1939 roku wraz z całą szkołą, czyli ze wszystkimi nauczycielami i uczniami. Przyjął mnie w domu przy ulicy Kossaka, która dawniej nazywała się Johannistal i była przecznicą od ulicy Johannisberg, gdzie stał mój dom.
„Przysiągłem sobie, że nigdy więcej nie będę rozmawiał po niemiecku – mówił Florian Wichłacz. – A przecież kiedyś wcale nie byliśmy wrogo nastawieni do Niemców”. Przez okno jego mieszkania patrzyłem na tylną ścianę naszego domu i na drzwi do piwnicy, z której czerwonoarmiści wyprowadzili mojego ojca. „Wychowałem się w niemieckim środowisku, miałem wśród Niemców przyjaciół z okresu studiów. Ale od marca 1939 roku nikt mnie już nie poznawał…”
Ponieważ jeden z sąsiednich domów trafiony pociskiem spalił się i zawalił, było od nas widać nawet Jäschkentaler Weg, dzisiejszą Jaśkową Dolinę. Tam 25 marca 1945 roku w dużej grupie Niemców pod strażą czerwonoarmistów stał mój ojciec. Musiał bezradnie patrzeć, jak jego żona z sześciorgiem dzieci śladem tysięcy niemieckich rodzin ucieka z płonącego Gdańska w okoliczne lasy.
Podróż do Gdańska w 1976 roku przekonała mnie, iż powinienem spisać moje wspomnienia o tamtych czasach, które przeżyłem jako dziesięciolatek. Wszystkie opisane tu fakty odpowiadają temu, co wówczas zapamiętałem. Dialogi i niektóre postaci są wynikiem swego rodzaju pisarskiej rekonstrukcji. Wspomnienia ukazały się w 1980 roku w wydawnictwie Rowohlta pod tytułem Wir durften nichts davon wissen. Ein Jugendroman . Książka miała potem kilka wydań. Aby jej temat stał się bardziej czytelny, dla polskiego wydania wybraliśmy tytuł Tamten czas. Wspomnienia niemieckiego chłopca z Gdańska w 1945 roku.
Jestem bardzo wdzięczny córce mojego kuzyna, profesor Isabel Röskau-Rydel, oraz jej mężowi, profesorowi Janowi Rydlowi, za to, że przekonali mnie do pomysłu udostępnienia wspomnień polskim czytelnikom. Dziękuję także panu profesorowi Cezaremu Obracht-Prondzyńskiemu, pani doktor Renacie Pałczyńskiej-Gościniak z Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku oraz panu Basilowi Kerskiemu, dyrektorowi Europejskiego Centrum Solidarności za życzliwe wsparcie tej publikacji.
Berlin, listopad 2023Z lękiem czekamy w schronie na Rosjan
„Niedziela palmowa, 25 marca 1945 roku…”
Mama1 siedzi w schronie przeciwlotniczym przy stole i pisze w pamiętniku. Stajenna lampa naftowa rzuca migotliwe światło na gruby kalendarz, który zapisuje drobnym, jakby drżącym pismem. Od czasu do czasu ostrzy ołówek, aby litery były cienkie – chce zmieścić jak najwięcej na stronie. Jest wiele do opowiedzenia.
„W piątek, w naszym domu zakwaterowało się Waffen-SS – zapisała. – Przyjechali dwoma gąsienicowymi pojazdami, które zaparkowali w ogrodzie, uszkadzając drzewo mirabelkowe. Pojazdy zostały zakopane aż po gąsienice i przykryte siatkami maskującymi. Na górze, w kuchni ustawili radiostację. Teraz Klara2 musi gotować dla nas wszystkich na piecu w pralni. Jest wściekła na SS. Podczas każdego nalotu lotniczego schodzą do nas na dół”.
Siedzę koło mamy i przyglądam się jej, kiedy pisze. „Połóż się na materacu pod stołem”, mówi. Potem, kiedy jest już zmęczona, muszę się trochę posunąć, a ona kładzie się obok mnie. Słyszymy nad sobą łomot żołnierskich butów, odległe strzały i bliskie wybuchy pocisków. Kiedy wali szczególnie głośno, moje młodsze rodzeństwo budzi się z przerażeniem, słyszę jęki dziadka3 w ciemnym kącie, niedaleko wyjścia ewakuacyjnego. Piętnastoletni Achim, mój najstarszy brat, leży obok drzwi do pralni i w blasku świecy czyta książkę. Przykrywa troskliwie przestraszone maluchy, kiedy zaspane znów się kładą. Wsłuchuje się w łoskot artylerii, a jego głowa kręci się tak, jakby śledził trajektorię pocisków.
– Ruscy stoją na Gdańskich Wyżynach i strzelają ponad nami w miasto! – mówi uspakajająco.
Mieszkamy we Wrzeszczu4, na przedmieściach Gdańska, po jego „lepszej”, willowej stronie, na skraju Jaśkowego Lasu5. Stoi tu sporo okazałych domów, otoczonych ogrodami. Nasza willa ma dużo wykuszów, wieżyczek zdobionych kamiennymi kulami, balkonów i tarasów. Teraz żaluzje wiszą krzywo, większość okien nie ma szyb, potłukły się od podmuchu bomby, która trafiła w sąsiedni dom. Od tego dnia jedenaście pokoi stoi pustych; od tego dnia nie mamy już odwagi wyjść ze schronu.
Zanim zasnę, rozglądam się po półciemnej piwnicy. Znów nie ma Ditiego, mojego drugiego najstarszego brata. Tata6 zabronił nam wychodzić nocą ze schronu, zwłaszcza podczas ostrzału artyleryjskiego. Ale trzynastoletni Diti nie słucha zakazów. Prawdopodobnie siedzi na schodach, prowadzących z pralni do ogrodu i potajemnie pali papierosa. Podziwiam go za to, że jest taki odważny. Mam dziesięć lat, jestem najbardziej strachliwy ze wszystkich i uchodzę za maminsynka.
W półśnie słyszę głos Ditiego: „Wiem, co załadowano na te transportery…”.
Budzę się. Diti pochyla się nad naszą mamą i szepcze, by nie obudzić ojca:
– W jednym transporterze w drewnianych skrzyniach są błyszczące nowością karabiny maszynowe i amunicja…
– Dlatego mnie budzisz? – pyta mama.
– A w drugim są chleby! Tylko chleby! Kanciaste, czarne, twarde jak cegłówki bochenki komiśniaka dla żołnierzy.
– Komiśniak? – Mama siada. Ostrożnie wyczołguje się spod stołu, a ja czołgam się za nią. Pochyla się nad panią Duschau, naszą sąsiadką. Od ataku Armii Czerwonej na Gdańsk mieszka u nas w schronie z sześciorgiem swoich dzieci.
Pani Duschau budzi się przerażona:
– Ruscy już tu są?
Mama daje jej znak, by poszła za nią. Achim idzie za nami.
W pralni siedzi Klara i ceruje nasze skarpetki. Jest Polką. Pojawiła się w naszej rodzinie na krótko przed urodzeniem się Achima. Jest już u nas ponad piętnaście lat. Nosiła na rękach całą naszą szóstkę, kiedy byliśmy niemowlakami. Przez piętnaście lat gotowała, sprzątała i prała dla nas. Upadek Hitlera przewidziała już w 1939. Ale nawet ona nie przypuszczała, że my wszyscy polegniemy razem z nim. Odkłada przybory do szycia i wstaje.
– Posłuchajcie tego! – mówi. – Bawią się na górze i chleją na odwagę! – Ma na myśli esesmanów.
Po tym, jak zgasiliśmy światło, Diti otwiera ostrożnie drzwi pralni i wygląda do ciemnego ogrodu.
– Przerwa w ostrzale! – szepcze i wskakuje na schody do piwnicy. Idziemy za nim. Wspina się na jeden z pojazdów, wciska pod brezent i podaje Klarze chleby, jeden po drugim. Klara przekazuje je mnie, ja mamie, mama pani Duschau, o ona Achimowi. Ustawia bochenki przy ścianie piwnicy tak wysoko, jak drewno na opał – ściana chleba. Esesmani niczego nie zauważają. Słyszymy ich śmiechy. Jeden ryczy pijany. Kiedy oni śpiewają sobie nazistowskie piosenki, my kradniemy im prowiant przygotowany na czas ucieczki – bo tego się już Diti dowiedział: ci żołnierze są zdania, że nie warto już tu walczyć. Chcą się dostać do Rzeszy.
Drżę w rześkim powietrzu nocy, kiedy rzucają mi kolejne chleby. Jeśli SS to odkryje, wszystkich nas zastrzeli…
– Dobra! – mówi Klara. – Zejdź na dół, Diti, wystarczy! Jeśli o mnie chodzi, teraz SS może wiać!
W piwnicy wieszamy koc na ścianie z chleba. Teraz jest u nas jeszcze ciaśniej. Klara grzeje wodę i robi herbatę. Nie chcemy kłaść się spać. Siedzimy w kucki przy stole w pralni, cieszymy się z naszej zdobyczy i wyobrażamy sobie głupie miny esesmanów, kiedy zgłodnieją, dając nogę.
Wtedy do pralni wchodzi mój ojciec. Jest zaspany i drży.
– Dlaczego jeszcze nie śpicie? – Od razu dostaje od Klary kubek herbaty. – Panie kuratorze! Musi pan się wreszcie postarać o to, by esesmani stąd zniknęli!
– Ależ Klaro – wzdycha tato – cóż ja mogę przeciwko SS?
– Jeśli przyjdą Ruscy, a oni nadal będą w naszym domu, niech Bóg ma nas w opiece! – Klara nie odpuszcza.
– Ruscy nie przyjdą. Ja w to po prostu nie wierzę. – Tatuś jest całkiem pewny. Ponieważ jednak wszyscy milczą, zwraca się do Achima: „Jak myślisz?”.
Achim patrzy w swój kubek. Wszystko jedno, co powie, tatuś i tak mu nie uwierzy. Przez całą wojnę brat słuchał tego, co było surowo zabronione – „wrogich stacji”: BBC z Londynu i radia Moskwa. Tata nie mógł o tym nic wiedzieć. Krótko, zanim w całym mieście wysiadł prąd, Achim usłyszał w radiu Londyn, że część Armii Czerwonej już dawno obeszła Gdańsk i szybko posuwa się w drodze na Berlin, a Gdańsk jest oblężony przez przeważające siły Rosjan. Nawet w styczniu, kiedy Armia Czerwona wdarła się do Prus Wschodnich, tata nie chciał uwierzyć swemu najstarszemu synowi, że nasze położenie jest fatalne. Podczas całej wojny w naszej rodzinie liczyło się tylko to, co tata uważał za słuszne.
– A ty, Diti? – pyta tato. – Kręcisz się na zewnątrz, więc co myślisz o naszej sytuacji?
Diti wyciąga z kieszeni ulotkę i podaje papie przez stół. Znalazł ją w ogrodzie. Zrzucają je rosyjskie samoloty.
– Chłopcze! – mówi przerażony tata. – Nie wolno ci tego czytać! Powinieneś to był zostawić!
Nasłuchuje, co dzieje się na górze, bo w każdej chwili mogą wpaść do nas esesmani. Potem czyta półgłosem: „Wezwanie marszałka Rokosowskiego do garnizonów Gdańska i Gdyni! Generałowie, oficerowie i żołnierze 2 Armii Niemieckiej! Moje oddziały zajęły wczoraj, 23 marca, Sopot i wasze otoczone siły zostały podzielone na dwie części. Garnizony Gdańska i Gdyni są od siebie odseparowane. Nasza artyleria ostrzeliwuje porty w Gdańsku i Gdyni oraz podejścia do nich. Moje jednostki coraz mocniej otaczają was żelaznym kręgiem. W tych okolicznościach wasz opór jest beznadziejny i doprowadzi do waszej śmierci, śmierci setek tysięcy kobiet, dzieci i starców…”.
Znów na zewnątrz rozlega się piekielny hałas artylerii. Dom się trzęsie. Ulotka drży w dłoniach papy.
– „Kto się podda – czyta gorzkim, niedowierzającym głosem – temu gwarantujemy życie i pozostawienie mienia osobistego…” – Kręci głową i cicho czyta dalej: – „Wszyscy oficerowie i żołnierze, którzy nie oddadzą broni, zostaną zabici podczas zbliżającego się ataku… Cała odpowiedzialność za ofiary wśród ludności cywilnej spadnie na was”.
Szybko mnie ulotkę i wrzuca ją do pieca.
– Wracajmy do schronu! Tu nie jest bezpiecznie!
Ponieważ nikt z nas nie wstaje, tata też nadal siedzi. Patrzy na mamę. Na czole ma krople potu.
– No to pięknie! – mówi mama ze złością. – Wyście to wszystko zaczęli! Tak, ty też! Wyście zaczęli…!
Kiedy 1 września 1939 w Gdańsku rozpoczęła się druga wojna światowa, kompania taty brała w niej udział od pierwszych godzin. Tata był kapitanem. Prowadził swoich żołnierzy przeciwko Polakom – i wygrał. Przed 1 września 1939 Gdańsk był Wolnym Miastem pośrodku polskich terenów.
– Dlaczego wypędziliście Polaków z Gdańska? – Moja mama jest wściekła; jeszcze nigdy nie słyszałem, by rozmawiała z papą w taki sposób. – Przecież dobrze się z nimi dogadywaliśmy. Nasi chłopcy byli z nimi w klubach sportowych i w szkołach. W Politechnice studiowali razem niemieccy i polscy studenci, kupowaliśmy u Polaków… I jak dobrze nam się żyje z Klarą, już piętnaście lat! – Milczy przez chwilę, a potem mówi cicho: – Teraz będą się na nas mścić! Dzieci to odczują.
Tata uważa, że mama przesadza. Poza tym, jak twierdzi, istnieją fakty historyczne.
– Gdańsk jest niemiecki… od stuleci! A to, że wtedy, dwadzieścia pięć lat temu, po przegranej pierwszej wojnie światowej zostaliśmy oddzieleni od Rzeszy Niemieckiej, nie było stanem naturalnym!
Na zewnątrz, nad domem, przelatują pociski.
– W tej sytuacji musiało pewnego dnia dojść znów do wojny...
Trochę później dodaje, już nie tak pewny siebie: – Polacy zawsze chcieli zagarnąć Gdańsk…
– E, tam! – wpada mu w słowo mama. – Z Polakami żyło się spokojnie. Czy nasza rodzina z Kaszub, Koszałkowie7, chcą nas zagarnąć? Przecież znamy naszych Polaków!
Z powodu huku wystrzałów mama mówi głośniej, niż się to ojcu podoba. Wskazuje na górę. Ale moja mama już się nie przejmuje esesmanami.
– Jak wyście mogli dać się tak nabrać temu Hitlerowi?
Tata wstaje:
– Schodźcie natychmiast do schronu!
Klara składa przybory do cerowania i podniesionym głosem mówi do taty:
– Jeszcze raz panu powtarzam: SS ma zniknąć z tego domu i to prędko!
Mama nie może spać, więc znów siada do swego dziennika: „Żyjemy teraz z zapasów, które przywieźliśmy ze wsi i zrobiliśmy z nich przetwory”. Wydaje się, że pisanie pamiętnika ją odpręża i odpędza od niej strach. „Był taki czas, w którym nasza niemiecka, urzędnicza rodzina nie chciała nic wiedzieć o tych niewykształconych, mówiących ni to po polsku, ni to po niemiecku krewnych spod Kartuz8. Im jednak dłużej trwała wojna, tym ważniejszą rzeczą było mieć krewnych na wsi. Coraz częściej jeździliśmy na Kaszuby, pomagaliśmy przy żniwach i jedliśmy do syta. Wymieniałam ubrania na kury, które przywoziliśmy żywe do domu…”
Następnego dnia, niespodziewanie, przy drzwiach do piwnicy staje panna Plasse, moja nauczycielka. To cud, że dotarła do nas żywa. Kiedy jest jasno, samoloty polują na każdego, kto pojawi się na ulicy. Trzęsie się ze strachu, wyciąga do mamy połeć słoniny i błaga, byśmy ją przyjęli. Mama kręci głową:
– Tyle nas tu już jest, że ledwie można się ruszyć!
Klara też jest przeciwna. Nigdy nie cierpiała mojej nauczycielki. Bo panna Plasse kocha Führera. W szkole zachwycała się Adolfem Hitlerem: – Kiedy małe dziewczynki odwiedzały wodza w Obersalzbergu, częstował je truskawkami z bitą śmietaną, a sam jadł tylko zupę fasolową z boczkiem!
– Bzdura! Nie wierz w te głupoty! – krzyczała Klara za każdym razem, kiedy opowiadałem jej o tym, co usłyszałem w szkole.
Ostatni raz panna Plasse odwiedziła nas krótko przed świętami Bożego Narodzenia.
– Klaro, powinna pani zwracać uwagę na to, by dzieci ładnie podnosiły rączki do góry, kiedy mówią „Heil Hitler!”.
– A po co? Tego, którego pozdrawiają, i tak już niedługo nie będzie! – odpowiedziała złośliwie Klara.
– Teraz, kiedy jej wspaniały Hitler wpakował nas w to bagno, chce się dekować w naszym schronie! Nie ma mowy! – pomstuje.
Ale tata zdecydował, że panna Plasse ma zostać. Czuje się za nią odpowiedzialny. Może sobie wydzielić zasłonami niewielki kąt. Chowa się w nim, kiedy Klara jest w pobliżu. Ile razy wyściubia nos, natychmiast słyszy od Klary:
– Dziękujemy naszemu Führerowi!
Panna Plasse znosi jej złośliwości z obłudną cierpliwością. Najważniejsze, że blisko jest SS.
– Oni nas obronią! – mówi. A jednak już nie nosi partyjnego znaczka w klapie żakietu.
„Przez pannę Plasse pojawiło się w naszej piwnicy rozdrażnienie, którego do tej pory nie było”, zapisuje mama w pamiętniku. „Kiedy opowiada o niemieckich okrętach, które w Zatoce Gdańskiej tylko na to czekają, by nas w ostatniej chwili uwolnić, Klara gotuje się z wściekłości. Pyta wtedy pannę Plasse, dlaczego już dawno nie zwiała z nazistowskimi notablami. Panna Plasse wycofuje się więc nadąsana i siedzi mrukliwie w swoim kącie. Tylko tata jest dla niej miły, dżentelmen starej daty, zamiast zdecydowanie powiedzieć jej, co myśli”. Ponieważ na stronie kalendarza tego dnia zostało jeszcze trochę miejsca, mama dopisuje: „Wygląda na to, że SS niedługo się wyniesie!”.
Ruscy zaczęli ostrzeliwać katiuszami także przedmieścia Gdańska. Kiedy odpalają równocześnie dwadzieścia rakiet, które przelatują nad nami z ogłuszającym hałasem, nawet esesmanom robi się nieprzyjemnie. Schodzą ze swoją radiostacją do piwnicy i ustawiają ją w pralni. Klara ma się wynosić ze swoimi garnkami i patelniami. Nie ustępuje.
– Muszę gotować dla dwanaściorga dzieci i siedmiu dorosłych! – fuka na esesmanów. – Mam rozpalić ognisko w ogrodzie czy co?
I tak słyszy wszystkie rozmowy prowadzone przez radio, również te tajne. Kiedy przychodzi z jedzeniem do naszego schronu, płacze.
– Gdańsk się pali! Właśnie powiedzieli! Ludzie skaczą do portu, by się ratować z płomieni, całe rodziny topią się w Motławie!
A potem rzuca wściekłe spojrzenie na zasłony, które panna Plasse dość szybko zasunęła, i wykrzykuje gorzkie hasło: – Wódz rozkazał, idziemy za nim!
Pomagam Klarze zmywać, by móc podsłuchiwać esesmanów przy radiostacji. Po obiedzie nadchodzi informacja, którą łącznik ma natychmiast przekazać na front. Jego linia biegnie między wsią Piecki a Wrzeszczem. Tak więc „Iwan” stoi już u naszych drzwi… Esesman, który u nas dowodzi, spogląda po kolei na swoich ludzi i wrzeszczy:
– Ochotnik wystąp!
Wszyscy żołnierze patrzą na najmłodszego spośród nich i to on musi zgłosić się na ochotnika. Przejmuje radiogram, odgryza jeszcze kawałek naleśnika, który właśnie usmażył sobie na piecu, i wybiega na zewnątrz do swojego motocykla. Przeciągam zmywanie i szorowanie garów tak długo, by usłyszeć jak najwięcej meldunków. Niewiele rozumiem, bo mówią żargonem operatorów radiowych, a poza tym często są zakłócenia. A potem nagle pojawia się całkiem jasny komunikat, którego słuchamy z przerażeniem: młody łącznik, stojący jeszcze przed chwilą przy piecu obok Klary i podrzucający w powietrzu naleśniki nie żyje. Został trafiony granatem, kiedy jechał motocyklem. Wszyscy patrzymy na dziarskiego esesmana, który go wysłał. W panującej ciszy nie da się nie usłyszeć, że Klara mruczy pod nosem:
– Dlaczego ten biedny chłopak musiał zginąć na krótko przed końcem?
Dziarski esesman staje nad Klarą i wrzeszczy:
– Panno Klaro! Czy pani już nie wierzy, że Hitler dotrzyma słowa i użyje cudownej broni?
– Najważniejsze, że pan w to wierzy! – odpowiada Klara bezczelnie i wychodzi z pralni.
Tej nocy oddział Waffen-SS wreszcie się wycofał. Wcześniej przyszli do naszego schronu. Wszyscy mieli potężnego kaca, wszędzie szperali i mówili jeszcze głośniej niż zwykle. Jeden miał ze sobą karabin maszynowy. Przeraziliśmy się, myśląc, że szukają chleba przydziałowego, który im ukradliśmy. Ale dziarski esesman, którego nienawidziliśmy za to, że wysłał młodego łącznika na pewną śmierć, powiedział:
– Uciekamy teraz i radzimy wam, byście poszli z nami.
– No tak – mruczy Klara. – Szczury uciekają z tonącego okrętu.
Z przerażeniem patrzę na dziarskiego esesmana, który udaje, że nic nie słyszał.
Mama zwraca się do naszego taty:
– Co myślisz, Ernst?
– Jak chcecie zabrać nas wszystkich? Moją żonę i mnie, i naszych sześcioro dzieci? Moich teściów i Klarę? Panią Duschau i jej sześcioro małych dzieci oraz pannę Plasse? – Tata jest bezradny.
Dziadek, który dzieli z babcią wąskie legowisko w pobliżu wyjścia ewakuacyjnego, szepcze do mamy:
– Tylko nie idźmy z nimi!
– Dlaczego nie?
– Kiedy już Ruscy sobie pójdą – mówi dziadek cicho – przyjdą Polacy i znów będzie nam dobrze!
Przed wojną dziadek, który był przedsiębiorcą budowlanym, budował Pocztę Polską. Nosił polskie nazwisko, dopóki Niemcy nie zmusili go, by je zgermanizował.
– Polacy nic nam nie zrobią, znam ich! – szepcze mamie do ucha.
A jednak dziarski esesman go usłyszał.
– Niech pan sobie przypomni, co myśmy robili z Polakami…! – mówi, a zwracając się do mojego ojca, dodaje: – Nie rozumiem pana. Ja bym jednak nie wydawał swojej rodziny Iwanowi!
– Zostajemy! – odpowiedział tato.
Dwudziestego siódmego marca wieczorem mama zapisała na kartce kalendarza: „Odkąd SS sobie poszło, dzieci pytają mnie, dlaczego już dawno nie uciekliśmy z Gdańska. Dlaczego nie wyjechałam z nimi, bez papy do Rzeszy. W styczniu dostaliśmy bilety na statek «Wilhelm Gustloff»9. Nie chciałam jednak zostawiać taty samego w Gdańsku, a on był zobowiązany tu zostać. A potem «Wilhelma Gustloffa» storpedowano i zatonął – z tysiącami kobiet i dzieci. Wszyscy krewni gratulowali mi, że w ostatniej minucie oddałam karty pokładowe”.
Tej nocy na zewnątrz było spokojnie pierwszy raz, od kiedy w styczniu rozpoczęła się ofensywa radziecka. Żadnych nalotów. Żadne pociski nie huczą nad domem. Nie wybuchają żadne miny powietrzne. Tylko z oddali słychać strzały karabinów maszynowych, w końcu jednak one także milkną. Nagła, niezwyczajna cisza napawa lękiem. Siedzimy w schronie, ciasno przy sobie i modlimy się. Klarze przychodzi coś do głowy. Szybko wysyła Ditiego na górę: – Rozejrzyj się, czy SS nie zapomniało czegoś, czego Ruscy nie powinni znaleźć!
Kiedy Diti znów schodzi, opowiada:
– Ależ oni bankietowali! Wszędzie stoją puste butelki! Wycofując się, byli chyba kompletnie pijani. Wszystkie klozety obsrane do pełna. Świnie! Przecież musieli zauważyć, że woda już nie leci!
– Dobrze zakopałeś mój mundur? – pyta tata.
Miał dwa: brązowy SA i feldgrau10 Wehrmachtu – oficera rezerwy. Obu od dawna nie musiał nosić. Już w 1941 został zwolniony ze służby wojskowej. Mundur SA Diti przed tygodniami spalił w piecu centralnego ogrzewania. Mundur Wehrmachtu zaniósł kilka dni temu do Jaśkowego Lasu i wrzucił do krateru po minie – dziury tak wielkiej, że można by w niej ustawić jednorodzinny dom. Nie zdążył go zakopać. Artyleria znów zaczęła strzelać, więc Diti ratował życie ucieczką.
– Mam wywiesić białe prześcieradło? – pyta teraz. – Ruscy zobaczą, że z naszego domu nikt nie będzie do nich strzelał!
– SS może wrócić…! – Tata nie chce o tym słyszeć.
– Przy Wielkiej Alei11, pomiędzy Gdańskiem a Wrzeszczem, drzewa są obwieszone niemieckim żołnierzami, którzy machali białymi flagami, chcieli skapitulować albo zdezerterować…! – ostrzegał dziarski esesman.
Odmawianie różańca usypia nas – jeden po drugim milkniemy, w końcu wszyscy śpimy, ciasno jeden obok drugiego, pod stołami i krzesłami na materacach, które zajmują prawie całą podłogę schronu. W środku nocy zostajemy wyrwani ze snu: ulicą obok nas przejeżdżają ciężkie czołgi. Dom huczy od łoskotu gąsienic. Panna Plasse wygląda zza swojej zasłony, podniecona z radości: – Może nasi wracają!
Chwilę później – kroki nad nami. Jacyś mężczyźni hałasują po domu. Po raz pierwszy słyszymy język rosyjski. Drzwi prowadzące do piwnicy zostają otwarte kopniakiem. Ktoś po omacku schodzi po ciemnych schodach. Siedzimy na materacach na podłodze, modlimy się głośno i w strachu patrzymy w korytarz. U szczytu schodów pojawia się skierowany w nas pistolet z długą lufą. Moje serce wali tak mocno, że czuję je w gardle.
Siedzę naprzeciwko drzwi prowadzących na korytarz i schody, Ruski idzie na mnie, pistolet w dłoni, palec na spuście – będę pierwszy, którego załatwi… Rosyjski żołnierz jednak nie strzela. Rozgląda się zdziwiony po naszym schronie: tyle kobiet, dzieci i starzy ludzie w tak małej przestrzeni! Woła radośnie:
– Dzień dobry! Gitler kaputt!
„Gitler” brzmi komicznie! Że też nikomu z nas nie przyszło do głowy nazwać naszego ukochanego Adolfa Hitlera Gitlerem. Wybuchamy wszyscy szaleńczym chichotem i ten chichot uwalnia nas od śmiertelnego przerażenia, a Ruski śmieje się z nami.
– Są tu faszyści? Żołnierze? – pyta.
– Nie! Żadnych żołnierzy! – wołamy.
Ruski wkłada pistolet do kabury przy pasku i bierze szklankę wina, którą podał mu tata na powitanie. Po pierwszym łyku robi grymas i klnie. Znów pojawia się w nas strach. Co tata zrobił źle? Pomylił butelki – przez pomyłkę poczęstował Ruska wodą. Diti szybko otwiera butelkę wina. Tym razem Ruskiemu smakuje, promienieje. Proponuje tacie łyk ze swej manierki, tata pije i mówi z uznaniem „wódka!”, zanim ją odda Ruskiemu.
Schodzą inni żołnierze, tłoczą się w małej piwnicy, oglądają ciekawie i przyjaźnie nasz schron. Oni też chcą dostać powitalny łyk i dostają.
Jeden z nich odsłania zasłonę, za którą skryła się panna Plasse. Uśmiechając się, zmieszana, krzyżuje ręce na piersiach, widać, że ma zegarek. Ruski daje jej do zrozumienia, że ma go zdjąć, panna Plasse oddaje mu zegarek, a on odchodzi.
Żołnierz, który przyszedł po nim, próbuje wyciągnąć pannę Plasse z jej kąta. Ma to nieszczęście, że siedzi najbliżej drzwi. Tata potyka się o materace, by przyjść jej z pomocą. Przemawia uspokajająco do Ruska, ale ten go odpycha i dalej ciągnie kobietę. Krzyczymy przeraźliwie. Ruski wychodzi z piwnicy, przeklinając.
– Kobiety do tyłu! – mówi tata. – Szybko za filar!
Zaalarmowany naszym wrzaskiem, schodzi po schodach rosyjski oficer, niski, sprężysty mężczyzna w nienagannie utrzymanym mundurze z mnóstwem orderów.
– Dlaczego krzyczeliście? – pyta po niemiecku. Płacząca panna Plasse ukrywa się w najciemniejszym kącie piwnicy. – Jestem komendantem! Zawsze możecie mnie zawołać! Mieszkam na górze! Gdyby moi żołnierze źle się zachowywali…
Tej nocy wołaliśmy go kilka razy. Wprawdzie nigdy nie przyszedł, ale przenikliwy wrzask dwunastki dzieci za każdym razem zmuszał do ucieczki Ruskich, którzy przetrząsali piwnicę w poszukiwaniu zegarków i kobiet.
Rano odważyłem się wyjść do ogrodu schowany za plecami Ditiego. Tam, gdzie wcześniej stały pojazdy gąsienicowe SS, są teraz furmanki Ruskich, lekkie, kruche wozy drabiniaste, a małe koniki z brudną sierścią i zmierzwionymi grzywami, przywiązane do naszych drzew owocowych, żrą owies z worków zawieszonych na szyi.
– Jak oni dali radę dojechać aż tutaj tymi wózkami z Rosji? – pytam Ditiego.
– Zarżnęli nasze kury! – stwierdził.
Na trawniku rozpalili ognisko. Na rożnie pieką się kurczaki. Ci, którzy siedzą wokół ognia, podskakują, kiedy do ogrodu wjeżdżają furmanki wyładowane skrzyniami, workami i beczkami. Każdy niesie ze sobą wiadro lub miskę – jeden trzyma wysoko talerz z miśnieńskiej porcelany, na którym Klara zawsze podawała owoce.
– Splądrowali naszą kuchnię! – pomstuje Diti.
Z furmanki żołnierz rozdziela mąkę, masło i jajka. Przyniesiona zostaje potężna patelnia.
– Będą smażyć placki!? – mówi Diti. – Muszę to zobaczyć!
– Może nas poczęstują? – pytam.
Diti jednak nie chce czekać, aż będą gotowe. Ulicą Sobótki12 jadą czołgi. Musi je zobaczyć z bliska. Czołgi przestają go interesować, kiedy z Jaśkowego Lasu wyłania się grupa rosyjskich żołnierzy z krową. Jeden z nich zabija ją strzałem z pistoletu pośrodku drogi, naprzeciwko naszego domu. Inny wbija krowie długi nóż w szyję i zbiera do wiadra krew. W mgnieniu oka zwierzę zostaje obdarte ze skóry. Jakiś Ruski przynosi okrągły kocioł z lśniącej miedzi i stawia go na trójnogu, pod którym rozpala ogień. Ktoś przynosi wiadro wody i wlewa ją do kotła. Kiedy tylko krowa zostaje wypatroszona, inny Ruski kroi ją niezgrabnie na kawałki i wrzuca mięso do wody, która zaczyna już parować. Daje nam do zrozumienia, że mamy zostać, zaraz będziemy mogli spróbować. Kiedy skręca sobie papierosa, Diti próbuje go naśladować, ale mu nie wychodzi, więc Ruski się śmieje. Robi dla niego skręta i klnie, kiedy Diti wysypuje połowę machorki zrobionej z okruchów i patyczków. Kucamy przy ogniu; zapach unoszący się z miedzianego kotła sprawia, że czujemy głód.
Przychodzi Dorothee, moja dziewięcioletnia siostra.
– Musisz szybko wracać! – mówi strachliwie i przejęta ciągnie Ditiego za ramię.
Biegniemy z powrotem do domu i rozglądamy się po pokojach. Żaluzje, wyrwane z zawiasów przez podmuch bomby, wiszą krzywo w oknach, dlatego w pomieszczeniach jest dość ciemno. Ruscy depczą po stertach książek, rozbitej porcelany, potłuczonych kryształów, po obrazach zerwanych ze ścian, po obrusach, pościeli, albumach z fotografiami, materacach i dywanach i grzebią w tym wszystkim karabinami. Jeden drze koszule, swetry, skarpetki i spodnie, wyciągnięte z szafy na ubrania w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Żeby lepiej widzieć w mrocznym pokoju, zapala zapałkę, trzyma ją tak długo, aż parzy go w palec, wtedy rzuca ją na podłogę – od razu wybucha niewielki ogień. Diti go zadeptuje. Ruski idzie dalej i grzebie w kolejnej szafie, którą już ktoś przed nim przetrząsnął.
– Idźcie za nim! – mówi do mnie i Dorothei nasz brat, a kiedy się ociągamy, bo się boimy tego Ruska, krzyczy na nas: – Szybko! Sami widzicie, że zaraz nam dom podpalą! Gaście zapałki!
Tak więc drepczemy za Ruskim i gasimy palące się papiery i kawałki materiałów. Ciągle nadchodzą kolejni Rosjanie. Nasz dom przyciąga całą kompanię, która zdaje się podejrzewać u nas bajeczne bogactwa.
– Barbarzyńcy! Hołota! – mówi o Ruskich Diti, bo wywalają z regałów książki na podłogę, bo depczą po obrazach olejnych. Dziwi się, kiedy jeden z nich siada przy fortepianie mamy i gra etiudę Chopina, która odbija się echem w całym domu. Śmieje się z krasnoarmiejcami, kiedy skręcają mu papierosa, a machorka tak drapie go w gardło, że nie może przestać kaszleć. Wpada we wściekłość, kiedy słyszy, jak wołają: „Chodź, kobieto!”, i nazywa ich świniami. Czuję podobnie jak on – raz się boję Ruskich, innym razem się z nich śmieję.
Jeden z nich złapał Ditiego i krzyczy: „Uri!”. Mój brat nie nosi zegarka; schował go odpowiednio wcześnie. Pokazuje Ruskiemu goły przegub, ale Ruski upiera się przy zegarku. Diti mówi mu, by szedł za nim i prowadzi do gabinetu papy. Na jednej z szaf bibliotecznych stoi masywny, mosiężny zegar z wystającymi, nieforemnymi zdobieniami. Wykorzystując półki biblioteki jako drabinę, mój brat wspina się, bierze zegar i podaje go Ruskiemu. Ten uważa, że to kiepski żart – co ma zrobić z tak ciężką rzeczą? Z wściekłością rzuca zegarem o podłogę, a ponieważ uważa, że Diti chciał zrobić z niego głupca, kopie w jego kierunku nogą i miota groźby, kiedy udaje nam się przed nim uciec.
Zbiegamy po schodach do piwnicy. Tu też wszędzie są Ruscy. Jeden grzebie po ciemku wśród różnych dóbr, które Klara zgromadziła na gorsze czasy: starannie opisanych słoi z owocami z naszego ogrodu, garnków z kompotem zabezpieczonych celofanem, mięsa, zawekowanych kurczaków. Nie wiedzą, co mieliby zrobić z przetworami. Słoje spadają z hukiem na podłogę. Nasze zapasy mięsa bardziej im się podobają. Odcinają bagnetem kiełbasę z haków i zadowoleni wychodzą.
Wkrótce w piwnicy nie można się ruszyć; wszystko, co zostało starannie zapakowane do skrzyń i walizek, leży bezładnie na ziemi, zmieszane z zawartością i skorupami weków. Zapasy wina papy dawno zniknęły. Tylko chleba przydziałowego nie zabrali, bo mają własny. Szukają wódki. Mówi się, że piją wszystko, co zawiera alkohol, nawet tonik do włosów czy perfumy.
Słyszymy, jak jeden Ruski mówi do Klary: „Chodź, kobieto!”. Klara krzyczy głośno o pomoc. On nie chce jednak tego, czego się obawiała. „Klucz!” – powtarza i pokazuje na górę. Klara ma iść za nim i otworzyć szafkę, w której, jak podejrzewa, jest zapas wódki.
W jadalni stoi cenna szafka bufetowa mamy z drewna brzozowego, a kiedy Ruski nią potrząsa, dźwięczy i dzwoni, jakby była pełna butelek. Klara jest tak zdenerwowana, że nie może od razu znaleźć pasującego klucza. Ruski jednak nie chce czekać. Zakłada bagnet na karabin i długim ostrzem grzebie w zamku. Drzwi rozlatują się na kawałki; za nimi stoją kryształowe szklanki i puste karafki. Rozczarowany Rusek wali pięścią w szklane naczynia, kosztowne kryształy lecą szerokim łukiem przez pokój. Na szczęście jego uwagę odrywa od nas kawałek dywanu, widoczny wśród szpargałów na podłodze. Wyciąga go na światło dzienne, przygląda mu się z upodobaniem, zwija, zarzuca na ramię i wychodzi z domu.
W nocy wszyscy Rosjanie są pijani. Przychodzą do naszej piwnicy i chcą wyciągnąć kobiety. Wołamy naszego komendanta tak głośno, że aż chrypną nam gardła, ale się nie zjawia. Tata walczy z jednym Ruskim o Klarę. Prawie wywlókł ją za ramię ze schronu. Tato prosi, błaga, trzyma mocno za drugie ramię rozpaczliwie wrzeszczącą kobietę. Oboje ciągnięci są coraz dalej w głąb piwnicznego korytarza, coraz dalej od nas, dzieci, które swym wrzaskiem: „Komendancie! Komendancie!”, próbują ochronić dorosłych.
Tata woła w kierunku schronu: „Diti!”. A on zaszył się za filarem i jako jedyny z nas zapadł w głęboki sen.
– Diti! Wstawaj natychmiast i pomóż nam!
Mój brat wyszedł oszołomiony zza filara.
– Pomóż nam! Przyprowadź komendanta! – mówi tata.
Diti biegnie, ja za nim, obok żołnierza, przed którym nadal broni się Klara. Pędzimy po schodach na górę, w ciemnościach potykamy się o śpiących Ruskich. Oficer, który obiecał nam ochronę, śpi w salonie na kanapie. Rozpoznajemy go po wielu rozmaitych odznaczeniach i orderach, zdobiących jego pierś.
Diti mówi do niego, ale komendant chrapie. Potrząsa nim:
– Komendancie… Musisz nam pomóc, musisz do nas zejść!
Nie budzi się. Prawdopodobnie jest pijany. Wściekły Diti szarpie nim:
– W piwnicy Rosjanie tymczasem wykończą całą naszą rodzinę!
Wreszcie wrzaski dzieci na dole i szarpanie Ditiego budzą oficera. Zataczając się, idzie za nami do piwnicznych schodów, otwiera drzwi i coś wrzeszczy. Żaden z żołnierzy go nie słucha. Potykając się, schodzi, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Jest niewielkiego wzrostu, a żołnierze to tęgie chłopy, uparte i pewne siebie. Komendant nie może im niczego rozkazać, więc przemawia dobrotliwie, żeby odpuścili Klarze. Trwa jakiś czas, zanim ją zostawiają. Przeklinając, wychodzą z piwnicy. Komendant idzie za nimi na górę. Kto wie, czy jeszcze raz przyjdzie nam z pomocą. W kolejnych godzinach mamy spokój – co będzie jednak jutro?
Helene Kirchner z domu Roszkowska z dziećmi, około 1942 roku. Od lewej: Detlef, Joachim, Dorothee, matka Helene, Helmut, Dietrich, Wolfgang
Motława i Długie Pobrzeże po działaniach wojennych, 1945
1 Helene Kirchner (1904–1981) z domu Roszkowska, córka Augusta Roszkowskiego i Heleny z domu Kuper (1876–1951). W 1928 roku poślubiła nauczyciela Ernsta Kirchnera, z którym miała sześcioro dzieci: Joachima (Achima) (1929–1990), Dietricha (Ditiego) (1931–2024), Wolfganga (1935), Dorothee (1936–2012), Detlefa (1938–2013) i Helmuta (1941).
2 Klara Palkowska (1903–1984), Polka, była pomocą domową i opiekunką dzieci rodziny Kirchnerów. Była bardzo silnie związana z dziećmi, które utrzymywały z nią kontakt aż do jej śmierci w 1984 roku w Köln-Deutz. Klara Palkowska jako gdańszczanka swobodnie poruszała się w polskiej i niemieckiej kulturze i dzięki temu mogła efektywnie wspierać Helenę Kirchner po aresztowaniu jej męża. Matka Klary zginęła w pożarze domu, do którego doszło 3 września 1939 roku w wyniku podłożenia ognia przez Niemców podczas aresztowania jej szwagra, Andrzeja Kozłowskiego, polskiego kolejarza w Gdańsku. Szwagier po aresztowaniu został więźniem KL Stutthof.
3 Kaszub August Roszkowski (1875–1955), dziadek autora książki, był właścicielem piekarni w Kartuzach przy ulicy Gdańskiej (Danziger Straße), a następnie właścicielem dwóch kamienic i dużego młyna przy ulicy Kościerskiej (Berenter Straße). W 1916 roku rodzina przeniosła się do Gdańska, gdzie August Roszkowski w 1921 roku założył fabrykę kamionki budowlanej (Kunststein und Zementwarenfabrik A. Roszkowski) przy obecnej alei Grunwaldzkiej i wybudował przy tej fabryce okazałą willę.
4 Rodzina autora mieszkała w dzielnicy Gdańska Wrzeszcz (niem. Langfuhr), przy ulicy Am Johannisberg (pol. Sobótki) w willi o numerze 11A. Dom ten istnieje do dziś.
5 Niem. Jäschkentaler Wald.
6 Ojciec autora książki to Ernst Kirchner (1892–1982), pochodzący z miejscowości Nowy Staw (Neuteich) w powiecie malborskim, nauczyciel niemieckiego, łaciny i greki w Gimnazjum Miejskim w Gdańsku (Städtisches Gymnasium in Danzig), pracujący tam od 1921–1945 roku. W latach 1937–1942 pełnił funkcję dyrektora tej szkoły. Był członkiem SA i kapitanem rezerwy. We wrześniu 1939 roku dowodził jedną z kompanii pułku policji gdańskiej i uczestniczył w zdobywaniu Poczty Polskiej, a następnie w walkach na Oksywiu. Jak zapewniał rodzinę, nie brał udziału w rozstrzelaniu obrońców Poczty. Po zajęciu Gdańska przez Sowietów został 25 marca 1945 roku aresztowany i wywieziony w głąb ZSSR, skąd wrócił w 1949 do Kolonii w RFN.
7 Stosowana w oryginale książki niemiecka pisownia nazwiska to Koschalke. W języku polskim nazwisko to pisze się „Koszałka” i taka forma stosowana jest w tłumaczeniu. Byli to prawdziwi Kaszubi, mówiący swoim językiem.
8 Helene Kirchner, która nie mówiła po polsku ani po kaszubsku, prezentuje tu ówczesny, potoczny pogląd na mowę Kaszubów, odmawiający jej statusu języka.
9 MS „Wilhelm Gustloff” – zwodowany w 1937 roku niemiecki statek pasażerski, podczas wojny wcielony do Kriegsmarine i używany jako statek szpitalny, a od 1940 roku jako zacumowane w Gdyni pływające koszary. 30 stycznia 1945 roku wypłynął z Gdyni z 10 300 osobami na pokładzie, w tym 8800 cywilami. Tego samego dnia wieczorem został storpedowany przez radziecki okręt podwodny i zatonął na wysokości Ustki. Uratowało się tylko 1239 osób.
10 Dosłownie „szary polowy” – tradycyjna nazwa szarozielonego koloru mundurów stosowanych przez armię niemiecką od 1910 do 1945 roku.
11 Po niem. Große Allee – autor użył dawnej nazwy obecnej alei Zwycięstwa, która w czasie drugiej wojny światowej nosiła nazwę Hindenburgallee. Aleja ta – stanowiąca główną oś komunikacyjną między Gdańskiem i Sopotem oraz obecnie Gdynią – na odcinku przebiegającym przez Wrzeszcz nazywała się Adolf-Hitler-Straße (obecnie aleja Grunwaldzka).
12 Niem. Am Johannisberg.Spis treści
wolfgang kirchner
Przedmowa
Z lękiem czekamy w schronie na Rosjan
Ucieczka w lasy
My, dzieci, ratujemy mamę
Kwiaty dla mamy
Kłótnie i spory
Włamanie
Aresztowanie
Nowi mieszkańcy
Pożegnanie z Klarą
Próbujemy przeżyć
Dziadek wysyła nas do Koszałków
Diti musi odejść
Znowu we Wrzeszczu
„Heim ins Reich”
Epilog. W Niemczech Zachodnich
Basil Kerski
Uniwersalna gdańska literatura.
O autobiograficznej powieści Wolfganga Kirchnera
Isabel Röskau-Rydel, Jan Rydel
Gdańsk w latach 1933–1947