Tańczący przed Lustrem - ebook
W książce „Tańczący przed lustrem. Historia (nie)wstydliwa” łączy osobiste wspomnienie z refleksją nad dorastaniem w Polsce lat 80., naturyzmem, muzyką, domem rodzinnym i odwagą spojrzenia na siebie bez wstydu. Pisze oszczędnie, szczerze i bez sensacyjności — o pamięci, ciele i odwadze bycia sobą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-326-8 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
28 grudnia 1984 roku.
Byłem sam w domu. Rodzice byli w pracy. Przynajmniej tak wtedy myślałem.
Dzień wcześniej w telewizji leciał program z największymi przebojami mijającego roku. Siedziałem z kasetą przy magnetofonie i nagrywałem, co się dało. Udało mi się złapać _Tin Pan Alley_ Haliny Frąckowiak i _To jest tylko rock and roll_ zespołu Lady Pank.
Kaseta leżała teraz na stole.
Włączyłem ją.
Zamknąłem drzwi. Raz. Potem jeszcze raz sprawdziłem.
Nie dlatego, że ktoś miał przyjść. Tylko dlatego, że mógłby.
W mieszkaniu było ciepło. Zdjąłem z siebie ubranie powoli, jakbym robił coś, co już dobrze znam, ale za każdym razem od nowa.
Zostałem sam.
Podszedłem do lustra w przedpokoju.
Stało tam od zawsze. Tak zwyczajnie, że przestawało się je zauważać.
Spojrzałem na siebie.
Najpierw krótko. Potem dłużej.
Z drugiego pokoju popłynęła znajoma zwrotka _To jest tylko rock and roll_ Lady Pank — piosenki, w której słowa Andrzeja Mogielnickiego i muzyka Jana Borysewicza układały się dla mnie wtedy w coś więcej niż przebój z listy.
Nie rozumiałem jeszcze wszystkiego, co niosły te słowa.
Ale czułem rytm.
Czułem pytanie ukryte w piosence.
Czułem, że muzyka wie o mnie coś, czego ja sam nie umiem jeszcze nazwać.
Poruszyłem się.
Najpierw niepewnie. Jakby ciało sprawdzało, czy może.
Zrobiłem pół obrotu.
Muzyka płynęła dalej.
Obróciłem się wolniej. Tym razem świadomie. Patrząc.
Nie na całość.
Na fragmenty.
Na ruch.
Na to, jak zmienia się obraz w lustrze, kiedy ciało przestaje stać nieruchomo.
Zatrzymałem się tylko na moment.
Potem znowu się poruszyłem.
Już bez zastanawiania się, czy robię to dobrze.
Bez sprawdzania.
Tylko w rytmie.
Na fotelu leżał lis mojej mamy. Wziąłem go i przełożyłem przez ramię. Był ciężki, miękki, chłodny w dotyku. Ogon opadł w dół, muskając delikatnie moje pośladki i lekko poruszał się przy każdym ruchu.
Zauważyłem to dopiero po chwili.
I wtedy zobaczyłem siebie naprawdę.
Nie wszystko naraz. Nie całość.
Ruch. Kształt. Zmianę.
W przedpokoju, przed lustrem, którego nie zmieniło nawet tyle lat, tańczyłem nagi w rytmie zwrotki _To jest tylko rock and roll_ i po raz pierwszy patrzyłem na siebie bez odwracania wzroku.
I przez chwilę wszystko się zgadzało.
Nagle usłyszałem zgrzyt zamka w drzwiach wejściowych.
Zamarłem.
Najpierw ciało. Potem myśl.
Ktoś wracał.
Klamka opadła.
I wtedy nie było już dokąd odwrócić wzroku.Rozdział 2 — Pytanie, które wracało
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zadałem to pytanie po raz pierwszy.
Pamiętam tylko, że wracało.
W różnych sytuacjach. Przy obiedzie, podczas spaceru, czasem zupełnie bez powodu, jakby samo chciało się wydostać na zewnątrz.
— Mamo, a dlaczego ludzie nie chodzą bez majtek?
Mama spojrzała na mnie wtedy tak, jak patrzy się na dziecko, które pyta o coś oczywistego.
— Bo tak się przyjęło.
To była odpowiedź, która niczego nie wyjaśniała.
Ale na chwilę wystarczała.
—
W przedszkolu nikt o tym nie mówił.
Były zabawy, rysowanie, leżakowanie. Czasem ktoś się przewrócił, czasem ktoś płakał, czasem ktoś się śmiał tak głośno, że inne dzieci zaczynały się śmiać razem z nim, choć nie wiedziały, dlaczego.
Ciało było czymś zwyczajnym.
Do momentu, w którym przestawało być.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może ktoś coś powiedział. Może ktoś się zaśmiał. Może ktoś zwrócił uwagę, że czegoś „nie wypada”.
Takie rzeczy nie mają jednego początku.
Po prostu pojawiają się i zostają.
—
W domu było inaczej.
Nie było rozmów na ten temat. Nie było zakazów, które ktoś by jasno wypowiedział.
Było coś mniej uchwytnego.
Cisza.
Tematy, które się omija. Sytuacje, które się kończy szybciej, niż powinny.
Czasem wystarczył jeden gest. Spojrzenie. Słowo rzucone mimochodem.
Wiedziałem, że są rzeczy, o których się nie mówi.
Nie dlatego, że są złe.
Dlatego, że są niewygodne.
—
— Tato, a ty byś chodził bez majtek?
Zapytałem kiedyś przy kolacji.
Ojciec podniósł na mnie wzrok znad talerza. Przez chwilę nic nie mówił.
— Jedz.
To nie była odpowiedź.
Ale była wystarczająca, żeby więcej nie pytać.
—
Zacząłem zauważać, że to pytanie nie działa tak jak inne.
Kiedy pytałem, dlaczego pada deszcz, dostawałem odpowiedź. Kiedy pytałem, skąd się bierze śnieg, ktoś próbował mi to wytłumaczyć.
Ale to jedno pytanie zawsze trafiało w coś miękkiego.
W coś, co nie miało jasnych granic.
—
Nie przestałem go zadawać.
Przestałem tylko robić to na głos.
—
Dopiero później zrozumiałem, że to nie było pytanie o ubranie.
Tylko o coś, czego wtedy jeszcze nie umiałem nazwać.
—
Ale to przyszło później.
Najpierw był Kazimierz Dolny.
Zanim był Kazimierz Dolny, było pytanie, które wracało.Rozdział 3 — Coś się nie zgadzało
Miałem wtedy siedem lat.
Sierpień. Ciepło, które nie męczyło jeszcze tak jak później, tylko rozlewało się spokojnie po całym dniu. Jechaliśmy do Kazimierza Dolnego. Dla mnie to była po prostu wycieczka. Dla rodziców — coś więcej, choć wtedy tego nie rozumiałem.
Nad Wisłą było dużo ludzi.
Ktoś rozkładał koc, ktoś inny wchodził do wody, dzieci biegały po piasku, zostawiając za sobą ślady, które znikały po kilku minutach. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać.
Do momentu, w którym zobaczyłem ich.
Byli trochę dalej. Nie bardzo daleko, ale na tyle, żeby nie być częścią tego samego świata.
Najpierw zobaczyłem, że coś się nie zgadza.
Dopiero potem zrozumiałem, co.
Nie mieli na sobie nic.
Siedzieli, leżeli, rozmawiali. Tak zwyczajnie, jak inni ludzie wokół. Jakby to nie było nic szczególnego.
Patrzyłem na nich dłużej niż powinienem.
Nie dlatego, że ktoś mi zabronił. Dlatego, że coś mnie zatrzymało.
Nie rozumiałem tego jeszcze.
—
— Mamo, dlaczego ci panowie nie mają majtek?
Zapytałem tak, jak zadawałem wszystkie inne pytania.
Bez wahania.
Mama spojrzała w tamtą stronę tylko na chwilę.
— Bo lubią.
Powiedziała to spokojnie. Jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
— A my możemy do nich pójść?
Tym razem odpowiedź była szybsza.
— Nie.
Bez wyjaśnienia.
—
Siedziałem na kocu i co jakiś czas zerkałem w tamtą stronę.
Nie wprost. Ukrycie.
Tak, jakby samo patrzenie było czymś, czego nie powinno się robić zbyt długo.
Zastanawiałem się, co to znaczy „bo lubią”.
Czy to znaczy, że można tak po prostu? Że to jest wybór?
Nie znałem wtedy takich słów.
Ale czułem, że to coś innego niż wszystko, co widziałem do tej pory.
—
Mama powiedziała później, jakby mimochodem, że tata już tam był.
Kiedy ja bawiłem się w wodzie.
Nie zapytałem o nic więcej.
Nie dlatego, że nie chciałem.
Dlatego, że nie wiedziałem jak.
—
Patrzyłem na nich jeszcze przez kilka kolejnych dni.
Za każdym razem trochę krócej.
Nie dlatego, że przestawali mnie interesować.
Dlatego, że nauczyłem się, ile można.
—
Potem zmieniliśmy miejsce.
Inny kawałek brzegu, trochę bardziej na uboczu. Bez ludzi, bez hałasu, więcej ciszy.
Jakby coś zostało za nami.
Ale nie do końca.
—
Nie wiedziałem jeszcze, że to był początek.
Że ten obraz zostanie ze mną na długo.
Dłużej niż większość rzeczy z tamtego lata.
—
Dopiero później zobaczyłem coś jeszcze. I znowu coś się nie zgadzało.Rozdział 4 — Tylko nie patrz!
Było trochę ciszej niż wcześniej.
Nowe miejsce nad Wisłą nie było tak pełne ludzi. Piasek był bardziej wilgotny, jakby rzadziej ktoś po nim chodził. Woda płynęła wolniej, szeroko, spokojnie.
Rozłożyliśmy koc.
Nie zdążyłem się jeszcze dobrze usadowić, kiedy mama powiedziała:
— Idziemy się wykąpać.
Skinąłem głową.
— Ty zostań tutaj. Pilnuj rzeczy.
To też było normalne.
Już miałem wstać, kiedy dodała:
— I nie patrz w naszą stronę.
Zatrzymałem się.
Nie zapytałem, dlaczego?
Nie zapytałem, co to znaczy „nie patrz”.
Po prostu usiadłem z powrotem.
—
Słyszałem, jak wchodzą do wody.
Najpierw kroki po piasku, potem cichszy dźwięk, kiedy stopy dotykają brzegu, w końcu plusk.
Odwróciłem głowę w przeciwną stronę.
Na chwilę.
Patrzyłem na coś zupełnie zwyczajnego. Na kawałek brzegu, na trawy, na ludzi gdzieś dalej.
Ale to nie działało.
Wiedziałem, że tam są.
Że dzieje się coś, czego nie widzę.
I że właśnie dlatego nie powinienem patrzeć.
—
Wytrzymałem chwilę.
Potem jeszcze trochę.
Ciekawość rosła powoli, ale uparcie.
Nie była gwałtowna. Nie była nie do opanowania.
Była spokojna.
I przez to trudniejsza.
—
Odwróciłem głowę.
Najpierw tylko trochę.
Tak, żeby móc powiedzieć sobie, że właściwie nie patrzę.
Zobaczyłem wodę.
Potem ich.
Stali przy brzegu.
Ojciec był odwrócony tyłem.
I był nagi.
Nie tak jak ci mężczyźni wcześniej, tam dalej.
Inaczej.
Bliżej.
Bardziej prawdziwie.
Zamarłem.
Nie dlatego, że coś mnie przestraszyło.
Dlatego, że coś się nagle zgadzało.
—
Odwróciłem głowę z powrotem.
Szybko.
Jakbym zrobił coś, czego nie powinienem.
Serce biło mi szybciej.
Siedziałem nieruchomo.
Patrzyłem przed siebie, ale niczego już nie widziałem.
—
Chciałem jeszcze raz.
Bardziej świadomie.
Bez tego pośpiechu.
Bez udawania, że to przypadek.
—
Odwróciłem się drugi raz.
Tym razem trochę odważniej.
Zobaczyłem go wyraźniej.
Stał spokojnie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Jakby nie było w tym nic, co trzeba ukrywać.
Poczułem coś, czego nie umiałem wtedy nazwać.
Nie był to wstyd. Nie był to strach.
To było coś pomiędzy.
Coś, co przyciągało i jednocześnie kazało uważać.
—
Odwróciłem się z powrotem.
Tym razem już nie tak gwałtownie.
Siedziałem chwilę bez ruchu.
Potem spojrzałem przed siebie.
Na rzekę, na piasek, na wszystko, co było zwyczajne.
Ale to już nie było to samo.
—
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem:
że to, co widziałem wcześniej, tam dalej, nie było przypadkiem.
—
I że to nie dotyczy tylko innych ludzi.
—
Nie odezwałem się ani słowem.
Bo czasem najważniejsze zaczyna się właśnie od słów: tylko nie patrz.Rozdział 5 — Pierwsze słowo
Nie pamiętam całego artykułu.
Pamiętam tytuł.
I to, że babcia przez chwilę nie chciała go przeczytać.
Siedzieliśmy przy stole. Jak zwykle. Ona z gazetą, ja obok, czekający na kolejne wiadomości ze świata, który wtedy sprowadzał się głównie do tego, co ktoś dorosły uznał za warte przeczytania na głos.
Zatrzymała się.
Na chwilę.
Jakby coś ją zaskoczyło.
— Tego nie będę czytać.
Podniosłem głowę.
— Dlaczego?
Nie odpowiedziała od razu.
To była ta sama cisza, którą znałem już z domu. Ta, w której nie chodzi o brak słów, tylko o to, że coś lepiej zostawić niewypowiedziane.
— Bo nie.
To znowu niczego nie wyjaśniało.
A właśnie dlatego chciałem wiedzieć jeszcze bardziej.
—
— Przeczytaj.
Nie podniosłem głosu. Nie nalegałem.
Po prostu powtórzyłem.
— Przeczytaj.
Spojrzała na mnie. Dłużej niż zwykle.
Jakby próbowała zdecydować, czy to jest jeden z tych momentów, w których trzeba postawić granicę.
Albo ją przesunąć.
—
Przeczytała.
Nie wszystko.
Tyle, ile uznała za bezpieczne.
Artykuł był o tym, że nudyści chcą mieć swoją plażę. Że rozmawiają z władzami. Że próbują coś zorganizować.
Słuchałem uważnie.
Nie dlatego, że to było ciekawe.
Dlatego, że to było znajome.
—
— Babciu, a co to są nudyści?
Zapytałem, kiedy skończyła.
Tym razem nie zawahała się.
— To są ludzie, którzy chodzą nago.
Powiedziała to spokojnie. Bez emocji.
Jakby mówiła o czymś zwyczajnym.
—
Kiwnąłem głową.
Nie zapytałem o nic więcej.
Nie było potrzeby.
Bo już wiedziałem.
—
To słowo połączyło wszystko.
Tych mężczyzn nad Wisłą. To, co zobaczyłem później. To, o czym nie mówiło się wprost.
—
To nie był przypadek.
To byli nudyści.
—
Siedziałem jeszcze chwilę przy stole.
Babcia odłożyła gazetę i zajęła się czymś innym.
Dla niej to był tylko artykuł.
Dla mnie coś więcej.
—
Pierwsze słowo.Rozdział 6 — Między wyjściem a powrotem
Najłatwiej było wtedy, kiedy nikogo nie było.
Nie trzeba było zamykać drzwi na klucz. Nie trzeba było sprawdzać dwa razy, czy ktoś zaraz nie wejdzie. Wystarczała cisza w mieszkaniu i to charakterystyczne poczucie, że przez jakiś czas wszystko zależy tylko ode mnie.
Zostawałem sam.
I wiedziałem już, co to znaczy.
—
Na początku robiłem to szybko.
Jak coś, co trzeba zdążyć zrobić, zanim ktoś wróci.
Zamykałem drzwi do pokoju, zdejmowałem z siebie ubranie niemal jednym ruchem i przez chwilę stałem w miejscu, nasłuchując.
Czy na pewno jestem sam?
Czy naprawdę mogę?
—
Potem było inaczej.
Wolniej.
Już nie chodziło o to, żeby zdążyć.
Chodziło o to, żeby pobyć w tym stanie choć trochę dłużej.
—
Chodziłem po pokoju bez celu.
Od okna do drzwi. Od drzwi do ściany.
Czasem zatrzymywałem się przy lustrze. Tym samym, które widziałem codziennie, ale tylko czasem patrzyłem w nie tak jak wtedy.
Nie zawsze.
Nie za długo.
—
Wyobrażałem sobie, że jestem gdzie indziej.
Nie w pokoju.
Na plaży.
Tam, gdzie widziałem tamtych ludzi nad Wisłą. Albo tam, gdzie — jak już wiedziałem — byli nudyści.
Nie znałem tego miejsca.
Ale wiedziałem, jak może wyglądać.
—
Czasem siadałem na podłodze.
Czasem kładłem się na łóżku.
Nic się nie działo.
I właśnie to było najważniejsze.
—
Nie myślałem o tym, czy robię coś dobrze.
Nie myślałem nawet o tym, czy powinienem.
To przychodziło dopiero później.
Kiedy wszystko się kończyło.
—
Wtedy ubierałem się szybko.
Znowu jednym ruchem.
Jakby ktoś mógł zobaczyć mnie w ostatniej chwili.
Jakby trzeba było wrócić do tego, co normalne.
—
Z czasem nauczyłem się jednego.
Że to, co robię, musi się zmieścić między wyjściem a powrotem.
Między jednym dźwiękiem klucza a drugim.
—
I że nikt nie może o tym wiedzieć.
—
Nie było w tym planu.
Nie było żadnej decyzji.
To się po prostu powtarzało.
—
Coraz częściej.
Wszystko musiało się zmieścić między wyjściem a powrotem.Rozdział 7 — Na papierze
Miałem dziewięć lat.
W domu pojawiło się coś nowego.
Czasopismo.
Rodzice zaczęli kupować Veto.
Na początku nie zwróciłem na to większej uwagi. Leżało na stole razem z innymi gazetami, które przeglądało się szybko albo wcale.
Do momentu, w którym zobaczyłem jeden artykuł.
Zatrzymałem się.
Usiadłem.
I zacząłem czytać.
—
To było coś zupełnie innego niż wszystko, co widziałem wcześniej.
Nie chodziło o to, że było nowe.
Chodziło o to, że było znajome.
—
Były tam zdjęcia.
Ludzie. Nadzy. Uśmiechnięci.
Nie ukrywali się. Nie byli gdzieś daleko, za drzewami, jak tamci nad Wisłą.
Byli w środku.
Na papierze.
—
Usiadłem wygodniej.
Przewróciłem stronę.
Potem kolejną.
Nie spieszyłem się.
Tym razem nie musiałem.
—
Kiedy byłem sam w domu, wracałem do tego.
Brałem gazetę i siadałem w pokoju.
Czasem na krześle. Czasem na podłodze.
Zamykałem drzwi.
I znowu byłem sam.
—
Z czasem to przestało być tylko czytanie.
To było coś więcej.
Nie potrafiłem tego wtedy nazwać.
Ale wiedziałem, że nie chodzi tylko o słowa.
—
Zdejmowałem z siebie ubranie.
Powoli.
Nie tak jak wcześniej, kiedy wszystko trzeba było zrobić szybko.
Teraz było inaczej.
Jakby jedno wynikało z drugiego.
Obraz z gazety. Ruch. Cisza w pokoju.
—
Siedziałem i czytałem.
Wracałem do tych samych fragmentów.
Nie dlatego, że były trudne.
Dlatego, że chciałem je zapamiętać.
—
Nie było w tym pośpiechu.
Nie było napięcia.
Było skupienie.
—
Z każdym kolejnym numerem wiedziałem coraz więcej.
Nie tylko o tym, że tacy ludzie istnieją.
Ale że to jest coś większego.
Że to ma swoją nazwę.
Swoje miejsca.
Swoje zasady.
—
To nie był przypadek.
To nie była jedna sytuacja nad Wisłą.
—
To było naprawdę. Na papierze.Rozdział 8 — Z drugiej strony
Nie zdążyłem się ruszyć.
Stałem w przedpokoju, dokładnie tam, gdzie przed chwilą wszystko było jeszcze proste. Muzyka grała dalej. Ta sama zwrotka, ten sam rytm, który przed chwilą niósł mnie bez wysiłku.
Teraz nie było w nim nic.
Tylko dźwięk.
—
Klamka opadła.
Drzwi otworzyły się szybko, jak zawsze. Bez zawahania.
Ojciec wszedł do środka.
Zatrzymał się.
Na chwilę.
Nie powiedział nic.
—
To była sekunda.
Może dwie.
Wystarczająco długo, żeby zobaczyć wszystko.
Za krótko, żeby cokolwiek z tym zrobić.
—
Nie próbowałem się zasłonić.
Nie dlatego, że nie chciałem.
Dlatego, że nie zdążyłem.
—
Stałem.
On patrzył.
—
— Co to ma znaczyć?
Głos był spokojny. Nie podniesiony. Nie ostry.
I właśnie dlatego trudniejszy.
—
Nie odpowiedziałem.
Nie dlatego, że nie wiedziałem, co powiedzieć.
Dlatego, że nie było żadnej odpowiedzi, która mogłaby coś zmienić.
—
Zrobiłem krok.
W stronę pokoju.
Jakby to miało coś naprawić.
Jakby można było cofnąć ostatnie kilka sekund.
—
— Ubierz się.
Tym razem szybciej.
Krótko.
Bez miejsca na cokolwiek więcej.
—
Posłuchałem.
Ruchy, które jeszcze przed chwilą były spokojne, teraz były nerwowe. Ubranie leżało w pokoju, dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Zakładałem je szybko, bez patrzenia, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Byle szybciej.
Byle przestać być widocznym.
—
Nie spojrzałem na niego.
Ani razu.
—
Wrócił do przedpokoju.
Zostawił mnie w pokoju.
—
Muzyka dalej grała.
Jeszcze przez chwilę.
Potem się zatrzymała.
Taśma doszła do końca.
—
Stałem nieruchomo.
Ubrany.
Tak jak powinienem.
—
I wiedziałem już, że coś się zmieniło.
—
Nie chodziło o to, co zobaczył.
Chodziło o to, że ja też to zobaczyłem.
—
Z drugiej strony.Rozdział 9 — To coś dla Marcina
Dwa dni później temat wrócił.
Nie dlatego, że ktoś chciał do niego wracać.
Wrócił sam.
Jak czasem wracają rzeczy, które miały zostać zamknięte.
Był 30 grudnia 1984 roku. W domu pachniało jeszcze świętami, ale święta właściwie już się skończyły. Choinka stała w pokoju, trochę mniej uroczysta niż kilka dni wcześniej. Bombki wisiały tak samo, lecz coś w powietrzu było już inne. Jakby zaczynało się zwykłe czekanie na Nowy Rok.
Ojciec siedział z programem telewizyjnym.
Czytał na głos, co będzie wieczorem.
Robił to czasami. Nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla nas. W tamtych czasach program telewizyjny miał w sobie coś z mapy. Pokazywał, co można zobaczyć, zanim jeszcze się to zobaczyło. A jeśli czegoś nie było w programie, to tak jakby nie istniało.
Siedziałem niedaleko.
Udawałem, że nie słucham.
Ale słuchałem.
—
Ojciec przesuwał palcem po rubrykach.
Film. Dziennik. Jakiś program rozrywkowy. Coś dla dzieci. Coś późnym wieczorem.
Nagle zatrzymał się.
— O — powiedział. — Wieczorem będzie film dokumentalny _Naturyści_.
Zastygłem.
Nie poruszyłem się, ale w środku coś natychmiast się napięło.
To słowo znałem już dobrze.
Nie musiałem pytać, co znaczy.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, kim był Antoni Orwiński, jego reżyser. Wiedziałem tylko, że tytuł uderzył dokładnie w to miejsce, które od dwóch dni próbowałem w sobie ukryć.
—
Mama usłyszała tytuł.
Uśmiechnęła się pod nosem. Nie był to uśmiech zły. Raczej taki, który dorosłym wydaje się niewinny, a dziecku potrafi zostać w pamięci na całe życie.
— To coś dla Marcina — powiedziała z ironicznym uśmiechem.
W pokoju zrobiło się trochę ciszej.
Może tylko dla mnie.
—
Nie odpowiedziałem.
Nie wiedziałem, czy powinienem się roześmiać, zaprzeczyć, obrazić, udać, że nie rozumiem.
Wybrałem najbezpieczniejsze rozwiązanie.
Milczenie.
—
Tytuł filmu został w powietrzu.
_Naturyści_.
Już nie artykuł. Nie gazeta. Nie opowieść babci. Nie ludzie widziani z daleka nad Wisłą.
Film.
Ruchomy obraz.
Coś, co miało się wydarzyć na ekranie, w naszym mieszkaniu, wieczorem, kiedy wszyscy będą siedzieć przed telewizorem.
—
Oczywiście nie pozwolono mi oglądać.
Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział.
Może mama. Może ojciec. Może nikt nie musiał.
Czasem zakaz nie potrzebuje zdania.
Wystarczy ton rozmowy.
Wystarczy spojrzenie.
Wystarczy to, że dorosły uzna, że dziecko już wie, gdzie jest granica.
—
Wieczorem telewizor świecił w pokoju.
Powinienem już leżeć w łóżku.
Leżałem.
Tylko nie tam, gdzie trzeba.
Położyłem się na brzuchu na podłodze w przedpokoju i wysunąłem głowę na tyle, żeby widzieć ekran telewizora.
Niewiele.
Fragment obrazu. Kawałek światła. Ruch postaci, który czasem znikał, gdy ktoś w pokoju przesunął się w fotelu.
Tyle wystarczało.
Nie mogłem oddychać zbyt głośno. Nie mogłem się poruszać. Podłoga była twarda, chłodna, niewygodna, ale nie miało to znaczenia.
Patrzyłem.
Nie dlatego, że chciałem komuś zrobić na złość.
Dlatego, że nie umiałem nie patrzeć.
—
To było dziwne uczucie.
Być jednocześnie w domu i poza nim.
Słyszeć rozmowę dorosłych, dźwięk telewizora, skrzypienie fotela, a jednocześnie czuć, że ogląda się coś zakazanego.
Coś, co było moje bardziej niż ich.
Choć to oni siedzieli przed ekranem.
—
Nie widziałem wszystkiego.
Może nawet większości nie widziałem dobrze.
Obrazy pojawiały się i znikały. Czasem zasłaniała je czyjaś głowa, czasem kąt był zbyt ostry, czasem musiałem cofnąć się szybko, żeby nikt nie zauważył, że leżę na podłodze.
Ale i tak patrzyłem.
—
W pewnej chwili ojciec wstał.
Zamarłem.
Kroki zbliżyły się do przedpokoju. Nie wiedziałem, czy naprawdę coś usłyszał, czy tylko chciał sprawdzić, czy śpię.
Cofnąłem głowę.
Znów znalazłem się w łóżku.
Leżałem bez ruchu, z twarzą przy poduszce, jakby od tego zależało wszystko.
Ojciec postał chwilę.
Potem wrócił do pokoju.
Nie wróciłem już pod drzwi.
Bałem się.
Końcówki filmu nie zobaczyłem.
—
Nie pamiętam scen.
Nie pamiętam fabuły.
Nie pamiętam nawet, czy film by mi się spodobał, gdybym obejrzał go do końca.
Pamiętam tylko napięcie.
I to, że słowo „naturyści” przestało być już tylko słowem.
Miało obraz.
Miało dźwięk.
Miało miejsce w telewizji.
Czyli jednak istniało naprawdę.
—
Kiedy film się skończył, nie powiedziałem nic.
Nie zapytałem, o czym był.
Nie zapytałem, dlaczego nie mogłem go oglądać.
Nie zapytałem, dlaczego dorośli mogli.
Wiedziałem już, że są pytania, które wracają, ale nie zawsze warto wypowiadać je na głos.
—
Poszedłem spać z poczuciem, że znowu zobaczyłem kawałek świata, do którego mnie nie wpuszczono.
Tylko że tym razem ten świat przyszedł sam.
Do naszego mieszkania.
Na ekran telewizora.
Do pokoju, w którym jeszcze dwa dni wcześniej śmiano się ze mnie łagodnym, domowym żartem.
—
To coś dla Marcina.Rozdział 10 — Pod cudzym spojrzeniem
Po tamtej zimie moje ciało przestało należeć wyłącznie do mnie jeszcze z jednego powodu.
Trafiłem do szpitala.
Miałem wtedy dziesięć lat i byłem po operacji wyrostka robaczkowego. Nie pamiętam już wszystkich szczegółów. Pamiętam za to korytarze, zapach środków odkażających, białe ściany i łóżka ustawione tak, że człowiek bardzo szybko uczył się, że prywatność jest czymś, co zostaje za drzwiami domu.
W szpitalu wszystko było wspólne.
Sala. Powietrze. Kroki. Rozmowy. Czekanie.
Nawet ciało stawało się trochę wspólne, bo ciągle ktoś coś przy nim robił.
Ktoś mierzył temperaturę. Ktoś zaglądał pod opatrunek. Ktoś mówił: podnieś się, połóż, odwróć, pokaż.
Dorośli mówili to spokojnie, rzeczowo, bez złych intencji.
A ja robiłem, co kazali.
—
Najbardziej zapamiętałem gabinet zabiegowy.
Leżałem tam całkiem nagi.
Nie wiem już, czy tak musiało być, czy po prostu tak wtedy robiono. Wiem tylko, że leżałem na plecach, a nade mną było światło, które nie zostawiało miejsca na półmrok.
Miałem naświetlania miejsca pooperacyjnego.
Brzmiało to poważnie.
Dla mnie oznaczało przede wszystkim bezruch.
Trzeba było leżeć spokojnie. Nie wiercić się. Nie zasłaniać. Nie pytać za dużo.
Pielęgniarka krzątała się obok.
Była dorosła, pewna swoich ruchów, przyzwyczajona do ciał, opatrunków, ran i zabiegów. Dla niej pewnie byłem kolejnym dzieckiem na stole. Kolejnym pacjentem w kolejny szpitalny dzień.
Ale ja nie czułem się jak „pacjent”.
Czułem się jak ja.
Tylko że bez żadnej osłony.
—
Pamiętam jej uśmiech.
Nie wiem, czy po latach dobrze go odczytuję. Może był zwykły. Może miał mnie uspokoić. Może wcale nie znaczył tego, co wtedy pomyślałem.
Ale zapamiętałem go inaczej.
Zapamiętałem, że zerkała.
Na mnie.
Na moje ciało.
Na to miejsce, które w dziecięcym języku nazywałem jeszcze „ptaszkiem”.
I wtedy poczułem coś dziwnego.
Wstyd.
Na pewno wstyd.
Ale nie tylko.
Było w tym jeszcze coś, czego nie umiałem sobie wytłumaczyć. Jakieś zawstydzone zadowolenie, że ktoś patrzy i się uśmiecha. Że może coś we mnie nie jest śmieszne ani brzydkie. Że może komuś się podoba.
Nie wiedziałem, co z tym zrobić.
Nie mogłem uciec.
Nie mogłem się zasłonić.
Nie mogłem udawać, że mnie tam nie ma.
Leżałem nieruchomo i czekałem, aż zabieg się skończy.
—
Dzisiaj, kiedy o tym myślę, nie chcę tej sceny oceniać zbyt łatwo.
Byłem dzieckiem.
Ona była pielęgniarką.
Między nami nie było żadnej rozmowy, która mogłaby cokolwiek wyjaśnić.
Zostało tylko wspomnienie.
A wspomnienia z dzieciństwa bywają dziwne. Czasem są ostre jak szkło, a czasem rozmazane jak obraz widziany przez szybę w deszczu.
Nie wiem, co naprawdę pomyślała ona.
Wiem, co poczułem ja.
—
Potem przyszło coś gorszego niż same zabiegi.
Na oddziale chirurgii dziecięcej kilkoro dzieci zostało zakażonych żółtaczką zakaźną. Wtedy mówiło się różnie. Wirusowe zapalenie wątroby. WZW typu B. Choroba, która brzmiała jak coś ciężkiego, poważnego i obcego.
Byłem jednym z tych dzieci.
Pod koniec lutego trafiłem na oddział zakaźny.
To było zupełnie inne miejsce.
Tam nie leżało się już tylko po operacji.
Tam człowiek był „zakaźny”.
To słowo miało ciężar.
Nie do końca je rozumiałem, ale czułem, że oddziela mnie od innych. Że nie chodzi już tylko o chorobę, ale o coś, co można przenieść, czego trzeba pilnować, czego inni mogą się bać.
—
Oddział zakaźny miał swój rytm.
Rano temperatura. Potem leki. Potem badania. Potem obiad, którego zapach mieszał się z zapachem szpitala. Potem długie godziny, w których nie działo się nic, a jednak czas wcale nie płynął szybciej.
Dostawałem leki o nazwach, których nie potrafiłem wtedy zapamiętać. Catergen. Kokarboksylaza. Brzmiały jak słowa z języka dorosłych, który nie był przeznaczony dla dzieci.
Dorośli wiedzieli, co robić.
Ja miałem po prostu zdrowieć.
—
Najgorsze było to, że ciało ciągle coś znaczyło.
Nie było po prostu moje.
Było oglądane, badane, leczone, oceniane.
Czy skóra ma właściwy kolor. Czy brzuch boli. Czy wyniki są lepsze. Czy wątroba wraca do normy. Czy można mnie już wypisać.
W domu ciało mogło być tajemnicą.
W szpitalu było dokumentacją.
—
Wróciłem do domu, ale leczenie nie skończyło się od razu.
Przez jakiś czas dalej przyjmowałem Catergen. Tabletki stały się częścią dnia, tak jak posiłki, szkoła i pytania dorosłych, czy wszystko w porządku.
Potem lek odstawiono.
I po kilku tygodniach wydarzyło się coś, co zapamiętałem tak, jakby stało się w jedną noc.
Wieczorem rozebrałem się, żeby założyć piżamę.
Byłem jeszcze dzieckiem.
Tak o sobie myślałem.
Rano poszedłem do łazienki i nagle zobaczyłem, że coś się zmieniło.
Moje ciało miało już inny znak.
Pierwszy wyraźny znak dojrzewania.
Gwałtowny.
Wieczorem byłem dzieckiem.
Rano obudziłem się jako mężczyzna.
Dzisiaj nie wiem, czy naprawdę pojawił się tak nagle. Może wcześniej nie patrzyłem dość uważnie. Może ciało zmieniało się powoli, a ja zauważyłem to dopiero wtedy. Może lek i jego odstawienie nie miały z tym nic wspólnego.
Wtedy byłem przekonany, że miały.
Dzisiaj nie wiem.
Wiem tylko, że tamtego ranka poczułem, jakby ktoś w nocy przestawił mnie z jednego świata do drugiego.
Bez pytania.
Bez ostrzeżenia.
Bez wyjaśnienia.
—
Nie byłem już taki sam.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Dzień wcześniej moje ciało należało jeszcze do dzieciństwa. Następnego ranka wyglądało tak, jakby nagle i bez ostrzeżenia zrobiło ze mnie mężczyznę.
Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć.
Czy bać.
Czy udawać, że nic się nie stało.
—
Nie powiedziałem nikomu.
Nie poszedłem z tym do mamy. Nie zapytałem ojca. Nie opowiedziałem koledze.
Zatrzymałem to dla siebie.
Tak jak wcześniej zatrzymywałem pytania, obrazy, słowa i wszystkie te odkrycia, które nie mieściły się w zwykłej rozmowie przy stole.
—
Tamta zima była długa.
Najpierw lustro.
Potem film, którego nie wolno było oglądać.
Potem szpital.
Potem ciało, które przestało czekać, aż będę gotowy.
Wszystko działo się zbyt szybko, a jednocześnie nikt nie mówił mi wprost, co właściwie się dzieje.
Dorośli mieli swoje słowa.
Operacja. Naświetlanie. Zakażenie. Leczenie. Wyniki. Dojrzewanie.
Ja miałem swoje.
Wstyd. Ciekawość. Milczenie. Patrzenie.
—
Dopiero po latach zrozumiałem, że tamten czas nauczył mnie czegoś bardzo ważnego.
Że ciało można ukrywać przed światem.
Można je ubrać, odwrócić wzrok, zamknąć drzwi, zgasić światło, położyć się tak, żeby nikt niczego nie zobaczył.
Ale czasem i tak ktoś patrzy.
Lekarz. Pielęgniarka. Rodzic. Przypadkowy człowiek. Albo ja sam, stojący przed lustrem.
I wtedy nie chodzi już tylko o nagość.
Chodzi o bezradność.
O to, że nie zawsze można wybrać, kiedy ciało stanie się widoczne.
—
Od tamtej zimy coraz lepiej rozumiałem, że najtrudniej zachować siebie właśnie wtedy, gdy jest się pod cudzym spojrzeniem.Rozdział 11 — W biały dzień
Miałem wtedy jedenaście lat.
Lato 1985 roku przyszło po zimie, którą zapamiętałem inaczej niż wszystkie wcześniejsze. Najpierw był dom, lustro i klamka w drzwiach. Potem film oglądany z podłogi w przedpokoju. Potem szpital, białe ściany, leki i ciało, które zaczęło zmieniać się szybciej, niż potrafiłem to zrozumieć.
A później nagle zrobiło się ciepło.
Tak zwyczajnie.
Jakby świat nie wiedział, co wydarzyło się wcześniej.
—
Skończyła się szkoła.
Dni stały się długie, rozciągnięte, trochę leniwe. Przez otwarte okna wpadał zapach kurzu, rozgrzanego asfaltu i obiadu gotowanego gdzieś piętro niżej. W mieszkaniu było jasno. Inaczej niż zimą. Nie trzeba było zapalać światła, żeby coś zobaczyć.
Telewizor włączało się czasem już po południu.
Nie po kryjomu.
Nie późnym wieczorem.
Nie wtedy, kiedy dorośli uznawali, że dziecko powinno już spać.
Po prostu.
W dzień.
—
W telewizji leciało _Studio Lato_. Codzienny, popołudniowy program rozrywkowy.
Nie pamiętam dziś dokładnie wszystkich prowadzących, konkursów ani rozmów. Pamiętam raczej atmosferę. Wakacyjny ton. Uśmiechy. Lekkość, która miała sprawić, że nawet zwykłe popołudnie w mieście wydawało się trochę jak wyjazd nad morze.
Siedziałem przed telewizorem i oglądałem.
Bez ukrywania się.
Bez nasłuchiwania kroków.
Bez leżenia na brzuchu na podłodze.
—
I wtedy pojawiła się piosenka _Chałupy Welcome To_ Zbigniewa Wodeckiego.
Nie jako zakazany obraz.
Nie jako szept.
Nie jako coś, czego nie wolno było oglądać.
Jako piosenka.
Wesoła. Lekka. Wakacyjna. Taka, którą dorośli mogli nucić bez zmieniania tonu głosu.
A jednak dla mnie nie była tylko piosenką.
—
Na ekranie byli ludzie nad morzem.
Swobodni.
Uśmiechnięci.
Nadzy.
Tacy, którzy nie wyglądali, jakby robili coś złego.
Nie chowali się za krzakami. Nie byli daleko nad Wisłą. Nie pojawiali się tylko w urywkach filmu oglądanego z przedpokoju.
Byli w telewizji.
W zwykłym programie.
W środku dnia.
—
Patrzyłem uważnie.
Może zbyt uważnie.
Ale nikt nie mówił: nie patrz.
I to właśnie było najdziwniejsze.
Ta sama nagość, która jeszcze niedawno potrafiła zagęścić powietrze w pokoju, teraz została pokazana lekko, kolorowo, prawie żartobliwie. Jak wakacyjna ciekawostka. Jak obrazek z Polski, która latem pozwalała sobie na więcej niż zwykle.
Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić.
—
Nie rozumiałem jeszcze ironii.
Nie rozumiałem, że dorośli potrafią śmiać się z czegoś, czego jednocześnie się boją.
Nie rozumiałem, że telewizja może coś pokazać i od razu oswoić to w taki sposób, żeby nikt nie musiał zadawać zbyt poważnych pytań.
Dla mnie było prościej.
Skoro to pokazują, to istnieje.
Skoro istnieje, to nie jestem sam.
—
Potem zobaczyłem jeszcze _Nagą plażę_ zespołu Dwa plus Jeden.
Nie pamiętam dokładnie, w jakim programie.
Pamiętam sam fakt.
Kolejny tytuł.
Kolejny obraz.
Kolejny znak, że gdzieś jest świat, który cały czas pojawia się przede mną i natychmiast znika, zanim zdążę naprawdę do niego wejść.
—
Tamte piosenki nie były dla mnie tylko piosenkami.
Były wiadomościami.
Nadawanymi z miejsca, którego jeszcze nie znałem.
Z plaży, na której nigdy nie byłem.
Od ludzi, którzy nie wiedzieli, że istnieje jedenastoletni chłopiec siedzący przed telewizorem i próbujący zrozumieć, dlaczego to, co dla innych jest żartem, dla niego jest czymś znacznie większym.
—
Nie mówiłem o tym nikomu.
Nie musiałem.
Wiedziałem już, że niektóre odkrycia najlepiej przechowuje się w sobie.
Nie dlatego, że są złe.
Dlatego, że są zbyt delikatne, żeby wystawiać je na cudze komentarze.
—
Lato płynęło dalej.
Programy się kończyły.
Piosenki znikały z ramówki.
Ktoś w domu wyłączał telewizor. Ktoś otwierał okno. Ktoś mówił, że trzeba iść po zakupy albo zjeść kolację.
A ja zostawałem z obrazami, których nie umiałem zapomnieć.
—
Po raz pierwszy zobaczyłem, że ten świat może przychodzić nie tylko nocą.
Nie tylko w ukryciu.
Nie tylko przez szparę między przedpokojem a pokojem.
Czasem przychodził zwyczajnie.
Z muzyką.
Z uśmiechem.
W biały dzień.Rozdział 12 — Nie tam, gdzie trzeba
Miałem dwanaście lat.
Był koniec czerwca 1986 roku, dzień po zakończeniu roku szkolnego. Ten pierwszy dzień wakacji zawsze miał w sobie coś niezwykłego. Nie był jeszcze prawdziwym latem, ale nie był już szkołą. Zeszyty leżały gdzieś odłożone, świadectwo było już pokazane rodzicom, a czas nagle robił się szeroki.
Tego dnia postanowiłem coś sprawdzić.
Nie w gazecie.
Nie w telewizji.
Nie z opowieści.
Naprawdę.
—
Od kolegi usłyszałem, że nad Zalewem Zemborzyckim jest plaża naturystów.
Nie wiedziałem, czy mówi prawdę.
Nie wiedziałem, gdzie dokładnie jej szukać.
Ale samo zdanie wystarczyło.
Plaża naturystów.
W Lublinie.
Nie gdzieś daleko nad Wisłą, nie w Kazimierzu, nie nad morzem, nie na ekranie telewizora, tylko tutaj. Na tyle blisko, że można było wsiąść na rower i spróbować dojechać.
—
Spakowałem plecak.
Kocyk. Coś do picia. Radio na baterie.
Nie wiem, po co zabrałem radio. Może dlatego, że bez muzyki samotność była zbyt wyraźna. Może dlatego, że radio dawało poczucie, że nie jestem całkiem sam, nawet jeśli właśnie tego chciałem.
Wsiadłem na rower.
I ruszyłem.
—
Droga wydawała mi się długa.
Dłuższa niż powinna.
Jechałem przez miejsca, które znałem tylko częściowo. Ulice przechodziły w mniej pewne ścieżki, ścieżki w polne drogi, a ja coraz bardziej miałem wrażenie, że mapa, którą ułożyłem sobie w głowie, nie pasuje do tego, co widzę przed sobą.
Ale nie zawróciłem.
Jeszcze nie.
—
Zalew był gdzieś niedaleko.
Czułem to bardziej niż wiedziałem.
Powinienem był skręcić inaczej. Wybrać krótszą drogę. Ktoś starszy pewnie od razu zauważyłby błąd. Ja tego dnia nie szukałem najłatwiejszej trasy.
Szukałem miejsca.
A właściwie szukałem dowodu, że ono istnieje.
—
W końcu nie dotarłem tam, gdzie chciałem.
Nie znalazłem plaży.
Nie zobaczyłem żadnych naturystów.
Nie było wyspy, o której wtedy jeszcze prawie nic nie wiedziałem. Nie było ludzi, których mogłem rozpoznać jako „swoich”, choć przecież nikogo z nich nie znałem.
Były pola.
Pszenica. Ścieżki. Cisza.
I spory dół porośnięty sitowiem.
—
Zatrzymałem rower.
Rozejrzałem się.
Wokół nie było nikogo.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Zszedłem niżej, ostrożnie, prowadząc rower obok siebie. Sitowie szeleściło przy każdym ruchu. Ziemia była nierówna, miejscami sucha, miejscami wilgotna. Nie było to miejsce z marzeń. Nie przypominało plaży z gazety ani kadru z telewizji.
Ale było puste.
A wtedy puste znaczyło prawie tyle samo, co bezpieczne.
—
Rozłożyłem koc.
Postawiłem radio obok.
Przez chwilę nie robiłem nic.
Siedziałem i nasłuchiwałem.
Nie szumu fal, bo fal tam nie było.
Tylko świata.
Czy ktoś idzie. Czy ktoś mówi. Czy gdzieś blisko nie ma kroków.
Potem powoli zdjąłem ubranie.
—
Nie było w tym uroczystości.
Nie było wielkiego przełomu, który od razu rozpoznałbym jako przełom.
Było raczej coś prostszego.
Decyzja.
Mała, cicha i bardzo moja.
Położyłem się na kocu.
Słońce dotknęło skóry w miejscach, których zwykle nie dotykało. To było dziwne i zwyczajne jednocześnie. Jakby ciało nagle dowiedziało się, że istnieje jeszcze inny rodzaj powietrza.
Włączyłem radio.
Muzyka będąca sygnałem _Lata z Radiem_ popłynęła cicho.
Nie pamiętam, co wtedy grali. O czym mówili.
Pamiętam tylko, że leżałem w dole porośniętym sitowiem, wśród pól pszenicy, z rowerem opartym gdzieś obok, i pierwszy raz nie musiałem sobie wyobrażać, że jestem na plaży naturystów.
Przez chwilę nią byłem.
Choć to nie była plaża.
—
Nie trwało to długo.
Nagle usłyszałem głosy.
Podniosłem głowę.
Na skraju dołu pojawiła się grupa chłopców mniej więcej w moim wieku. Nie wiem, skąd się tam wzięli. Może szli skrótem. Może mieli swoje własne miejsca, o których ja nie wiedziałem. Może po prostu lato wyprowadzało wszystkich z domów.
Zobaczyli mnie.
Ja zobaczyłem ich.
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
—
Nie zerwałem się.
Nie uciekłem.
Nie wiem, czy dlatego, że byłem odważny.
Raczej dlatego, że wszystko stało się zbyt szybko.
Leżałem nieruchomo, a oni patrzyli.
Krótko.
Może krócej niż zapamiętałem.
Potem poszli dalej.
Bez śmiechu. Bez komentarza. Bez kamieni rzucanych słowami.
Po prostu zniknęli za sitowiem.
—
Zostałem sam.
Ale już nie tak samo.
Cisza po ich odejściu była inna. Gęstsza. Jakby miejsce, które przed chwilą należało tylko do mnie, zostało na moment otwarte i zaraz znowu zamknięte.
Nie wiedziałem, czy powinienem się ubrać.
Przez chwilę miałem taki zamiar.
Potem zostałem.
Jeszcze trochę.
—
To nie była Naga Wyspa.
Nie była nawet plaża.
Nie było tam wody, piasku ani ludzi, którzy wiedzieliby, po co się tam przychodzi.
A jednak coś się wydarzyło.
Coś, czego nie dało się już odwołać.
Po raz pierwszy wyszedłem z tym poza mieszkanie.
Poza przedpokój. Poza lustro. Poza gazety i telewizor.
—
Kiedy wracałem rowerem do domu, czułem zmęczenie i lekkie rozczarowanie.
Nie znalazłem tego, czego szukałem.
Ale znalazłem coś innego.
Miejsce zastępcze. Nieidealne. Ukryte. Moje.
Przez następne lata jeszcze tam wracałem.
Bo czasem pierwsze prawdziwe odkrycia nie zdarzają się tam, gdzie miały się zdarzyć.
Zdarzają się nie tam, gdzie trzeba.Rozdział 14 — Tam, gdzie nikt się nie dziwił
Miałem czternaście lat.
Od tamtego niedoszłego wyjazdu nad Zalew minęło trochę czasu. Naga Wyspa nadal była bardziej legendą niż miejscem. Wiedziałem, że gdzieś istnieje, ale nie umiałem jeszcze do niej dojść. Miałem swoje ukryte miejsca, swoje samotne próby, swoje powroty między wyjściem a powrotem.
A potem pojawił się basen.
Nie pamiętam już dokładnie, jak wujek to załatwił. Wiem tylko, że dostałem całoroczną wejściówkę do Akademickiego Ośrodka Sportowego w Lublinie. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie chodził regularnie na basen, brzmiało to jak przepustka do zupełnie nowego świata.
Nie wiedziałem jeszcze, że najważniejsze nie wydarzy się w wodzie.
—
Pierwszy raz poszedłem tam ze znajomym wujka.
Wszystko było nowe.
Zapach chloru. Echo głosów odbijających się od ścian. Śliska posadzka. Szatnia, w której ludzie poruszali się swobodniej, niż byłem przyzwyczajony.
W basenie starałem się zachowywać normalnie.
Pływać, choć nie bardzo jeszcze umiałem. Nie rozglądać się za bardzo. Nie wyglądać na kogoś, kto jest tu pierwszy raz.
Ale najważniejsze przyszło dopiero potem.
Po wyjściu z wody.
—
Wszedłem do części z prysznicami i zobaczyłem coś, co zatrzymało mnie na moment.
Niektórzy mężczyźni myli się bez kąpielówek.
Zwyczajnie.
Bez popłochu. Bez nerwowego zasłaniania się. Bez pośpiechu, który znałem z domu.
Stali pod strumieniami wody, rozmawiali, sięgali po mydło, przechodzili obok siebie tak, jakby nie działo się nic szczególnego.
I może właśnie to było najważniejsze.
Że nic szczególnego się nie działo.
—
Patrzyłem krótko.
Na tyle krótko, żeby nie wyglądało to jak patrzenie.
Ale wystarczająco długo, żeby zrozumieć.
Tutaj nikt się nie dziwił.
—
Zrobiłem to samo.
Nie od razu pewnie.
Nie bez lęku.
Ale zrobiłem.
Zdjąłem kąpielówki i stanąłem pod prysznicem.
Woda uderzyła we mnie ciepłym strumieniem. Przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Gdzie patrzeć. Jak stać. Czy odwrócić się przodem do ściany, czy zachowywać się tak jak inni, bez całej tej wewnętrznej gimnastyki.
Miałem czternaście lat.
Byłem w wieku, w którym ciało przestaje być oczywiste. Zmienia się szybciej, niż człowiek potrafi to zrozumieć, i przypomina o sobie w chwilach, w których najchętniej chciałoby się po prostu zniknąć.
Przez moment poczułem skrępowanie.
Bardzo silne.
A jednak nie uciekłem.
Stałem dalej.
Może dlatego, że inni nie patrzyli tak, jak się bałem.
Może dlatego, że każdy był zajęty sobą.
Może dlatego, że szum wody przykrywał myśli.
—
Po kilku minutach poczułem coś nowego.
Nie odwagę.
Nie dumę.
Raczej ulgę.
Jakby ciało, mimo całego zamieszania, powoli uczyło się, że nie każda nagość musi kończyć się alarmem.
Że są miejsca, w których można być widocznym i nie zostać natychmiast ocenionym.
—
Od tamtej pory zacząłem liczyć dni do następnego basenu.
Nie tylko dla pływania.
Pływanie było ważne, ale nie najważniejsze.
Najważniejszy był ten czas po wyjściu z wody.
Szatnia. Prysznic. Suszarka. To wszystko całkiem nago. Chwila, w której mogłem być bez ubrania nie dlatego, że ukrywałem się w mieszkaniu, tylko dlatego, że tak po prostu wyglądał porządek tego miejsca.
—
Z czasem stworzyłem własny rytuał.
Przed wejściem do wody stawałem na chwilę pod prysznicem.
Potem pływałem.
A jakieś dziesięć minut przed końcem wychodziłem z basenu, wracałem do szatni i znowu zdejmowałem z siebie wszystko.
Nie spieszyłem się.
Myłem się długo.
Potem suszyłem się powoli, czasem dłużej niż było trzeba.
Nie dlatego, że naprawdę potrzebowałem aż tyle czasu.
Dlatego, że ten czas był mój.
—
W domu każda taka chwila miała granice.
Dźwięk klucza. Kroki na klatce. Możliwość, że ktoś wróci wcześniej.
Na basenie granice były inne.
Byli ludzie.
A jednak było spokojniej.
To wydawało się sprzeczne, ale właśnie tak było.
W samotności łatwo było się bać, że ktoś wejdzie.
Wśród innych, pod prysznicem, czasem było łatwiej uwierzyć, że nie ma się czego bać.
—
Nie wszystko od razu się uspokoiło.
Nie stałem się nagle kimś pewnym siebie.
Nie zniknęło napięcie.
Nie zniknął wstyd.
Ale pojawiło się doświadczenie, do którego mogłem wracać.
Dowód, że nagość może istnieć inaczej.
Nie tylko jako sekret. Nie tylko jako zakaz. Nie tylko jako coś przyłapanego w lustrze albo podejrzanego z podłogi przedpokoju.
Może być zwykłą czynnością.
Myciem się.
Staniem pod wodą.
Suszeniem włosów.
Przejściem przez szatnię.
—
Przez dwa lata wracałem tam regularnie.
I za każdym razem uczyłem się od nowa tej samej rzeczy.
Że ciało, które w domu musiało się chować, w innym miejscu mogło przez chwilę być po prostu ciałem.
Nie zawsze spokojnym.
Nie zawsze takim, jakiego bym chciał.
Ale moim.
—
Dopiero później zrozumiałem, że basen nie był jeszcze naturyzmem.
Nie był plażą. Nie był wspólnotą. Nie był wolnością, o której marzyłem.
Był czymś wcześniejszym.
Przedsionkiem.
Miejscem, w którym po raz pierwszy znalazłem się bez ubrania pośród innych ludzi i świat się od tego nie zawalił.
Nikt nie krzyknął.
Nikt mnie nie zawstydził.
Nikt nie powiedział, że mam natychmiast przestać.
—
Woda leciała dalej.
Ludzie przychodzili i wychodzili.
A ja stałem tam, ucząc się powoli, że czasem najważniejsze odkrycia zaczynają się nie tam, gdzie człowiek ich szukał.
Nie nad rzeką.
Nie na wyspie.
Nie na plaży.
Tylko pod prysznicem.
Tam, gdzie nikt się nie dziwił.