Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Taniec w blasku grzechu. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 października 2026
4799 pkt
punktów Virtualo

Taniec w blasku grzechu. Tom 1 - ebook

Eden Adler zostawiła za sobą taniec, dom i życie, którego nigdy tak naprawdę nie wybrała. W Nowym Jorku szuka odpowiedzi na pytanie, które od dziewiętnastu lat pozostaje bez odpowiedzi. Nie spodziewa się jednak, że na jej drodze stanie Ryder Morgenstern – mężczyzna, który za dnia włada światem architektury, a nocą rządzi nowojorską mafią.

On nie zna słowa „nie”. Ona nie zamierza się podporządkować. Ich spotkanie szybko zamienia się w grę pełną gniewu, pożądania i niebezpiecznych sekretów. A kiedy Ryder pomaga Eden odzyskać to, co utraciła, granica między nienawiścią a fascynacją zaczyna niebezpiecznie się zacierać.

W świecie, w którym każdy nosi maskę, prawda ma swoją cenę. Eden wkrótce odkryje, że największym zagrożeniem może być nie to, przed czym ucieka… lecz mężczyzna, któremu zaczyna ufać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68837-39-1
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Eden

– Ostat­ni! – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła Thea.

Ob­ró­ci­łam się przez ra­mię. Moja star­sza o dwa lata sio­stra od­sta­wi­ła na ku­chen­ną wy­spę ostat­ni kar­ton.

Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. To się na­praw­dę dzia­ło. Ty­dzień temu spa­ko­wa­łam nie­mal wszyst­kie swo­je rze­czy do sta­re­go Audi i ru­szy­łam w dro­gę z Lit­tle Rock w Ar­kan­sas do No­we­go Jor­ku. Thea upa­rła się, że po­je­dzie ze mną, chcąc mi po­móc, a jed­no­cze­śnie spędzić te ostat­nie chwi­le tyl­ko we dwie. Jak­by w szkla­nej kuli zo­ba­czy­ła, że moja noga pręd­ko nie wró­ci w ro­dzin­ne stro­ny. Mo­żli­we, że już ni­g­dy.

Do­ce­nia­łam to, co zro­bi­ła sio­stra. Nie wiem, czy sama zro­bi­ła­bym coś ta­kie­go względem sio­stry, lecz po ty­go­dniu spędzo­nym z nią mia­łam już jej nie­co do­syć. Thea na dłu­ższą metę była męcząca. Na ostat­nim po­sto­ju w mo­te­lu wzi­ęłam na­wet od­dziel­ny po­kój, bo mu­sia­łam od niej od­po­cząć, a te­raz nie my­śla­łam o ni­czym in­nym, jak o tym, że wkrót­ce zo­sta­nę sama.

– Dzi­ęki! O któ­rej masz lot? – spy­ta­łam.

W po­dzi­ęko­wa­niu za po­moc za­fun­do­wa­łam sio­strze bi­let po­wrot­ny do Lit­tle Rock.

– Do­pie­ro o dzie­si­ątej. Za­po­mnia­łaś, że umó­wi­łam się jesz­cze z tatą na wcze­sną ko­la­cję?

Czy­li szyb­ko się jej nie po­zbędę.

– Eden, po­win­naś iść z nami! Nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie mo­żesz prze­su­nąć swo­ich pla­nów na inny dzień.

– Za­miesz­kam w tym sa­mym mie­ście co tata – przy­po­mnia­łam. – Uwierz, że jesz­cze będzie­my mie­li sie­bie dość.

_A ra­czej on mnie._

Nie mia­łam żad­nych kon­kret­nych pla­nów na wie­czór. Wy­my­śli­łam je, aby nie mu­sieć ni­g­dzie z nimi wy­cho­dzić. Mo­głam wy­znać sio­strze, dla­cze­go nie mam ocho­ty spędzić cza­su z oj­cem, ale nie chcia­łam, aby Thea nie­po­trzeb­nie się mar­twi­ła. Do­pie­ro co się za­ręczy­ła, a wraz ze swo­im na­rze­czo­nym za­mie­rza­li po­brać się w ci­ągu naj­bli­ższych mie­si­ęcy.

Po­zna­ła na­rze­czo­ne­go w li­ceum. Two­rzy­li pi­ęk­ną parę. Byli w so­bie słod­ko za­ko­cha­ni. Phi­lip oświad­czył się w trak­cie ro­dzin­ne­go obia­du. Na miej­scu sio­stry ni­g­dy nie przy­jęła­bym ta­kich oświad­czyn, ale wła­śnie to nas od sie­bie ró­żni­ło.

Thea nie­spo­dzie­wa­nie rzu­ci­ła mi się na szy­ję, nie­mal mnie du­sząc. Za­szlo­cha­ła. Nie naj­le­piej ra­dzi­ła so­bie z moją de­cy­zją. Uzna­wa­ła ją za zbyt po­chop­ną, na któ­rą ona ni­g­dy by się nie zde­cy­do­wa­ła. Przy­po­mi­na­ły­śmy ogień i wodę. Uwiel­bia­łam szyb­kie, spon­ta­nicz­ne i nie­bez­piecz­ne de­cy­zje. Często naj­pierw dzia­ła­łam, a do­pie­ro po chwi­li my­śla­łam o kon­se­kwen­cjach. Ona za to po­zo­sta­wa­ła do­ma­tor­ką. Ce­ni­ła so­bie sta­bil­no­ść i nie lu­bi­ła zmian. Na­wet z wy­glądu by­ły­śmy do sie­bie nie­po­dob­ne. Ja mia­łam nie­bie­skie oczy i gęste ka­ska­dy dłu­gich, zło­ci­stych wło­sów, a sio­stra ciem­no­brązo­we, si­ęga­jące ra­mion, z rów­ną grzyw­ką. Ja ko­cha­łam sek­sow­ne ciu­chy, szpil­ki, ma­ki­jaż, czer­wo­ną szmin­kę, a ona nie uzna­wa­ła ni­cze­go poza bal­sa­mem na usta.

– Thea, dla­cze­go pła­czesz?

– Będę tęsk­nić!

– Za­cho­wu­jesz się, jak­bym umie­ra­ła.

Nie umia­łam od­wza­jem­nić du­szące­go ob­jęcia. Naj­chęt­niej bym ją od sie­bie ode­pchnęła. W ko­ńcu jed­nak Thea sama się ode mnie od­su­nęła, ocie­ra­jąc wil­got­ne po­licz­ki.

– Mam jesz­cze tro­chę cza­su. – Po­ci­ągnęła no­sem. – Może po­mo­gę ci się roz­pa­ko­wać?

– Nie, sama wszyst­ko ogar­nę. Thea, do­ce­niam, że po­ko­na­łaś ze mną całą dro­gę, dzi­ęku­ję.

– Chcia­łam spędzić z tobą tro­chę cza­su. Mogę się tyl­ko do­my­ślić, jak wci­ąga ta­kie wiel­kie mia­sto. Będę wi­dy­wa­ła cię je­dy­nie w trak­cie roz­mów na Fa­ce­Ti­me. Loty tro­chę kosz­tu­ją, a ty jesz­cze nie zna­la­złaś pra­cy. Ży­cie jest tu okrop­nie dro­gie! Po­ra­dzisz so­bie, praw­da? Może mo­gła­bym…

Mu­sia­łam jak naj­szyb­ciej to prze­rwać.

– Thea, dra­ma­ty­zu­jesz!

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie chcia­łaś po­pro­sić taty, abyś mo­gła u nie­go po­miesz­kać przez ja­kiś czas. Te­raz mu­sisz ru­szać oszczęd­no­ści, żeby za­pła­cić za czynsz.

Wy­wró­ci­łam ocza­mi.

– A ty chcia­ła­byś miesz­kać z ro­dzi­cem, wy­je­żdża­jąc do in­ne­go mia­sta, aby w ko­ńcu żyć we­dług wła­snych za­sad?

– Za­ci­snęła­bym zęby.

– Ale nie ja! – mruk­nęłam.

Thea ro­zej­rza­ła się po prze­strzen­nym, ja­snym miesz­ka­niu. Na szczęście nie mia­ła bla­de­go po­jęcia o no­wo­jor­skim ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści i uwie­rzy­ła w ba­jecz­kę, któ­rą jej sprze­da­łam.

– _Miesz­ka­nie na­le­ży do pary eme­ry­tów pod­ró­żu­jących po świe­cie – po­wta­rza­łam w trak­cie dro­gi. – Nie za­le­ży im na pie­ni­ądzach, a je­dy­nie na tym, aby ktoś się nim opie­ko­wał._

Apar­ta­ment skła­dał się z prze­stron­ne­go sa­lo­nu po­łączo­ne­go z anek­sem ku­chen­nym oraz kąci­ka ja­dal­nia­ne­go. Pod scho­da­mi, któ­re pro­wa­dzi­ły na an­tre­so­lę, znaj­do­wa­ło się małe po­miesz­cze­nie, ide­al­nie na­da­jące się na spi­ża­ren­kę, ale pla­no­wa­łam urządzić tam mały ga­bi­net. Na pi­ętrze swo­je miej­sce mia­ły sy­pial­nia, gar­de­ro­ba oraz ła­zien­ka.

Thea wsu­nęła dło­nie do kie­sze­ni dżin­sów, ko­ły­sząc się na sto­pach. Za­ci­snęła usta, pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać.

– Co się, do cho­le­ry, dzie­je? – spy­ta­łam, za­kła­da­jąc ra­mio­na na pier­si.

– Dziw­nie mi! Wró­cę do domu, a cie­bie tam nie będzie.

_Kur­wa, na­praw­dę za­cho­wy­wa­ła się, jak­bym umie­ra­ła._

Lit­tle Rock nie było dla mnie do­mem. Nie tym praw­dzi­wym. Wci­ąż szu­ka­łam swo­je­go miej­sca na zie­mi i mia­łam na­dzie­ję, że wła­śnie je od­na­la­złam.

– Za­wsze wie­dzia­łam, że jak po­ja­dę od­wie­dzić mamę, też tam będziesz. A te­raz w domu zro­bi się tak pu­sto, ci­cho.

– Nie uwa­żasz, że nam wszyst­kim wyj­dzie to na do­bre? Po­win­ny­śmy z mamą od sie­bie od­po­cząć. Mam dzie­wi­ęt­na­ście lat – przy­po­mnia­łam. – Naj­wy­ższa pora, abym po­szła na swo­je i zro­bi­ła coś po­ży­tecz­ne­go ze swo­im ży­ciem.

Ja i mat­ka mia­ły­śmy tok­sycz­ną re­la­cję. Ście­ra­ły­śmy się nie­mal ka­żde­go dnia. Elo­die uwiel­bia­ła mieć kon­tro­lę nad na­szym ży­ciem. Thea słu­cha­ła się jej bez za­jąk­ni­ęcia, cza­sa­mi ro­bi­ąc rze­czy sprzecz­ne z tym, co we­wnętrz­nie czu­ła. Te nu­me­ry nie prze­cho­dzi­ły ze mną. By­łam go­to­wa znisz­czyć swo­ją przy­szło­ść, aby tyl­ko po­krzy­żo­wać mat­ce pla­ny. Dla­te­go osiem dni temu, kie­dy tyl­ko ode­bra­łam dy­plom uko­ńcze­nia li­ceum, oznaj­mi­łam, że się wy­pro­wa­dzam. Elo­die urządzi­ła kar­czem­ną awan­tu­rę, ale wy­łączy­łam się z niej po pierw­szym zda­niu, wie­dząc, że nie zmie­nię swo­jej de­cy­zji.

– Masz tyl­ko dzie­wi­ęt­na­ście lat – za­uwa­ży­ła sio­stra.

Nie chcia­łam znów o tym roz­pra­wiać. Mimo że to ona była tą star­szą, ja oka­zy­wa­łam się tą doj­rzal­szą.

– My­śla­łaś, kie­dy uda ci się przy­le­cieć do Ar­kan­sas? Przy­le­cisz na Dzi­ęk­czy­nie­nie czy do­pie­ro na Boże Na­ro­dze­nie?

_Wła­ści­wie… ni­g­dy!_

– Do­pie­ro stam­tąd wy­je­cha­łam. – Na ko­ńcu języ­ka mia­łam: ucie­kłam.

– Ale chy­ba nie przy­le­cisz do­pie­ro w przy­szłym roku?!

Wi­zja była ku­sząca.

– My­śla­łam, że po­mo­żesz mi w wie­lu przedślub­nych kwe­stiach or­ga­ni­za­cyj­nych.

– Mo­żesz mi wszyst­ko wy­sy­łać, a ja będę do­ra­dza­ła na od­le­gło­ść.

– A kto po­mo­że mi przy­ha­mo­wać mamę, gdy ze­chce za dużo dać od sie­bie?

– Będzie to świet­na oka­zja, abyś na­uczy­ła się sta­wiać jej gra­ni­ce.

Osza­la­ła­bym, gdy­bym po­zwa­la­ła mat­ce ro­bić mi to samo, co ro­bi­ła mo­jej sio­strze. W na­szym wy­pad­ku miesz­ka­nie w tym sa­mym mie­ście nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Na­wet nie mo­gły­śmy dzie­lić tego sa­me­go sta­nu!

– Chy­ba na mnie pora, praw­da?

– Je­że­li nie chcesz się spó­źnić, to tak, po­win­naś już iść.

– Dzwoń do mnie! O ka­żdej po­rze!

– Thea! – Wy­pu­ści­łam ci­ężko po­wie­trze z płuc. Po­zwo­li­łam sio­strze przy­tu­lić się po raz ostat­ni. – Dzi­ęku­ję, że prze­je­cha­łaś ze mną taki ka­wał.

– Do­brze było wy­rwać się z domu. Uwa­żaj na sie­bie!

– Oczy­wi­ście! Na­pisz, gdy do­le­cisz na miej­sce.

Sio­stra przy­sta­nęła na pro­gu, aby po raz ostat­ni ze łza­mi w oczach na mnie spoj­rzeć. Wy­ko­ny­wa­łam krok ku do­ro­sło­ści, na któ­ry ni­g­dy by się nie zde­cy­do­wa­ła. Nie­mal wy­pchnęłam ją za drzwi, tak się oci­ąga­ła.

W ko­ńcu mo­głam roz­ko­szo­wać się ci­szą, któ­ra mnie oto­czy­ła. Zo­sta­łam sama ze swo­imi de­cy­zja­mi. I po­wo­da­mi, przez któ­re tra­fi­łam do No­we­go Jor­ku. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Wnętrze urządzo­ne było w kla­sycz­nym po­łącze­niu bie­li, sre­bra oraz czer­ni. Ogląda­jąc zdjęcia, któ­re prze­słał mi po­śred­nik, od razu za­ko­cha­łam się w wi­do­ku za oknem. Lo­kal po­ło­żo­ny na dwu­dzie­stym trze­cim pi­ętrze miał im­po­nu­jący wi­dok na Co­lum­bus Circ­le oraz Cen­tral Park.

Zwi­ąza­łam wło­sy w lu­źny ku­cyk i za­ka­sa­łam ręka­wy. Do wie­czo­ra chcia­łam się roz­pa­ko­wać.

Nie wiem, ile cza­su upły­nęło od wy­jścia sio­stry, bo ca­łko­wi­cie stra­ci­łam ra­chu­bę. Z po­wro­tem na zie­mię spro­wa­dzi­ło mnie pu­ka­nie do drzwi.

– Bła­gam, niech to nie będzie Thea z oj­cem – po­wta­rza­łam pod no­sem.

Za pro­giem jed­nak nie było mo­jej sio­stry, sta­ła tam ko­bie­ta na pierw­szy rzut oka nie­co star­sza ode mnie. Orze­cho­we wło­sy mia­ła roz­pusz­czo­ne i do­kład­nie przyj­rza­ła mi się ciem­ny­mi ocza­mi. Wy­ci­ągnęła przed sie­bie dło­nie, w któ­rych trzy­ma­ła bu­tel­kę mu­su­jące­go wina z przy­wi­ąza­ną wy­my­śl­ną ko­kar­dą.

– Cze­ść – po­wie­dzia­łam z nutą nie­pew­no­ści.

– Cze­ść, nowa sąsiad­ko – za­świer­go­ta­ła nie­zna­jo­ma. – Je­stem Lana. Miesz­kam pod 23C. – Wska­za­ła na drzwi za swo­imi ple­ca­mi.

Wno­sząc kar­to­ny, nie na­tknęłam się na żywą du­szę. Jak wi­dać, wie­ści o no­wej lo­ka­tor­ce ro­ze­szły się bły­ska­wicz­nie.

– Eden – przed­sta­wi­łam się. – Wej­dź. – Ge­stem dło­ni za­pro­si­łam ją do środ­ka.

Lana po­da­ła mi bu­tel­kę wina. Nie mia­łam kor­ko­ci­ągu i mu­sia­łam go so­bie jak naj­szyb­ciej spra­wić.

– Daw­no tu­taj nie by­łam – przy­zna­ła ko­bie­ta, roz­gląda­jąc się po wnętrzu.

– Nie wi­dzia­łam cię, gdy wno­si­łam swo­je rze­czy.

– Och, pew­nie dla­te­go, że by­łam w pra­cy. Por­tier mi po­wie­dział, że mam nową sąsiad­kę, więc po­my­śla­łam, że przyj­dę się przy­wi­tać. Skąd się prze­nio­słaś? – spy­ta­ła, przy­sia­da­jąc na podło­kiet­ni­ku ka­na­py.

– Lit­tle Rock. Ar­kan­sas.

Nie kry­ła za­sko­cze­nia.

– Nie masz ak­cen­tu!

– Spo­ro pra­co­wa­łam, aby go nie mieć – przy­zna­łam. – A ty?

– No­wo­jor­czan­ka od po­ko­leń. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Je­sie­nią idziesz tu­taj na stu­dia?

– Chwi­lo­wo pla­no­wa­łam zro­bić so­bie prze­rwę. Je­stem na eta­pie szu­ka­nia pra­cy. Przy­je­cha­łam za­cząć wszyst­ko od zera.

Oczy Lany gwa­łtow­nie się po­wi­ęk­szy­ły.

– Wiesz, chy­ba mogę ci nie­co po­móc.

– Do­praw­dy? Z czym do­kład­nie?

– Szef fir­my, w któ­rej pra­cu­ję, szu­ka no­wej asy­stent­ki. Nie jest to naj­mil­szy czło­wiek i pra­ca z nim to ist­ny kosz­mar, ale świet­nie pła­ci i mo­żna przy­mknąć oko na jego hu­mo­ry – przy­zna­ła. – Na po­czątek mo­gła­byś co nie­co za­ro­bić, a w mi­ędzy­cza­sie szu­kać cze­goś od­po­wied­niej­sze­go dla sie­bie. Gdy­byś była za­in­te­re­so­wa­na, to moja do­bra zna­jo­ma zaj­mu­je się re­kru­ta­cją i mo­gła­bym szep­nąć jej słów­ko.

Nad gło­wą za­pa­li­ła mi się ostrze­gaw­cza lamp­ka. Ta­kie pro­po­zy­cje naj­częściej mają swo­ją cenę i ukry­te dno.

– Za­wsze pro­po­nu­jesz nowo po­zna­nym oso­bom po­moc w zna­le­zie­niu pra­cy?

– Nie, ale do­brze jest mieć w miej­scu pra­cy oso­bę, z któ­rą mo­żesz po­plot­ko­wać w prze­rwie na lunch.

– Co to za fir­ma? Chcia­ła­bym ją spraw­dzić w in­ter­ne­cie.

– Och, ja­sne! Pra­cu­ję w Stern­high – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko.

To przed­si­ębior­stwo znał chy­ba ka­żdy, kto choć tro­chę in­te­re­so­wał się nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Zaj­mo­wa­ło się bu­do­wą dra­pa­czy chmur, sta­dio­nów, szkół i mo­stów, a w ostat­nim cza­sie rów­nież wy­gra­ło prze­targ na bu­do­wę no­wej elek­trow­ni ato­mo­wej. Za­częło się od in­we­sty­cji w sta­nie, a na­stęp­nie w ca­łym kra­ju. Za­ło­ży­cie­lem fir­my był mło­dy mi­liar­der i wi­zjo­ner Ry­der Mor­gen­stern.

– Za­in­te­re­so­wa­na? – do­py­ta­ła Lana.

Eks­cen­trycz­ny mi­liar­der nie może być gor­szy od mo­jej mat­ki. Na­dal jed­nak mia­łam oba­wy co do chęci po­mo­cy ze stro­ny sąsiad­ki, któ­ra mnie nie zna­ła. Ja­sne, tacy lu­dzie ist­nie­li, ale nie w moim świe­cie.

– Tak, spró­bu­ję – zde­cy­do­wa­łam. – Co chcia­ła­byś w za­mian?

– Nic! Po­dzi­ęku­jesz mi do­brym wi­nem, gdy zo­sta­niesz za­pro­szo­na na roz­mo­wę i przej­dziesz re­kru­ta­cję. Wy­ślij mi do ju­tra rana swo­je CV, a ja pod­rzu­cę je do kadr. Wiem, jak to jest za­czy­nać wszyst­ko od nowa z dala od bli­skich, któ­rzy mo­gli­by cię wes­przeć.

– Mó­wi­łaś, że po­cho­dzisz z No­we­go Jor­ku.

– Tak, ale nie wspo­mi­na­łam, że nie utrzy­mu­ję kon­tak­tu z ro­dzi­ną – do­da­ła, nie­co smut­nie­jąc. – Mia­łam dzie­wi­ęt­na­ście lat, gdy mu­sia­łam wzi­ąć się w ga­rść i z dnia na dzień ogar­nąć. Do­ro­sło­ść szyb­ko zła­pa­ła mnie w swo­je si­dła.

– Coś o tym wiem – mruk­nęłam.

– Poza tym obie­ca­łam so­bie, że do ko­ńca roku spe­łnię dwa­na­ście do­brych uczyn­ków. Na ra­zie mam dwa, a czas goni – do­da­ła roz­ba­wio­na.

– Czym zaj­mu­jesz się w Stern­high?

– Je­stem in­spek­to­rem bu­dow­la­nym.

Zro­bi­łam wiel­kie oczy, co ją roz­ba­wi­ło.

– Tak, wiem, nie wy­glądam. – Za­śmia­ła się. – W ci­ągu dnia po­pier­da­lam w ka­sku, od­bla­sko­wej ka­mi­zel­ce i ka­lo­szach, gdy po­pa­da i mu­szę bro­dzić w bu­dow­la­nym bło­cie. Kie­dyś cię za­bio­rę ze sobą, ubaw po pa­chy.

– Czy asy­stent­ka Mor­gen­ster­na też musi bro­dzić w bło­cie?

– Cza­sa­mi ja­kąś za­bie­rał ze sobą w te­ren, ale tyl­ko ta­kie, któ­re mia­ły tro­chę ole­ju w gło­wie i nie le­cia­ły je­dy­nie na jego fiu­ta.

– Dłu­go tam pra­cu­jesz?

– Trzy lata.

– Uży­łaś licz­by mno­giej w od­nie­sie­niu do asy­sten­tek, więc ile ich miał?

– Przez trzy lata, któ­re tam pra­cu­ję?

Przy­tak­nęłam, a Lana się za­my­śli­ła.

– Pi­ęćdzie­si­ąt dwie – od­po­wie­dzia­ła z po­wa­gą.

Ro­ze­śmia­łam się, od­rzu­ca­jąc gło­wę do tyłu. Lana jed­nak się nie śmia­ła, a ja od­ru­cho­wo spo­wa­żnia­łam. Czy­żby jed­nak ktoś był gor­szy od mo­jej mat­ki?

– Nie żar­to­wa­łaś – stwier­dzi­łam. – To daje śred­nio sie­dem­na­ście asy­sten­tek na rok! A to zna­czy, że nie­któ­re…

– Nie wy­trzy­my­wa­ły z nim ty­go­dnia – wy­ja­wi­ła Lana. – Ale spo­koj­nie, je­śli nie rzu­cisz się na nie­go naga, ist­nie­je szan­sa, że cię po­lu­bi.

– A zda­rza­ły się ta­kie eks­ce­sy?

– Co się tam nie zda­rza­ło. – Za­śmia­ła się. – Czas na mnie!

Sąsiad­ka wy­szła z miesz­ka­nia i zer­k­nęła w stro­nę win­dy, któ­rej drzwi się roz­su­nęły. Ze środ­ka wy­ło­nił się przy­stoj­ny sza­tyn o zmierz­wio­nych przez wiatr wło­sach. Jego szczękę po­kry­wał dwu­dnio­wy za­rost. Nie­zna­jo­my do­brze się pre­zen­to­wał w skó­rza­nych spodniach oraz czar­nej ko­szu­li.

– Cze­ść, Rice – rzu­ci­ła w jego stro­nę Lana.

– Lana. – Kiw­nął gło­wą w jej stro­nę. Prze­su­nął wzro­kiem po ja­snym ko­ry­ta­rzu, po czym za­trzy­mał na mnie wzrok.

– Och, prze­cież jesz­cze się nie zna­cie! – za­uwa­ży­ła Lana. – Rice jest two­im sąsia­dem zza ścia­ny. Miesz­ka w 23B. Eden wła­śnie się wpro­wa­dzi­ła.

– Już na­ma­ści­ła cię na przy­ja­ció­łkę? – spy­tał mężczy­zna, szu­ka­jąc w kie­sze­ni klu­czy od miesz­ka­nia.

– Trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rące. Wy­glądasz jak sie­dem nie­szczęść, Rice.

– Cie­bie też miło było spo­tkać, Lana – mruk­nął, wsze­dł do swo­je­go miesz­ka­nia i za­trza­snął drzwi.

– Przy­jem­nia­czek – sko­men­to­wa­łam.

– Jest zmęczo­ny, a wte­dy nie robi do­bre­go pierw­sze­go wra­że­nia. Jest de­tek­ty­wem w nar­ko­ty­ko­wym czy in­nym szem­ra­nym wy­dzia­le. Spo­ro pra­cu­je, a do tego do­ra­bia so­bie gdzieś na boku. Mimo wszyst­ko to świet­ny chło­pak. Gdy jest wy­po­częty, mo­żna się z nim świet­nie ba­wić.

_Gli­na. Szlag!_

– Dużo wiesz o lu­dziach – za­uwa­ży­łam.

– Tyl­ko o nie­któ­rych – przy­zna­ła. – Mo­żesz spać spo­koj­nie, nie je­stem żad­ną na­wie­dzo­ną psy­cho­pat­ką.

– Na­wet przez mo­ment tak o to­bie nie po­my­śla­łam – po­wie­dzia­łam ostro­żnie.

– Wy­mie­ńmy się nu­me­ra­mi, że­bym mo­gła wy­słać ci ad­res e-mail, na któ­ry prze­ślesz swo­je CV. I znaj­dę cię też na so­cial me­diach – za­po­wie­dzia­ła.

Nie, Lana w ogó­le nie była psy­cho­pat­ką.

Po­że­gna­ły­śmy się i ka­żda wró­ci­ła do swo­je­go miesz­ka­nia. Prze­kręci­łam zam­ki. Osu­nęłam się po drzwiach i pod­ci­ągnęłam ko­la­na pod bro­dę. Niby Nowy Jork już pierw­sze­go dnia da­wał mi lep­szą per­spek­ty­wę niż Lit­tle Rock, ale nie po­do­ba­ło mi się, że na jed­nym pi­ętrze mam wścib­ską sąsiad­kę i gli­nia­rza. To była kom­pli­ka­cja, któ­rej nie prze­wi­dzia­łam.

– No nic, Eden – po­wie­dzia­łam do sie­bie. – Po pro­stu za­ci­śniesz zęby i się z nimi za­przy­ja­źnisz! – Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi. – Prze­stań ze sobą roz­ma­wiać już pierw­sze­go dnia! – skar­ci­łam się.

Si­ęgnęłam do kie­sze­ni po te­le­fon, któ­ry za­wi­bro­wał. Rzu­ci­łam okiem na tre­ść wia­do­mo­ści. No nic, czas za­bie­rać się do pra­cy.

***
Przy­sta­nęłam na pro­gu re­stau­ra­cji i skry­ta w cie­niu ob­ser­wo­wa­łam ro­dzi­nę, któ­ra sie­dzia­ła przy sto­li­ku i in­for­mo­wa­ła wła­śnie kel­ne­ra, że cze­ka­ją na jesz­cze jed­ną oso­bę. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne. Nie po­win­nam być ze­stre­so­wa­na. Przy­go­to­wy­wa­łam się do tego spo­tka­nia od daw­na.

Przy sto­li­ku sie­dział mój oj­ciec Ja­mes wraz ze swo­ją nową żoną Dia­ną i ich sy­nem Ry­anem. Nie wi­dzia­łam ojca od pó­łto­ra roku. Ty­dzień temu na­pi­sa­łam do nie­go, że pew­nie wie od mo­jej sio­stry, iż już je­stem w mie­ście, i chcia­ła­bym się spo­tkać. Od­pi­sał, że jest za­jęty. Prze­wi­dzia­łam to, dla­te­go na­pi­sa­łam do jego żony, któ­ra mnie uwiel­bia­ła, a ta wy­zna­czy­ła datę spo­tka­nia.

Ja­mes wi­docz­nie się po­sta­rzał. Brązo­we wło­sy moc­no po­si­wia­ły, a wo­kół oczu po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki. Twarz miał gład­ko ogo­lo­ną. Sie­dząca obok nie­go Dia­na była po­god­ną, skrom­ną ksi­ęgo­wą, któ­ra pra­co­wa­ła na pół eta­tu, aby do­kła­dać się do do­mo­we­go bu­dże­tu i go­dzić pra­cę z wy­cho­wy­wa­niem Ry­ana. Mój przy­rod­ni brat, jak na na­sto­lat­ka, był nie­źle wy­spor­to­wa­ny i wy­so­ki. Od lat grał w ko­sza z na­dzie­ją, że pew­ne­go dnia wkro­czy na par­kiet NBA.

Ru­szy­łam pew­nym kro­kiem, opa­no­wu­jąc sza­le­ńczo bi­jące ser­ce. Ja­mes do­strze­gł mnie jako pierw­szy. Wstał i przy­wi­tał się ze mną nie­wy­lew­nie. Szyb­ki uścisk był je­dy­nym, na co so­bie po­zwo­li­li­śmy. Dia­na moc­no mnie wy­ści­ska­ła, a Ryan na­wet się nie pod­nió­sł, a je­dy­nie kiw­nął w moją stro­nę. Nie spo­dzie­wa­łam się wi­ęcej od czter­na­sto­lat­ka.

Usia­dłam, rzu­ca­jąc ukrad­ko­we spoj­rze­nie na ojca. Czuł się przy mnie skrępo­wa­ny. W su­mie po­wi­nien. Na­sza re­la­cja była chłod­na i da­le­ka od ide­al­nej. Ro­dzi­ce roz­sta­li się krót­ko po mo­ich na­ro­dzi­nach. Z mamą wró­ci­ły­śmy w jej ro­dzin­ne stro­ny w Lit­tle Rock, a oj­ciec zo­stał w No­wym Jor­ku. Nie by­łam cór­ką, któ­rej ocze­ki­wał. Prze­szka­dza­ło mu moje za­cho­wa­nie i pro­ble­my, któ­re spra­wia­łam.

Dia­na i Ja­mes po­bra­li się pi­ęt­na­ście lat temu. Kie­dy Thea do­wie­dzia­ła się o ślu­bie, a na­stęp­nie o tym, że na świe­cie po­ja­wi się nasz brat, ci­ężko to znio­sła. Dla niej sta­no­wił on kon­ku­ren­cję. Ja­mes nie był już na­szym oj­cem na wy­łącz­no­ść, miał dziec­ko, któ­re wy­cho­wy­wa­ło się z nim pod tym sa­mym da­chem.

– Za­do­mo­wi­łaś się? – spy­ta­ła Dia­na.

– Tak! Nie sądzi­łam, że tak szyb­ko po­czu­ję się tu­taj jak w domu!

Zer­k­nęłam na ojca, pró­bu­jąc od­czy­tać jego re­ak­cję. Sku­ba­ny do­brze się ma­sko­wał.

– Ja­mes wspo­mi­nał, że miesz­kasz na Co­lum­bus Circ­le. Pi­ęk­na lo­ka­li­za­cja! – za­chwy­ci­ła się.

– Tak. Je­stem za­chwy­co­na i nie mogę do­cze­kać się pierw­szej no­wo­jor­skiej je­sie­ni. – Gra­łam en­tu­zja­stycz­ną, aby jesz­cze bar­dziej wkur­wić ojca.

– Thea mi po­wie­dzia­ła, że nie masz pra­cy. Wiesz już, z cze­go opła­cisz czynsz za miesz­ka­nie? – Ja­mes w ko­ńcu się ode­zwał.

Nie było mu na rękę, że się tu wpro­wa­dzi­łam, i wła­śnie za­czy­nał to oka­zy­wać.

– Moja sy­tu­acja ule­gła zmia­nie. W po­nie­dzia­łek za­czy­nam nową pra­cę.

– Fan­ta­stycz­nie! – Dia­na cie­szy­ła się jak z suk­ce­su wła­sne­go dziec­ka, a jed­nak wi­dy­wa­ła mnie rza­dziej niż Ja­mes. – Wi­dzisz, ko­cha­nie! Mar­twi­łeś się, że Eden przy­je­cha­ła bez żad­ne­go za­bez­pie­cze­nia, a od pierw­sze­go ty­go­dnia świet­nie się od­naj­du­je!

– Ra­czysz nam po­wie­dzieć, gdzie do­sta­łaś pra­cę? – spy­tał ostro.

By­łam pew­na, że po ci­chu li­czył, iż ni­cze­go nie znaj­dę i roz­cza­ro­wa­na po­sta­no­wię wró­cić do Ar­kan­sas.

– To nic wy­jąt­ko­we­go, je­dy­nie prze­jścio­wa opcja do cza­su, aż znaj­dę coś od­po­wied­nie­go. Będę asy­stent­ką pre­ze­sa. Wszy­scy jed­nak wie­my, że stać mnie na wi­ęcej – do­da­łam, spo­gląda­jąc na ojca.

Wkur­wił się. Był ra­so­wym gli­ną z po­nad dwu­dzie­sto­let­nim do­świad­cze­niem. Czy­tał w lu­dziach jak w otwar­tej ksi­ędze, ale nie po­tra­fił tego sa­me­go ze mną. Po­zo­sta­wa­łam dla nie­go jed­ną wiel­ką nie­wia­do­mą.

Ukry­łam uśmiech w kie­lisz­ku z wodą, wi­dząc, jak Ja­mes po­czer­wie­niał na twa­rzy.

– Do­brze się czu­jesz? Pra­wie nic nie mó­wisz – za­uwa­ży­ła jego żona.

– Prze­pra­szam, ale mia­łem ci­ężki dzień w pra­cy. Eden, dłu­go pla­nu­jesz zo­stać w mie­ście? Thea coś wspo­mi­na­ła, że no­sisz się z za­mia­rem pod­ró­żo­wa­nia.

– Mam na­dzie­ję, że zo­sta­nę na do­bre. – Spoj­rza­łam mu w oczy. – Wró­ci­łam w ko­ńcu do domu.

By­łam ni­czym ja­do­wi­ty wąż. Za­po­lo­wa­łam na swo­ją ofia­rę i po­wo­li wbi­ja­łam zęby, wpusz­cza­jąc jad w jej żyły.

– Za­mie­rzasz częściej nas od­wie­dzać?

Spoj­rza­łam na Ry­ana, nie kry­jąc za­sko­cze­nia. Nie pla­no­wa­łam za­cie­śnia­nia wi­ęzi z przy­rod­nim bra­tem, ale sko­ro sam wy­sze­dł z ini­cja­ty­wą, dla­cze­go tego nie wy­ko­rzy­stać?

– Chwi­lo­wo mam spo­ro na gło­wie, ale jak się ogar­nę, za­pro­szę cię do sie­bie, co ty na to? Za­mó­wi­my coś do je­dze­nia, obej­rzy­my film.

Nic do nie­go nie mia­łam. Jego ist­nie­nie było mi obo­jęt­ne. Thea jed­nak wci­ąż po­zo­sta­wa­ła o nie­go pie­kiel­nie za­zdro­sna. Na­wet jako do­ro­sła ko­bie­ta za­cho­wy­wa­ła się jak dziec­ko. Do­sta­wa­ła bia­łej go­rącz­ki, gdy spo­ty­ka­ła się z oj­cem, a on za­bie­rał ze sobą syna.

– Nie sądzę, aby to był do­bry po­my­sł – za­zna­czył Ja­mes. – Je­steś jesz­cze dziec­kiem, a Eden ma te­raz inne spra­wy na gło­wie.

– A mi się wy­da­je, że to do­bry po­my­sł – wtrąci­ła Dia­na, wy­wo­łu­jąc uśmiech na mo­jej twa­rzy. – Od daw­na nie mie­li kon­tak­tu, po­win­ni le­piej się po­znać.

_Och, dzi­ęku­ję, Dia­no, że tak wszyst­ko mi uła­twiasz_.

– Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła, pa­mi­ętaj, że mo­żesz na mnie li­czyć. Chęt­nie ci na po­cząt­ku po­mo­gę. Wiem, że to mia­sto po­tra­fi wy­ci­snąć z czło­wie­ka siód­me poty. – Do­tknęła mo­jej le­żącej na sto­li­ku dło­ni.

Gwa­łtow­nie ją wy­rwa­łam. Wie­dzia­łam, że zro­bi­ła to z czy­stej mat­czy­nej tro­ski, ale nie po­trze­bo­wa­łam wspó­łczu­cia od ob­cej ko­bie­ty.

– Wy­bacz – szep­nęła spe­szo­na. – Nie chcia­łam na­ci­skać.

– Do­ce­niam two­ją po­moc, chcę jed­nak ogar­nąć wszyst­ko sama. Za­le­ży mi na sa­mo­dziel­no­ści i nie­za­le­żno­ści. Nie po to wy­je­cha­łam z Lit­tle Rock, aby uza­le­żniać się od dru­gie­go ro­dzi­ca i jego ro­dzi­ny.

Ja­mes cały się go­to­wał. Ude­rzył ser­wet­ką o ta­lerz i nie­spiesz­nie wstał od sto­li­ka.

– Eden, mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

Stra­cił cier­pli­wo­ść szyb­ciej niż po­dej­rze­wa­łam. Wy­szłam za nim z re­stau­ra­cji. Gwa­łtow­nie od­wró­cił się w moją stro­nę, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­sze­ni zno­szo­nych spodni. Na jego skro­ni pul­so­wa­ła żyła. Nie, to nie mo­gło pó­jść tak ła­two. Chcia­łam go wy­ko­ńczyć, ale nie w ten spo­sób. Naj­pierw po­trze­bo­wa­łam od­po­wie­dzi.

– Co ty kom­bi­nu­jesz, Eden? – spy­tał wście­kle.

– Nie mam po­jęcia, co cię zde­ner­wo­wa­ło. – Uda­łam nie­win­ną. – Zro­bi­łeś się czer­wo­ny. Nie sko­czy­ło ci ci­śnie­nie?

Ja­mes z nie­do­wie­rza­niem po­kręcił gło­wą. Krew w mo­ich ży­łach pul­so­wa­ła co­raz moc­niej.

– Nie wiem, w co po­gry­wasz, ale nie po­zwo­lę na to! Na­gle się tu­taj prze­pro­wa­dzasz i chcesz spędzać czas z moją żoną i sy­nem! Od lat nas uni­kasz, a te­raz za­mie­rzasz na­pra­wiać re­la­cje ro­dzin­ne? To nowy plan Elo­die, aby znisz­czyć moje ma­łże­ństwo?! W co wy po­gry­wa­cie?! Thea już jest za sta­ra, aby na­sta­wiać ją prze­ciw­ko mo­jej żo­nie, a więc Elo­die te­raz po­słu­gu­je się tobą?!

Par­sk­nęłam pod no­sem. Wła­śnie po­ka­zał, jak bar­dzo mnie nie zna.

– Wie­le mo­żna mi za­rzu­cić, ale po­sądzać o by­cie ma­rio­net­ką mat­ki to jaw­ne oszczer­stwo! Po­cho­dzę stąd! – przy­po­mnia­łam. – Mia­łam uni­kać No­we­go Jor­ku, bo go so­bie przy­własz­czy­łeś?

– Jest tyle lep­szych do ży­cia miast w tym kra­ju! Dla­cze­go wró­ci­łaś, Eden?

Pa­trzy­łam mu w oczy. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej mia­łam taką oka­zję. Mo­głam po­wie­dzieć ojcu praw­dę, ale nie pla­no­wa­łam tego. Za­słu­gi­wał, aby żyć w nie­świa­do­mo­ści. Za­mie­rza­łam go tor­tu­ro­wać nie­wie­dzą. Chcia­łam, aby nie spał po no­cach w oba­wie, co na­praw­dę mnie tu­taj spro­wa­dzi­ło.

– Jak po­wie­dzia­łam wcze­śniej, po­czu­łam sil­ną po­trze­bę po­wro­tu do domu. Nie wy­ku­rzysz mnie stąd, tak jak zro­bi­łeś to z mat­ką. Wiem, dla­cze­go bo­isz się mo­je­go po­wro­tu i tak, po­wi­nie­neś się bać! Nie je­stem jak moja sio­stra. Mnie nie mo­żna my­dlić oczu! Nie za­do­wa­lam się byle czym.

Po­czu­łam pie­cze­nie pod po­wie­ka­mi. _Nie, nie zo­ba­czy mo­ich łez. Nie dam mu tej sa­tys­fak­cji._ Cho­ciaż ja­kaś część mnie cier­pia­ła, że sta­no­wi­łam taki pro­blem dla swo­ich krew­nych, wo­la­łam za­cho­wać ten ból dla sie­bie.

– Nie boję się two­je­go po­wro­tu! Nie wiem, za kogo ty się uwa­żasz, ale co­kol­wiek uro­dzi­ło się w tej two­jej cho­rej gło­wie, nie po­wie­dzie się.

– Mam ro­zu­mieć, że nie będziesz chciał ze mną wspó­łpra­co­wać?

– Wspó­łpra­co­wać? Z tobą?!

Kur­wa! Nie sądzi­łam, że za­ci­ska­nie zębów i nie­wy­gar­ni­ęcie mu wszyst­kie­go, co czu­łam przy pierw­szym spo­tka­niu, będzie trud­niej­sze, niż przy­pusz­cza­łam.

– Wró­ci­łam po praw­dę, tato – za­ak­cen­to­wa­łam ostat­nie sło­wo, nie­mal mi obce, bo tak rzad­ko wy­po­wia­da­ne.

– O czym ty mó­wisz?

Z nie­do­wie­rza­nia po­kręci­łam gło­wą.

– O praw­dzie, któ­rą ukry­wa­cie przede mną od dzie­wi­ęt­na­stu lat – pod­kre­śli­łam. – Spo­koj­nie, cze­ka­łam tyle cza­su, po­cze­kam kil­ka ty­go­dni, ale nie ukry­wam, że two­ja wspó­łpra­ca wie­le mi da. Może na­wet wy­ku­rzysz mnie z mia­sta.

Źre­ni­ce mężczy­zny się po­wi­ęk­szy­ły. Pró­bo­wał zro­zu­mieć moje enig­ma­tycz­ne sło­wa.

– Eden, ni­cze­go z tego nie ro­zu­miem…

– Nie uda­waj idio­ty! Miej w so­bie wi­ęcej od­wa­gi niż mat­ka!

Ja­mes zro­bił krok w moją stro­nę, wy­ty­ka­jąc mnie pal­cem.

– Je­steś taka sama jak Elo­die! Trzy­maj się z da­le­ka od mo­jej ro­dzi­ny! Nie po­zwo­lę ci jej znisz­czyć!

Uśmiech­nęłam się krzy­wo, z ca­łej siły wal­cząc z emo­cja­mi. Mat­ka mi nie raz po­wta­rza­ła, że je­stem po­two­rem bez ser­ca. Mia­łam je, ale po pro­stu oto­czy­łam mu­rem, nie po­zwa­la­jąc, aby zo­sta­ło zdo­by­te i znisz­czo­ne. Nie sądzi­łam jed­nak, że w mu­rze jest ja­kaś dziu­ra, któ­ra prze­pu­ści ra­ni­ące sło­wa Ja­me­sa.

– Nic o mnie nie wiesz – wy­tknęłam. – Nie je­stem jak mat­ka. Nie je­stem jak two­ja uko­cha­na Thea. Je­stem gor­sza, a przez to oka­żę się two­im naj­wi­ęk­szym kosz­ma­rem, ta­tu­siu – za­po­wie­dzia­łam.

– Wy­noś się stąd! – ryk­nął. – Nie zbli­żaj się do mo­jej ro­dzi­ny!

Do­brze było wie­dzieć, że ja do niej nie na­le­ża­łam.

– Prze­każ swo­jej żon­ce, że wy­pa­dło mi coś wa­żne­go i mu­sia­łam was zo­sta­wić. Dzi­ęku­ję za cu­dow­ny wie­czór. Wiesz, jak ode­brać mi ape­tyt.

Ja­mes otwo­rzył usta, aby coś do­dać, ale mnie to już nie in­te­re­so­wa­ło. Od­wró­ci­łam się i uda­łam się w stro­nę swo­je­go miesz­ka­nia. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne. Nogi mia­łam mi­ęk­kie od emo­cji. Za­ci­ska­łam usta, aby nie wy­do­był się spo­mi­ędzy nich ża­den nie­kon­tro­lo­wa­ny szloch. I cho­ciaż spo­dzie­wa­łam się tro­chę lep­sze­go ob­ro­tu spraw tego wie­czo­ru, czu­łam się wy­gra­ną. Zo­sta­wi­łam ojca z cha­osem w gło­wie. Z pew­no­ścią nie będzie mógł spać, oba­wia­jąc się o mój ko­lej­ny krok.

Ja­mes kła­mał. Wie­dział, dla­cze­go wró­ci­łam.

I za­mie­rza­łam stąd wy­je­chać do­pie­ro, kie­dy po­znam praw­dę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij