Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ten, którego kochały - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Ten, którego kochały - ebook

Opowieść o miłości we wszystkich jej odcieniach – romantycznej, namiętnej i tej najtrudniejszej, o której trzeba zapomnieć.

W niektórych historiach chodzi o to, kto zdobędzie wymarzonego mężczyznę.

Ale w tych najpiękniejszych prawdziwą nagrodą jest więź silniejsza niż narodziny i śmierć.

Złociste włosy, zielone oczy, nieodparty magnetyzm… Identyczne trojaczki. W dzieciństwie nawet matka je myliła. Ale kiedy dorosły, stało się jasne, że nie mogłyby się bardziej różnić.

Phoebe. Stoi przed najtrudniejszym wyborem w życiu: ustatkować się i wyjść za mąż czy wrócić w ukochane Alpy i oddać się swojej pasji?

Eliza. Kocha kogoś, kto już do niej nie należy. Właściwie pewnie nigdy tak naprawdę nie należał. A jej marzenie o byciu sławną muzyczką blednie z każdym dniem.

Rose. Ma dość swojej pracy i straciła chłopaka. Co więcej, życie zmusiło ją, by znowu zamieszkać z matką.

Każda z nich jest inna. Ale wszystkie zakochują się w tym samym mężczyźnie…

Spotkanie z zabójczo przystojnym chłopakiem z sąsiedztwa jest dla sióstr początkiem drogi, która zaprowadzi każdą gdzie indziej. Czy kolejne tragedie w rodzinie jeszcze bardziej pogłębią przepaść między nimi, czy pozwolą im wreszcie odnaleźć bliskość i szczęście?

Wielbicielki Nicholasa Sparksa, Jojo Moyes i Colleen Hoover zakochają się bez reszty w Paige Toon!

WYBÓR ZOELLA BOOK CLUB.

Płakałam, śmiałam się i bezgranicznie zakochałam. Powieść rozdzierająca serce.
Giovanna Fletcher

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8439-087-0
Rozmiar pliku: 967 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI WE WSZYSTKICH ODCIENIACH – ROMANTYCZNEJ, NAMIĘTNEJ I TEJ NAJTRUDNIEJSZEJ, O KTÓREJ TRZEBA ZAPOMNIEĆ

Złociste włosy, zielone oczy, nieodparty magnetyzm… Identyczne trojaczki. W dzieciństwie nawet matka je myliła. Ale kiedy dorosły, stało się jasne, że nie mogłyby się bardziej różnić.

Phoebe. Stoi przed najtrudniejszym wyborem w życiu: ustatkować się i wyjść za mąż czy wrócić w ukochane Alpy i oddać się swojej pasji?

Eliza. Kocha kogoś, kto już do niej nie należy. Właściwie pewnie nigdy tak naprawdę nie należał. A jej marzenie o byciu sławną muzyczką blednie z każdym dniem.

Rose. Ma dość swojej pracy i została bez chłopaka. Co więcej, życie zmusiło ją, by znowu zamieszkać z matką.

Każda z nich jest inna. Ale wszystkie zakochują się w tym samym mężczyźnie…

Spotkanie z zabójczo przystojnym chłopakiem z sąsiedztwa jest dla sióstr początkiem drogi, która każdą poprowadzi gdzie indziej. Czy tragedie w rodzinie jeszcze bardziej pogłębią przepaść między nimi, czy pozwolą im wreszcie odnaleźć bliskość i szczęście?PAIGE TOON

Urodziła się w 1975 roku. Jej ojciec był kierowcą rajdowym i dlatego dorastała w wielu miejscach rozsianych po świecie – Australii, Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Przez osiem lat pracowała w magazynie „Heat” jako redaktorka prowadząca dział recenzji. Obecnie jest pełnoetatową pisarką i niezależną dziennikarką. Mieszka w Cambridge z mężem Gregiem, architektem, synem Indym i córką Idhą.

Jest autorką kilkunastu powieści obyczajowych, trylogii z gatunku young adult oraz zbioru opowiadań. Jej powieści sprzedały się na całym świecie w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy.PROLOG

Angus

Ona tu jest. Od razu się spinam. Ci ludzie nie mają racji. One wcale nie wyglądają tak samo. Ta jest szczególna. Inna. Nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny.

W pokoju pełnym ludzi i dymu patrzę na nią jak zahipnotyzowany, kiedy bierze piwo z zaimprowizowanego baru. Mam ochotę podejść do niej, ale stoję w miejscu, oparty o futrynę. Po tym, co wydarzyło się wczoraj wieczorem, to ona musi zrobić pierwszy krok. Nie wiem, czy tak będzie. Obawiałem się, że w ogóle nie przyjdzie.

Pociąga łyk z butelki i bacznie rozgląda się po zatłoczonym salonie. Impreza już się rozkręciła i wszyscy są na dobrej drodze do niebytu. Pojawienie się solo i o tej porze jest aktem odwagi. Nie zdziwiłbym się, gdyby zaraz stąd wyszła. Ta myśl jeszcze bardziej mąci mi w głowie. Jak mogłem dopuścić, żeby ta dziewczyna tak na mnie działała?

Wpatruję się, jak znowu przykłada butelkę do ust, i nagle nasze spojrzenia się spotykają. Siłą woli wytrzymuję jej wzrok.

Uśmiecha się do mnie i w tej samej chwili oddycham z ulgą. Ruchem głowy zachęcam ją, żeby podeszła. Nadal uśmiechnięta, przeciska się w tłumie i wreszcie staje przede mną.

– Hej. – Witam się, unosząc otwartą dłoń, by nasze palce się zetknęły.

– Cześć. – Zaciska dłoń w pięść.

Aha, czyli nie jest tak super między nami. Unosi głowę i jej cudowne oczy otwierają się szeroko. Opuszczam wzrok na jej usta. Lśnią, jakby były świeżo pomalowane błyszczykiem. Mam chęć go zlizać.

O kurwa, ale się zalałem.

– Jak było na kolacji? – pytam.

– Świetnie! – odkrzykuje. Następne słowa tłumi muzyka.

– Co powiedziałaś?! – też odkrzykuję, obejmując dłońmi jej głowę i przyciągając do siebie.

– Że tu głośno!

– No tak. – Uśmiecham się szeroko. – Jestem trochę nawalony, sorry – mówię prosto do jej ucha.

– Masz szczęście.

Ależ ona jest sexy. Czuję pod palcami jej gładkie włosy. Kciukiem muskam jej skroń, a ona kładzie rękę na mojej piersi. Chyba chce zachować dystans, ale to nie działa. Jej dotyk mnie dobija.

Biorę ją za ręce i przyciągam do siebie.

– Angus? – Jej głos brzmi niepewnie, gdy przykładam czoło do jej czoła. Wiem, że ją krępuję na oczach tych wszystkich ludzi, ale muszę ją mieć. Tak bardzo jej pragnę. Za bardzo.

Wzbiera we mnie determinacja.

– Chodź – mówię stanowczym tonem, odstawiając nasze piwa na najbliższy stolik. Chwytam ją za rękę i wyciągam z salonu. Kręci mi się w głowie, gdy wpadam z nią do garderoby pod schodami i zatrzaskuję drzwi, na co ona reaguje zduszonym okrzykiem. Dotykam ustami jej ust. Słyszę, jak gwałtownie wciąga powietrze, kiedy rozchylam jej wargi językiem. Chwilę się waha i odpowiada pocałunkiem. Mógłbym całować ją w nieskończoność.

– Pragnę cię – szepczę, przywierając do niej całym ciałem, żeby poczuła, jak bardzo.

Kiedy wsuwam rękę pod jej T-shirt, zaczyna szybciej oddychać.

– Pragnę cię – powtarzam, a wtedy ona ucisza mnie gwałtownymi, łapczywymi pocałunkami. Teraz wiem, że ją mam. Jest moja.

Ktoś przekręca gałkę w drzwiach. Natychmiast wyjmuję rękę spod jej bluzki i uderzam w drzwi, żeby zablokować wejście.

– Idź na górę! – wołam, przekręcając zamek. – O rany. – Śmieję się pod nosem i przyciskam ją do siebie. Ale czuję, że znowu się spina. – Wszystko gra – mówię do niej i moja ręka wsuwa się pod brzeg jej bluzki. Tym razem zatrzymuje mnie w pół ruchu.

– Co… my… Co robisz? – duka, z jeszcze większym trudem łapiąc oddech.

– A jak myślisz? – pytam cicho i całuję ją w szyję. Wracamy do punktu, w którym przerwaliśmy poprzedniego wieczoru. Chcę, żeby wiedziała, do jakiego stanu mnie doprowadza.

– Przestań! – rzuca głośno.

O kurwa. Zastyga mi krew. Odskakuję od dziewczyny i pociągam za łańcuszek, żeby zapalić światło. Jest tak silne, że ona krzywi się i odruchowo zasłania oczy dłońmi. Zerka na mnie między palcami, a ja patrzę na nią z przerażeniem.

Takie same zielonozłociste oczy…

Takie same jasnoblond włosy…

Ale nie ta sama dziewczyna.

– Och… – mamroczę. – Myślałem, że jesteś…Rose

Phoebe

Eliza

Można powiedzieć, że jesteśmy wybrykami natury.

Wyglądamy dokładnie tak samo, mamy blond włosy, zielone oczy i takie same geny. Właściwie to któraś z nas mogłaby popełnić morderstwo i obwinić pozostałe, a badanie DNA niczego by nie wykazało.

Identyczne trojaczki rodzą się wtedy, gdy zapłodnione jajeczko dzieli się na dwie części i jedno z nich znowu dzieli się na dwie części. Prawdopodobieństwo, że tak się stanie, może wynosić równie dobrze 1 do 60 000 jak 1 do 200 000 000, ale jedno jest pewne: identyczne trojaczki rodzą się bardzo, bardzo rzadko.

Kiedy rodzice zabrali nas ze szpitala do domu, ogromnie się bali, że będą nas mylić. Podobno miałyśmy przypięte na rączkach szpitalne opaski tak długo, aż stały się za ciasne. Nawet potem, kiedy mama już je zdjęła, malowała każdej z nas paznokieć u małego palca innym kolorem. Wciąż się zdarza, że oglądając nasze niemowlęce zdjęcia, zastanawia się, która jest która.

Choć wyglądamy tak samo i pochodzimy z tego samego – jednego – zapłodnionego jajeczka, rozdzieliłyśmy się na trzy, jeszcze zanim mama wiedziała, że jest w ciąży. I w tym tkwi sedno sprawy: urodziłyśmy się jako trzy całkowicie odmienne jednostki.

Z czasem, gdy zaczęły się ujawniać nasze osobowości, rodzice stwierdzili, że tak naprawdę mamy ze sobą niewiele wspólnego.

Owszem, wszystkie krzyczałyśmy pełnym głosem.

I owszem, wszystkie byłyśmy wyjątkowo uparte.

Ale nic więcej.

To znaczy do siedemnastego roku życia. Bo kiedy miałyśmy siedemnaście lat, w domu obok zamieszkał Angus Templeton. I, niestety, wszystkie trzy zakochałyśmy się w nim po uszy.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Phoebe

Kiedy ktoś mówi, że mieszka w cieniu góry, brzmi to trochę złowieszczo. Wcale jednak nie musi oznaczać czegoś złego. Ta góra jest tak blisko, że mam wrażenie, jakbym przebywała w jej wnętrzu. Nie widzę wierzchołka, chyba że siadam na kanapie – dopiero wtedy mój wzrok pada na ośnieżone szczyty. Czego bym nie dała, żeby znaleźć się tam wysoko…

– Co tak wzdychasz?

Z zamyślenia wyrywa mnie głos Josie. Odwracam się i napotykam spojrzenie mojej najlepszej przyjaciółki.

– Bez powodu. Cieszę się, że znów tu jestem. – Posyłam jej ciepły uśmiech.

Minęło prawie dziesięć lat, od kiedy pierwszy raz, jako osiemnastolatki, przyjechałyśmy do Chamonix.

– O której wstałaś? – pyta Josie, której dopiero teraz rzuciło się w oczy, że jestem kompletnie ubrana.

– Z godzinę temu – odpowiadam, ciaśniej zawiązując koński ogon.

– Coś z tobą nie tak? – burczy. Nie oczekując odpowiedzi, zwala się na kanapę obok mnie i ziewa. Jej ciemne włosy do ramion są zmierzwione, niebieskie oczy rozespane, ale i tak wygląda wspaniale.

– Kawy? – Podrywam się na nogi i idę do małej kuchni.

– Poproszę.

Przyjechałyśmy dopiero wczoraj i wieczorem zajrzałyśmy do naszego ulubionego baru, gdzie każda z nas wypiła o jedno piwo za dużo. Ponieważ rzadko mam kaca, Josie jest tym trochę poirytowana, no ale to nie ja dałam się namówić na kilka głębszych o północy.

Włączam radio i parzę kawę, nucąc do muzyki, a Josie stara się zregenerować.

– Co chcesz dzisiaj robić?! – woła.

– Powspinać się. – Wychylam głowę zza drzwi i posyłam jej pełen nadziei uśmiech.

– O nieee… Nie, nie, nie. – Josie gwałtownie protestuje, a ja tylko chichoczę pod nosem. – Przepraszam – mówi, gdy wracam z kubkami kawy. – Psuję ci przyjemność.

Marszczę czoło, zaskoczona.

– Nie bądź śmieszna – rzucam.

Za dwa tygodnie biorę ślub i zamiast urządzać wieczór panieński, zamarzyło mi się znów przyjechać tu na kilka dni z najlepszą przyjaciółką. Przez te wszystkie lata często myślałam o Chamonix, a ponieważ wtedy byłyśmy tu razem, uznałam, że wspaniale będzie to powtórzyć, tylko we dwie.

Moje siostry były trochę niezadowolone, że ich nie zaprosiłam, ale już obmyśliły coś innego. Eliza zabiera mnie na koncert w Manchesterze, a Rose na jeden dzień do spa. Ogromnie się cieszę, że spędzę trochę czasu sam na sam z każdą z nich. Teraz widujemy się zdecydowanie za rzadko.

– A zatem masz inny pomysł poza wspinaczką? – Josie drąży temat.

– Paralotnia? – rzucam z nadzieją.

Moja przyjaciółka marszczy nos.

– Wiesz, że nie uprawiam sportów ekstremalnych, odkąd jestem nudną mamusią.

Ma rocznego syna, Harry’ego, i pierwszy raz rozstała się z dzieckiem.

– Może wjedziemy na Aiguille? – proponuję. – Nigdy nie byłaś na szczycie o tej porze roku.

Wówczas, przed laty, Josie wróciła do kraju pod koniec sezonu zimowego, w marcu, a ja podjęłam pracę przy obsłudze kolejki linowej na Aiguille du Midi. Tak mi się spodobało miejscowe życie, że zostałam na całe lato.

– Dobra, oczywiście. – Kiwa głową. – W takim razie sprężam się. Przypuszczam, że będziemy musiały odstać swoje do kas jak wszyscy turyści, tak?

– Niestety. Nie znam nikogo, kto tam teraz pracuje.

Na tę myśl ściska mi się serce.

*

Kilka godzin później jesteśmy na wysokości prawie czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, na najwyższym i najsłynniejszym szczycie w grupie górskiej Aiguilles de Chamonix.

Euforia sprawia, że kręci mi się w głowie. A może to wpływ wysokości. Tak czy owak, powrót do tego miejsca wprowadza mnie w ekstazę.

– O rany… – szepcze Josie, gdy stoimy na tarasie widokowym, z niemą czcią patrząc na panoramę gór. – Zapomniałam już, jak tu pięknie.

Wodzę wzrokiem po strzępiastych wierzchołkach brunatnych gór. Przed nami widać Mont Blanc, pokryty śniegiem, wyniosły i niewzruszony tym, że jest lato. Wydaje się, że jest blisko, ale to złudzenie – wspinaczka na szczyt należy do najbardziej technicznych. Wiem o tym, ponieważ pokonywałam tę trasę, jak również inną, nieco mniej wymagającą, choć i tamtej nie należy lekceważyć.

– Nie mogę uwierzyć, że dwa razy weszłaś na Białą Damę. – Josie jakby czytała w moich myślach.

– Ani ja.

Przypomina mi się jeszcze jedna nazwa tej góry: Biała Zabójczyni. Iluż to ludzi straciło życie, usiłując dotrzeć na szczyt najwyższej góry w Europie Zachodniej, nie wspominając o tych, którzy zginęli podczas schodzenia.

„Gdy wejdziesz na szczyt, jesteś dopiero w połowie drogi”, mówił mój tato. Kiedy myślę o nim teraz – w tym miejscu –bardzo mi go brakuje.

Tato umarł na serce osiem lat temu. Tęsknię za nim ogromnie, zwłaszcza gdy jestem w tych górach. To on nauczył mnie wspinaczki.

Josie prycha z rozbawieniem, nieświadoma, że opadły mnie ponure myśli.

– Ale z ciebie farciara! Naprawdę płacili ci, żebyś tu nocowała? I oglądała takie widoki po przebudzeniu?

Znowu nie mogę powstrzymać uśmiechu.

– Mieszkanie dla personelu jest bez okien – informuję ją. – Ale masz rację: gdy wychodziło się rano na dwór, wrażenie było niesamowite.

Kiedy przyjechałyśmy pierwszy raz do Chamonix, na początku zatrudniłyśmy się w hotelu. Po powrocie Josie do kraju moje ambicje wzrosły – i to znacznie.

Zaprzyjaźniłam się z kilkoma rodowitymi mieszkańcami miasteczka. Jedna z dziewczyn, Cécile, pracowała na Aiguille du Midi. Prawdopodobieństwo, że ktoś nietutejszy znajdzie się wśród personelu kolei linowych, jest tak nikłe, że raczej nikt nie podejmuje starań – a jeśli szczęśliwym trafem otrzyma tę pracę, szybko z niej nie zrezygnuje. Ale ja mówiłam biegle po francusku, no i Cécile obiecała szepnąć o mnie dobre słowo. Pewnego dnia, gdy dwoje pełnoetatowych pracowników nieoczekiwanie odeszło z powodów osobistych, dopisało mi szczęście.

Brak mi słów, by opisać, jak uwielbiałam tę pracę. Robiłam wszystko, poczynając od obsługiwania wagonów, a kończąc na zbieraniu śmieci. Wisienką na torcie było to, że raz w miesiącu sprawowałyśmy nadzór nad górną stacją i nocowałyśmy w służbowym mieszkaniu, znajdującym się trzy piętra niżej od miejsca, gdzie stałyśmy teraz. To my ostatnie widziałyśmy, jak zachodzi słońce, i pierwsze widziałyśmy, jak wschodzi. Tego nie da się zapomnieć.

Znowu odpływam myślami i nagle przenoszę się na kładkę. Niebo ma pomarańczowy odcień, dookoła ciągną się postrzępione góry. Przez chwilę mój umysł błądzi, ale szybko biorę się w garść.

– Chodźmy na grań – namawiam Josie i szturcham ją w ramię.

Wkrótce jesteśmy w ciemnym, błyszczącym, zamarzniętym korytarzu wykutym w skale. Oddycham zimnym powietrzem i słyszę znajomy chrzęst, jaki wydają raki na butach, wbijające się w twardy śnieg. Choć jest w tym coś przedziwnego, mam wrażenie, że wróciłam tam, gdzie moje miejsce.

Przed nami trójka wspinaczy szykuje się do zejścia z grani. Kiedy przechodzą przez bramę w skale, ja akurat wyłaniam się z lodowej jaskini na światło dnia. Patrzę, jak idą w dół wąską ścieżką w śniegu, połączeni liną.

– Pieprzone świry – mamrocze Josie, obrzucając mnie wzrokiem. – Z ciebie też jest świruska.

Lekko się uśmiecham.

– Mam wrażenie, że minęły wieki, kiedy też to robiłam.

– Fakt, ostatnimi czasy rzadko się wspinałaś. – Kiwa głową.

– Właściwie w ogóle.

– Tęsknisz za…

– Tak – przerywam jej i teraz już uśmiecham się szeroko. – Muszę się wziąć w karby.

– Masz mnóstwo czasu. – Odpowiada mi uśmiechem. – Lunch? Co ty na to?

– Dobra myśl.ROZDZIAŁ DRUGI

Rose

Kiedyś byłam na nocowance u koleżanki. Leżąc w łóżkach, grałyśmy w „Prawda czy wyzwanie” i Becky Betts kazała mi wybierać między moimi siostrami.

– Możesz uratować tylko jedną, druga umrze. – Przybrała melodramatyczny ton.

Odpowiedziałam bez wahania.

Wciąż pamiętam, jak rzuciła swojej siostrze Laurze zszokowane spojrzenie. Nie mogły uwierzyć, że potrafię być taka nonszalancka i bezceremonialna.

Jasne, że uratowałabym Phoebe. Każdy by tak postąpił, również Eliza.

To nie znaczy, że nie znosimy się z Elizą. Po prostu kiepsko się dogadujemy. Od zawsze. Według niej jestem nudną sztywniarą, za to ona jest moim zdaniem niedojrzała i niefrasobliwa.

„Już samo twoje imię sugeruje, że jesteś kolczasta jak róża”, powtarza do znudzenia. Albo: „Musisz się tak jeżyć?”.

Gdyby nie to, że jesteśmy siostrami, najprawdopodobniej nie chciałybyśmy się przyjaźnić.

Natomiast Phoebe jest jak promyk słońca w pochmurny dzień. Zaraża śmiechem.

Kurczę, już za nią tęsknię, a wyjechała zaledwie dwa dni temu.

– Chyba nie zamierzasz tego zabrać? – zwracam się do mamy, która od co najmniej dwóch minut trzyma w rękach porcelanowy talerz od serwisu.

– Zastanawiam się – odpowiada asekurancko i odstawia go z cichym stukiem.

– W mniejszym domu nie będziesz urządzać bankietów – zaznaczam dla porządku.

– Może będę – odwarkuje.

– Wszystkiego nie zabierzesz – rzucam znużonym tonem.

Mama wychodzi z pokoju, po czym raptownie zatrzymuje się w holu, zwrócona do drzwi wejściowych. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.

– Grałaś na ulicy?! – przekrzykuje trzask zamykanych drzwi.

– Hm, w mieście. – Słyszę głos Elizy i stuk futerału na gitarę, który stawia pod ścianą.

– Tak właśnie myślałam, że jesteś w pracy. Chodź na herbatę – czule namawia ją mama.

Przewracam oczami.

– Lepiej nam pomóż! – wołam, gładząc kwiecistą letnią sukienkę, podczas gdy mama żwawym krokiem zmierza do kuchni.

– Też się napijesz, Rose? – pyta jakby po namyśle. Już nastawiła czajnik.

– Pewnie – odpowiadam.

Eliza staje w drzwiach. Ma na sobie przetarte dżinsy i jasnopomarańczową koszulkę na ramiączkach. Włosy związała w kucyki.

Już sama fryzura świadczy o jej niedojrzałości. Poza tym Eliza gra na ulicy i kelneruje, zamiast znaleźć sobie porządną pracę, do tego zmienia chłopaków jak ciuchy wychodzące z mody, no i mieszka z mamą. Mogłabym jeszcze długo wyliczać.

– Tak na serio, może byś trochę pomogła z pakowaniem? – pytam, widząc, jak opada na krzesło przy stole w jadalni. Ja klęczę na dywanie przed gablotą z ukochanymi bibelotami mamy i zawijam je w folię bąbelkową.

– Niby dlaczego? Ja nie chcę się wyprowadzać – ironizuje Eliza.

To ja niedawno namówiłam mamę, żeby sprzedała dom i znalazła coś mniejszego.

Phoebe uznała, że „to chyba dobry pomysł”, natomiast Eliza wściekła się, że straci darmową chatę.

– Tu nie chodzi o ciebie – zaznaczam.

Pochyla się i opiera łokcie na blacie, bacznie mi się przyglądając. Wiercę się, już nastroszona i poirytowana tym, co mogę zaraz usłyszeć.

– Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty podczas urlopu? – pyta Eliza.

Jestem pielęgniarką, mieszkam i pracuję w Londynie, wykonuję często przerażającą i stresującą pracę. Chciałabym leżeć teraz na plaży z moim chłopakiem Gerardem w jakimś ciepłym kraju, ale nic z tego: najbliższe dwa tygodnie spędzę tu, w Manchesterze, pomagając mamie – naszej mamie – w przeprowadzce i siostrze – naszej siostrze – w ostatnich przygotowaniach do ślubu. A co robi Eliza? Jedno wielkie, okrągłe nic, i tyle.

W uszach dzwonią mi słowa taty: „Rose częściej daje, niż bierze. Tak jak jej matka”.

Mama była pielęgniarką – w pracy poznała tatę. Miał wypadek podczas wspinaczki, a ona opiekowała się nim, dopóki nie wyzdrowiał, i zrezygnowała z pracy po naszych narodzinach. Potem już było: wszystkie ręce na pokład!

– Chcę tylko powiedzieć, że niektórzy z nas mają lepsze zajęcia. – Eliza pozostaje przy swoim i z obojętną miną odwraca wzrok.

– Niektórzy z nas powinni znaleźć sobie porządną pracę, zamiast wykorzystywać starzejącą się matkę! – wypalam podniesionym głosem.

– Przestańcie! – rzuca ostro mama, stając w drzwiach, a ja aż skręcam się z poczucia winy. Kubki, które niesie na tacy, podzwaniają o siebie. – Kiedy jesteście razem, zachowujecie się jak rozpuszczone smarkule! Przypomnijcie sobie, ile macie lat!

Racja: dwadzieścia siedem.

– Może byś zaczęła od strychu? – nakłania mnie mama.

– Dobra. – Łapię kubek z herbatą i energicznym krokiem wychodzę z pokoju, podobnie jak mama przed paroma minutami.

Kiedy Phoebe i ja wyjechałyśmy na studia, rodzice postanowili prowadzić w domu pensjonat. Wszystko, co miałyśmy, wylądowało na strychu – nawet Eliza, która została z rodzicami, musiała zrobić u siebie porządki – a potem tato umarł i mama już nie chciała gościć obcych ludzi.

Już od dawna zamierzałam dokonać selekcji w swoich rzeczach.

Przechodząc koło lustra w holu, zerkam na swoje odbicie i widzę, że rozwiązał mi się kok wysoko upięty na głowie i mam koński ogon, zwykły, bez żadnych upiększeń, taki, jaki lubi Phoebe. Przez ułamek sekundy zdaje mi się, że patrzę wprost na nią.

Od najmłodszych lat czesałyśmy się każda na swój sposób, bo złościło nas, gdy nauczyciele, nie mogąc nas odróżnić, traktowali nas zbiorowo jako „pannę Thomson”. Na kok namówiła mnie jednak Eliza.

Co jakiś czas podkradałam jej nożyczki, gdy zapodziałam swoje, i któregoś razu Eliza dostała szału, bo miała zrobić projekt na zajęcia z plastyki – jakiś dziwaczny kolaż z tektury – a ja twierdziłam, że już jej oddałam nożyczki. Żądna krwi, wpadła do mojego pokoju i widząc je w górnej szufladzie, tak się zezłościła, że ucięła mi kosmyk włosów. Miała przez to mnóstwo nieprzyjemności.

W pewnym sensie wyświadczyła mi jednak przysługę. Następnego dnia musiałam upiąć włosy do góry i dostałam tyle komplementów, że ta fryzura stała się moim znakiem rozpoznawczym. Czasem złościłam się, gdy Eliza też nosiła kok, ale nie umiała gładko i starannie spiąć włosów, więc nauczyciele zawsze wiedzieli, że coś jest nie tak.

Ze schowka wyjmuję tyczkę z haczykiem, pociągam za kółko, żeby otworzyć klapę, i ściągam drabinę. Po kilku minutach jestem na zapuszczonym strychu pełnym zakurzonych pudeł. Nie wiem, od którego zacząć, więc wyciągam na środek najbliższe.

Mija prawie godzina, kiedy natrafiam na pierwszy pamiętnik. Rozpoznaję go od razu mimo naklejek na okładce. W siedemnaste urodziny wszystkie trzy dostałyśmy od wujka Simona takie same fioletowe notatniki, zamykane na malutką kłódeczkę. Ja prowadziłam pamiętnik sumiennie i regularnie, choć teraz prawdopodobnie czytałabym swoje wpisy z zażenowaniem.

Odginam róg okładki i ku swojemu zaskoczeniu widzę prawie nieczytelne gryzmoły.

Wiedziałam, że Phoebe prowadziła pamiętnik – wszyscy to wiedzieli – bo ciągle brała udział w konkursach literackich i mówiła, że zostanie pisarką. Ale Eliza? Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś taki jak ona pisze pamiętnik. Piosenki to co innego. Ale żeby otwierała serce przed obiektami nieożywionymi? To nie w jej stylu. Piosenki też pisze dziwaczne – żadnego obnażania duszy, przynajmniej w tych, które znam.

A jednak to niewątpliwie jej bazgranina. Kiedy zaczęła pisać pamiętnik?

Przyglądam się kłódce. Zdarzyło mi się zgubić kluczyk od swojego pamiętnika, więc potrafię złamać zamek. Wyciągam wsuwkę z i tak rozsypującego się koka, wkładam ją do dziurki od kluczyka, lekko przekręcam i po chwili pstryk – gotowe.

Ze zdumieniem patrzę na datę pierwszego wpisu: Piątek, 13 maja, całe dziesięć lat temu. Właśnie tego dnia sprowadził się Angus.

Zatrzaskuję pamiętnik. Wiedziałam! Wiedziałam, że do niej też się zbliżył! Zawsze udawała niezainteresowaną, ale nie dałam się nabrać.

Choć przeszywa mnie poczucie winy, znowu otwieram pamiętnik. Jest okazja, żeby znaleźć się w głowie Elizy. Jak mogłabym nie skorzystać? Gdyby się dowiedziała, jak nic by mnie zabiła, ale niech ma za swoje, skoro nie chce pomóc przy pakowaniu.

Przerzucam stronice do początku i zaczynam czytać…ROZDZIAŁ TRZECI

Eliza

Siedzę na murku i macham nogami, w przód i w tył, a w końcu stukam piętą w cegłę. Od zawsze lubiłam tu być: siedzieć przed domem, wpasowana w dziurę w żywopłocie, i patrzeć, jak toczy się życie. Mieszkamy przy wysadzanej drzewami ulicy w jednej z ładniejszych dzielnic Sale. Nasze miasteczko leży jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodem od Manchesteru, na południowy zachód. Znajomi pytają czasem, dlaczego nie przeprowadziłam się bliżej miasta, gdzie zamiast podmiejskiej nudy jest tyle atrakcji. Ale mnie się tu podoba. Przymykam oczy i odwracam twarz do słońca, żeby złapać ostatnie promienie, zanim schowa się za nadciągającymi chmurami. Jak na razie lato jest gówniane. Mam nadzieję, że Phoebe ma we Francji więcej szczęścia do pogody. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nie zaprosiła mnie na ten wyjazd. Oczami wyobraźni widzę ją w słońcu, na tle ośnieżonych gór, roześmianą i beztroską, taką jak na zdjęciach, które mi kiedyś przysyłała. Na mojej twarzy też maluje się uśmiech.

Nasłuchuję samochodu wjeżdżającego na naszą ulicę – za kierownicą siedzi Angus, jak można było się spodziewać.

Kilka skołowanych motylków spośród chmary zamieszkującej w moim sercu przedziera się między żebrami wprost do żołądka. Obecnie coraz lepiej kontroluję to cholerstwo, ale niektóre wciąż nie umieją się zachować.

Patrzę, jak Angus parkuje starego Land Rovera Defendera na podjeździe przed domem swojej mamy, i mile wspominam dzień, kiedy sprowadził go z farmy swojego wujka. Nie minęło parę tygodni, a samochód został przemalowany na jaskrawy pomarańcz.

– Nadal jeździsz tym gratem?! – wykrzykuję, gdy Angus wysiada z auta.

– Przecież to klasyk! – protestuje, zatrzaskując drzwi i posyłając mi łobuzerski uśmiech. Jego ciemnoblond włosy są jak zawsze zmierzwione i rozwiane. Phoebe mówiła, że przed ślubem zamierza doprowadzić je do porządku. Serce mi się ściska, gdy przypominam sobie jej słowa.

– Cześć, zołzo. – Zmierza w moją stronę.

– Mów za siebie. – Nie wstaję, a on nie całuje mnie na powitanie.

– Wieki cię nie widziałem. Jak leci?

Spoglądam za siebie, gdzie niewidoczny zza drzew stoi mój dom rodzinny.

– Jestem trochę zdołowana.

– No tak. – Patrzy na mnie z troską. – Słyszałem, że twoja mama sprzedaje dom.

– Już przyjęła ofertę.

– Szybko.

– No tak. Z pewnością dostałaby więcej, gdyby Rose jej nie poganiała.

Kiedy na jego twarzy pojawia się współczujący cień uśmiechu, uprzytamniam sobie, że nie powinnam zrzędzić. Angus nigdy tego nie lubił.

– Odezwała się Phoebe? – Zmieniam temat, zanim on to zrobi.

– Nie. – Kręci głową i szybko dodaje: – Ale nie ma jej zaledwie dwa dni.

– A wydaje się, że dłużej.

Znowu ten sam uśmiech.

Phoebe jest moją starszą siostrą – o dwanaście minut – i ukochaną średnią. Jakoś tak się działo, że zawsze stała między Rose a mną. Pewnie powiedziałaby, że zmniejsza lukę między nami, ale tak naprawdę to ją powiększa. Rose i ja nieustannie rywalizowałyśmy o jej zainteresowanie.

– Będziesz tu przez weekend? – pytam Angusa.

– Przez cały tydzień. Chcę wyszykować mieszkanie na przyjazd Phoebe.

– Żeby ją ugłaskać?

– Coś w tym rodzaju. – Uśmiecha się bez przekonania.

Phoebe nie miała ochoty przeprowadzać się z powrotem do Manchesteru. Robi to z jednego powodu: ponieważ przed laty obiecała mu, że tu wrócą. Angus chce mieszkać blisko swojej mamy, no i ceny nieruchomości są tu niższe, więc wreszcie będzie ich stać na własne lokum. Poza tym oboje mogą pracować jako freelancerzy – ona jest tłumaczką, on dziennikarzem – ale Phoebe zamierza zrezygnować na jakiś czas z pracy przy tłumaczeniach i napisać powieść, co zawsze planowała. Za naszych młodych lat ciągle wpadała w podskokach do mojego pokoju, żeby natychmiast opowiedzieć nowo wymyśloną historię, zanim wyleci jej z głowy. Godzinami mogłam słuchać jej paplania. Umiała przyciągnąć uwagę. Nadal potrafi.

– A ty? Znalazłaś mieszkanie? – pyta Angus.

Kręcę głową i spinam się w oczekiwaniu na jego reakcję.

– Chyba przeprowadzę się do Londynu.

– Jaja sobie robisz. – Wybałusza oczy. – Jedziesz do Londynu akurat wtedy, gdy Phoebe i ja stamtąd wyjeżdżamy? Czy ty przed nami uciekasz?

Przewracam oczami.

Tylko przed tobą.

– Wejdziesz na kawę? – pyta z nadzieją w głosie, ruchem głowy wskazując swój dom.

– Raczej nie. Twoja mama będzie chciała mieć cię tylko dla siebie – odpowiadam. – Może spotkamy się później – dodaję z grzeczności.

– Robisz coś wieczorem? – Angus puszcza mimo uszu sygnał do zakończenia rozmowy.

– Mam występ w klubie robotniczym. Będzie czadowo.

Angus wyczuwa oschłość w moim głosie i z drwiącym uśmieszkiem mówi:

– Powiedz gdzie, to wpadnę.

– Nie musisz.

– Wiem, że nie muszę.

Na podjazd wychodzi mama Angusa i chwyta go w ramiona. Korzystam ze sposobności, żeby się ulotnić.ROZDZIAŁ CZWARTY

Phoebe

– Czego boisz się najbardziej? – pyta Josie.

Przy drugiej butelce wina tego wieczoru wpadamy w filozoficzny nastrój.

Długo zastanawiam się nad odpowiedzią, obserwując obsługę restauracji i nie mogąc się doczekać naszych dań.

– No mów – pogania mnie Josie. Jestem zbyt przymulona, żeby uciekać od prawdy.

– Tego, że nie jestem tą jedyną.

– Co to znaczy?

– Nie wiem, czy jestem dla Angusa tą jedyną.

– Pewnie, że jesteś! Pasujecie do siebie idealnie! – zapewnia mnie Josie. – Porąbało cię? – Patrzy na mnie z osłupieniem, które ma być komiczne, ale ja uśmiecham się bez przekonania.

Szczerze mówiąc, czasem myślę, że Angus i ja jesteśmy parą z jednego powodu: po prostu dlatego, że to ja zobaczyłam go pierwsza.

Któregoś popołudnia po szkole, kiedy wracałam rowerem do domu z treningu siatkówki, zauważyłam przystojniaka, który wyjmował pudło z bagażnika ciężarówki Roger’s Removals, stojącej na podjeździe Templetonów.

Czasem bywa tak, że człowiek pakuje się w niebezpieczeństwo, zamiast trzymać się z daleka. Fakty dowodzą, jak wielu kierowców wjeżdża w samochody zaparkowane na utwardzonym poboczu autostrady, ponieważ mimowolnie podążają za linią wzroku.

Nie twierdzę, że Angus był niebezpieczny, ale jego uroda oczywiście wzbudziła moje zainteresowanie.

– Uważaj! – wykrzyknął, odskakując na bok, gdy gwałtownie skręciłam w jego stronę.

– O cholera, przepraszam! – Zahamowałam z piskiem opon.

Trochę oszołomiony, omiótł wzrokiem mój strój do siatkówki, uroczo się uśmiechając. Mój wzrok zarejestrował u niego brak koszulki z napisem Roger’s Removals.

– Jesteś wnukiem pana Templetona? – zapytałam radośnie, dostrzegając zarazem długie nogi, silne ramiona i miodową opaleniznę.

Pan Templeton, nasz leciwy sąsiad, stracił żonę kilka miesięcy wcześniej. Mama wspomniała, że jego córka i wnuk zamierzają z nim zamieszkać.

– Hm… tak – wystękał, starając się lepiej chwycić niewątpliwie ciężkie pudło. Dość długie włosy zasłaniały mu oczy. Kiedy oparł pudło o murek, zauważyłam, że ma na sobie wypłowiałą i trochę zakurzoną koszulkę z zespołem Radiohead, jednym z ulubionych Elizy. Chłopak był w jej typie. Miałam wielką ochotę jak najszybciej przedstawić go siostrze.

Ale wtedy odgarnął włosy z twarzy i zobaczyłam jego oczy, takie piękne, że aż mi zaparło dech.

– Angus – przedstawił się. Kąciki jego ust lekko się uniosły.

– Phoebe.

Nie wiedzieć czemu byłam cała rozedrgana. Ni stąd, ni zowąd odechciało mi się przedstawiać Angusa Elizie. Miał niezwykłe, wielobarwne oczy – w jednym dominował kolor zielony, w drugim brązowy.

– Przyjeżdżałeś kiedyś do dziadka? – zapytałam, nie pojmując, jak mogłam go nie zauważyć.

– Kilka razy.

Pan Templeton należał do ludzi, którzy trzymają się na uboczu. Czasem widziałam z okna swojego pokoju, jak siedział w ogrodzie. Moje kontakty z nim ograniczały się do sytuacji, kiedy piłka do siatkówki przelatywała przez płot za naszym domem i wpadała na jego posesję, a wtedy ją przynosił, wygłaszając mowę na temat zniszczonej rabaty. Nigdy nie rozmawiałam z nim o jego powalająco seksownym wnuku. A szkoda.

Pogawędkę z Angusem przerwała atrakcyjna czterdziestoparoletnia kobieta. Zawołała: „Cześć!” i pomachała ręką, to znikając, to pojawiając się za pracownikami firmy transportowej, którzy niczym mrówki wnosili do domu najrozmaitsze dobra.

– Cześć! – odkrzyknęłam, zakładając, że ta kobieta jest mamą chłopaka, i zamierzając przeprowadzić szeroko zakrojoną ofensywę czaru i uroku.

– Już się zaprzyjaźniasz! – ucieszyła się, podchodząc do nas.

– Hm – mruknął Angus i dokonał prezentacji: – Mamo, poznaj Phoebe. To jest moja mama, Judy.

– Phoebe! Jedna z trojaczek! – Kobieta radośnie klasnęła w dłonie.

Najwyraźniej wiedziała o mnie więcej niż ja o niej.

– Mieszkasz obok? – zapytał Angus. Jego niezwykłe oczy lekko się rozszerzyły. Czyli oboje wiedzieli o naszym istnieniu, tylko Angus załapał z opóźnieniem.

– No – przytaknęłam.

– A twoje siostry mają na imię Rose i Elizabeth, prawda? – upewniła się Judy.

– Tak. – Posłałam jej uśmiech. – Ale proszę nie mówić do Elizy „Elizabeth”, bo nie odpowie. Zmieniła imię, kiedy miała dwanaście lat, bo chciała, żeby brzmiało bardziej cool. – Powiedziałam to żartobliwym tonem, wznosząc oczy do nieba, i natychmiast opadły mnie wyrzuty sumienia, że naśmiewam się z siostry.

– Jeszcze nigdy nie spotkałam identycznych trojaczek – powiedziała w zamyśleniu Judy. – Znałam bliźniaczki, śliczne dziewczynki, Fifi i Bo, ale nie były identyczne.

Ciągle ktoś opowiadał nam historie o bliźniakach, więc z dużą wprawą przywołałam uśmiech na twarz i zrobiłam minę pełną zainteresowania. Nawet słyszałam o paru przypadkach trojaczek, ale nigdy nie o identycznych. W tej konkurencji byłyśmy górą.

– Będziecie mogli zabawić się z nami w grę „znajdź różnice” – zażartowałam.

Zdarzało się, że obcy ludzie zatrzymywali nas na ulicy i szukali różnic, a raz, jeszcze w czasach szkolnych, nawet wzięłyśmy udział w quizie Kto jest kim z tej trójki? – nasi rodzice dostarczyli zdjęcia. Biedna Rose nie posiadała się ze wstydu. Nigdy nie lubiła być w centrum uwagi.

Angus nie przejawiał ochoty, by dołączyć do pracowników firmy transportowej. Wkrótce dowiedziałam się, że powodem wyjazdu jego i matki z Brighton był niedawny, dość poważny upadek pana Templetona. Po śmierci żony – matki Judy – starszy pan coraz gorzej radził sobie w pojedynkę. Wyczułam jednak, że nie był to jedyny powód przeprowadzki. Miałam wrażenie, że Brighton raczej nie wprawiało Angusa w ekscytację.

– Wiem, że może ci być trudno, kochanie – powiedziała Judy, ugodowym gestem gładząc go po plecach.

Jej syn wzruszył ramionami, trochę skrępowany, ale nie odtrącił jej dłoni, jak zrobiliby chłopcy, których znałam.

– Angus wkrótce zdaje maturę, więc to nie jest idealny moment na zmianę szkoły – wyjaśniła.

Delikatnie mówiąc, pomyślałam.

– Nie będzie łatwo – powiedziałam ze współczuciem. – Mnie też czekają egzaminy.

Okazało się, że będziemy chodzić do tej samej szkoły, więc zaproponowałam, że pokażę mu, jak tam jest. Chętnie się zgodził, ale natychmiast pomyślałam o Elizie i uprzytomniłam sobie, że przed poniedziałkiem jest jeszcze cały weekend. Jeżeli chcę się zaprzyjaźnić z Angusem, zanim poznają go moje siostry, muszę się pospieszyć.

– A właściwie – odezwałam się bez zastanowienia – jeżeli nie będziesz się rozpakowywał, jutro moglibyśmy pójść na lunch w mieście. Co ty na to?

Był trochę zaskoczony, ale od razu się zgodził.

– Pewnie. – Kiwnął głową. – Świetny pomysł.

– Super. – Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z uśmiechem. Oderwałam od niego wzrok, dopiero gdy kątem oka zauważyłam rozpromienioną twarz Judy. – Nie będę cię zatrzymywać – odezwałam się, zanim moja twarz zdradziłaby, co czuję. Umawianie się na randkę w obecności jego mamy było trochę krępujące. – Do jutra. Koło jedenastej?

– Pasuje – rzucił.

Hamulce puściły, gdy wpadłam do domu i pomknęłam na górę.

– Przed chwilą poznałam wnuka pana Templetona! – Pchnęłam drzwi najpierw do pokoju Elizy, a potem Rose. – Boże, ale ciacho! – wrzasnęłam, stojąc na podeście między sypialniami. – Tylko nie właźcie mi w paradę, bo on jutro idzie ze mną na lunch i to ja zobaczyłam go pierwsza!

Eliza drzemała na łóżku i ledwie otworzyła oczy. Rose mruknęła coś pod nosem i dalej odrabiała lekcje.

Dopiero z czasem, gdy go poznały, dotarło do nich, co straciły – ale było za późno. Już go sobie zaklepałam.

W tamtą sobotę spędziliśmy razem cały dzień. Po lunchu spacerowaliśmy po Manchesterze, a potem siedzieliśmy w pubie do późna. Najpierw pociągał mnie jego wygląd i byłam całkiem pewna, że podobam mu się tak samo, jak on mnie, ale miał w sobie coś jeszcze. Polubiliśmy się od pierwszej chwili i potrafiliśmy się nawzajem rozśmieszyć. Z upływem dnia mniej się przekomarzaliśmy, a częściej prowadziliśmy szczere rozmowy. Opowiadał mi o swojej rodzinie: nie znał ojca, matka wychowywała go sama – a on ją uwielbiał. Niedawno straciła pracę i nie było jej stać na wynajmowanie mieszkania w Brighton, wobec tego podjęli sensowną decyzję, żeby się przeprowadzić do niesprawnego dziadka. Angus był jednak przybity przenosinami i rozstaniem z przyjaciółmi. Nie miał dziewczyny. Zapytałam. Dawniej miał, ale zerwali przed kilkoma miesiącami.

Pod koniec wieczoru posyłaliśmy sobie przeciągłe spojrzenia i odczuwaliśmy coraz większą bliskość. Słodki pocałunek na chodniku przed naszymi domami dopełnił tę randkę i od tamtej chwili byliśmy parą. Ani Eliza, ani Rose nie miały szans.

*

– Nie wydaje ci się, że Angus i Eliza pasują do siebie bardziej niż on i ja? – pytam Josie.

– Słucham?! Ależ skąd! Co ci przyszło do głowy?

– Wiele ich łączy. Oboje chętnie przesiadują w domu. Angus jest zachwycony powrotem do Manchesteru, za to mnie trzeba ciągnąć tam wołami. Dałabym wszystko, żeby znowu tu pomieszkać. – Tęsknie wzdycham, patrząc na góry majaczące w ciemności za oknem.

Lubię pracować jako tłumaczka tekstów, a tłumaczenia kabinowe przynoszą świetny dochód. Ta robota mnie kręci, choć jest mocno stresująca, gdy człowiek słyszy w słuchawkach mowę w jednym języku i równocześnie powtarza ją do mikrofonu w innym. Tak się składa, że mam do tego zdolności: znam biegle francuski, niemiecki i hiszpański.

Po przeprowadzce do Manchesteru zamierzam jednak wziąć się do pisania książki. Od lat chodzi mi po głowie historia o dziewczynie, która zakochuje się we współczesnym czarodzieju. W zasadzie przez całe życie robiłam notatki i nadal od czasu do czasu zapisuję pomysły z nadzieją, że kiedyś przydadzą się w tworzeniu bohaterów i miejsca akcji.

Ale teraz, gdy tu siedzę, dociera do mnie, że nawet pisanie – choć uwielbiam to robić – blednie w porównaniu z emocjami, jakie przeżywałam, mieszkając wiele miesięcy w tych górach.

Tato zawsze mówił, żebyśmy odkryły swoje pasje, a potem starały się znaleźć sposób, żeby je realizować. Od dawna się nie wspinałam. Czyżbym straciła z oczu to, co kocham?

Dalej rozmawiamy z Josie o Angusie i Elizie.

– No i oboje mają tę swoją muzykę. Natomiast wspinaczka nigdy go nie interesowała. Kurczę, nawet na nartach nie chciał jeździć.

– Daj spokój – ucina Josie. – To bez znaczenia. On kocha ciebie, ty kochasz jego. Byłoby nudno, gdybyście byli tacy sami.

– Możliwe. – W tym momencie rozlega się okrzyk Josie: „Nareszcie!” i podchodzi kelnerka z jedzeniem.

Przesuwam kieliszek, żeby zrobić miejsce na talerz, i wracam myślami do naszego pierwszego pobytu w tej restauracji, prawie dziesięć lat temu.

*

Zaraz po przyjeździe ruszyłyśmy do działania. Zostawiałyśmy nasze CV we wszystkich możliwych miejscach i szybko dostałyśmy pracę w niewielkim hotelu. Miałyśmy maleńkie mieszkanie z dwiema sypialniami w sześciopiętrowym domu pokrytym drewnem opalanym, położonym w dzielnicy Cham Sud, powszechnie zwanej gettem. Nasz dzień zaczynał się wcześnie: przedzierałyśmy się przez śnieg, torując sobie drogę czekanami, żeby zdążyć do pracy na szóstą trzydzieści. Otwierałyśmy kuchnię w hotelu i nakrywałyśmy do śniadania, potem słanie łóżek, sprzątanie łazienek i walka z pokusą, żeby wskoczyć pod kołdrę i trochę pospać. O jedenastej trzydzieści już ruszałyśmy w góry razem z dość zróżnicowaną grupą snowboardzistów ze Szwecji, z którymi złapałyśmy dobry kontakt. Drzemka wczesnym wieczorem była przykrą koniecznością, ponieważ o wpół do dziesiątej wyskakiwałyśmy do barów, gdzie częstowano nas drinkami i kończyło się to najczęściej tańczeniem na stołach. Koło północy można było spotkać nas w następnym nocnym klubie, a o czwartej nad ranem wędrowałyśmy do domu, żeby się kimnąć przed pójściem do pracy. I tak na okrągło.

Było ekstra.

Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać na Boże Narodzenie, nawet na krótko, ale właściciele naszego mieszkania wynajęli je na ten tydzień, no i moi rodzice byliby niepocieszeni, więc właściwie nie miałam wyjścia. W domu sytuacja stała się trudna.

Przede wszystkim poczułam, że tracę kontakt z siostrami. Przez całe życie byłam niezwykle blisko z każdą z nich, kochałam je i ufałam im jak nikomu innemu. Ale z jakiegoś powodu, gdy znowu znalazłyśmy się pod jednym dachem, zaczęło zgrzytać. Zastanawiałam się wtedy, czy aż tak polubiłyśmy świeżo odkrytą niezależność, że dłuższe przebywanie razem stało się uciążliwe.

Rose najwyraźniej nie mogła się doczekać powrotu na uniwersytet w Portsmouth, gdzie robiła dyplom z pielęgniarstwa. Kilka razy wkurzyła mnie, puszczając mimo uszu opowieści o tańczeniu na stole i darmowych drinkach. Dawała mi do zrozumienia, że jestem głupiutka, a ona już dorosła i dojrzała. Zwyczajnie zadzierała nosa.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij