Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ten pierwszy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 lipca 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Ten pierwszy - ebook

Dla dziewiętnastoletniej Poli praca w elitarnym warszawskim klubie „Labirynt” miała być tylko niewinnym buntem przeciwko kontrolującym rodzicom. Wszystko zmienia się, gdy dziewczyna przypadkowo trafia na poziom -1 – do skrytej głęboko pod ziemią, luksusowej świątyni zmysłów rządzącej się surowymi zasadami BDSM. Tam jej ścieżki krzyżują się z Maksymilianem, wpływowym i bezwzględnym współwłaścicielem klubu. Zamiast kary za złamanie reguł, mężczyzna oferuje jej układ: Pola zachowa swoje sekrety, jeśli zgodzi się oddać mu całkowitą kontrolę nad swoim życiem i zostanie jego nowicjuszką. Zaczyna się niebezpieczna, zmysłowa gra, w której ból przynosi wyzwolenie, a granice między posłuszeństwem a pożądaniem nieodwracalnie się zacierają.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CHAPTER 1

Półmrok recepcji klubu „Labirynt” pachniał luksusem, który Pola dotychczas znała wyłącznie z opowieści i drogich magazynów, bezczelnie podrzucanych na stolik w salonie jej rodzinnego domu w Konstancinie. To był zapach niszowych perfum z nutą drzewa sandałowego, świeżo ciętych lilii, które sprowadzano tu dwa razy w tygodniu, oraz lodowatego ginu z tonikiem, sączonego przez ludzi, którzy nie pytali o ceny.

Dla dziewiętnastoletniej Poli, która jeszcze miesiąc temu ślęczała nad arkuszami maturalnymi z historii sztuki i języka polskiego, to miejsce miało być jedynie chwilowym schronieniem. Wakacyjnym kaprysem. Buntem, który miał udowodnić jej rodzicom – wiecznie kontrolującym każdy jej krok, planującym dla niej prestiżowe studia prawnicze i małżeństwo z synem partnera biznesowego ojca – że potrafi sama o sobie decydować. Wybór recepcji w jednym z najbardziej elitarnych klubów w Warszawie wydawał się idealny. Rodzice byli przekonani, że Pola spędza wieczory u przyjaciółki z liceum, ucząc się do egzaminów wstępnych. Tymczasem ona, ubrana w minimalistyczną, czarną sukienkę przed kolano, o gładko zaczesanych w wysoki kucyk włosach, witała najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w tym kraju.

Szybko jednak zrozumiała, że „Labirynt” nie jest zwykłym klubem dla warszawskiej śmietanki.

Górne piętro, skąpane w ciepłym, przytłumionym świetle, oferowało wszystko to, czego można było oczekiwać po luksusowym lokalu: marmurowe blaty, skórzane loże, genialnego barmana miksującego drinki oparte na rzadkich alkoholach i dyskretną muzykę jazzową sączącą się z głośników. Ale Pola była obserwatorką. Dziewczyną, która od dziecka uczyła się czytać z ludzkich twarzy, gestów i mikro ekspresji, by przetrwać w pełnym fałszu i pozorów świecie swoich rodziców. I to właśnie ta spostrzegawczość pozwoliła jej dostrzec wzorzec.

Co jakiś czas, wśród eleganckiego tłumu, pojawiały się osoby, które nie kierowały się w stronę parkietu ani baru. Podchodziły do niepozornych, obitych ciemnym drewnem drzwi na tyłach korytarza, tuż obok gabinetów menedżerskich. Tam, w asyście postawnego, milczącego ochroniarza, wyciągali z portfeli lub kieszeni matowe, czarne karty pozbawione jakichkolwiek oznaczeń. Jeden ruch dłoni, zbliżenie karty do czytnika, który rozbłyskiwał krótkim, krwistoczerwonym światłem, i drzwi się otwierały, ukazując wnętrze nowoczesnej, stalowej windy.

Winda zjeżdżała tylko w dół. Na poziom -1.

Pola próbowała pytać o to innych pracowników. Starsza barmanka, Karolina, tylko machnęła ręką, uśmiechając się dwuznacznie. „To nie nasza sprawa, mała. Tam na dole bogaci ludzie bawią się w bogate rzeczy. Nie pytasz, nie patrzysz, a na koniec miesiąca dostajesz premię, która pozwala ci nie pytać przez kolejny rok”. Menedżer klubu, człowiek o wiecznie spoconym czole i nerwowym spojrzeniu, podczas szkolenia powiedział wprost: „Poziom -1 jest wyłączony z waszych obowiązków. Ktokolwiek tam zjedzie bez uprawnień, wylatuje w tej samej sekundzie. Bez dyskusji, bez referencji, z wilczym biletem w Warszawie. Zrozumiano?”.

Zrozumiała. Ale zakazany owoc zawsze smakuje najbardziej kusząco, zwłaszcza gdy całe dotychczasowe życie opierało się na sztywnych granicach, których przekroczenie groziło towarzyskim ostracyzmem.

Był czwartek, godzina trzecia nad ranem. Klub powoli pustoszał. Ostatni goście, lekko chwiejnym krokiem, opuszczali lokal, żegnani dyskretnymi uśmiechami obsługi. Pola porządkowała dokumenty na recepcji, gdy jej wzrok przykuł mały, ciemny przedmiot leżący na krawędzi głębokiego, welurowego fotela w lobby.

Podeszła bliżej. Serce uderzyło mocniej o żebra, gdy jej palce zacisnęły się na chłodnym, matowym plastiku. To była czarna karta. Ta sama, która otwierała drzwi do windy. Bez imienia, bez nazwiska, jedynie z delikatnym, ledwo wyczuwalnym pod palcami tłoczeniem w kształcie geometrycznego labiryntu na odwrocie.

Rozejrzała się. Ochroniarz z lobby wyszedł na zewnątrz zapalić papierosa. Wyciszony klub wydawał się spać, otulony zapachem dopalających się świec i resztek drogich alkoholi. Pola wiedziała, że powinna odłożyć kartę do szuflady z rzeczami znalezionymi. Wiedziała, że rozsądek – ten sam, który nakazywał jej uczyć się kodeksu cywilnego w wolnych chwilach – krzyczał, by natychmiast opuściła budynek i wróciła taksówką do swojego bezpiecznego, sterylnego pokoju.

Zamiast tego jej stopy, ubrane w klasyczne, czarne szpilki, same skierowały się w stronę ciemnego korytarza.

Każdy krok brzmiał w jej uszach jak uderzenie dzwonu. Podeszła do czytnika. Jej dłoń lekko drżała, gdy zbliżała kartę do czarnej płytki na ścianie. _Pik_. Urządzenie rozbłysło czerwienią, a ciężkie, dźwiękoszczelne drzwi kliknęły, uchylając się z cichym sykiem. Pola wślizgnęła się do środka. Winda już na nią czekała. Wnętrze było wyłożone ciemnym, grafitowym lustrem, w którym jej własne odbicie wydało jej się obce – bledsze niż zwykle, z nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami.

Nacisnęła jedyny dostępny przycisk: -1.

Winda ruszyła bezgłośnie. Pola poczuła lekkie szarpnięcie w żołądku, to samo, które towarzyszy człowiekowi spadającemu w snach. Gdy drzwi rozsunęły się ponownie, uderzyła w nią fala zupełnie innych bodźców.

To nie był klub. To była świątynia zmysłów, ukryta głęboko pod betonowymi fundamentami miasta.

Powietrze tutaj było cięższe, cieplejsze, nasycone intensywnym, wręcz zwierzęcym zapachem naturalnej skóry, palonego piżma i drogich, orientalnych perfum. Światło było zredukowane do minimum – dominowały tu odcienie głębokiej purpury, szkarłatu i całkowitej, aksamitnej czerni. Przestrzeń nie była otwarta; składała się z sieci mniejszych nisz, korytarzyków wydzielonych ciężkimi, pluszowymi kotarami, zza których dobiegały stłumione dźwięki.

Pola postawiła krok na miękkiej, tłumiącej odgłosy kroków wykładzinie. Szła powoli, prowadzona przez zmysły. Słyszała szepty – niskie, gardłowe, pozbawione pośpiechu. Gdzieś z boku dobiegł ją cichy, urwany jęk, który nie brzmiał jednak jak ból, lecz jak ostateczne, głębokie poddanie. Ale najbardziej hipnotyzujący był inny dźwięk. Rytmiczny, suchy, ostry.

_Smagnięcie._ Pauza. Głęboki oddech. _Smagnięcie._

Pola poczuła, jak na jej skórze pojawia się gęsia skórka. Każdy por jej ciała zareagował na to nieznane dotąd napięcie. Przesunęła się w stronę jednej z większych, półotwartych przestrzeni, częściowo przesłoniętej misternie rzeźbioną, drewnianą barierą.

Wewnątrz, na lekkim podwyższeniu, w kręgu ciepłego, punktowego światła, rozgrywała się scena, która odebrała jej dech w piersiach.

W centralnym punkcie znajdował się wysoki, drewniany stelaż, do którego za przeguby dłoni, skórzanymi mankietami, przymocowana była kobieta. Była naga, plecami odwrócona do sali. Jej skóra lśniła od potu i delikatnego olejku, a na jej łopatkach malowały się już pierwsze, różowe ślady. Obok niej stał mężczyzna.

Pola rozpoznała go natychmiast, choć dotychczas widziała go jedynie z dystansu, gdy w nienagannie skrojonym garniturze przechodził przez recepcję, wydając ciche instrukcje menedżerowi. To był Maksymilian. Współwłaściciel „Labiryntu”. Człowiek, o którym krążyły legendy – że jest bezwzględnym biznesmenem, genialnym strategiem i człowiekiem o lodowatym sercu.

Teraz jednak wyglądał inaczej. Nie miał na sobie marynarki. Rękawy jego śnieżnobiałej koszuli były podwinięte do łokci, ukazując silne, pokryte męskimi włosami przedramiona. Górne guziki koszuli były rozpięte, a w jego dłoni spoczywał długi, elastyczny skórzany bat – tzw. _flogger_ o dziesiątkach wąskich rzemieni.

Maksymilian poruszał się z gracją drapieżnika. W jego ruchach nie było grama brutalności, gniewu czy pośpiechu. Każdy gest był precyzyjny, wyliczony, wręcz ceremonialny. Pola patrzyła jak zahipnotyzowana, gdy mężczyzna podszedł do kobiety, uniósł dłoń i delikatnie, niemal czule, przesunął palcami po jej plecach, uspokajając jej oddech. Szepnął coś, czego Pola nie mogła usłyszeć, ale kobieta na stelażu skinęła głową, lekko napinając ciało w oczekiwaniu.

Maksymilian cofnął się o krok. Uniósł ramię. Jeden płynny ruch i rzemienie z suchym trzaskiem opadły na skórę kobiety. Kobieta wydała z siebie cichy, gardłowy dźwięk – mieszankę skargi i ekstazy, a jej ciało zadrżało, po czym natychmiast się rozluźniło, jakby spłynęło z niej całe napięcie tego świata.

Pola poczuła, że brakuje jej tchu. Jej własne serce kołatało jak oszalałe, a w podbrzuszu poczuła nagłe, pulsujące ciepło, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. To nie było obrzydzenie. To była czysta, pierwotna fascynacja. Zrozumiała, że patrzy na coś absolutnie intymnego, na mistyczny taniec władzy i zaufania, w którym ból staje się kluczem do wolności.

Zrobiła pół kroku w tył, chcąc ukryć się głębiej w cieniu, ale jej obcas niefortunnie stuknął o metalową listwę maskującą kable na podłodze.

Dźwięk był cichy, ale w tej napiętej, pełnej skupienia przestrzeni brzmiał jak wystrzał z pistoletu.

Maksymilian zamarł. Nie odwrócił się gwałtownie. Jego ruchy wciąż były spokojne. Powoli opuścił rękę z batem, po czym wziął wiszący na krawędzi stelaża satynowy szlafrok i delikatnie okrył nim ramiona swojej partnerki. Szepnął jej kilka słów, ucałował w czubek głowy i pomógł jej odpiąć mankiety. Kobieta, z uśmiechem pełnym błogiego spokoju, ukłoniła mu się lekko i odeszła w stronę bocznych pomieszczeń.

Dopiero wtedy Maksymilian odwrócił się w stronę, z której dobiegł dźwięk.

Jego oczy – ciemne, przenikliwe, o stalowym odcieniu – natychmiast odnalazły Polę ukrytą w cieniu kotary. Dziewczyna poczuła, że nogi wrastają jej w ziemię. Chciała uciekać, ale magnetyzm jego spojrzenia paraliżował ją skuteczniej niż jakakolwiek fizyczna bariera.

Maksymilian powoli ruszył w jej kierunku. Każdy jego krok skracał dystans, który dzielił ją od nieuchronnego wyroku. Pola widziała, jak na jego twarzy nie maluje się gniew, lecz chłodna, analityczna ciekawość. Zatrzymał się zaledwie dwa kroki od niej. Był wysoki, pachniał tytoniem, skórą i czymś głębokim, co kojarzyło się z lasem po deszczu.

– Recepcja powinna być zamknięta o trzeciej – powiedział. Jego głos był niski, aksamitny, o głębokim rezonansie, który wibrował w jej klatce piersiowej.

– Ja… przepraszam – wykrztusiła Pola, nienawidząc siebie za to, jak bardzo jej głos zadrżał. – Znalazłam kartę. Chciałam tylko… odnieść ją na miejsce.

Maksymilian spojrzał na jej dłoń, w której wciąż kurczowo zaciskała matowy plastik. Na jego ustach pojawił się ledwo zauważalny, ironiczny uśmiech.

– Odnieść ją na poziom -1? Interesująca dedukcja, Polu.

Fakt, że znał jej imię, sprawił, że poczuła dreszcz na plecach. Oczywiście, że znał – był jej pracodawcą, nawet jeśli nigdy wcześniej osobiście z nią nie rozmawiał.

– Nie powinnam tu być. Już wychodzę. – Spróbowała go ominąć, ale on zrobił jeden precyzyjny krok, blokując jej drogę. Nie dotknął jej, ale jego bliskość była fizyczną barierą.

– Zasady tego klubu są jasne. Ktokolwiek schodzi tu bez zaproszenia, kończy swoją karierę w tej samej chwili. Wiesz o tym? – zapytał, pochylając się lekko ku niej.

Pola skinęła głową. Jej oddech był szybki, płytki. Patrzyła na jego rozpięty kołnierzyk, na mocną linię szczęki. Czuła się niesamowicie mała, bezbronna, a jednocześnie… ta bezbronność sprawiała jej dziwną, perwersyjną przyjemność. Po raz pierwszy w życiu nikt od niej niczego nie oczekiwał. Była tylko dziewczyną, która popełniła błąd i teraz całkowicie zależała od woli stojącego przed nią mężczyzny.

Maksymilian przyglądał się jej przez długą chwilę. Jego wzrok przesunął się po jej gładko zaczesanych włosach, drobnej szyi, na której pulsowała żyłka, aż po palce stóp zaciśnięte w szpilkach. Widział jej lęk, ale widział też coś innego – fascynację, która rozszerzyła jej źrenice i sprawiła, że jej usta były lekko uchylone.

– Widziałaś, co robiliśmy – stwierdził, a to nie było pytanie.

– Tak – szepnęła.

– Co poczułaś? – Jego głos złagodniał, stał się niemal hipnotyzujący, jak u psychologa, który próbuje dotrzeć do najgłębiej skrywanych sekretów pacjenta.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij