-
nowość
Ten thousand steps - ebook
Ten thousand steps - ebook
Woda nie zapomina.
Tak samo jak ból.
Po samobójstwie matki Millicent Prescott przestaje mówić. Zamknięta w sobie, funkcjonuje tylko dzięki rutynie: każdego dnia robi dziesięć tysięcy kroków, z nadzieją, że dzięki temu nie straci resztek kontroli.
Kiedy jej ciocia nie potrafi już do niej dotrzeć, wysyła ją do ojca, którego Millie nigdy nie znała. Nowy dom okazuje się daleki od bezpiecznego. Przyrodni brat traktuje ją jak intruza, a napięcie między domownikami jest wyczuwalne od pierwszego dnia.
Pojawia się też Isaac, który niespodziewanie wyciąga do Millie rękę.
W pewnym momencie dziewczyna staje się przedmiotem zakładu.
Wygra go ten, kto sprawi, że ona znów zacznie mówić.
Z czasem między Millie a Isaakiem nawiązuje się specyficzna i mocna więź, ale kiedy prawda o zakładzie wychodzi na jaw, dziewczyna musi zdecydować, czy jest jeszcze w stanie komuś zaufać.
I czy tym razem naprawdę chce wrócić na powierzchnię.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67558-56-3 |
| Rozmiar pliku: | 785 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Millie
Tonąć albo płynąć
Dlaczego biegnę, kiedy nikt mnie nie goni?
I płaczę, kiedy nic mnie nie boli?
Kiedy nie czuję niczego oprócz pustki?
Millie, musisz zacząć ze mną rozmawiać.
Głos ciotki Jude przerwał ciszę przy stole. Podniosłam na nią wzrok, bawiąc się skrawkiem serwetki. Ona nie rozumiała. Nie rozumiała tego, że tonęłam we wspomnieniach. Morzu łez, które wylewało się ze mnie niczym fale na brzeg. Każde słowo wydawało się kamieniem, ciągnącym mnie w dół. Sylaby – brzmiały jak echo krzyku, jakiego nikt nigdy nie usłyszał. A ten, co chwila rozbrzmiewał w mojej głowie, przypominając o tym, co wydarzyło się kilka miesięcy temu – spokojną twarz mamy zanurzoną w wannie pełnej wody. Jej zamknięte oczy, przez co wyglądała, jakby śniła najcichszy ze snów. I już więcej się z niego nie obudziła.
– To już pół roku.
Pół roku bólu, płaczu i cierpienia wracającego na nowo.
– Jestem zmęczona, Millie.
Ja też byłam.
Codzienną walką z myślami oraz aby utrzymać się na powierzchni, chociaż każdego dnia miałam na to coraz mniej siły.
– Nie umiem do ciebie dotrzeć.
A ja nie umiałam dotrzeć do brzegu. Dryfowałam. Podtapiałam się. Dusiłam i dławiłam. Wszystko to trzymałam w sobie. Milczałam, bo to o wiele łatwiejsze od tłumaczenia. Dlaczego mama mnie zostawiła? Dlaczego nie było mnie przy niej?
To o wiele łatwiejsze niż zmierzenie się z prawdą, że nawet gdybym pojawiła się w tej łazience kilka minut wcześniej, nic by się nie zmieniło.
Że czasem miłość nie wystarcza, by kogoś ocalić.
Ciotka westchnęła ciężko i odsunęła talerz. Najwyraźniej straciła apetyt nie tylko na kolację, ale i rozmowę, której prowadzenie wydawało się bezcelowe. Przetarła bladą twarz dłońmi, po czym po raz ostatni zobaczyłam jej delikatny uśmiech.
Ciotka Jude była piękna. Wyglądała jak porcelanowa lalka, ze złotymi włosami, dużymi błękitnymi oczami i zadartym nosem. Uwielbiała się przemądrzać. Uwielbiała rywalizować z mamą. Uwielbiała mówić, że wszystko da się naprawić, jeśli tylko człowiek się postara. A ja wykańczałam ją swoją obecnością.
– Nie jestem w stanie ci pomóc – ciągnęła, a ja nadal wpatrywałam się w nią, niezdolna do wypowiedzenia krótkiego „okej”.
Nie mogłam się złościć. Nie mogłam mieć do niej pretensji. Nikt nie potrafił mi pomóc, ponieważ nie przyjmowałam żadnej pomocy. Brałam ją w dłonie, a potem zatapiałam się razem z nią. Ściągałam na samo dno i na końcu wypuszczałam, lecz nie wracała razem ze mną.
Odchodziła.
Wszyscy odchodzili.
– Dlatego postanowiłam, że skontaktuję się z twoim ojcem.
W tonie jej głosu usłyszałam cień żalu, może i nutkę obawy, ale nie zareagowałam. Zamrugałam, wciągnęłam powietrze nosem i pokiwałam głową, udając, że ta informacja nie zrobiła na mnie wrażenia. W rzeczywistości jednak pragnęłam zawyć. Krzyknąć, uderzyć pięścią w stół.
Ojciec.
Ja nigdy nie miałam ojca.
Zamiast tego otworzyłam notes, który nosiłam przy sobie. Sięgnęłam po długopis. Napisałam:
Kiedy mam się spakować?
– Najlepiej jeszcze dziś. Mark przyjedzie po ciebie z samego rana.
A więc to moja ostatnia noc w tym mieszkaniu. Z tą kobietą. W mieście, które niegdyś było dla mnie tak ważne, a teraz cholernie obojętne. Pokiwałam głową, wstając od stołu. Ciotka podniosła się razem ze mną, po czym wyciągnęła dłonie w geście pocieszenia.
– Proszę, nie gniewaj się na mnie. Czasami…
Nie chciałam płakać, a mimo to poczułam na policzku pojedynczą łzę. Nie potrafiłam objąć ciotki. Ani podziękować za te sześć miesięcy, podczas których nie raz rzucała mi koło ratunkowe.
Minęłam ją i udałam się do swojego pokoju z niewielkim oknem na świat. Zamknęłam się w nim na klucz, odetchnęłam głośno i zsunęłam po drzwiach na podłogę, która skojarzyła mi się teraz ze wzburzonym oceanem. I to nie tylko przez łzy, które kapały ciurkiem, rozmazując mi obraz, ale również ze względu na chaos w mojej głowie. Sztorm ściskający płuca.
Powietrza.
Potrzebowałam powietrza.
To natomiast miało zapach zgniłych wodorostów i deszczu, który właśnie zaczął bębnić o parapet.
Wstałam powoli, mając wrażenie, że ciało sprzeciwia się każdemu ruchowi. Jakby każda kość stała się cięższa, zrobiona z ołowiu. Podciągnęłam rękawy bluzy i podeszłam do walizki otwartej w kącie pokoju. Ciotka musiała wyciągnąć ją ze strychu.
Nie wiedziałam, co spakować.
Co zabiera się w podróż do człowieka, który nigdy wcześniej nie istniał w moim życiu? Książki z bezsennych nocy, ubrania, w których chowałam się przed światem, a może rzeczy przypominające mi o mamie? Wszystko wydawało się niewłaściwe.
Nie mogłam po prostu utonąć. Za każdym razem, kiedy byłam temu bliska, jakaś niewidzialna ręka chwytała mnie za ramiona i ciągnęła w górę. Czy była to mama, czy mój strach o to, że nawet jeśli powtórzę jej kroki, nie odnajdziemy się z powrotem?
Kucnęłam i spojrzałam na nadgarstek, na którym znajdował się zegarek do liczenia kroków. Słaba jarzeniówka wisząca nade mną mrugała leniwie, rzucając na ścianę blade cienie. Rozświetlała nieśmiało liczbę dziesięciu tysięcy.
A ta każdego dnia pokazywała mi, że może nie wszystko jeszcze skończone. Że może gdzieś na końcu drogi czeka mnie ulga. Ostateczność. Nieważne jaka.
Psycholożka, do której chodziłam na terapię, mówiła, że najtrudniejsze jest znalezienie powodu, by wstać z łóżka. Że w moim przypadku tym powodem stały się kroki. Że jeśli każdego dnia znajdę siłę, by zrobić ich dziesięć tysięcy, to znaczy, że jeszcze daję radę żyć. Nie byłam pewna, czy w to wierzę.
Jednak wiedziałam, że wciąż oddycham. To musiało na razie wystarczyć.
Przetarłam policzki rękawem bluzy i wyjęłam z szafy kilka rzeczy, ledwo myśląc o tym, co pakuję. Wrzucałam je mechanicznie. Walizka wydawała się tylko kolejnym elementem przypominającym mi, jak niestabilne życie wiodłam. Tak samo jak pociąg, którym jechałam do ciotki pół roku temu, albo samochód Marka, który stanie jutro pod moim blokiem. Jak każda decyzja podejmowana całkowicie z inicjatywy innych, bo sama nie potrafiłam podjąć żadnej.
Położyłam się na łóżku i wpatrywałam w sufit. Przez szparę w zasłonach widziałam błysk latarni, której światło pulsowało w rytm mojego oddechu.
Jutro miało być inne.
Jutro miało być nowe.
Ale ja wciąż byłam tą samą Millie.
Millicent Topielicą Prescott.
Bo wcale nie posiadałam obsesji na punkcie wody. Bo wcale kilka miesięcy temu nie chciałam naprawdę się utopić.
Chciałam. I to na oczach całej szkoły.
Klasowa wycieczka nad morze z założenia powinna być zwyczajnym wydarzeniem, które wszyscy będą wspominać jako czas beztroski i śmiechu. Wiedziałam jednak, że dla mnie oznaczała coś innego.
Ostatecznego.
Stałam na brzegu. Na zimnym piasku. Chmury były gęste, a fale uderzały o linię brzegu, jakby usiłowały coś powiedzieć. Wtedy myślałam, że to wezwanie. Że morze chce mnie przyjąć. Że tam, w jego głębinach, odnajdę spokój, którego nie umiałam znaleźć na powierzchni.
Weszłam między fale. Najpierw ostrożnie stawiając kroki w lodowatej wodzie, opływającej mi kostki. Głębia zaczęła mnie pochłaniać. W tamtym momencie wydawało mi się, że naprawdę czekała, aż do niej dołączę.
Zanurzyłam się i wstrzymałam oddech.
Pod wodą odnosiłam wrażenie, że się rozpływam, niczym rozmyta na płótnie farba, niczym szept gubiący się na wietrze. Zaczęła mnie otulać ciemność. W głowie powoli zapadała cisza – pierwsza od wielu miesięcy. Nie było już krzyków, wspomnień, wyrzutów sumienia. Tylko spokój.
Jednak wtedy coś albo ktoś szarpnęło mnie do tyłu. Silne dłonie zacisnęły się na moich ramionach i brutalnie wyrwały z objęć wody. Walczyłam, ponieważ nie chciałam wracać. Nie chciałam znowu czuć ciężaru własnego istnienia.
Trafiłam do szpitala i na usta całego liceum.
Przecież to takie zabawne, prawda?
Boli cię dusza, boli cię życie, boli cię wszystko inne, a dla ludzi dookoła to żart. Jeden wielki żart.
Okryło mnie zimno, którego przez dłuższy czas nie mogłam się pozbyć. Ręce drżały, gdy próbowałam podnieść kubek herbaty podczas pobytu w szpitalnej sali. To wszystko wystarczyło, by ludzie w końcu dostrzegli mój ból.
To, że przestałam mówić, nie miało znaczenia.
Potrząsnęłam głową i wcisnęłam ją w miękką poduszkę. Powinnam przejąć się wyjazdem. Przecież ojciec mieszkał po drugiej stronie kraju, w małym miasteczku. Ze swoją prawdziwą rodziną.
Mama rzadko mi o niej opowiadała. Raz czy dwa napomknęła, że był to przelotny romans. Nic poważnego. Żebym więcej o to nie pytała, ponieważ on miał swoje życie z żoną i synem, a ona miała swoje ze mną.
Przez te siedemnaście lat wiązała się z wieloma mężczyznami, ale żaden z nich nie pozostawał na dłużej. Nie zastępował mi taty, nie uczył jeździć na rowerze, wiązać butów, czy nie pomagał w matematyce, z którą mama miała problemy.
Żaden z nich nigdy nie nazwał mnie córką, nawet kiedy planował się z nią ożenić.
Nie bolało.
Mama była wszystkim.
Jednak najwyraźniej ja nie znaczyłam dla niej wystarczająco dużo.
Może i zostawiła po sobie list, którego do tej pory nie przeczytałam. Może i ciotka tłumaczyła, że czasami ludzie są w takim amoku i cierpieniu, że nie mają pojęcia, co robią. Nie myślą racjonalnie. Chcą po prostu odetchnąć.
Jak ja każdego dnia.
U mamy nie było tego w ogóle widać. Nikt nie zauważył żadnego cholernego zalążka tego, że coś jest nie tak. Zachowywała się jak zwykle. Uśmiechała, żyła. Piekła te swoje babeczki. Oglądała ckliwe filmy. Mówiła, że mnie kocha. A potem… po prostu się utopiła. Nie bacząc na to, że zostawia mnie samą.
Nie myśląc o tym, że była moim światłem.
Pieprzonym drogowskazem, za którym chciałam podążać.
Skończyłam pakowanie, a chwilę później zamknęłam oczy, jednak sen nie przychodził. Zmusiłam się do wstania i sięgnięcia po tabletki z dna szuflady stojącej przy łóżku szafki. Momentami nachodziła mnie nieodparta chęć wzięcia ich wszystkich naraz.
Czasami wręcz przeciwnie, nie chciałam ich przyjmować wcale.
Funkcjonowanie w tym stanie to sinusoida. Wznoszenie się i opadanie. Ciągłe być albo nie być. Tonąć lub płynąć.
Nie umiałam ani jednego, ani drugiego.
Usiadłam na krawędzi łóżka. Dwie gorzkie tabletki rozpuszczały się na języku. Skupiałam uwagę na ich smaku, teksturze. Na tym, jak te dwie małe pastylki co noc sprawiają, że na kilka nieśmiałych godzin ból mija. Demony odlatują. Nie czuję ich na swoich barkach.
Jestem lżejsza.
Później przychodził kolejny świt. Rany znów się otwierały, jakby noc była tylko cienką warstwą opatrunku, który łatwo zdjąć. A ja ponownie się zanurzałam w mętnej wodzie, usiłując się poruszać. Była ciężka, gęsta i pełna zawiesiny. Każdy ruch wzburzał osad z dna. Oblepiał skórę, wdzierał się w pęknięcia. Wypełniał rany i sprawiał, że piekły bardziej.
Auto ojca stało już przed blokiem. Przez małe okno obserwowałam, jak ciotka niechętnie wita się z mężczyzną, posyłając mu delikatny uśmiech i wykonując jeszcze delikatniejszy, wręcz niezręczny uścisk dłoni. Przełknęłam z trudem ślinę, rozmasowując obolałą, czerwoną szyję.
Więc, to już koniec?
Odwróciłam się i wlepiłam wzrok w drzwi, chowając dłonie w rękawach poszarpanego, starego swetra. Na zewnątrz było ciepło i duszno, ale ja w pewnym momencie przestałam odczuwać temperaturę tak, jak inni.
Początkowo było to spowodowane ranami.
Potem jednak przestało mnie interesować, co na siebie wkładam. Te swetry i bluzy należały do mamy. Ciągle miały na sobie jej zapach.
Albo było to tylko moim złudzeniem. Nieważne. Przynajmniej działało.
Wstrzymałam oddech, kiedy usłyszałam dźwięk przekręcanego zamka. Chwyciłam za rączkę walizki i wyszłam na korytarz. Chciałam mieć to już za sobą.
Ojciec stał w progu. Zakłopotany, nie wiedząc, co zrobić z rękami. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie uważnie, ale nie w sposób kojarzący się z czułością czy radością. To było bardziej spojrzenie kogoś, kto próbuje przypasować twarz do wspomnień, których nie ma.
Wydał mi się inny, niż sobie wyobrażałam. Nie wyglądał na człowieka, który zbyt długo przebywał w jednym miejscu. Jego włosy były krótkie, ale potargane, zapewne częściej przeczesywane dłonią niż grzebieniem. Broda, pokryta śladami siwizny, nadawała mu surowego wyglądu, nie była do końca równa, jakby golił się w pośpiechu. Zmarszczki na czole i wokół oczu sugerowały, że sporo w życiu widział, choć niekoniecznie to, co powinien.
Miał na sobie znoszoną kurtkę w kolorze ziemi, z rękawami lekko przetartymi na łokciach. Wyglądała na taką, którą zabiera się wszędzie, niezależnie od pogody czy okazji. Pod spodem nosił ciemną koszulę, niedopiętą pod szyją. Ręce, silne i spracowane, trzymał skrzyżowane na piersi, najwyraźniej nie do końca pewien, czy chce tu być.
Rozumiałam go.
Ja też nie chciałam być. Ani tu, ani w ogóle.
– Millicent – odezwał się pierwszy głosem tak szorstkim, że przeszły mnie dreszcze.
Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby mnie tak nie nazywał. Że jestem Millie, nie Millicent, ale tylko na tej ochocie się skończyło.
Nie mówiłam.
I nie zamierzałam zacząć.
W szczególności nie dla niego.