-
nowość
Teoria (prawie) wszystkiego - ebook
Teoria (prawie) wszystkiego - ebook
Neuroróżnorodna historia o miłości
Miłość to coś więcej niż tylko 1+1
Art kocha liczby. Mimi kocha Arta, swojego brata. Ale czuje, że z powodu ciągłego zajmowania się nim jej własne życie przelatuje jej między palcami.
Art jest matematycznym geniuszem, jak ich tragicznie zmarły ojciec. Każdy jego dzień toczy się w tym samym rytmie, jest – musi być – dokładnie taki sam.
Mimi w głębi duszy jest uosobieniem twórczego chaosu. Ale zmusza się do nudnej pracy, by zapewnić bratu dom, jakiego potrzebuje, jaki zapewniliby mu ich rodzice, gdyby wciąż żyli. Aż do dnia, w którym mówi DOŚĆ i postanawia poszukać miłości.
Art sądzi, że ludzie nie nadają się do podejmowania racjonalnych decyzji, zwłaszcza jeśli chodzi o miłość. Od tego są algorytmy. I w myśl swoich przekonań postanawia pomóc Mimi znaleźć idealnego faceta. A kiedy wydaje się, że właśnie takiego spotkała… Art stara się za wszelką cenę odkryć, co z nim jest nie tak. Bo boi się, że odbierze mu siostrę na zawsze…
Życie neuroróżnorodnego rodzeństwa za chwilę zmieni się o 180 stopni.
Czy ich więź to wytrzyma?
Wyjątkowo czuła opowieść, cudownie podnosząca na duchu… Bardzo udany debiut.
Beth O’Leary, autorka Współlokatorów
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-093-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ALE NIE KAŻDEMU SIĘ ONA PRZYTRAFIA…
Z iloma facetami trzeba się spotkać, by mieć pewność, że nie znajdzie się już nikt lepszy? Matematyczny geniusz w rodzinie rozwiąże ten problem i poda plan, który – przynajmniej w teorii – sprawi, że Mimi znajdzie idealnego partnera.
Ale Art nie wziął pod uwagę, że jego siostra nie tak łatwo podda się magii opracowanego przez niego randkowego algorytmu. Zwłaszcza kiedy spotka innego matematyka, takiego jakby bardziej… spod ciemnej gwiazdy. To znaczy, według Arta. Bo Mimi jest nim zachwycona. Jednak Art przekonał się już, że osąd Mimi jest omylny – i doprowadziło to do tragedii. Dlatego tym razem nie zamierza tak łatwo zrezygnować z przekonania, że ma rację.
Czy kochające się rodzeństwo, których wspólne życie od lat biegnie niezmienionym torem, poradzi sobie z zakrętami, jakie szykuje dla nich los?1
Okresowość
2012
Czas (t) = 0
Kiedy otwiera drzwi mieszkania, Mimi wie, że nie może spodziewać się dobrej wiadomości. Jej ciało zna zasady.
– Pani Brotherton? Naomi?
Gestem zaprasza dwoje policjantów do środka. Nie może wypowiedzieć ani słowa.
To mężczyzna i kobieta. Przekraczają próg, strzepując z rękawów nieistniejące pyłki. Przypominają zamachowców samobójców, grubo ubrani, z odznakami, pasami i klamrami, każde ma dużo kieszeni i krótkofalówkę. Ale to nie bombę mają zdetonować, tylko straszną wiadomość.
Zajmują w holu tyle miejsca, że musi przecisnąć się między nimi a ścianą, by zaprowadzić ich do kuchni, gdzie będzie mogła zadać im pytania, na które chyba zna odpowiedź. Czy on nie żyje? Po drodze przesuwa stopą pocztę, jakby chciała posprzątać. Dostrzega na kopercie jego nazwisko. Obciąga sweter i prostuje ramiona, palcem wyciera spod oczu nieistniejące smugi tuszu do rzęs, żeby stawić temu czoło z jakąś niedorzeczną, wymaganą w takich chwilach godnością, zanim wszystko się rozpadnie.
*
Nie da się przygotować człowieka na wiadomość o śmierci ukochanej osoby. Ale w takich sytuacjach obowiązują pewne reguły i Mimi już je poznała.
Może ci poradzić: nie zwlekaj z tym. Ta osoba, którą odwiedzasz, już wie z twojego zachowania, że coś jest nie tak, bo po co miałbyś składać tę wizytę. Nieświadomie wysyłamy niezliczenie wiele sygnałów. Jej ciało i tak przejdzie w tryb awaryjny.
Mów prostym, zwyczajnym językiem. Zacznij od tego, że ten ktoś nie żyje. To nie zostawia miejsca na wątpliwości. Nie używaj eufemizmów, takich jak „odeszli”, „teraz przebywają w lepszym świecie”. Zwłaszcza „opuścili cię” brzmi niefortunnie – spróbuj to sobie wyobrazić.
Najważniejsza jest prawda.
Może będziesz musiał powtórzyć to, co powiedziałeś.
I nie składaj obietnic, których nie jesteś w stanie dotrzymać.
Mimi zawsze czuła wdzięczność, że dowiedziała się od zawodowców. Powiedzieli jej prosto w oczy.
Pamięta ten ostatni raz – siedziała na rogu stolika do kawy, ze wzrokiem utkwionym w zostawionej przez matkę na dywanie metce z pralni. Rozmawiał jej brat. Policjanci wyszli.
– Musimy rozebrać to na części – powiedział Art mechanicznie, w rytmie metronomu. Rozejrzał się wokół, jakby szukał linijki, którą mógłby zmierzyć te części, fragmenty rozbitej całości. – I… – załamał mu się głos – zaplanować naszą wspólną przyszłość.
– Tak – odrzekła Mimi.
A wtedy on po prostu wziął ją za rękę.
*
Tym razem stoi w przejściu boso i nie ma przy niej brata. Policjanci wchodzą dalej w swoich wysokich butach, a ona czuje się jak więzień, za którym podąża jakaś armia – mija lustro, a w nim odbija się zupełnie inna osoba niż ta, która szła holem jeszcze przed minutą. Zerknęła na siebie i wydęła usta.
Policjanci wkraczają do kuchni, wciąż z czapkami w rękach.
– Mogę czymś państwa poczęstować? – pyta.
Herbata dobrze by im zrobiła, ale zawsze odmawiają.
– Nie trzeba, dziękujemy – odpowiada mężczyzna.
– Może wolałaby pani usiąść? – pyta kobieta.
Nie ma już odwrotu.
Mimi opada na ławę, chciałaby przytulić się do brata. Chciałaby, żeby przy niej był, ale zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe.
– Czy chodzi o Arta? Mojego brata?
– Pani Brotherton…
– Czy on nie żyje? – słyszy samą siebie. – Mój brat. Nie żyje, tak?
Pokój się rozmywa, wszystko zmienia postać, materię pochłania światło.
– Pani brat miał wypadek. Jest w szpitalu i…
– W szpitalu? Co z nim? – W jednej chwili chwyta swoją kurtkę.
– Proszę zaczekać chwilę. – Policjant wskazuje ławę. – Może chciałaby pani dowiedzieć się kilku faktów.
Arta potrącił samochód.
Mały samochód.
– No, z tych nie za dużych – poprawia się posterunkowa Payne. – Pani brat został ciężko ranny.
Kierowca się zatrzymał, jest wstrząśnięty, dowiaduje się Mimi. Art nie odzyskał przytomności – zaczepił o boczne lusterko, nie są pewni które, i doznał urazu głowy. Wygląda na to, że wszedł pod koła.
– N-n-nie – wydusza z siebie Mimi. Od razu wraca jej jąkanie. – Dlaczego miałby to zrobić?
Kierowca wezwał karetkę i rozmawiał z policją na miejscu zdarzenia.
– Bardzo mi przykro, pani Brotherton, wiem, że to dla pani trudne. Czy mamy do kogoś zadzwonić?
– N-n-nie. Dziękuję.
– A do kogo sama by pani zadzwoniła w normalnych okolicznościach?
W tej chwili nic nie wydaje się normalne.
Choć początkowo się wzbrania, w końcu dzwoni do swojej przyjaciółki, Rey, ona jednak nie odbiera.
– Mogę też spróbować zadzwonić do mojego chłopaka.
Ale odzywa się poczta głosowa.
– Myślałam, że to on przyszedł. – Głos zamiera jej w gardle.
Proponują, że zawiozą ją do szpitala.
– Dziękuję – odpowiada. – Bardzo dziękuję.
Wkłada buty i narzuca płaszcz. Posterunkowa Payne pomaga jej wsunąć ręce do rękawów.
Wóz policyjny, nieoznakowany, nie ma włączonego koguta. Mimi ze zdziwieniem stwierdza, że jest w stanie podnieść stopy, by wsiąść do środka, i chwilę później ma przed sobą czarny zagłówek. Widzi surowy profil posterunkowego Robertsa, jego mięsiste ucho. Zastanawia się mimowolnie, czy gdyby nie było jej z nimi w samochodzie, przerzucaliby się żartami, jak to widuje się w telewizji.
Przysłuchuje się zgłoszeniom o innych wypadkach. „Więcej obrażeń nie ma, Grosvenor Park – informuje radiostacja. – Wszystko wskazuje na to, że samochód był kradziony”.
– Jedenaście-dziewiętnaście, jedziemy do szpitala – odpowiada posterunkowa Payne, a potem przycisza dźwięk, choć z odbiornika stale dobiegają trzaski. – Ciepło pani? – pyta.
To miłe. Zawracają na końcu ślepej uliczki i przejeżdżają obok znajomych domów w sąsiedztwie – lecz ona czuje się dziwnie, jakby leciała statkiem kosmicznym. Chwyta za klamkę, ale drzwi są zablokowane.
Pomiędzy siedzeniami leży mała klawiatura komputerowa Dell, a w kieszeni za fotelem posterunkowego Robertsa tkwi zgnieciony papierowy kubek.
Za słowami policjantów czy raczej za tym, co nie zostało przez nich powiedziane, czai się bezimienny potwór – sugestia, że Art chciał się zabić.
„Nie to chciałam powiedzieć – przekazuje w myślach bratu, usiłując się z nim skontaktować. – Nie o to mi chodziło”.
Choć oczywiście było inaczej.
– Te liczby zatrzymań i przeszukań są bzdurne – mówi Roberts do Payne. – Jutro rano będzie rzeź.
Musi znaleźć się przy Arcie. Zapewnić go, że jest przy nim. Że nigdy go nie opuści.
Powiedziała mu, że odchodzi. Teraz jednak zawiera umowę.
Proszę, modli się do jakiejś siły wyższej, w którą nie wierzy. Niech on z tego wyjdzie, a obiecuję, że zostanę.
Jadą do Arta.
*
To nie pierwszy układ, na jaki idzie.
Układ, jaki zawsze obowiązywał w jej życiu, wygląda tak: ona jest zwyczajna, żeby Art mógł być wyjątkowy.
„Nie przeszkadzaj mu, jest zajęty”, mawiała jej matka.
Art nigdy nie rozumiał, jak nudna dla innych może być matematyka.
– To nie żadna magia – mówiła mu Mimi. – To zwykła matematyka.
– Och, wcale nie. – W jego oczach zapalało się światło, rozbłyskiwały w nich gwiazdy. – Weź fraktale. – Pokazywał jej zakręcone jak ogon konika morskiego desenie, tworzone przez równania matematyczne. – Są stale powielane, z najmniejszymi, nieskończenie małymi, identycznymi szczegółami, w całej przyrodzie. Ananasy, kryształki lodu, lasy, delty rzek i żyły w twoim ciele. – Ujmował jej rękę i ją odwracał, żeby zobaczyła niebieskie nitki pod bladą skórą nadgarstka. – Zobacz, jak się rozchodzą, rozchodzą, rozchodzą. To wszystko liczby. Kiedy następnym razem będziesz jadła zielonego kalafiora, zwróć uwagę: wzór we wzorze, wzór we wzorze.
Jego dłonie się unosiły, palce układały się jeden na drugim w zakładki, tworząc nawiasy, kreśląc równania po obu stronach, podnosząc wszystko do dziesiątej potęgi, gdy próbował to wytłumaczyć jednym tchem.
Mimi nie mogła złapać ogona komety. Zawsze zostawała w tyle, mocno stojąc na ziemi.
Była tam przez krótki czas, orbitowała we wszechświecie, szukając miłości – własnego życia – ale nic z tego nie wyszło. Musiała zostać w domu, zredukowana znowu do punktu danych w wielkiej, wspaniałej historii genialnego brata i jego tak ważnej matematyki.
*
Drzwi windy otwierają się na drugim piętrze szpitala. Pod zielonymi ścianami zaparkowane są aluminiowe wózki, jak taksówki czekające w kolejce.
Mimi idzie za posterunkową Payne.
– Brotherton? Przywieziony dziś wieczorem?
– Naomi Brotherton – przedstawia się Mimi. – Jestem jego siostrą.
– OIOM. Oddział intensywnej opieki. W głąb korytarza do poczekalni.
Ruszają szpitalnym tunelem. Wszystkie życiowe postanowienia, jakie powzięła na wyjeździe, zostają za nią, oddala się od nich z każdym krokiem.
*
– O mój Boże.
Art leży płasko na plecach – jak w trumnie – a jego szyja tkwi sztywno w kołnierzu ortopedycznym.
Ten widok wprawia ją w oszołomienie. Fluorescencyjne światło potęguje efekt. Mimi czuje, że wzlatuje w powietrze i z góry ogląda dioramę tej sceny.
On, w łóżku, oddycha płytko i miarowo, rurki wznoszą się i opadają w takim samym rytmie jak jego pierś. Rurki, płyny, toksyny. Kable, igły. Łóżka na kółkach. To by mu się nie spodobało. Jej także robi się niedobrze, gdy patrzy na te kółka. Staje w nogach łóżka.
– Czy mogę go dotknąć? – pyta pielęgniarkę.
– Wręcz powinna pani to zrobić. Musimy jakoś sprawić, żeby nie odszedł.
Wciąż z wrażeniem, że się unosi, ujmuje stopy brata, jakby to były pedały. Jakby poprzez jakiś transfer energii mogła przywrócić go do życia.
Koc termoizolacyjny opada między jego nogami, zagłębienie biegnie aż do pachwiny; Mimi dostrzega rzepki w kolanach Arta. Jeszcze zeszczuplał przez ten tydzień, kiedy jej nie było. Jego czoło, jakby z wosku, musi być zimne. Głowa jest trochę odchylona do tyłu, dlatego nos wydaje się większy, przydaje twarzy zarozumiałości.
– Artie – mówi.
Zmusi ciało brata, żeby dało jakiś znak. Ale jego ręce leżą bezwładnie, dłonie są nieruchome, powieki ani drgną. Nie otworzy nagle oczu ani nie wystuka palcem wskazującym powitania.
Palec wskazujący u ręki, którą ona mu złamała. Kiedy to się stało – gdy wydarzyła się cała ta straszna, przerażająca historia – Rey dała jej słowo, że Artowi nic nie będzie.2
Złudzenie planowania
t = rok wcześniej
Jego siostra wierzyła w prawdę i uważała – przeważnie – że należy ją mówić. Art wierzył w fakty.
Stał przed dużym lustrem, podczas gdy krawiec, żeby poznać fakty o ciele klienta, brał miarę od pachy do biodra. Mięsień w boku Arta drgnął, była to odruchowa reakcja, gdy do jego czystej koszuli zbliżyły się na dwa centymetry włosy mężczyzny, ociekające błyszczącą pomadą.
Zakład krawiecki istniał tu od 1689 roku. Informował o tym złoto-zielony szyld nad wejściem, nagłówek na papierze firmowym i haft na klapach garniturów. Art przebywał w tym miejscu od jedenastu minut. Ale, by użyć metafory, miał wrażenie, że sam jest tu od 1689 roku. Faktem było, że… Mimi się spóźniała.
I jeszcze zaczęło padać. Żeby nie myśleć o tym wszystkim, Art zajął się swoją ulubioną grą. Co by się zmieniło, tu, w tej pracowni, gdyby zagadnienie matematyczne, któremu poświęcił życie, słynny problem milenijny, P kontra NP, zostało rozwiązane? Zwykle napawał się wszelkimi możliwościami, nawet jeśli miałby to być chaos i zniszczenie. Jednak w wyłożonym dywanami stylowym wnętrzu zakładu krawieckiego, miejscu, w którym faktury wciąż wystawiano ręcznie, trudno było sobie coś takiego wyobrazić. Przypuszczał, że za pomocą równania można by wyznaczyć porządek, który pozwalałby w najbardziej efektywny sposób brać miarę: od głowy do podeszwy stopy, szyi, pleców, pasa, nadgarstka. Tym się zajął – jak wyznaczyć krawcowi najlepszą drogę wokół ciała klienta. Nie doprowadziłoby to do armagedonu ani pokoju na ziemi, ale to zawsze coś. Na karku czuł oddech krawca. Taka bliskość innej istoty ludzkiej wywoływała u niego gęsią skórkę. Wolałby, żeby nie było to dla niego tak trudne.
Krawiec, z ołówkiem w zębach, zamaszystym gestem rozwijał centymetr. Art wyobraził sobie, jak opowiada Mimi: „Wymachiwał nim jak dyrygent batutą w operze”. Wiedział, że to by ją rozbawiło.
Wreszcie ją zobaczył, właśnie mijała powiewające na wystawie bezgłowe akademickie czarne togi i umykała przed ulewą, aż skryła się w zadaszonym wejściu. Ociekająca deszczem i zarumieniona, próbowała odwinąć szalik z szyi, ale tylko go zacisnęła, sama się przyduszając. Kiedy otworzyła drzwi, zabrzmiał staroświecki dzwonek. W słoneczny dzień włosy Mimi miały połysk miedzianej patelni. Tego dnia kojarzyły się raczej z kolorem farby podkładowej. Były zbyt cienkie, żeby kręcić się albo puszyć, więc, mokre, przylgnęły do jej twarzy.
Kiedy mu powiedziała, że nie chciała się spóźnić, pewnie mówiła prawdę.
– Przepraszam. Metro.
– Nie uwzględniłaś zmiennych w podróży. – Art miał na myśli odległość w kilometrach, porę dnia, natężenie ruchu drogowego. Wiedział, że pogoda i londyńska komunikacja stwarzają niekończące się matematyczne wyzwania. – Ani dodatkowych pięciu minut na znalezienie kluczy.
Czy się spóźniła, czy nie, cieszył się, że już jest na miejscu.
*
Mimi schowała szalik do torby, żeby później o nim nie zapomnieć, i wierzchem dłoni odgarnęła włosy z twarzy. Jej brat stał z opuszczonymi wzdłuż boków rękami, jak marionetka, podczas gdy krawiec mierzył obwód jego uda. Przymiarka już się zaczęła.
– Tak, tak – odpowiedziała na jego wymówki.
– Ulegasz złudzeniu planowania, Mimi – oznajmił. – Zawsze sądzisz, że potrzebujesz mniej czasu, niż rzeczywiście wymaga jakaś czynność.
– Prawdę mówiąc, planowanie życia to w ogóle ułuda – zauważyła.
– Cha, cha, cha.
Takie rozmowy miały dobrą energię i stanowiły część codziennego ping-ponga między nimi, Mimi je lubiła. Pod nieobecność Arta nawet układała sobie w głowie podobne wymiany zdań, a jego opinie służyły za bariery dla jej rozbieganych myśli.
Nie powiedziała jednak bratu, że przed wyjściem spędziła co najmniej dziesięć minut w toalecie; czytała horoskop sprzed siedmiu lat, który kiedyś dostała od Rey, i usiłowała rozstrzygnąć, czy się sprawdził. Wynikało z niego, że bywa zbyt surowa dla siebie, że jej Księżyc z jej Marsem są w opozycji i że powinna pomyśleć o pracy związanej z projektowaniem.
Dołączyła do Arta w pracowni krawieckiej, bo na to nalegał.
– Ojej – powiedziała, gdy poprosił ją o to przy śniadaniu. – Muszę?
– Pomyślałem, że ci się spodoba. Te togi zaprojektowała Vivienne Westwood.
– Nie zrobiłyby na mnie wrażenia, nawet gdyby zostały zaprojektowane przez samego Pitagorasa.
Podała mu mleko.
Art się zaśmiał.
– Tylko będzie mi smutno – wyjaśniła.
Na każdym wydarzeniu związanym z karierą akademicką brata, nawet przy tak skromnej okazji jak przeróbka togi, jeszcze dotkliwiej odczuwała brak rodziców.
– Proszę pana? – zwrócił się do Arta krawiec. – Mógłby pan wybrać jakiś dodatek z koralowego jedwabiu? W kolorze Wydziału Matematyki? Na przykład krawat. – Spod szklanej lady wyjął pudełko. – Niektórzy panowie lubią spinki do mankietów.
– Mam wystarczająco dużo spinek do mankietów – odrzekł.
Podciągnął rękaw, żeby pokazać nadgarstek. Nosił wyłącznie spinki po ojcu.
– A co powiesz na koralowe skarpetki? – podsunęła Mimi.
Krawiec szybko przesunął wzrokiem do półki ze skarpetkami i z powrotem, po czym zaproponował im asortyment w barwach od pomarańczowej do różowej.
Kolor nie jest czymś bezwzględnym ani faktem. Stanowi istny koktajl składowych, powierzchni i światła, jest wytworem oka i mózgu. Przed laty świadkowie opisywali samochód ich rodziców jako czerwony. Mówili prawdę – widzieli czerwony wóz. Według Mimi był fioletowy. Przez chwilę sądziła, że pomylili samochody. Ale kolor, jak piękno, zależy od patrzącego. Podobnie jest z prawdą. Fiolet Mimi był dla kogoś innego czerwienią.
Gdy Mimi się wydawało, że Art jest już skłonny do współpracy, rozległ się dzwonek. Brat drgnął. Wolałby, żeby nikogo więcej z nimi nie było.
– Przymiarka togi dla pracowników z doktoratem? – zagadnęła klientka, młoda kobieta. – Prawo?
Mimi ze smutkiem szybko przekalkulowała, na jakim szczeblu kariery akademickiej byłaby, gdyby nie rzuciła studiów uniwersyteckich na pierwszym roku.
Mężczyzna za ladą z konsternacją przerzucił strony terminarza wstecz i naprzód, mamrocząc: „Godziny się nałożyły” i rozglądając się w poszukiwaniu winnego.
– Nie mam czasu, żeby czekać – oznajmiła kobieta. – Wrócę po swoim wykładzie o prawie dowodowym.
Art rozluźnił zaciśniętą szczękę.
– Zdaje się, że krawiec jest równie kiepski w organizacji czasu jak ty – zauważył, gdy Mimi przesuwała palcem po rypsowym obszyciu aksamitnego kapcia.
– Uhm – bąknęła w odpowiedzi.
„Nie mam czasu, żeby czekać”. Ona sama spędziła pół dnia w muzeum i oprócz przygotowania kolacji nie musiała myśleć o niczym innym – ani o nikim.
„Prawo dowodowe”. Dowody, tak inaczej Art nazywał fakty. „Weź pod uwagę dowody – mawiał, eliminując podejrzanych, kiedy siedzieli na kanapie i oglądali seriale kryminalne. – Moira widziała ją u fryzjera!” Mimi mogłaby przez cały dzień mieć przed oczami dowody; rzeczywiście nadawały wydarzeniom jakiś kształt. Jednak kryjąca się za nimi istota rzeczy zawsze pozostawała dla niej nieuchwytna.
Dowód w postaci fioletowego/czerwonego samochodu i prawda o tym, co się zdarzyło, żyły w dwóch różnych częściach jej ciała.
Krawiec zniknął za kotarą. Art stał w miejscu, odwrócony tyłem do siostry, z rękami wzdłuż boków – to mu wyraźnie wystarczało, świadomość, że ma ją przy sobie.
Powietrze ani drgnęło. Mężczyzna za ladą nałożył skuwkę na pióro i nalał wody z dystrybutora do plastikowego kubka; Mimi usłyszała na końcu głośny bulgot, gdy do pojemnika dostało się powietrze.
Miała trzydzieści lat. Pomyślała, że się starzeje.3
Wibracje
To nie była do końca prawda, że Mimi nie miała nikogo oprócz brata. Miała Rey, przyjaciółkę, i uwielbiała ją. Tydzień po przymiarce stała obok niej w wysoko sklepionej sali Tate, kontemplując zamazany, nieostry portret autorstwa Richtera.
– Jestem opiekunką trzydziestosześciolatka – powiedziała Mimi. – A teraz jeszcze ta toga. Widzę, jak osiąga każdy kolejny kamień milowy w życiu.
– Dobiłoby mnie, gdybym musiała nosić coś takiego – odrzekła lekko Rey, ale odwróciła głowę i popatrzyła na Mimi; długie rzęsy przyjaciółki kłuły powietrze niczym czułki.
*
Jako dziesięciolatka Mimi zauważyła, że naprzeciwko wprowadza się nowa dziewczynka. Następnego dnia pojawiła się przed drzwiami jej klasy. Czarne włosy miała związane w kucyki po bokach głowy. Wysokie łukowate brwi stanowiły ramę dla błyszczących oliwkowych oczu.
Miała na imię Sareyina. Podwójna pułapka – w postaci „s” i „n”.
Stała oparta o ścianę z czerwonej cegły, gdy Mimi do niej podeszła.
– S-s-sa-rey-in-n-na – podjęła próbę. Czuła, że pali ją twarz. – S-s-sa-rey… Sa-sa… – Pragnienie, by zaprzyjaźnić się Sareyiną, wzbierało w niej aż od spodu stóp. – P-p-przepraszam – powiedziała.
– Mów mi Rey – odrzekła Sareyina. Uśmiechnęła się. – Masz fajny kolor włosów. Rude, w kolorze ambrowca amerykańskiego.
*
Jadły bajgle w kawiarni przy galerii i Rey opowiadała Mimi o swoim ostatnim zleceniu jako dźwiękowca na planie serialu telewizyjnego o kartelu narkotykowym.
– Jestem niezależna, mogę rozrywać plastikowe worki z mąką, tupać po podłodze. Nie muszę nawet oglądać materiału filmowego… takie tempo. – Zaśmiała się. – Szaleństwo. Ale świetnie się bawię.
Rey mówiła dalej o zakłóceniach powodowanych przez mikrofony i rekwizyty, a Mimi usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio sama dobrze się bawiła.
Pewnie w zeszłym roku, gdy Rey wróciła na Muriel Grove po ośmiu latach spędzonych z ojcem w Lagosie. Po kilku latach życia między jedną krótką wizytą przyjaciółki i drugą Mimi ucieszyła się, że znowu zamieszkała ona w starym domu po przeciwnej stronie ulicy. Mama Rey wyprowadziła się do swojego długoletniego przyjaciela. Nie chciała sprzedawać domu, bo ceny nieruchomości wciąż rosły, a Rey to pasowało. W pierwszy weekend po powrocie zaprosiła Mimi na przyjęcie halloweenowe. W pracy, w jednym z działów biblioteki i archiwów Natural History Museum, Mimi zwykle z okazji Halloween jadała ciastko w kształcie pająka, kupione w Sainsbury, z dwiema koleżankami, które szybko się zbierały, żeby razem ze swoimi wnukami płatać psikusy.
Rey przebrała się za pirata. Włosy miała w nieładzie, jak ptasie gniazdo, i założyła pas stolarski, w który wetknęła udawane noże. Mimi, w bluzie w czerwono-białe paski, rodem z serialu _Gdzie jest Wally?_, od czasu do czasu samotnie podrygiwała do muzyki. Nie była to szczególnie upojna zabawa.
Rey zaprosiła też Arta.
– Przyszedłbym, choćby tylko po to, żeby wykazać dobrą wolę – powiedział do Mimi. – Ale oboje wiemy, że ponieważ nie ma nikogo, kto byłby gotów ze mną rozmawiać, stałbym tylko przy bufecie, z bólem głowy i palcami pomarańczowymi od sztucznie barwionego dmuchanego ryżu.
– Wdzieram się do brytyjskiego przemysłu filmowego – opowiadała wszystkim Rey, odpierając zaloty na wpół pijanych mężczyzn, którzy prawili jej komplementy, że wygląda jak dwudziestolatka, jakby nic innego nie chciała usłyszeć.
Dziesięć miesięcy później była już właścicielką firmy zajmującej się postprodukcją dźwięku, jeździła furgonetką z napisem „Sister in Sound” na boku i miała jamniczkę o imieniu Rizla. I rozbijała się po Londynie jak postać z gry komputerowej.
– W każdym razie – podsumowała Rey – nic dziwnego, że nie jest to dobry czas na facetów.
Nagle, siedząc na lepkim kawiarnianym krześle, Mimi dopadł żal. Zakryła dłońmi twarz. Uważała, że kiedy płacze, brzydko wygląda.
– Och, Mimi. O co chodzi?
– O całe moje cholerne życie – odpowiedziała Mimi z twarzą ukrytą w dłoniach. – Opiekuję się Artem i siedzę w muzealnej umieralni, nie robię nic innego. O tym, że nie jestem w żadnym związku, już nie wspomnę.
– O rany, Mi. Bycie w związku to wcale nie taka rewelacja, jak się wydaje – odparła Rey. – Uwierz. A co do reszty: musisz częściej wychodzić z domu. – Od lat namawiała Mimi, żeby coś zrobiła ze swoim życiem. – Przecież sama to wiesz. – Położyła ciepłą dłoń na jej kolanie. – Artowi nic nie będzie, jeśli trochę pożyjesz. Pewnie myślisz inaczej. Ale… – Umilkła. Wydęła usta, jak zawsze, gdy się namyślała. Nagle pokręciła głową. – Że też wcześniej na to nie wpadłam.
Rey potrzebowała asystentki. Mimi potrzebowała życia.
To brzmiało jak plan. Co prawda spóźniony o jakieś siedem lat.
Ruszyły w drogę powrotną na Muriel Grove.
– To mu się nie spodoba – powiedziała Mimi.4
Przeformułowanie
Art siedział przy kuchennym stole i biedził się nad trudnym listem. Żeby go napisać, opuścił tego wieczoru cotygodniowe zajęcia z pływania, ale i tak mu nie szło. Patrzył na to, co do tej pory wypocił.
SZKIC.
Zmienił czcionkę na kursywę, a potem wybrał podkreślenie.
„King’s College London, Wydział Matematyki”. Zaadresować do Gutteridge’a czy Dorneya? I czy w ogóle to wysyłać?
Właśnie usuwał niepotrzebną hiperbolę, kiedy Mimi i Rey wróciły z Tate, wpadając do domu jak burza. Rey aż brakowało tchu, tak się niecierpliwiła, żeby opowiedzieć mu o pomyśle, który miał wywrócić jego życie do góry nogami. Wystukał: „Profesor A.N. Brotherton” i zatrzasnął laptopa. Rey stale coś takiego wymyślała: czy to terraria, czy medytacja transcendentalna lub nowe diety z jarmużem w roli głównej, czy jakieś ryzykowne wakacje – ostatnio zaproponowała wyprawę do Francji przez kanał. Chryste Panie! Tym razem wynalazła nową pracę dla Mimi – w niepewnej branży, w środowisku nieprzewidywalnych ludzi, którzy chodzą w dżinsach o wąskich, opinających łydki nogawkach.
Mimi zwykle była mądrzejsza i czekała, aż entuzjazm Rey przygaśnie.
Wyliczył swoje racjonalne obiekcje. Brak bezpieczeństwa, jeśli chodzi o stałość zatrudnienia, malejące znaczenie londyńskiego przemysłu filmowego. Mimi miała dostać awans w muzeum. Et cetera.
– To wszystko racja – przyznała Rey, patrząc na niego. – Ale jeśli czegoś nie zrobimy, ona sama zamieni się w eksponat muzealny.
– Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to może mieć niszczycielskie skutki? – zapytał, świadom, że mimowolnie podnosi głos o oktawę. – Dla nas obojga?
To był jednak błąd strategiczny, bo jego siostra pragnęła właśnie zmiany. Nade wszystko, jak sama powiedziała. Czuł za mostkiem dziwny ucisk. Najprawdopodobniej związany z tym, że wyraźnie miała dość ich obecnego życia. Czyli, choć wydawało się to niemożliwe, także jego samego.
Musiał usiąść.
– Proszę, Art – powiedziała Mimi. – Po prostu się nad tym zastanów.
*
„Asystentka specjalisty dźwiękowca” – to była propozycja Rey, za mniejszą pensję, niż Mimi dostawała w muzeum, ale z możliwością podwyżki, jeśli firma będzie miała więcej zleceń.
„Praca dźwiękowca”, wygooglował Art. „Odtwarzanie codziennych dźwięków, które dodane na etapie postprodukcji filmu stwarzają wrażenie rzeczywistości w sferze audio”, przeczytał. Wiedział, o co chodzi, ale jego wiedza o tym, czym zajmuje się Rey, była nieco powierzchowna. Ostatnim razem poświęcił temu uwagę, gdy razem z Mimi rozwiązywali krzyżówkę, co było jego ulubionym sobotnim rytuałem. Mimi stała przy oknie, ściągając żółte rękawice po umyciu naczyń ze śniadania.
– Siedem pionowo – powiedział. – „Odgłos wydawany przez dźwiękowca za pomocą dwóch połówek skorupy orzecha kokosowego”. Na sześć liter.
– Tętent – odrzekła bez namysłu Mimi.
– Tętent?
– Końskich kopyt. Rey mi zademonstrowała… uderza się jedną połówką skorupy o drugą.
Powiesiła rękawice na kranie, żeby ociekły, i wykonała w powietrzu gest, naśladując kłusującego konia. Przez znajdujące się za nią okno wpadało słońce, a ona miała na twarzy uśmiech.
– Sprytnie! – zauważył. – Chociaż pasowałoby także tup-tup.
– Co?
– Od tupotu. To bardziej przypomina mi odgłos końskich kopyt. Ale masz rację, bo dziewięć poziomo to ten, za kogo mnie masz, sądząc po wyrazie twojej twarzy… „inaczej kłąb czegoś sypkiego, lotnego, unoszący się w powietrzu”. To daje nam „n”.
– Cha, cha, tuman. Bardzo śmieszne. – Mimi zatupotała jak koń. – Tup, tup, tup, tup.
Kiedy się śmiała, jej oczy kryły się w zmarszczkach.
Wrócił do czytania, podczas gdy Mimi i Rey patrzyły na niego, odwrócone plecami do zlewu, pochylając się, jak dwie opiekunki do dziecka. Imitowanie dźwięku mogło być zabawne. Odgłosy kroków i zamykania drzwi, szelest spódnicy i trzask rozbijanych jajek. Znajdowało także szerokie zastosowanie w animacji, jak dowiedział się z Google. Art uniósł głowę.
Animacja opiera się na matematyce. Ruchy postaci z kreskówek – gesty, mimika, włosy rozwiane przez wiatr – są wyznaczane przez współrzędne harmoniczne i równanie różniczkowe Laplace’a. Każdy piksel ma przypisane trzy liczby, każda z nich określa, ile znajduje się w nim czerwonego, zielonego albo niebieskiego. Każda klatka wymaga rozwiązania dosłownie milionów równań. Wystarczy przeformułować współrzędne barycentryczne i proszę! – mamy migotanie wody w _Gdzie jest Nemo?_
– Widzisz? – Rey pochyliła się.
– Nie – odparł, opierając się uwodzicielskiemu urokowi całek i powierzchni podpodziału.
Z tego, co wiedział, dźwiękowiec głównie biegał po mieście, żeby zdobywać różne nieporęczne przedmioty, i przesiadywał w studiach nagraniowych za obwodnicą M25.
– A jeśli będę cię potrzebował, Mimi, a ty będziesz akurat w studiu nagraniowym po drugiej stronie Londynu, ze słuchawkami na uszach?
– Posłuchaj samego siebie, Art – rzuciła Rey. – Nie jest twoją podwładną.
– Ale ty chcesz zrobić z niej swoją?
To była dobra riposta.
– Przestańcie się kłócić – włączyła się Mimi, zaciskając ręce na krawędzi blatu za plecami. – Mówimy o pracy w Londynie na niepełny etat. Mam być asystentką dźwiękowca, a nie stewardesą.
– Tak się mówi, a Rey wciąż jeździ gdzieś tą swoją furgonetką. Czasami przez całe dnie.
Rey usiadła.
– Poważnie, Art – powiedziała. – Nie podoba ci się, że nie będziesz miał Mimi przy sobie, wiem o tym. Ale ona nie będzie nigdzie wyjeżdżać. Obiecuję.
Rey była wprawdzie irytująca, ale miała dobre intencje, zdawał sobie z tego sprawę. Choćby w poprzednim tygodniu, gdy szedł ulicą, przemknęła obok niego w tym swoim vanie. Zamaszystym gestem posłała mu pocałunek, wystawiła rękę przez okno i uderzyła dłonią o dach samochodu. Sam by się tak nie zachował. I wiedział, że Rey mogłaby wykonać taki gest wobec każdego innego. Ale wobec niego nikt inny takiego gestu by nie wykonał.
– Co właściwie znaczy „niepełny etat”? – zapytał.
Nie mogło być gorszej pory na to wszystko. Znajdował się w środku kryzysu związanego z pracą, a Mimi wybrała akurat ten moment, żeby zachwiać równowagą, którą udało im się osiągnąć.
– Ani razu nie zapytałeś mnie, Art, dlaczego w ogóle chcę odejść z muzeum.
– Bo znam powód – odrzekł. – Wciąż o tym mówisz.
– Czyżby? I co jeszcze chciałbyś wiedzieć?
– A jeśli nic z tego nie wyjdzie? Co wtedy? Rey jest twoją jedyną przyjaciółką. – Nie dało się temu zaprzeczyć. Nie dało się również zaprzeczyć temu, że Rey była także jego jedyną przyjaciółką. – Nie powinno się pracować z przyjaciółmi, Naomi. Nigdy. Muzeum nie przyjęłoby cię z powrotem.
– Wcale nie chcę tam wracać!
Mimi zaczęła krzyczeć. Jeszcze nie doszło do tej całej rewolucji, a ona już pokazywała się z najgorszej strony.
– Widzisz?
– Co takiego? – zapytała.
Na szyi wystąpiły jej czerwone plamy.
– Nie podoba mi się to – oznajmił. – Ani trochę.
– Nie musi ci się podobać – odparła. – Wystarczy, że się z tym pogodzisz. Najwyższy czas.
Art nie mógł zdobyć się na to, żeby udzielić siostrze swojego błogosławieństwa.
– Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt stresujące zajęcie – rzucił, kiedy złożyła wypowiedzenie.
Jego praca była wystarczająco stresująca.
Szkic listu znajdował się wciąż w jego laptopie. Nieskończony. Niewysłany.