THE COLD INDEX - ebook
Budzi się w świecie, który twierdzi, że wszystko jest zgodne. Nie pamięta, kim jest, ale system zna go zbyt dobrze. THE COLD INDEX to mroczny thriller technologiczny o pamięci, tożsamości i świecie, w którym prawda jest tylko jedną z wersji danych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-604-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przebudzenie. Wersja niepotwierdzona
Obudził się, zanim zrozumiał, że w ogóle zasnął.
Nie było granicy. Żadnego momentu przejścia. Tylko nagłe „teraz” — jakby ktoś włączył go ponownie, bez pytania o zgodę.
Przez chwilę nie oddychał.
Nie dlatego, że nie mógł.
Dlatego, że jego ciało najwyraźniej czekało na zgodę.
Sufit był biały. Zbyt biały. Nie miał faktury. Nie miał cienia. Wyglądał mniej jak powierzchnia, a bardziej jak decyzja podjęta przez kogoś, kto nigdy nie widział prawdziwego sufitu.
Przez sekundę Travis Cornell pomyślał, że jest w szpitalu.
Ale szpitale mają dźwięki.
Kroki na korytarzu. Odsuwane krzesła. Pisk aparatury. Czyjś kaszel za ścianą. Głos pielęgniarki, który próbuje brzmieć spokojnie, choć nigdy naprawdę taki nie jest.
Tutaj był tylko szum.
Cichy, równy, nienaturalny — jakby przestrzeń oddychała gdzieś poza jego słuchem.
Usiadł na łóżku.
Materac ugiął się pod nim z przesadną dokładnością.
I wtedy zauważył pierwszą niezgodność.
Nie znał tego miejsca.
A jednak jego ciało wiedziało dokładnie, gdzie kończy się łóżko, gdzie zaczyna podłoga i ile kroków dzieli go od ściany.
Wstał bez wahania.
Jak ktoś, kto robił to już setki razy.
— To nie ma sensu — powiedział na głos.
Jego głos zabrzmiał poprawnie.
Zbyt poprawnie.
Jakby został odtworzony, a nie wypowiedziany.
Travis przełknął ślinę. W gardle poczuł suchość, której nie zauważył wcześniej. Ten drobny, ludzki dyskomfort przyniósł mu krótką ulgę.
Ból oznaczał ciało.
Ciało oznaczało prawdę.
Przynajmniej tak powinno być.
Na ścianie naprzeciwko znajdowało się lustro.
Był pewien, że przed chwilą go tam nie było.
Nie wiedział, skąd ma tę pewność. Nie pamiętał pokoju. Nie pamiętał wejścia. Nie pamiętał nawet chwili przed przebudzeniem. A jednak jakaś część jego umysłu zaprotestowała natychmiast, instynktownie, brutalnie.
Tego lustra tu nie było.
Podszedł bliżej.
Odbicie zrobiło to samo.
O sekundę za wcześnie.
Travis zatrzymał się.
Odbicie nie.
W lustrze Travis Cornell wykonał jeszcze pół kroku, a potem stanął idealnie naprzeciwko niego. Patrzył spokojnie. Zbyt spokojnie. Jak człowiek, który zna odpowiedź, ale czeka, aż pytanie samo się urodzi.
— Kim jesteś? — wyszeptał Travis.
Odbicie uśmiechnęło się minimalnie.
Nie szeroko. Nie teatralnie. Tylko odrobinę, jednym kącikiem ust.
Jakby wiedziało coś, czego on jeszcze nie zdążył zrozumieć.
Travis cofnął się gwałtownie.
Lustro nie zareagowało.
Tylko patrzyło.
A potem mrugnęło.
Nie on.
Lustro.
W tym samym momencie na stoliku obok łóżka coś zawibrowało.
Travis odwrócił głowę zbyt szybko. Poczuł krótkie ukłucie bólu u podstawy czaszki.
Telefon.
Nie jego.
A jednak jego dłoń już się poruszyła.
Zanim zdążył pomyśleć, zanim zdążył się powstrzymać, sięgnął po urządzenie tak pewnie, jakby robił to codziennie.
Ekran był czarny.
Po chwili pojawiło się na nim jego imię.
TRAVIS CORNELL Bez „nowego połączenia”. Bez powiadomienia. Bez ikony aplikacji.
Tylko jedno zdanie, wyświetlone jak fakt:
DZIEŃ DOBRY, TRAVIS. WSZYSTKO JEST ZGODNE Z WERSJĄ SYSTEMOWĄ.
Zamarł.
Bo nagle zrozumiał coś prostego.
Jeśli system mówi, że wszystko jest zgodne… to znaczy, że istnieje możliwość, że on — nie jest.
Telefon zawibrował ponownie.
Nowa wiadomość:
NIE PRÓBUJ PRZYPOMNIEĆ SOBIE SAM. TO NIE JEST TWOJA WERSJA.
Travis poczuł zimno między łopatkami.
Nie było przeciągu. Nie było otwartego okna. W pokoju nie było nawet okna.
Mimo to zadrżał.
Na ekranie pojawił się symbol połączenia przychodzącego.
Brak numeru.
Brak nazwy kontaktu.
Tylko jedno słowo:
ODEBRAĆ.
Telefon nie dzwonił.
Wibrował cicho, równo, cierpliwie.
Tak, jakby wiedział, że Travis i tak to zrobi.
— Nie — powiedział.
Jego kciuk przesunął się po ekranie.
Połączenie zostało odebrane.
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.
Był tylko ten sam szum, który wypełniał pokój. Teraz jednak dochodził również z telefonu. Dwa identyczne dźwięki, nakładające się na siebie z minimalnym opóźnieniem.
Potem usłyszał głos.
Swój własny.
— Travis, posłuchaj uważnie. Nie masz dużo czasu.
Odsunął telefon od ucha.
Ekran nadal był czarny.
— Kim jesteś? — zapytał.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Krótka.
Nienaturalnie odmierzona.
— Jestem tym, który odebrał za późno.
Travis poczuł, jak żołądek zaciska mu się w twardy węzeł.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jeśli zaczniesz sobie przypominać w złej kolejności, system cię poprawi.
Travis spojrzał na lustro.
Odbicie nadal trzymało telefon przy uchu.
Ale nie mówiło.
Uśmiechało się.
— Poprawi? — powtórzył Travis.
Głos po drugiej stronie stał się cichszy.
— Już zaczął.
I wtedy świat zrobił coś, czego nie powinien umieć.
Poprawił się.
Ściany pokoju na ułamek sekundy przesunęły się bez ruchu. Biel sufitu zgęstniała. Krawędzie mebli zadrżały, jakby ktoś próbował dopasować je do nowej wersji obrazu. Na stoliku pojawiła się szklanka wody, której przed chwilą nie było.
Travis patrzył na nią bez mrugnięcia.
Na szkle widniały odciski palców.
Jego odciski.
Telefon zatrzeszczał.
— Nie patrz na nowe elementy zbyt długo — powiedział głos. — One wtedy zaczynają patrzeć z powrotem.
Travis chciał odpowiedzieć, ale w tym samym momencie lustro pękło.
Bez huku.
Bez odprysków.
Po prostu pojawiła się cienka, czarna linia biegnąca przez twarz jego odbicia.
Odbicie przestało się uśmiechać.
Po raz pierwszy wyglądało na przestraszone.
Travis poczuł, że mdli go nie od strachu.
Tylko od błędu.
Bo teraz już wiedział.
Nie obudził się w pokoju.
Obudził się w wersji pokoju.
A ktoś po drugiej stronie telefonu był wcześniejszą wersją jego samegoRozdział 2
Rekord referencyjny
Telefon zgasł.
Przez kilka sekund Travis patrzył na własne odbicie w czarnym ekranie.
Normalne.
Żadnego uśmiechu.
Żadnego opóźnienia.
Żadnego błędu.
A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś obserwuje go z drugiej strony szkła.
Nie lustra.
Ekranu.
Wsunął telefon do kieszeni.
Był zimny.
Jakby nigdy nie należał do człowieka.
Drzwi mieszkania otworzyły się automatycznie, gdy tylko się do nich zbliżył.
Nad futryną zapaliła się cienka niebieska linia.
— Tożsamość potwierdzona.
Kobiecy głos.
Miły.
Bez emocji.
Jak głos osoby, która nigdy nie istniała.
Travis zatrzymał się.
— Kim jestem?
Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Potem światło nad drzwiami zamigotało.
— Travis Cornell. Obywatel klasy trzeciej. Status aktywny. Historia zgodna.
Historia zgodna.
To sformułowanie wróciło.
Znowu.
Jak refren piosenki, której nie pamiętał.
Wyszedł na korytarz.
I od razu poczuł, że coś jest nie tak.
Ludzie.
Było ich wielu.
Za wielu.
Setki mieszkań.
Tysiące mieszkańców.
A mimo to nikt nie rozmawiał.
Nie patrzył na innych.
Nie zatrzymywał się.
Każdy szedł dokładnie tam, gdzie powinien.
Z identycznym spokojem.
Z identycznym tempem.
Jakby całe miasto uczestniczyło w niewidzialnym marszu.
Kobieta w szarym płaszczu minęła go.
Nie spojrzała.
Mężczyzna z teczką minął go sekundę później.
To samo.
Dziecko przejechało obok na hulajnodze.
To samo.
Żadnej reakcji.
Żadnego przypadku.
Żadnego chaosu.
Tylko ruch.
Idealnie zsynchronizowany.
Travis poczuł chłód.
Ludzie nie zachowują się w ten sposób.
Systemy tak.
Winda otworzyła się sama.
Nie nacisnął przycisku.
W środku nie było numerów pięter.
Tylko ekran.
Na ekranie widniało jedno pytanie.
CZY CHCESZ PRZEJŚĆ DO REKORDU REFERENCYJNEGO?
Travis zmarszczył brwi.
— Nie wiem, co to znaczy.
Ekran odpowiedział natychmiast.
WIĘKSZOŚĆ OBYWATELI NIE WIE.
Drzwi windy zamknęły się.
Kabina ruszyła.
Nie w dół.
Nie w górę.
W bok.
Przynajmniej tak podpowiadał błędnik.
Po raz pierwszy od przebudzenia Travis poczuł strach.
Prawdziwy strach.
Nie przed tym, co widział.
Przed tym, czego nie rozumiał.
Po trzydziestu sekundach winda zatrzymała się.
Drzwi rozsunęły się bezszelestnie.
Po drugiej stronie znajdował się ogromny hol.
Pusty.
Biały.
Na końcu pomieszczenia stało pojedyncze krzesło.
A na nim siedziała dziewczynka.
Może dziesięcioletnia.
Może młodsza.
Czytała książkę.
Prawdziwą papierową książkę.
To był pierwszy fizyczny przedmiot, jaki Travis zobaczył od chwili przebudzenia.
Dziewczynka podniosła wzrok.
Ich spojrzenia spotkały się.
I wtedy wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.
Uśmiechnęła się.
Jakby znała go od lat.
— W końcu — powiedziała.
Travis zamarł.
— Znamy się?
Dziewczynka zamknęła książkę.
— Nie.
— Więc skąd wiesz, kim jestem?
Przez moment wyglądała na zaskoczoną.
Potem roześmiała się cicho.
— To ty nie wiesz?
Zapadła cisza.
A potem wypowiedziała zdanie, które zatrzymało mu oddech.
— Travis, ty nie jesteś użytkownikiem.
Jesteś kopią zapasową.Rozdział 3
DZIEWCZYNKA, KTÓRA PAMIĘTAŁA
Przez kilka sekund Travis nie był w stanie odpowiedzieć.
Słowa dziewczynki odbijały się echem w jego głowie.
Kopia zapasowa.
Nie człowiek.
Nie obywatel.
Nie użytkownik.
Kopia.
Zapasowa.
Jak plik.
Jak coś, co istnieje tylko wtedy, gdy oryginał przestaje działać.
— Nie wiem, o czym mówisz — powiedział w końcu.
Dziewczynka przechyliła głowę.
Wyglądała na rozczarowaną.
— Tak przypuszczałam.
— Kim jesteś?
— To nie jest ważne.
— Dla mnie jest.
— Dla ciebie ważniejsze jest to, że zostało ci mało czasu.
Travis poczuł ukłucie niepokoju.
— Mało czasu do czego?
Dziewczynka nie odpowiedziała od razu.
Spojrzała gdzieś za niego.
Jakby nasłuchiwała.
Nie dźwięku.
Czegoś innego.
— Oni już wiedzą, że się obudziłeś.
— Kto?
— Administratorzy.
W pomieszczeniu zrobiło się nagle chłodniej.
Travis odwrócił się.
Hol był pusty.
Tak samo jak wcześniej.
Białe ściany.
Białe światło.
Brak okien.
Brak drzwi.
Tylko winda za jego plecami.
— Kim są administratorzy?
— Ludzie, którzy pilnują, żeby wszyscy pamiętali właściwe rzeczy.
— To nie ma sensu.
— Wiem.
— Więc dlaczego brzmisz, jakby miało?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
Pierwszy raz wyglądała jak dziecko.
— Bo żyję tu dłużej niż ty.
To zdanie było tak absurdalne, że Travis aż się zaśmiał.
Krótko.
Nerwowo.
— Ile masz lat? Dziesięć?
— W tej wersji?
Travis przestał się śmiać.
Dziewczynka wstała z krzesła.
Książkę trzymała pod pachą.
Na okładce nie było tytułu.
Tylko numer.
VER. 1187
— Co to znaczy?
— Numer rzeczywistości.
— Żartujesz.
— Nie.
Powiedziała to tak spokojnie, że Travis poczuł dreszcz.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego cię tu przyprowadzono?
— Tak.
— Ponieważ umarłeś.
Zapadła cisza.
Długa.
Niewygodna.
— Nie.
— Tak.
— Nie umarłem.
— Oczywiście, że umarłeś.
— Stoję tutaj.
— Wiem.
Dziewczynka westchnęła.
Jak nauczycielka tłumacząca coś wyjątkowo opornemu uczniowi.
— Travis, większość ludzi myśli, że śmierć oznacza koniec danych.
Ale system nie lubi tracić danych.
Travis milczał.
— Dlatego tworzy kopie.
— Nie jestem kopią.
— Każdy tak mówi.
— A ty?
Po raz pierwszy zawahała się.
Naprawdę.
Jakby dotknął tematu, którego nie chciała poruszać.
— Ja też.
Te dwa słowa zabrzmiały bardziej ludzko niż wszystko, co powiedziała wcześniej.
Po raz pierwszy zobaczył w jej oczach coś przypominającego strach.
Nie jego.
Jej własny.
I wtedy zauważył coś jeszcze.
Książka.
Numer na okładce zmienił się.
Jeszcze przed chwilą widział 1187.
Teraz było:
1188
— Co…
Dziewczynka spojrzała na książkę.
Zbladła.
— Nie.
— Co się stało?
— Znaleźli nas.
— Kto?
— Nie ruszaj się.
Światło w holu zamigotało.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Powietrze zadrżało.
Jak obraz w uszkodzonym pliku.
A potem przed nimi pojawił się mężczyzna.
Nie wszedł.
Nie przyjechał windą.
Po prostu… pojawił się.
Jakby został wczytany.
Miał około pięćdziesięciu lat.
Szary garnitur.
Idealnie gładką twarz.
Idealnie spokojne oczy.
Idealnie pusty uśmiech.
— Dzień dobry, Travisie Cornellu.
Głos był uprzejmy.
Niemal serdeczny.
— Nazywam się Adrian Vale.
Pracuję dla Rejestru.
Dziewczynka cofnęła się o krok.
Vale spojrzał na nią.
— Ty znowu.
— Nie dotykaj go.
— Nie mogę dotknąć czegoś, co należy do systemu.
— Kłamiesz.
Vale uśmiechnął się szerzej.
— Wszyscy kłamiemy.
Tak działa pamięć.
Travis czuł, że sytuacja wymyka się spod kontroli.
— O czym wy mówicie?
Vale odwrócił się do niego.
— O tobie.
— Chcę odpowiedzi.
— Oczywiście.
Administrator skinął głową.
Jakby właśnie na to czekał.
— Powiem ci prawdę.
Całą prawdę.
Dziewczynka zamknęła oczy.
— Nie słuchaj go.
Vale zignorował ją.
— Travisie…
— Tak?
— Czy zastanowiło cię, dlaczego od przebudzenia nie spotkałeś ani jednej osoby, która zachowywałaby się normalnie?
— …
— Dlaczego wszyscy wiedzą, kim jesteś?
— …
— Dlaczego system ciągle aktualizuje twoją historię?
Travis poczuł ścisk w żołądku.
Vale zrobił krok naprzód.
I powiedział coś, czego nie dało się już odzobaczyć.
— Ponieważ nie jesteś mieszkańcem tego świata.
Jesteś wspomnieniem człowieka, który kiedyś w nim żył.
A wspomnienia nie powinny zadawać pytań.
Na ścianach holu zaczęły pojawiać się pęknięcia.
Nie w betonie.
W rzeczywistości.
Jak cienkie linie błędów przebiegające przez obraz.
Dziewczynka szarpnęła Travisa za rękaw.
Po raz pierwszy wyglądała na naprawdę przerażoną.
— Musimy uciekać.
— Przed nim?
— Nie.
Spojrzała na pęknięcia.
Coraz liczniejsze.
Coraz głębsze.
— Przed tym, co go wysłało.Rozdział 4
Dziewczynka bez wieku
Pierwsze pęknięcie przecięło powietrze tuż nad głową Travisa.
Nie wydało żadnego dźwięku.
To właśnie było najgorsze.
Nie huk.
Nie trzask.
Nie eksplozja.
Tylko cisza.
Jakby sama rzeczywistość przestała działać zgodnie z instrukcją.
Travis odruchowo cofnął się.
Pęknięcie rozszerzyło się na kilka metrów.
Za nim nie było ściany.
Nie było światła.
Nie było niczego.
Absolutna czerń.
Pusta przestrzeń.
Miejsce, którego świat najwyraźniej nie zdążył wyrenderować.
— Biegnij! — krzyknęła dziewczynka.
Tym razem nie protestował.
Ruszyli.
Hol zaczął rozpadać się za ich plecami.
Krzesło zniknęło pierwsze.
Po prostu przestało istnieć.
Sekundę później podłoga w miejscu, gdzie stało, zamieniła się w czarną plamę.
Vale nie ruszył się ani o krok.
Stał spokojnie pośród chaosu.
Jak człowiek obserwujący naprawę maszyny.
— Nie musicie uciekać! — zawołał.
— Nie chcemy cię usuwać, Travisie!
— Świetnie! — odkrzyknął Travis. — To dlaczego próbujesz mnie znaleźć?!
Vale westchnął.
— Bo nie powinieneś istnieć.
To nie była odpowiedź, którą chciał usłyszeć.
Przebiegli przez kolejne drzwi.
Tym razem pojawiły się naprawdę.
Sekundę wcześniej nie było tam nic.
Teraz prowadziły do wąskiego korytarza.
Dziewczynka wbiegła pierwsza.
Travis za nią.
Drzwi zatrzasnęły się.
Pęknięcia zostały po drugiej stronie.
Na chwilę.
Tylko na chwilę.
— Kim ty jesteś? — wyrzucił z siebie.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
Biegła dalej.
— Mam dość zagadek!
— Wiem!
— Mam dość administratorów!
— Ja też!
— Mam dość ludzi mówiących mi, że jestem kopią!
Dziewczynka zatrzymała się tak nagle, że prawie na nią wpadł.
Spojrzała mu prosto w oczy.
Pierwszy raz bez uśmiechu.
Bez tajemnicy.
Bez gry.
— A ja mam dość patrzenia, jak wszyscy umierają.
Travis zamilkł.
Jej głos się zmienił.
Był starszy.
Zmęczony.
Niewyobrażalnie zmęczony.
Jakby należał do kogoś, kto żył o wiele dłużej niż powinien.
— Co masz na myśli?
Dziewczynka usiadła na podłodze.
Przez chwilę patrzyła gdzieś przed siebie.
Jakby wspominała coś, czego nie chciała pamiętać.
— Nie wiem, ile razy już to widziałam.
— Co?
— Ciebie.
Serce Travisa zabiło mocniej.
— Mnie?
— Nie dokładnie ciebie.
— Więc kogo?
— Wszystkie twoje wersje.
Zapadła cisza.
— Co?
— Wersja 912.
— …
— Wersja 1041.
— …
— Wersja 1103.
— …
— Wersja 1176.
Travis patrzył na nią bez słowa.
Dziewczynka mówiła dalej.
— Każda zadawała te same pytania.
— To niemożliwe.
— Każda dochodziła do podobnych wniosków.
— Nie.
— Każda próbowała znaleźć prawdę.
— Przestań.
— I każda kończyła tak samo.
— Powiedziałem przestań!
Dziewczynka zamilkła.
Jej oczy były pełne współczucia.
To było gorsze niż strach.
— Umierały? — zapytał cicho.
— Były aktualizowane.
To zabrzmiało jeszcze gorzej.
Travis oparł się o ścianę.
Nogi zaczęły mu drżeć.
Nie dlatego, że się bał.
Dlatego, że jakaś część jego umysłu zaczynała wierzyć.
A jeśli wierzył… to znaczyło, że wszystko inne też mogło być prawdą.
— Kim jesteś? — zapytał ponownie.
Tym razem odpowiedziała.
— Nazywałam się Maya.
— Nazywałaś?
— Dawno temu.
— Ile masz lat?
Dziewczynka roześmiała się.
Nie było w tym nic zabawnego.
— Nie wiem.
— Około?
— W tej wersji świata?
— Tak.
— Dziesięć.
— A naprawdę?
Maya spojrzała na niego.
Długo.
Bardzo długo.
— Ostatni raz liczyłam sto siedemdziesiąt trzy lata temu.
Travis poczuł, jak żołądek ściska mu się w supeł.
— To niemożliwe.
— Tutaj wiele rzeczy jest niemożliwych.
— Kim jesteś naprawdę?
Maya odwróciła wzrok.
— Błędem.
— Co?
— Pierwszym błędem, którego system nie potrafił usunąć.
W oddali rozległ się niski dźwięk.
Jak syrena.
Jak alarm.
Jak coś, co właśnie się obudziło.
Maya natychmiast wstała.
— Musimy iść.
— Dokąd?
— Do Archiwum.
— Co tam jest?
Twarz dziewczynki pobladła.
— Dowód.
— Jaki dowód?
— Że Adrian Vale skłamał.
Travis poczuł nagły przypływ nadziei.
— Więc nie jestem kopią?
Maya milczała.
To wystarczyło.
— Maya…
— Powiedziałam tylko, że skłamał.
— A prawda?
Dziewczynka spojrzała gdzieś w ciemność korytarza.
— Prawda jest znacznie gorsza.
I wtedy alarm zawył ponownie.
Tym razem bliżej.
Znacznie bliżej.
A na końcu korytarza pojawiły się sylwetki.
Czarne.
Nieruchome.
Bez twarzy.
Jak ludzie wycięci z cienia.
Maya pobladła.
Po raz pierwszy od spotkania wyglądała na naprawdę przerażoną.
— Nie…
— Co to jest?
Jej odpowiedź była ledwie szeptem.
— To nie administratorzy.
— To kto?
Maya cofnęła się o krok.
— To ci, którzy sprzątają po administratorach.
Cienie jednocześnie podniosły głowy.
I spojrzały prosto na Travisa.
Jakby od początku szukały tylko jego.Rozdział 5
CI, KTÓRZY SPRZĄTAJĄ
Sylwetki nie biegły.
Nie spieszyły się.
Nie musiały.
Powoli ruszyły korytarzem.
Jednocześnie.
Idealnie synchronicznie.
Jak jedna świadomość zamknięta w wielu ciałach.
Travis poczuł dziwny ucisk w skroniach.
Każdy krok tych istot wydawał się rozchodzić nie po podłodze, ale po jego głowie.
— Maya…
— Nie patrz im w twarze.
— Nie mają twarzy.
— Właśnie dlatego.
Dziewczynka złapała go za rękaw.
Pociągnęła w boczne przejście.
Korytarz skręcał gwałtownie w lewo.
Potem w prawo.
Potem znowu w lewo.
Układ nie miał sensu.
Jakby architektura została stworzona przez kogoś, kto nigdy nie widział prawdziwego budynku.
Za nimi rozległ się kolejny krok.
Potem następny.
Nie przyspieszali.
Ale dystans między nimi malał.
— Kim oni są? — wyszeptał Travis.
— Nie mają nazwy.
— Każdy ma nazwę.
— Oni nie.
— Dlaczego?
— Bo nie są częścią systemu.
Travis spojrzał na nią.
— Vale pracuje dla systemu.
— Tak.
— Administratorzy też.
— Tak.
— A oni?
Maya zawahała się.
— Nikt nie wie.
Po raz pierwszy od ich spotkania zabrzmiała naprawdę niepewnie.
To mu się nie spodobało.
Jeżeli Maya bała się czegoś bardziej niż administratorów… to sytuacja była znacznie gorsza, niż przypuszczał.
Kilka minut później dotarli do ogromnych stalowych drzwi.
Były jedynym obiektem, jaki Travis widział od przebudzenia, który wyglądał na stary.
Naprawdę stary.
Porysowany.
Zużyty.
Prawdziwy.
Nad wejściem widniał napis.
ARCHIWUM REFERENCYJNE Litery były częściowo zdarte.
Jakby ktoś wielokrotnie próbował je usunąć.
— To tutaj.
— Co znajduje się w środku?
— Początek.
— Początek czego?
Maya nie odpowiedziała.
Przyłożyła dłoń do panelu.
Drzwi drgnęły.
Z wnętrza dobiegł niski metaliczny jęk.
A potem powoli się otworzyły.
Travis spodziewał się centrum danych.
Serwerów.
Komputerów.
Monitorów.
Czegokolwiek nowoczesnego.
Zamiast tego zobaczył bibliotekę.
Ogromną.
Nieskończoną.
Rzędy półek ciągnęły się tak daleko, że znikały w mroku.
Miliony książek.
Może miliardy.
Powietrze pachniało kurzem i papierem.
Po raz pierwszy od przebudzenia poczuł coś znajomego.
Coś ludzkiego.
— Co to jest?
— Archiwum.
— Książki?
— Ludzie.
Travis spojrzał na nią.
— Żartujesz.
— Nie.
Maya podeszła do najbliższej półki.
Wyciągnęła jeden tom.
Gruby.
Czarny.
Bez tytułu.
Na grzbiecie widniał tylko napis:
TRAVIS CORNELL Serce zamarło mu w piersi.
— Nie…
— Tak.
Otworzyła książkę.
Pierwsza strona.
Data narodzin.
Adres.
Szkoła.
Pierwszy rower.
Pierwsza dziewczyna.
Pierwszy złamany nos.
Każdy szczegół.
Każde wspomnienie.
Każda chwila życia.
Wszystko zapisane.
— To niemożliwe.
— W tym miejscu wszystko jest możliwe.
— To moja biografia?
— Nie.
Maya przewróciła kilka stron.
— To twój rekord.
— Różnica?
— Biografie opisują ludzi.
Przesunęła palcem po papierze.
— Rekordy opisują dane.
Travis zaczął kartkować dalej.
Strony przeskakiwały pod palcami.
Dzieciństwo.
Młodość.
Studia.
Praca.
Tysiące wydarzeń.
A potem… książka nagle się kończyła.
Po prostu.
W połowie zdania.
Jakby ktoś wyrwał dalszy ciąg.
— Co tu było?
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz?
— Tego właśnie szukamy.
Maya wskazała ostatnią stronę.
Na dole widniała pojedyncza adnotacja.
Wydrukowana czerwonym atramentem.
REKORD USZKODZONY Travis poczuł dreszcz.
— To dlatego się obudziłem?
— Nie.
— Więc dlaczego?
Maya milczała.
Potem bardzo powoli sięgnęła na najwyższą półkę.
Wyjęła drugą książkę.
Mniejszą.
Znacznie starszą.
Podała mu ją.
Na okładce widniało jego nazwisko.
Ale nie jego imię.
TRAVIS CORNELL WERSJA 1 Przez moment świat przestał istnieć.
— Co…
— Teraz rozumiesz?
— Nie.
— Myślałeś, że jesteś pierwszym Travisem Cornellem.
— …
— Nie jesteś.
Travis otworzył książkę drżącymi dłońmi.
Pierwsza strona zawierała zdjęcie.
Mężczyzny.
Wyglądał dokładnie jak on.
Tylko starszy.
O około dziesięć lat.
Pod zdjęciem znajdował się wpis.
STATUS:
ORYGINAŁ Travis poczuł, że serce zaczyna walić.
— Maya…
— Tak?
— Kim był oryginał?
Dziewczynka spojrzała na niego z mieszaniną współczucia i strachu.
— Tego właśnie administratorzy nie chcą, żebyś odkrył.
I wtedy w głębi biblioteki coś się poruszyło.
Nie na półkach.
Między nimi.
Jak cień przechodzący przez tysiące zapisanych żyć.
Powoli.
Celowo.
Szukał.
A gdy zatrzymał się między regałami, Travis usłyszał głos.
Nie obok siebie.
Nie przed sobą.
Bezpośrednio w głowie.
WRESZCIE CIĘ ZNALAZŁEM.
I ten głos nie należał do Adriana Vale’a.
Nie należał do Mai.
Nie należał do nikogo, kogo spotkał.
Najgorsze było jednak coś innego.
Brzmiał dokładnie jak Travis Cornell.Rozdział 6
Głos w Archiwum
Głos odezwał się ponownie.
— Travis…
Nie dochodził z konkretnego miejsca.
Nie odbijał się od ścian.
Nie należał do przestrzeni.
Brzmiał tak, jakby ktoś mówił bezpośrednio z wnętrza jego pamięci.
Maya natychmiast cofnęła się między regały.
— Nie odpowiadaj.
— To ja? — wyszeptał Travis.
— Nie wiem.
To była najgorsza odpowiedź, jaką mogła dać.
Cień poruszył się ponownie.
Powoli przesunął się między półkami Archiwum.
Nie miał wyraźnego kształtu.
Czasami przypominał człowieka.
Czasami jedynie brak światła.
A czasami wyglądał jak zakłócenie obrazu — fragment rzeczywistości, który system próbował ukryć.
— Travis Cornell — powiedział głos. — Wersja 1188.
Travis zesztywniał.
— Skąd zna mój numer?
Maya nie odpowiedziała.
Patrzyła tylko w ciemność.
Jak ktoś, kto widzi powracający koszmar.
— Nie powinieneś tu być — odezwał się głos.
— Ty też brzmisz jak administrator — rzucił Travis.
Krótka cisza.
A potem cień zatrzymał się między regałami.
— Administratorzy nie pozwoliliby ci wejść tak daleko.
Powietrze zrobiło się zimniejsze.
Travis zacisnął dłonie.
— Kim jesteś?
— Ty.
Serce zabiło mu mocniej.
— Nie.
— Tak.
— To niemożliwe.
— Tutaj większość rzeczy jest niemożliwa.
Maya zamknęła oczy.
Jakby już znała tę rozmowę.
Jakby słyszała ją wcześniej.
Wiele razy.
— Nie słuchaj go — powiedziała cicho.
— Dlaczego?
— Bo każda wersja zaczynała od słuchania.
Travis spojrzał na nią gwałtownie.
— Każda?
Maya milczała sekundę za długo.
To wystarczyło.
— Byli tu wcześniej.
— Tak.
— W tym miejscu?
— Tak.
— I rozmawiali z nim?
Dziewczynka skinęła głową.
Travis poczuł mdłości.
Nagle Archiwum przestało przypominać bibliotekę.
Zaczęło przypominać cmentarz.
Nie książek.
Wersji.
— Co się z nimi stało? — zapytał.
Cień odpowiedział pierwszy.
— Zrozumieli.
— Co?
— Że problemem nie jest system.
Travis zrobił krok naprzód.
— Więc co nim jest?
Cień poruszył się lekko.
Jakby próbował podejść bliżej, ale coś go zatrzymywało.
— Pamięć.
W tej samej chwili wszystkie światła Archiwum przygasły.
Rzędy regałów zniknęły w półmroku.
A wtedy Travis zobaczył coś jeszcze.
Sylwetki.
Setki.
Może tysiące.
Stojące nieruchomo między półkami.
Ludzie.
Nie.
Rekordy ludzi.
Niektóre wyglądały normalnie.
Inne były uszkodzone.
Rozmyte.
Niepełne.
Jak źle zapisane dane.
Travis cofnął się odruchowo.
— Maya…
Dziewczynka wyglądała na przerażoną.
Naprawdę przerażoną.
— On nie powinien móc ich pokazywać.
— Kto?!
Cień przesunął się bliżej.
Po raz pierwszy Travis zobaczył fragment twarzy.
Własnej twarzy.
Starszej.
Zmęczonej.
Martwej.
— Rejestr nie archiwizuje ludzi — powiedział głos. — Rejestr archiwizuje świadomość.
Travis poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg.
— Nie…
— Ludzie umarli dawno temu.
— Zamknij się.
— Ty też umarłeś.
— Powiedziałem zamknij się!
Echo jego krzyku rozniosło się po Archiwum.
I wtedy wszystkie sylwetki między półkami jednocześnie odwróciły głowy.
W stronę Travisa.
Maya pobladła.
— O nie…
— Co zrobiłem?
— Obudziłeś ich.
W całej bibliotece rozległ się dźwięk przesuwanych stron.
Najpierw pojedynczy.
Potem następny.
A potem tysiące jednocześnie.
Jakby całe Archiwum zaczęło czytać samo siebie.
Cień Travisa cofnął się w mrok.
— Oni nadchodzą.
— Kto?!
Ale odpowiedź już nadchodziła.
Z głębi regałów zaczęły wychodzić sylwetki.
Powoli.
Nieregularnie.
Niektóre poruszały się jak ludzie.
Inne jak marionetki uczące się chodzenia.
Każda miała twarz.
Jego twarz.
Travis patrzył, jak dziesiątki własnych wersji wychodzą z ciemności Archiwum.
Niektóre były starsze.
Niektóre poranione.
Niektóre wyglądały identycznie jak on.
Ale wszystkie miały ten sam wzrok.
Wzrok ludzi, którzy odkryli coś, czego nie powinni byli odkryć.
Jedna z wersji zatrzymała się kilka metrów przed nim.
Miała rozcięty policzek.
I oczy pełne obłędu.
— Nie słuchaj Oryginału — powiedziała głosem Travisa.
Druga odezwała się natychmiast.
— Kłamie.
Trzecia zaczęła się śmiać.
Czwarta płakała.
Piąta tylko patrzyła.
A potem wszystkie jednocześnie wypowiedziały jedno zdanie:
— Nie pozwól mu uruchomić resetu.
Zapadła cisza.
Travis poczuł, jak serce zamiera.
— Jakiego resetu?
I wtedy z oddali rozległ się alarm.
Nie taki jak wcześniej.
Głębszy.
Starszy.
Jak coś, czego nie używano od bardzo dawna.
Maya spojrzała gdzieś ponad półkami.
Jej twarz momentalnie straciła kolor.
— Nie mamy już czasu.
— Na co?!
Dziewczynka wyszeptała odpowiedź tak cicho, jakby bała się, że samo wypowiedzenie tych słów może coś obudzić.
— Rejestr właśnie rozpoczął procedurę zerowania.Rozdział 7
Procedura zerowania
Alarm nie przypominał dźwięku.
Przypominał wspomnienie dźwięku.
Coś starego.
Martwego.
Jak echo systemu, który pamiętał własny koniec.
Czerwone światła zaczęły pulsować pomiędzy regałami Archiwum.
Tysiące książek drżały na półkach.
Niektóre otwierały się same.
Strony przewracały się gwałtownie.
Jakby rekordy próbowały uciec przed czymś, co nadchodziło.
— Maya! — krzyknął Travis. — Co to jest zerowanie?!
Dziewczynka złapała go za rękę.
— Nie teraz!
— Powiedziałaś, że-
— TRAVIS!
To był pierwszy raz, kiedy naprawdę usłyszał w jej głosie panikę.
Nie strach.
Panikę.
Za nimi dziesiątki wersji Travisa zaczęły wychodzić spomiędzy półek.
Nie atakowały.
Nie spieszyły się.
Patrzyły.
To było gorsze.
Każda wyglądała inaczej.
Jedna była stara.
Jedna miała wypalone oczy.
Jedna wyglądała, jakby połowa jej twarzy została usunięta i źle odtworzona.
Ale wszystkie miały jego głos.
— Nie idź z nią.
— Maya cię okłamuje.
— Vale też.
— Oryginał też.
— Nikt już nie pamięta prawdy.
Słowa nakładały się na siebie.
Jak uszkodzony zapis audio.
Travis cofnął się.
— Kim wy jesteście?!
Jedna z wersji uśmiechnęła się smutno.
— Tobą.
Maya szarpnęła go mocniej.
— Musimy zamknąć segment!
— Jaki segment?!
Nie odpowiedziała.
Pobiegła między regały.
Travis ruszył za nią.
Za plecami słyszał kroki.
Dziesiątki kroków.
Własnych.
Archiwum zaczęło się zmieniać.
Półki przesuwały się powoli.
Korytarze wydłużały.
Światła gasły sekcjami.
Jakby sama biblioteka próbowała odizolować zainfekowany obszar.
— Maya!
— Szybciej!
— Co się dzieje?!
Dziewczynka wbiegła do ogromnej okrągłej sali.
Była pusta.
Poza jednym obiektem pośrodku.
Stary terminal.
Metalowy.
Analogowy.
Prawdziwy.
To słowo znowu uderzyło Travisa.
Prawdziwy.
W świecie pełnym sztuczności każdy prawdziwy przedmiot wyglądał niemal obco.
Na ekranie terminala migotał pojedynczy komunikat:
PROCEDURA ZEROWANIA — OCZEKIWANIE NA AUTORYZACJĘ Travis zamarł.
— To nie może być dobre.
— Nie jest.
Maya zaczęła wpisywać coś na klawiaturze.
Ekran natychmiast odpowiedział.
BRAK UPRAWNIEŃ Dziewczynka zaklęła cicho.
— Nie…
— Co teraz?
— Ktoś już rozpoczął procedurę.
— Vale?
— Nie wiem.
To zabrzmiało źle.
Bardzo źle.
Bo Maya zwykle wiedziała.
Światło nad terminalem zamigotało.
A potem ekran zmienił komunikat.
WYKRYTO OBECNOŚĆ: TRAVIS CORNELL STATUS: ZGODNOŚĆ CZĘŚCIOWA Travis poczuł lodowaty ucisk w klatce piersiowej.
— Co znaczy częściowa?
Terminal odpowiedział natychmiast.
BRAK PEŁNEJ SYNCHRONIZACJI Z ORYGINAŁEM Maya odwróciła się gwałtownie.
— Nie patrz na to.
Ale było za późno.
Na ekranie pojawiła się nowa linia.
OSTATNIA PEŁNA SYNCHRONIZACJA: 17 LAT TEMU Travis przestał oddychać.
— Co…
— Travis-
— Siedemnaście lat?!
Terminal kontynuował.
OSTATNIA AKTYWNA WERSJA: 1177 OSTATNI STATUS: NIESTABILNOŚĆ ŚWIADOMOŚCI OSTATECZNY STATUS: SAMOŚWIADOMOŚĆ Zapadła cisza.
Maya wyglądała, jakby chciała wyłączyć ekran siłą.
— Maya.
Nie odpowiedziała.
— Co znaczy „samoświadomość”?
Dziewczynka bardzo powoli spojrzała mu w oczy.
I po raz pierwszy wyglądała na kogoś naprawdę winnego.
— To moment, w którym kopie zaczynają rozumieć, że są kopiami.
Travis poczuł mdłości.
— A wtedy?
Maya milczała.
To wystarczyło.
— Co wtedy?!
— System uznaje je za uszkodzone.
Za drzwiami sali rozległ się dźwięk kroków.
Nie pojedynczych.
Setek.
Wersje Travisa zbliżały się.
Powoli.
Rytmicznie.
Jak proces.
Terminal wyemitował niski sygnał.
NOWY ADMINISTRATOR POŁĄCZONY Maya zesztywniała.
Ekran pociemniał.
A potem pojawiła się twarz Adriana Vale’a.
Idealnie spokojna.
Jak zawsze.
— Dobry wieczór, Travisie.
— Vale…
— Widzę, że dotarłeś dalej niż poprzednie wersje.
Te słowa uderzyły mocniej niż wszystko wcześniej.
— Poprzednie…
Vale skinął głową.
— Wersja 1177 była blisko. — 1132 również. — 1041 niemal zrozumiała problem.
— Problem?!
Administrator spojrzał prosto w kamerę.
— Ty nim jesteś.
Maya uderzyła dłonią w terminal.
— Zamknij połączenie!
Vale nawet na nią nie spojrzał.
— Travisie, jeśli chcesz przeżyć, musisz natychmiast opuścić Archiwum.
— Dlaczego?
— Ponieważ procedura zerowania nie usuwa danych.
Krótka pauza.
Minimalny uśmiech.
— Ona usuwa pamięć.
Światła w całej sali zgasły.
Na sekundę.
Tylko jedną.
Ale kiedy wróciły… wszystkie wersje Travisa stały już w wejściu.
Nieruchomo.
Dziesiątki jego twarzy.
Patrzących dokładnie na niego.
Jedna z nich wyszeptała:
— On znowu to zrobi.
Travis spojrzał na Vale’a na ekranie.
— Co zrobi?
Administrator milczał.
A potem obraz nagle zakłócił się gwałtownie.
Jakby coś próbowało przejąć sygnał.
Na ekranie pojawiła się nowa twarz.
Starszy Travis.
Ten sam, którego widział w rekordzie ORYGINAŁU.
Patrzył prosto na niego.
I wyglądał na przerażonego.
— Jeśli to słyszysz — powiedział — nie pozwól mi się obudzić.Rozdział 8
Dwa źródła
Obraz zgasł.
Terminal wyemitował niski trzask.
Potem ciszę.
Absolutną.
Jakby cały Rejestr wstrzymał oddech.
Travis patrzył w ciemny ekran.
Własna starsza twarz nadal wypalona była w jego pamięci.
Nie pozwól mi się obudzić.
Maya podeszła powoli.
— Travis…
— Oryginał żyje?
— Nie wiem.
— Przestań ciągle mówić „nie wiem”.
Dziewczynka odwróciła wzrok.
— To miejsce zmienia prawdę.
Za drzwiami rozległ się kolejny krok.
Potem następny.
Wersje Travisa nadal stały w wejściu.
Nie ruszały się.
Jakby na coś czekały.
Jedna z nich miała wypalone połowę twarzy.
Inna trzymała rękę na gardle, jakby kiedyś próbowała się udusić.
Jeszcze inna wyglądała niemal normalnie.
To była najgorsza.
Bo wyglądała dokładnie jak on.
— Dlaczego oni nas nie atakują? — zapytał.
Maya odpowiedziała szeptem:
— Bo pamiętają.
— Co pamiętają?
Dziewczynka spojrzała na niego.
— Siebie.
To słowo zabrzmiało gorzej niż wszystko inne.
Terminal nagle ożył ponownie.
Nie ekran.
Głośniki.
Cichy szum.
A potem głos.
Nie Vale’a.
Nie Oryginału.
Kobiecy.
Pozbawiony emocji.
— Procedura zerowania rozpocznie się za dziewięć minut.
Wersje Travisa jednocześnie podniosły głowy.
Jak zwierzęta słyszące sygnał.
— Co stanie się po zerowaniu? — zapytał Travis.
Żadna z wersji nie odpowiedziała.
Maya zrobiła to za nie.
— Świat zacznie od początku.
— Co?!
— Rejestr zresetuje aktywną warstwę.
— Ludzi też?!
— Travis…
— Ludzi też?!
Dziewczynka milczała.
A więc tak.
Tak.
Jedna z wersji Travisa zaczęła się śmiać.
Cicho.
Obłąkanie.
— Widzisz? — powiedziała. — W końcu zawsze dochodzisz do tego samego miejsca.
Inna odezwała się chwilę później.
— A potem próbujesz go zatrzymać.
— Kogo?!
Kilka wersji odpowiedziało jednocześnie.
— Siebie.
Travis cofnął się odruchowo.
— Nie rozumiem.
— Jeszcze nie — powiedziała wersja z rozciętym policzkiem. — Ale zrozumiesz.
Maya gwałtownie podeszła do terminala.
— Musimy dostać się do dolnej warstwy.
— Co tam jest?
— Odpowiedzi.
— Świetnie. Kolejne odpowiedzi.
Dziewczynka spojrzała na niego ostro.
— Chcesz prawdy czy nie?
Nie odpowiedział.
Bo już sam nie wiedział.
Terminal zamigotał.
Na ekranie pojawił się plan Archiwum.
Ogromny.
Wielowarstwowy.
Przypominał bardziej mózg niż budynek.
Setki segmentów.
Tysiące połączeń.
A głęboko pod nimi jedna sekcja świeciła na czerwono.
SEKTOR ŹRÓDŁOWY Maya pobladła.
— Nie…
— Co?
— Ktoś już tam wszedł.
— Vale?
— Jeśli Vale dotarł do sektora źródłowego…
Urwała.
Travis zauważył coś na ekranie.
Jeden aktywny identyfikator.
STATUS: ORYGINAŁ — AKTYWNY W sali zapadła kompletna cisza.
Nawet wersje Travisa przestały się poruszać.
— To niemożliwe — wyszeptał.
Jedna z wersji spojrzała na niego smutno.
— Właśnie dlatego wszyscy umarliśmy.
Alarm odezwał się ponownie.
— Osiem minut do zerowania.
Nagle światła zaczęły migotać gwałtowniej.
Ściany sali zadrżały.
A potem Travis usłyszał coś jeszcze.
Daleko.
Głęboko w Archiwum.
Krzyk.
Ludzki.
Prawdziwy.
Nie cyfrowy.
Nie syntetyczny.
Prawdziwy ból.
Wszystkie wersje Travisa jednocześnie spojrzały w dół korytarza.
Przerażone.
Po raz pierwszy.
Maya cofnęła się o krok.
— Nie…
— Co teraz?!
Dziewczynka patrzyła w ciemność.
— On się budzi.
Powietrze nagle zgęstniało.
Jakby sam świat próbował się zamknąć.
Półki zaczęły drżeć.
Książki spadały na podłogę.
A wtedy Travis zobaczył coś niemożliwego.
Daty na grzbietach rekordów zaczęły się zmieniać.
1987.
2002.
2041.
2099.
2113.
Wszystko przesuwało się.
Przepisywało.
Historia świata aktualizowała się na jego oczach.
Terminal wyświetlił nowy komunikat:
KONFLIKT PAMIĘCI WYKRYTO DWA AKTYWNE ŹRÓDŁA Travis poczuł lodowaty dreszcz.
— Dwa źródła?
Maya bardzo powoli spojrzała na niego.
I po raz pierwszy wyglądała, jakby naprawdę bała się odpowiedzi.
— Travis… — możliwe, że Oryginał nie jest jedyny.Rozdział 9
NAKŁADANIE PAMIĘCI
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Nawet alarm jakby ucichł.
Dwa aktywne źródła.
To zdanie zawisło w powietrzu ciężej niż wszystko wcześniej.
— Co znaczy „drugie źródło”? — zapytał Travis.
Maya nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła na ekran terminala, jakby miała nadzieję, że komunikat zniknie.
Nie zniknął.
STATUS: ŹRÓDŁO A — ORYGINAŁ ŹRÓDŁO B — NIEZNANE
— Maya.
Dziewczynka przełknęła ślinę.
— Rejestr nie potrafi stworzyć dwóch identycznych rdzeni świadomości.
— Po polsku.
— Powinien istnieć tylko jeden prawdziwy Travis Cornell.
Jedna z wersji Travisa roześmiała się nerwowo.
— A jednak zawsze kończy się tak samo.
— Co się kończy?!
— Konflikt.
Terminal wyemitował nowy dźwięk.
OSTRZEŻENIE: NAKŁADANIE PAMIĘCI POSTĘPUJE Travis poczuł nagły ból głowy.
Ostry.
Pulsujący.
Przed oczami pojawił się obraz.
Nie wspomnienie.
Coś gorszego.
Obce życie.
Mężczyzna siedzący przy oknie.
Deszcz.
Miasto.
Kobieta mówiąca:
— Travis, jeśli oni się dowiedzą…
Obraz urwał się gwałtownie.
Travis zachwiał się.
Maya złapała go, zanim upadł.
— Już się zaczęło.
— Co?!
— Synchronizacja.
— To nie były moje wspomnienia.
Dziewczynka spojrzała na niego ze współczuciem.
— Właśnie tego nie możesz być pewien.
Za drzwiami rozległ się nowy dźwięk.
Nie kroki.
Metal.
Ciężki.
Powolny.
Wersje Travisa natychmiast zesztywniały.
Jedna wyszeptała:
— Sprzątający.
Maya pobladła.
— Nie powinni być tutaj tak szybko.
Metaliczny odgłos zbliżał się.
Regularny.
Jak ruch ogromnej maszyny.
Travis spojrzał w ciemność korytarza.
I zobaczył ich.
Tym razem wyraźniej.
Nie byli ludźmi.
Tylko z daleka przypominali sylwetki.
Ich ciała wyglądały jak czarne, ruchome deformacje przestrzeni.
Jakby rzeczywistość nie potrafiła poprawnie określić ich kształtu.
Twarzy nadal nie mieli.
Ale teraz Travis zauważył coś gorszego.
W miejscach, gdzie powinny znajdować się głowy… migotały fragmenty cudzych twarzy.
Na ułamki sekund.
Setki różnych ludzi.
Setki rekordów.
Jakby Sprzątający składali się z usuniętych świadomości.
Maya cofnęła się gwałtownie.
— Nie patrz za długo.
— Dlaczego?
— Bo oni uczą się twarzy.
Jeden ze Sprzątających zatrzymał się przy wejściu.
Powoli przekrzywił głowę.
I wtedy odezwał się głosem Travisa.
— Wersja 1188 wykryta.
Travis zamarł.
— Dlaczego mówi moim głosem?
— Bo już cię zapisali — wyszeptała Maya.
Sprzątający zrobił krok do przodu.
Światło wokół niego zaczęło się deformować.
Półki wyginały się lekko do środka.
Jakby sama przestrzeń bała się jego obecności.
— Przywrócić integralność pamięci — powiedział.
Pozostałe istoty powtórzyły jednocześnie:
— Przywrócić integralność pamięci.
Wersje Travisa zaczęły się cofać.
Przerażone.
Jedna z nich szepnęła do niego:
— Oni nie usuwają ludzi.
— Więc co robią?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Łączą ich.
Sprzątający ruszyli.
Nie biegiem.
Powoli.
Nieuchronnie.
Maya chwyciła Travisa za rękę.
— Musimy do sektora źródłowego.
— A jeśli tam jest Oryginał?
— Wtedy dowiemy się, czego naprawdę się boją.
Alarm zawył ponownie.
— Sześć minut do zerowania.
Travis spojrzał jeszcze raz na wersje siebie.
Dziesiątki jego twarzy.
Każda z innym końcem.
Każda z innym błędem.
Jedna z nich podeszła bliżej.
Najstarsza.
Miała siwe włosy.
I oczy człowieka, który widział zbyt wiele.
— Jeśli go spotkasz…
— Kogo?
Stary Travis zawahał się.
Jakby nawet teraz bał się wypowiedzieć to imię.
— Nie pozwól mu sobie przypomnieć.
— Czego?
Ale było za późno.
Sprzątający weszli do sali.
I światło momentalnie zgasło.Rozdział 13
Pierwsza pamięć
— Nie powinieneś był wracać — powiedział Oryginał.
Travis nie mógł się poruszyć.
To nie było jak patrzenie w lustro.
Lustro kłamie płasko.
Ten człowiek oddychał.
Miał zmęczone oczy.
Miał cień zarostu.
Miał dłonie człowieka, który kiedyś naprawdę dotykał świata.
— Kim jesteś? — zapytał Travis.
Oryginał uśmiechnął się bez radości.
— Pytanie brzmi, kim ty jeszcze możesz się stać.
Maya cofnęła się o krok.
— To nie jest on.
Travis spojrzał na nią.
— Co?
— To wspomnienie. Pierwsze zapisane wspomnienie.
Oryginał powoli odwrócił się do niej.
— Cześć, Mayo.
Dziewczynka zesztywniała.
— Nie masz prawa mnie pamiętać.
— A jednak pamiętam.
Pokój zadrżał.
Za oknem deszcz zatrzymał się w powietrzu.
Każda kropla wisiała nieruchomo, jak zamrożony kod.
— Co to za miejsce? — zapytał Travis.
Oryginał wskazał komputer.
— Tu wszystko się zaczęło.
Na ekranie migotał jeden folder.
THE COLD INDEX
Travis podszedł bliżej.
— Co to jest?
— Projekt żałoby — powiedział Oryginał. — Tak go nazwałem, zanim zacząłem kłamać samemu sobie, że chodzi o ratowanie ludzi.
Maya zamknęła oczy.
— Nie słuchaj go.
— Dlaczego?
Oryginał odpowiedział za nią:
— Bo ona była pierwszą osobą, którą próbowałem przywrócić.
Travis spojrzał na Mayę.
Dziewczynka wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej z twarzy całe dzieciństwo.
— Nie — wyszeptała.
— Tak — powiedział Oryginał. — Miałaś na imię Maya Cornell.
Travis poczuł, że świat pod nim pęka.
— Cornell?
Oryginał spojrzał mu prosto w oczy.
— Była moją córką.