Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

The Grandest Game. Tom 2. Godni rywale - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 grudnia 2025
3696 pkt
punktów Virtualo

The Grandest Game. Tom 2. Godni rywale - ebook

Piramida tajemnic. Zerwane sojusze. Olbrzymia stawka.

Witaj ponownie w największej grze – konkursie organizowanym przez miliarderkę Avery Grambs i czterech braci Hawthorne’ów.

Kontynuacja The Grandest Game nie zawodzi – rozgrywka robi się coraz ciekawsza.

W grze pozostaje pięć osób, a każda ma własne sekrety i motywację, aby zgarnąć miliony. Tyle że stawką są nie tylko pieniądze, ale także miłość i przyszłość uczestników. Gracze zrobią wszystko, aby zwyciężyć w wyścigu z rywalami i z czasem, zgłębić piętrzące się tajemnice i przetrwać zwroty akcji.

Stawka jest coraz wyższa, tempo coraz szybsze, a gra coraz bardziej zawiła w najnowszej książce z genialnego uniwersum „The Inheritance Games”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68625-27-1
Rozmiar pliku: 3,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

LYRA

Całując się z Graysonem Hawthorne’em, Lyra czuła się tak, jakby przeniosła się do innego wymiaru czasowego. Wszystko przestało istnieć. Znikła ziemia pod jej stopami. Zniknęły ruiny i klify. Było tylko to. Miejsca, w których stykały się ich ciała. Jego i jej usta. Gwałtowne oddechy... To.

„Zapowiedź katastrofy” – w głowie Lyry rozbrzmiał cichy jak szept głos Odette. „Hawthorne i dziewczyna, która powinna za wszelką cenę unikać Hawthorne’ów”.

Grayson, jakby słysząc myśli Lyry, powoli odsunął od niej usta.

– Zwykle lepiej panuję nad emocjami. – Jego głos był cichy, pełen niemal bolesnego napięcia.

– A ja zwykle mam więcej rozsądku – odparła Lyra, intensywnie czując bliskość jego ust... i wiedząc, jak niewiele brakuje, żeby to powtórzyli.

Ten pocałunek – pierwszy i jedyny – wstrząsnął ziemią pod ich stopami.

Niemal na pewno był też błędem.

Wiejący od oceanu wiatr za plecami Lyry wzmógł się na tyle, że związane w długi koński ogon włosy poderwały się i opadły jej – oraz jemu – na twarz. Grayson ujarzmił je, odgarniając kucyk na bok, a kiedy to zrobił, wiatr ucichł tak nagle i całkowicie, że Lyra nie mogła pozbyć się nielogicznego wrażenia, iż to Hawthorne zapanował nad nim samą siłą woli.

W głowie Lyry rozdzwonił się alarm. No tak, to Grayson Hawthorne!

Mimo że nie okazał się zimnym, wyniosłym, bogatym bufonem, za jakiego go uważała jeszcze dwadzieścia cztery godziny wcześniej, wciąż był Hawthorne’em. Jego krew była nie tyle błękitna, ile wręcz lazurowa. Największa Gra zaś wkrótce miała dobiec końca, po czym Lyra i Grayson Hawthorne bez względu na składane sobie teraz obietnice wrócą do swoich zwykłych ról – staną się dla siebie niewiele więcej niż obcymi ludźmi... którzy za wszelką cenę powinni się unikać.

„Myślicie, że coś wiecie, ale naprawdę nie macie o tym pojęcia”. Kolejne ostrzeżenie Odette odbiło się echem w pamięci Lyry, ale nawet ono nie mogło odciągnąć jej uwagi od faktu, iż nadal znajdowała się na tyle blisko Graysona, że czuła na swojej skórze każdy jego oddech.

– Powinniśmy się zdrzemnąć, zanim przejdziemy do drugiego etapu – powiedziała Lyra.

Zabrzmiało to ochryple, gardłowo. A miało brzmieć praktycznie. Wyznaczono im dwanaście godzin na odpoczynek po pierwszym etapie gry. Tymczasem do tej pory Lyrze jeszcze nie udało się zadbać choćby w najmniejszym stopniu o regenerację sił.

– Tak, powinniśmy. – Grayson potaknął, ale zamiast odsunąć się choćby o centymetr, musnął wierzchem palców prawej dłoni jej policzek, kradnąc jej oddech niczym wytrawny złodziej. – Mówiłem serio, Lyro. Rozpracujemy to. Grę i całą resztę.

„Resztę”. Nie dałoby się tego nazwać mniej zdawkowo. W głowie Lyry sama myśl o tym wywołała kolejne słowa odbijające się głośnym echem. „To wina Hawthorne’a...”.

„Hawthorne A.”.

„Omega”.

„Zawsze trzy”.

Lyra cofnęła się o krok, licząc na to, że dystans pozwoli jej swobodniej oddychać, myśleć, skupić się na tym, co ma nastąpić. Oboje stali na szczątkach patia na klifie przed wystawną rezydencją, z której obecnie została jedynie zwęglona ruina – memento tego, że nawet najwspanialsze rzeczy mogą obrócić się w popiół.

– Ktoś mnie tu ściągnął. – Lyra zajęła się tą kwestią. – Ktoś wprowadził mnie do gry. I ta osoba, kimkolwiek jest, zna prawdę o moim ojcu. Jestem pionkiem w czyichś rękach. – Lyra odwróciła wzrok od jasnych, przenikliwych oczu Graysona. – Albo bronią. Albo bombą.

To był logiczny wniosek. Prawda? Ten, kto podrzucił Lyrze bilet, zapewnił jej udział w Największej Grze, dlatego że jej historia rodzinna była spleciona z rodziną Hawthorne’ów. Poprzez śmierć jej ojca.

Poprzez udział Alice Hawthorne w tym, co się stało.

– Nie jesteś niczyją bronią, Lyro – powiedział Grayson. Ton jego głosu dawał wyraźnie do zrozumienia, że rzadko przegrywa potyczki słowne. – Bombą ani niczym innym. A już na pewno nie jesteś pionkiem.

– Czym w takim razie jestem? – zapytała wyzywająco Lyra, a jej wzrok wrócił do jego twarzy jak pocisk samonaprowadzający.

– Jesteś śmiertelnie niebezpieczna – odparł cicho Grayson. – W jak najlepszym sensie.

Skąd mu się to brało, żeby mówić coś takiego w sposób, który brzmiał autentycznie, jakby naprawdę tak myślał? Lyra zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu, ale Grayson wyciągnął rękę do jej ramienia i w mgnieniu oka zamienił się z nią miejscami. Teraz to on stał zwrócony plecami do uskoku, a Lyra miała przed sobą wspaniały widok na ocean.

Ustawił się tak, żeby nie dopuścić do jej upadku w przepaść.

– Nie potrzebuję twojej ochrony, Hawthorne.

Grayson uniósł brwi.

– Powiedzmy, że w tej kwestii zdania są podzielone.

Wiatr od oceanu znów się wzmógł. Nadciągał front atmosferyczny. Przez ciało Lyry przebiegł dreszcz. Grayson, nie spuszczając z niej oczu, rozpiął górny guzik marynarki swojego idealnie skrojonego garnituru. A po nim guzik środkowy.

– Co robisz? – zapytała Lyra.

Nie miała na myśli jedynie jego marynarki, a on był wystarczająco bystry, żeby zdawać sobie z tego sprawę. „Co my robimy?”.

– Sądzę, że odpowiedź jest oczywista. – Grayson rozpiął ostatni guzik marynarki, a potem...

Marynarka zsunęła się z jego ramion i pamięć ciała Lyry automatycznie podsunęła jej skojarzenia: „Moje i twoje usta. Rwane oddechy”.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz proponować mi włożenia tej marynarki. – W głosie Lyry zadźwięczała chłodna stal.

– Jest ci zimno. – Usta Graysona wygięły się w łuk. – A zapewne już poznałaś mnie na tyle, by wiedzieć, że kiedy napotykam problem, rozwiązuję go.

Chodziło o znacznie więcej niż o cholerną marynarkę. Chodziło o jego i jej rodzinę, o nieznane zagrożenia. Chodziło o fakt, że Odette Morales, jedyna osoba, która mogła znać przynajmniej fragment szerszego obrazu tej sytuacji, zrezygnowała z udziału w Największej Grze – i ze swojej szansy na wygranie milionów dolarów – z powodu zagrożenia, które w jakimś niejasnym sensie reprezentowali Lyra i Grayson.

„Zapowiedź katastrofy”.

– Nie potrzebuję twojej marynarki – powiedziała do Graysona.

– Ale może ja muszę ci ją dać – przekonywał Grayson. – Nakazuje mi to rycerskość. Mój wewnętrzny mechanizm radzenia sobie z problemami.

– Ostrzegam cię, Hawthorne, że jeśli spróbujesz okryć moje ramiona marynarką, to odwdzięczę ci się tym samym.

Chcąc poprzeć te słowa, Lyra podniosła rękę do zamka błyskawicznego swojej sportowej kurtki – a raczej, szczerze mówiąc, cienkiej wiatrówki.

Grayson przez chwilę starał się ocenić, czy Lyra blefuje.

Nie blefowała.

– Powiedzmy, że udało ci się mnie ostrzec – rzucił z przekąsem i włożył marynarkę z powrotem.

Lyra zmrużyła oczy.

– Dlaczego odnoszę wrażenie, że przegrałam tę potyczkę? – zastanawiała się na głos.

– Dlatego – odparł Grayson – że nadal stoję między tobą a skrajem klifu.ROZDZIAŁ 2

LYRA

Jeszcze jakiś czas temu Lyra być może pozwoliłaby komuś innemu czuwać nad swoim bezpieczeństwem, ale to było przedtem. Zanim zaczęły się sny. Zanim dotarło do niej, że całe jej życie było kłamstwem.

Przez wiele lat rodzice pozwalali jej wierzyć, że jest zupełnie normalna. Stworzyli dla niej warunki, aby mogła rozwijać się tak, jakby najbardziej traumatyczne wydarzenie w jej życiu w ogóle nie miało miejsca – jakby jej biologiczny ojciec nie uprowadził jej z przedszkola w dniu, w którym ukończyła cztery lata, po czym niemal na jej oczach popełnił samobójstwo. A kiedy sobie o tym przypomniała, nie umiała się z powrotem dopasować do dotychczasowego życia – jakby dziewczyna, którą była, nagle przestała istnieć. Nie chciała się nikomu zwierzać, skąd w niej ta zmiana, więc udawała, że wszystko jest po staremu. Udawała tak długo, jak tylko mogła.

Ale przy Graysonie Hawthornie nie dało się niczego udawać. A obecnie, jeśli zachodziło ryzyko, że mogłaby zostać w jakiś sposób zraniona, musiała radzić sobie z problemami sama z podniesioną głową. Musiała sama dbać o swoje bezpieczeństwo, tymczasem Grayson jej to bardzo utrudniał. Czuła go niczym dłoń wyciągającą ją za kark z mroku, jak głos przekonujący, że nie musi nikomu udowadniać, że dobrze się czuje.

Ale musiała.

Więc zamiast czekać, aż Grayson odprowadzi ją do pełnej zagadek i łamigłówek rezydencji na północnym cyplu, gdzie mogłaby się przespać, uprzedziła go, żeby za nią nie szedł, i znów puściła się biegiem dokoła wyspy.

Mimo że już wcześniej wyczerpała swój organizm do granic możliwości.

Mimo że lepiej byłoby mieć jasny umysł podczas tego, co miało nadejść.

Lyra biegła, żeby uporządkować bałagan w swojej głowie. Biegła, żeby jej ciało przestało przypominać sobie dotyk jego ciała. Biegła, bo mogła.

Graysonowi zapewne instynkt podpowiedział, że nie byłoby zbyt mądrze ruszyć za nią, bo zrezygnował z pościgu i Lyra, niezatrzymywana przez nikogo, zmusiła się do długotrwałego, wytężonego wysiłku, aż w końcu przestała czuć na sobie fantom jego dotyku, jej świat się skurczył i jedyną rzeczą oprócz piekącego bólu w mięśniach oraz płucach była wyspa.

Lyra czuła ją jak przedłużenie własnego ciała – dziką, wolną, okrytą bliznami i pogwałconą, piękną, wyrazistą. Wyspę Hawthorne’ów otaczały skaliste brzegi i strome zbocza, rosły na niej endemiczne trawy i strzeliste drzewa; niezliczone klify i sporadycznie rozsiane wąskie pasy plaży obmywał ze wszystkich stron ocean.

Poprzedniego dnia Lyra wracała kilka razy do spalonego lasu. Tym razem trzymała się brzegów południowego i wschodniego – zdecydowanie najtrudniejszego terenu na całej wyspie. Pełnego wybojów. Cierni. I niewiele ponad to. Obiektywnie rzecz ujmując, nic tam nie przypominało miejsca, w którym Lyra spędziła dzieciństwo, ale w pewnym sensie Mile’s End i najbardziej dziewicze części wyspy Hawthorne’ów wydawały się jej takie same – niezmienne i tak autentyczne, że pod tym względem nie mógłby się z nimi równać żaden lepiej zagospodarowany obszar.

Lyra pozwoliła, żeby te myśli zajmowały jej umysł podczas biegu, i powoli zaczęło się w niej krystalizować poczucie celu. Przystąpiła do Największej Gry, aby ocalić Mile’s End. Wszystko inne – oraz wszyscy inni – niech czeka.

Kiedy Lyra w końcu osiągnęła stan, w którym mogła zaryzykować i przerwać bieg, zatrzymała się i popatrzyła na samotną, zapierającą dech w piersiach konstrukcję na południowo-wschodnim brzegu wyspy. Wznoszące się nad wodą masywne kamienne łuki, które wyglądały tak, jakby przeniesiono je tam wprost ze starożytnego Rzymu, rzucały olbrzymie cienie na niebiesko-zieloną taflę oceanu. Pod tymi łukami znajdował się dok.

Ciężko dysząc z wysiłku, Lyra weszła na duży pomost dla łodzi, prostopadły do dwóch mniejszych, między którymi wynurzała się platforma. Wyczerpana, poszła na koniec doku i kiedy popatrzyła na wodę, ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby ktoś musnął zrogowaciałymi knykciami jej łopatki. Odwróciła się, kierując wzrok z powrotem w stronę wyspy.

„Nic tam nie ma”. Była sama.

Wypuściła z płuc powietrze i zwróciła się twarzą do oceanu. Próbowała dostrzec ląd w oddali, ale go nie widziała. Gdzieś tam był prawdziwy świat, lecz pozostawał niedostrzegalny. Miała przed sobą jedynie wodę, cienie oraz lekką mgłę unoszącą się nad oceanem.

A jednak...

„Jednak”. Stojąc przy doku, zapatrzona na Pacyfik, miała bardzo dziwne poczucie, że ktoś ją obserwuje.ROZDZIAŁ 3

GRAYSON

Grayson zerknął na smartwatch na nadgarstku. Zważywszy na to, że taki sam zegarek dostali wszyscy, którzy pozostali w Największej Grze, bez wątpienia służył on do czegoś jeszcze oprócz wskazywania czasu. Dokładniejsze oględziny wykazały jednak, że na razie jedynym, co Grayson mógł z nim zrobić, było przełączanie się między wskazaniami godziny a symbolem graficznym.

Pikiem.

W pierwszej fazie gry uczestnicy zostali podzieleni na drużyny: Kier, Karo i Trefl. Umysł Graysona szybko uzupełnił czwarty symbol. „Pik – dla tych, którzy pozostają za kulisami”. Grayson od samego początku wyczuwał obecność swoich braci oraz Avery w każdym detalu Największej Gry – włącznie z faktem, że niespodziewanie wyznaczyli mu rolę jednego z zawodników. Zamierzał rozmówić się w tej sprawie z całą czwórką, ale teraz miał na głowie ważniejsze rozmowy.

Dotknął symbolu pika. Wyświetliło się pole tekstowe z klawiaturą umożliwiające wysłanie wiadomości do organizatorów gry. Grayson starannie dobrał słowa, prosty anagram, w którym jego bracia i Avery bez problemu mogli rozpoznać prośbę w stylu Hawthorne’a – co znaczyło, że to wcale nie była prośba.

KOT PANI ES.

Poczekał chwilę na odpowiedź i w końcu ją otrzymał. PÓŁNOCNY BRZEG.

Grayson wiedział z doświadczenia, że jeśli chodzi o jego braci, umówione SPOTKANIE mogło przybrać różne formy. Czasami wiązało się z eksplozjami. Innym razem z helikopterami. Na porządku dziennym były walki na miecze, zapasy w błocie, karaoke i bójki na pięści. Jednak ten z braci, który podszedł do Graysona na północnym brzegu wyspy Hawthorne’ów, rzadko miewał skłonności do takich udziwnień.

– Witaj, Nash. – Grayson, nie odrywając wzroku od oceanu, przywitał swojego najstarszego brata, jeszcze zanim ten pojawił się w jego polu widzenia.

– Marzysz o kąpieli? – Najstarszy z czterech braci Hawthorne’ów wskazał ruchem głowy na fale.

– Trochę na to za zimno – odparł Grayson.

– Do tej pory nigdy cię to nie powstrzymywało.

– Zalecenie mojego psychoterapeuty – rzekł beznamiętnie Grayson. – Podobno zdiagnozował moje pływanie jako doskonalenie się w nadludzkim perfekcjonizmie, którego nadrzędnym celem jest doprowadzenie organizmu do takiego stanu wyczerpania, w którym przestaję cokolwiek czuć. Twierdzi, że zdrowiej jest dopuścić do siebie myśli i uczucia.

Myśli w rodzaju: „Niektóre błędy warto popełniać”.

Myśli w rodzaju: „Dlaczego nie ja? Z nią, teraz – dlaczego nie ja?”.

Ale Grayson nie po to domagał się spotkania, żeby rozmawiać o uczuciach.

– Pojawiło się zagrożenie – poinformował Nasha. – W każdym razie potencjalne. Lyra Kane dostała bilet upoważniający do udziału w Największej Grze od anonimowej osoby trzeciej. Ktoś ją tu sprowadził.

Nash przetrawił w myślach tę wiadomość.

– Dlaczego ktoś anonimowy miałby to zrobić?

„Dokładnie to samo pytanie sobie zadałem”.

– Tak się składa, że nasza rodzina była zamieszana w śmierć ojca Lyry. – Grayson wsłuchał się w swój głos i doszedł do wniosku, że brzmi o wiele spokojniej, niż naprawdę się czuje. – Samobójstwo. Ona miała wtedy cztery lata. Była przy tym.

Na samą myśl o tym, jak wydarzenia tamtej nocy wpłynęły na Lyrę, Grayson miał ochotę wypowiedzieć komuś wojnę w imieniu dziecka, którym wtedy była – nie mówiąc już o kobiecie, którą się stała.

W całym swoim dotychczasowym życiu Grayson całował cztery osoby, wliczając w to Lyrę. A kiedy ją pocałował, po raz pierwszy w życiu dopuścił do siebie uczucia. Wszystkie.

Lyra Kane całowała w taki sam sposób, w jaki się poruszała – z wyostrzoną świadomością swojej fizyczności, z gracją, jakby pocałunek wymagał koordynacji całego ciała.

– Jak niebezpieczna może być twoim zdaniem? – zapytał Nash.

Swobodny ton jego głosu nie zwiódł Graysona. Zagrożenie wobec jednego z nich było zagrożeniem dla wszystkich, a Nash należał do ludzi, którzy zaciekle bronią tego, co kochają.

– Ze strony Lyry nic nam nie grozi. – Grayson nie chciał, żeby zabrzmiało to jak ostrzeżenie, niemniej tak się stało.

Nash przechylił głowę.

– Jak głęboko w to zabrnąłeś, braciszku?

– Ledwie jeden dzień. – Odpowiedź Graysona była automatyczna.

Nash zakołysał się na obcasach kowbojskich butów.

– Ja wiedziałem niemal od razu, że Lib to właśnie ta.

Libby Grambs – obecnie Libby Hawthorne – była żoną Nasha. Grayson wygiął usta w uśmiechu, kiedy pomyślał o szwagierce oraz o dzieciach, których się spodziewała.

– Co u niej słychać?

– Wciąż ma zachcianki. Trochę marudzi. – Nash się uśmiechnął. – A ponadto jest absolutnie olśniewająca. – Zwrócił twarz ku Graysonowi, żeby zerknąć na niego wymownie. – Zapytam więc jeszcze raz, Gray. Jak głęboko wpadłeś z tą dziewczyną, która nie stanowi zagrożenia?

Grayson znowu zapatrzył się na horyzont. „Dopuść do siebie emocje”.

– Dosyć głęboko.

Nash cicho gwizdnął.

– Jamie miał rację. Będzie niezły cyrk.

– Cieszę się, że dostarczam wam rozrywki – skwitował kwaśno Grayson. – Ale nie wezwałem cię dla zabawy. Co nam wiadomo o wczorajszej awarii prądu?

Podczas pierwszego etapu Gry wysiadł prąd – przestały działać zarówno generator, jak i prądnica awaryjna.

– Xander mówi, że winne temu są wiewiórki – odparł Nash.

– Wiewiórki? – Ton głosu Graysona zdradzał, jak sceptycznie podchodzi do tej teorii.

– Wyspa jest szczelnie odizolowana od reszty świata – powiedział Nash.

– Albo nie tak szczelnie, jak sądzisz, albo sponsor Lyry ma tu jeszcze innego gracza. – Grayson w charakterystyczny dla niego zwięzły sposób opowiedział Nashowi o liścikach, które ktoś podrzucił Lyrze w spalonym lesie, o karteczkach z imionami oraz pseudonimami jej zmarłego ojca. – Ktoś powinien też mieć oko na Odette Morales po jej odejściu z Gry. Ona coś wie.

– Czego miałoby dotyczyć to „coś”?

Grayson nie widział powodu, by ukrywać przed bratem prawdę.

– Tego, że nasza babka jest bardziej żywa, niż nam i reszcie świata wmawiano.

Nash przyjął tę rewelację z typowym dla siebie spokojem. Zdjął z głowy swój podniszczony kowbojski kapelusz i powoli wodził kciukiem wzdłuż brzegu jego ronda. Dokładnie tak samo zachował się jedynym razem, kiedy Grayson próbował go uderzyć.

– Będziesz musiał szybko nabrać ochoty na podzielenie się wszystkim, co wiesz, młodszy bracie.

Grayson zmrużył oczy, ale ostatecznie pozwolił, by Nash postawił na swoim.

– Wygląda na to, że nasza babka, Alice Hawthorne, piętnaście lat temu, czyli kilka lat po swojej rzekomej śmierci, żyła i miała się całkiem dobrze. Wyszła z ukrycia, zjawiła się u seniora i poprosiła go o przysługę. – Grayson zrobił pauzę, myśląc o swoim dziadku, Tobiasie Hawthornie, którego pamiętał przede wszystkim z tego, że z każdej konfrontacji, ze wszystkich trudności wychodził jako zwycięzca. Pamiętał go jako człowieka, który szkolił wnuków, by postępowali tak samo jak on. – Również piętnaście lat temu – mówił dalej Grayson – jedną z ostatnich rzeczy, które ojciec Lyry powiedział do córki, zanim strzelił sobie w głowę, było: „To wina Hawthorne’ A...”.

– Hawthorne’ A... Alice.

– Przekażesz to reszcie. – Grayson nie sformułował tego jako pytania. – Na wyspie może się obecnie toczyć więcej niż jedna gra.

– Odwołujemy? – zapytał Nash, spokojny jak zawsze. – Tegoroczną Największą Grę?

– Nie. – Grayson się nie zawahał. – Może nie mamy do czynienia z prawdziwym zagrożeniem i w tym przypadku odwołanie Gry byłoby przedwczesne, a jeśli mamy, to musimy wykorzystać tę okazję, żeby je zidentyfikować.

Pierwszym krokiem do zneutralizowania przeciwnika było zmuszenie go do odkrycia kart.

– Czyli grasz dalej – powiedział Nash. – Przechodzisz do drugiego etapu.

– Gram – potaknął Grayson.

„Nie po to, żeby wygrać – lecz dla niej”.

Nash potarł wierzchem dłoni szczękę pokrytą krótkim zarostem i lekko się uśmiechnął.

– Na co jej potrzebne te pieniądze z nagrody?

Bracia Graysona wyróżniali się spostrzegawczością, co nie zawsze wychodziło im na dobre.

– Chce uchronić przed sprzedażą swój rodzinny dom. – Grayson przypomniał sobie, jak stanowczo Lyra odmówiła przyjęcia od niego marynarki, i groziła, że odwdzięczy mu się tym samym. – Dość powiedzieć, że ta miła pani nie przyjmie ode mnie ani grosza.

Lyra musiała wygrać nagrodę. A Grayson musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby jej pomóc.

– Nadała ci jakieś sekretne przezwisko? – Nash uniósł pytająco brwi.

Kąciki ust Graysona drgnęły.

– Pewnie „dupek”.

– Już ją lubię. – Nash się uśmiechnął i włożył kapelusz. – A skoro mowa o rodzinie, mam ci coś do zakomunikowania i na pewno ci się to nie spodoba. Kiedy poszliśmy po wyeliminowanych graczy, żeby ich wywieźć z wyspy, Gigi nie zjawiła się na przystani. Mała siostrzyczka zaginęła w akcji... podobnie jak łódź Xandra. Wygląda na to, że Gigi ją zabrała, bo zostawiła liścik. I paczkę Twinkies na przeprosiny.

Grayson zmarszczył brwi.

– Znajdujemy się na wyspie. Skąd Gigi wytrzasnęła Twinkies?

– Jeśli dobrze zrozumiałem Xana, miało to być coś w rodzaju spłaty długu.

Grayson pomasował czoło. To brzmiało jak zachowanie dokładnie w stylu jego przyrodniej siostry. Wiedział nawet bez podpowiedzi ze strony Nasha, że Gigi nie najlepiej zniosła fakt, iż została wyeliminowana z Największej Gry.

– Powinienem był poświęcić jej więcej uwagi.

– Alisa już pracuje nad namierzeniem łodzi. Znajdziemy siostrzyczkę. Tymczasem masz grę do rozegrania – i drugą siostrę, którą trzeba się opiekować.

„Savannah”. Słowa Nasha sprawiły, że Grayson pomyślał o krótko ostrzyżonych włosach siostry – włosach, które wyglądały tak, jakby zostały obcięte za pomocą noża. A potem jego myśli powędrowały do zawodnika, z którym, jak się zdawało, Savannah sprzymierzyła się w tej rozgrywce.

Do człowieka, który z dużym prawdopodobieństwem przemycił na wyspę ów nóż.

– Savannah nie chce, żebym się nią opiekował – stwierdził Grayson z takim spokojem, na jaki było go stać.

– Ci, którzy najbardziej potrzebują opieki, najgłośniej się przed nią wzbraniają. – Nash klepnął Graysona w plecy. – A skoro o tym mowa, przygotowaliśmy dla ciebie pokój w domu. – Podał mu duży klucz odlany z brązu. – Znajdź go i trochę się prześpij, braciszku. Drugi etap nie jest dla ludzi o słabej woli.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij