The Secret DJ. Między euforią a upadkiem. Niewygodna prawda ukryta za światłami klubów - ebook
The Secret DJ. Między euforią a upadkiem. Niewygodna prawda ukryta za światłami klubów - ebook
Do bólu szczere wyznanie jednego z czołowych DJ-ów sceny klubowej, które zarówno cię rozbawi, jak i przerazi.
Poznaj prawdę, której nie zobaczysz na Instagramie. The Secret DJ to książka, która zburzy Twoje wyobrażenie o świecie muzyki elektronicznej. Autor odsłania to, co przemysł muzyczny od lat stara się ukryć.
Narkotyki, uzależnienia i brutalna rzeczywistość za kulisami sceny, która nie ma nic wspólnego z błyszczącym światem, jaki znamy z mediów. Ta książka to nieocenzurowany, bezkompromisowy wgląd w ciemne strony DJ-skiego życia i klubowego lifestyle’u.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8406-192-3 |
| Rozmiar pliku: | 789 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dziękuję:
Mojej rodzinie, jeśli jeszcze ją mam po tym, jak to przeczytała.
Duncanowi J.A. Dickowi, redaktorowi Mixmag. To wszystko Twoja wina.
Jezowi, Timowi i Keithowi z CENZURA, bez których…
Benowi i Julianowi z L.A.W.
Lee z Faber & Faber.
Justinowi Robertsonowi.
Ransom Note i Boiler Room.
CENZURA z CENZURA i wszystkim stamtąd.
Paulowi CENZURA, który dał mi pierwszą chwilę wytchnienia.
Ianowi Bahrami – za bezbolesną i szybką redakcję.
Wszystkim ludziom, którzy dokładnie wiedzą, kim jestem, i robią, co trzeba, uczestnicząc w WIELKIEJ KONSPIRACJI…
…i Menedżerowi Trasy. Gdzieś przepadł, ale na zawsze pozostanie w naszej pamięci.
Przynajmniej na razie.Wstęp
Miałem ciekawe życie i w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników robiłem po drodze mnóstwo notatek – być może w poczuciu, że zapomnę wiele z tego, co się wydarzyło. Z pewnością nigdy nie zamierzałem zostać DJ-em. W latach 80. nikt tego nie robił, chyba że chciałeś się dostać do radia i z jakichś podejrzanych powodów zbliżyć do dzieci. W tamtych czasach używano pełnej nazwy owego fachu, „Disc Jockey”, co jest terminem radiowym odnoszącym się do pracy w radiu. Ma się rozumieć, istnieli „mobilni DJ-e” i wszyscy chodziliśmy na szkolne dyskoteki w latach 70., ale nawet jeśli taki DJ trafił ze studia radiowego do salki kościelnej, nadal mówił między nagraniami, jakby był na antenie – wciąż muszę tłumaczyć starszym osobom, że coś takiego się już nie zdarza. Ale bardzo dobrze rozumieją oni jedną ważną rzecz: jak ogromną wartość miały wtedy nagrania. Ludzie siadali razem w pokoju i słuchali płyt w ciszy, z wielkim namaszczeniem. Idea „muzyki w tle” nie istniała. W porównaniu z tym, co mamy dzisiaj, nawet gatunku „easy listening” słuchano z zachwytem (wskazówka tkwi w nazwie, która oznacza dosłownie „łatwe słuchanie”). To było równie szalone, co pomysł tworzenia programu telewizyjnego, którego nikt nie będzie oglądał. Wyobraźcie sobie czasy, gdy w mieszkaniu nie było żadnego urządzenia cyfrowego, a domowy sprzęt grający znaczył dla ludzi więcej niż znacznie rzadszy wówczas telewizor. Gros cieszących się szacunkiem DJ-ów pierwszej generacji pochodzi z czasów, gdy byliśmy w o wiele mniejszym stopniu bombardowani bodźcami wizualnymi, a wszystko, co ważne, docierało do nas za pośrednictwem uszu. Dziś praca ta skupia się w dużej mierze na głębokiej miłości do samego siebie, a nie do muzyki. Muzyka jako taka została zdewaluowana niemal do zera. Jest jedynie paliwem dla kariery DJ-ów, ścieżką dźwiękową do czegoś, a nie sztuką samą w sobie; „wypełniaczem” dla czyjegoś totalnie zajebistego życia – i to wypełniaczem jednorazowego użytku. Pochodzę z czasów, gdy muzyka była wszystkim, a nie niczym. To było coś, otaczany kultem totem, dostępny dla wybranych. Musiałeś wyjść z domu i go odnaleźć, używając jedynie zmysłów. I nie piszę tego po to, by zrazić młodych czytelników – zawdzięczam wam dosłownie wszystko! Gram dla was. To tylko kontekst, który pomoże wam zrozumieć, o czym mówię – w końcu ta książka jest dla was.
Dla mnie, podobnie jak dla wielu innych, muzyka była więzią z czymś ulotnym i głęboko urzekającym, co robili inni ludzie w odległych miejscach. Wielu z tych, którzy odnieśli sukces, weszło do tej branży w sposób naturalny – albo mając pracujących w niej rodziców, albo dlatego, że urodzili się w dużym mieście, w którym działa ona prężnie. Część z nas obserwowała jednak to zjawisko z tak daleka, że to wręcz absurdalne – z miejsc, gdzie fale radiowe ledwo docierały, nie mówiąc już o najnowszych winylach czy aktualnej modzie. Ale w przypadku każdego z nas zaczęło się od radia. Gdziekolwiek i kimkolwiek byłeś, nawet jeśli totalnym nerdem. Jeżeli jesteś młodszy ode mnie, po prostu zamień słowo „radio” na „internet”.
Nowoczesna muzyka taneczna ma wiele wspólnego ze swingującymi latami 60. I jedno, i drugie zaczynało jako kontrkultura i oba te zjawiska były w dużej mierze ruchami protestacyjnymi. Były napędzane miłością do muzyki i skupiały się wokół całonocnych imprez określanych mianem „rave”. Narkotyki, światła i dźwięki były jak religia. Wszystko sprowadzało się do tego, by bawić się do białego rana. Lata 60. są niezwykle dobrze udokumentowane, może nawet nieco przesadnie gloryfikowane. Scena współczesnej muzyki tanecznej jest udokumentowana całkiem nieźle i doczekała się prawie tak wielkiego szacunku, co sceny northern soulu, punka czy heavy metalu. W swoim głównym nurcie przetrwała znacznie dłużej niż jakakolwiek inna – trzydzieści lat, a nie zaledwie dekadę – ale nie doczekała się upamiętnienia w zbyt wielu źródłach, poza kilkoma naprawdę okropnymi filmami i garstką książek. Chciałbym, żeby to zostało naprawione. Chciałbym zobaczyć więcej. Ponieważ muzyka taneczna to wykurwiste coś. Jest wielka. Jest większa niż pieprzony Jowisz. To największy ruch młodzieżowy na świecie – i w przeciwieństwie do swojego dziadka, lat 60., wciąż ma się dobrze i się rozwija. Ameryka zawłaszczyła sobie w pewien sposób lata 60., jakby ograniczały się tylko do niej, a potem przeszła do całonocnych rave’owych imprez. Do nich również rości sobie prawo przed resztą świata. Ale hollywoodzkie filmy fabularne i poczytne magazyny to tylko wierzchołek tej ogromnej góry lodowej. Nowicjuszom można wybaczyć zakładanie, że wszystko zaczęło się bardzo niedawno w Stanach Zjednoczonych – a tak właśnie uważa wiele osób. To jednak nieprawda. Zaczęliśmy rave’ować w okolicach Drugiego Lata Miłości w 1988 roku – i nadal to robimy.
Moim celem jest opowiedzenie prawdziwej historii DJ-ingu, bycie autentycznym głosem przemawiającym z i do tej sceny, przekazywanie wskazówek i przewodzenie początkującym w ich podróży po muzyce oraz opowiadanie o tym tak, jak to naprawdę wyglądało – i do dziś wygląda. To jednak moja historia. Jest mi z tego powodu trochę przykro, ale nie zamierzam przepraszać. To jedyna historia, jaką znam. Nie jestem statystykiem, fetyszystą ani kolekcjonerem – pracuję po prostu jako DJ. Tak więc, wobec braku wiedzy i wykształcenia, jedyną rzeczą, którą mogę wam zaoferować, jest moje doświadczenie. To wszystko, co mam.
To nie jest podręcznik ani książka historyczna. Umówmy się, że nazwiemy ją po prostu opowiastką ku przestrodze, z której możecie coś wynieść. Tak dla porządku: mógłbym napisać przewodnik, okej? Pewnie, że tak – i byłby niesamowity. Totalnie. Ale czegoś tak prostego i intuicyjnego jak puszczanie muzyki nie można się nauczyć z podręcznika. Muzyka house to uczucie. Tak czy inaczej, oczekujecie pewnie tylko rockandrollowych sprośności, prawda? Nieładnie!