The Spectre - ebook
Mroczny romans w murach Dashmore University!
Nadia Vesperton od zawsze uchodziła za zimną, pozbawioną emocji i niedostępną. Nigdy nie zważała na opinię innych ludzi. Lecz teraz, gdy głośny skandal związany z jej rodziną odbija się echem w całej Anglii, szepty znajomych z roku stają się głośniejsze niż zazwyczaj.
Dziewczyna nie zamierza reagować na zaczepki. Nie ma natomiast pojęcia, że w murach jej uniwersytetu właśnie pojawił się ktoś, do kogo absolutnie nie powinna się zbliżać.
Xander Lockwood jest bezwzględny, arogancki i nieobliczalny. Zepsuty do szpiku kości i niezainteresowany niczym prócz siebie samego. Nigdy nie miał oporów, by wykorzystywać cudze słabości do osiągania własnych celów.
Wszystko zmienia się w momencie, gdy drogi Xandera i Nadii się krzyżują. Lockwood, zupełnie nieprzyzwyczajony do tego, by mu odmawiano, staje twarzą w twarz z kobietą gardzącą każdym jego słowem i spojrzeniem. Ale nie tylko wzajemna niechęć stanie się ich problemem…
Jak skończy się gra, w której nie obowiązują żadne reguły?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-726-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
The Spectre jest czwartym tomem serii „Decadence”, a jednocześnie samodzielną powieścią, którą można czytać bez znajomości poprzednich części.
Seria opowiada o czterech bohaterach, jednak historia każdego z nich została przeze mnie skonstruowana tak, by stanowić odrębną całość. W notce tej postanowiłam wszystko dokładnie rozpisać – tak abyście mieli jasny i klarowny pogląd.
The Clique i The Clique 2: historia Gabriela Fortwella i Rain Vanderhall (wydane)
The Enclave: historia Damiena Cadella i Luny Allister (wydane)
The Spectre: historia Xandera Lockwooda i Nadii Vesperton (wydane)
The Villain: historia Axela Vanderhalla i Scarlett Knight (premiera: jesień 2026)
Z tego miejsca chciałabym życzyć Wam miłego czytania i jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tomy o Gabrielu i Damienie oraz – kiedy już się ukaże – o Axelu.
Z miłością
MartaOSTRZEŻENIE
Drogi czytelniku,
zanim sięgniesz po The Spectre, powinieneś zapoznać się z kilkoma informacjami.
Bohaterowie tej książki nie są dobrymi ludźmi. Każdy z nich – mniej lub bardziej – uosabia cechy, których w realnym życiu należy za wszelką cenę unikać. Przemawiają przez nich: manipulacja, egoizm, skłonność do autodestrukcji, żądza i zaburzenia – w szeroko pojętym znaczeniu tego słowa. Jeśli jednak zdecydujesz się zanurzyć w fabule mojej powieści, musisz wziąć pod uwagę, że natkniesz się w niej na tematy wrażliwe, takie jak: przemoc, obrazowo przedstawione sceny morderstw, narkotyki, sceny erotyczne, zaburzenia psychiczne czy skrajne manipulacje, a także opisy zachowań, które w prawdziwym świecie wzbudziłyby niepokój.
Miej również na uwadze, że wszystko, co znajdziesz w The Spectre, jest fikcją. Niektóre miejsca pojawiające się w powieści, m.in. The Nightfall Theatre, The Spectre czy Dashmore University, zostały wymyślone na potrzeby historii. Świat przedstawiony w tej książce to wyłącznie wytwór mojej wyobraźni, który w realnym świecie straciłby rację bytu. Nie doszukuj się zatem braku logiki w niektórych sytuacjach czy zachowaniach bohaterów. Wierz mi, za każdym razem, kiedy pomyślisz „to chore”, dokładnie takie miało być.
Jeśli pomimo tego, co Ci powiedziałam, nadal tu jesteś, zapraszam Cię w podróż przez labirynt mroku. Uprzedzam jednak, że nie napotkasz na drodze nikogo, kto poda Ci latarkę.
Pamiętaj jeszcze o jednym. Jeżeli kiedykolwiek spotkasz kogoś takiego jak Xander, nie podejmuj żadnych kroków. Ten psychopata i tak znajdzie sposób, żeby do Ciebie dotrzeć.
Do zobaczenia w ciemności.PLAYLISTA
Chase Atlantic – Into It
Chase Atlantic – Numb to the Feeling
Marino – Devil in Disguise
Johnny Huynh – RED ROSE
Diplo, Artemas & d00mscrvll – BRAIN
Chase Atlantic – TOO LATE
Artemas – test drive
Rihanna – Disturbia
Drake – Trust Issues
Maejor (feat. Waka Flocka Flame) – Lights Down Low
Peggy Lee – Fever
Montell Fish – Bathroom
Montell Fish – SCREAM MY NAME
The Neighbourhood – Private
ZAYN – Die For Me
Devkota – FIGURED YOU OUT
The Neighbourhood (feat. French Montana) – #icanteven
Chase Atlantic – Slow Down
Sleep Token – Take Me Back to Eden
Post Malone (feat. Young Thug) – Goodbyes
Chase Atlantic – DEMON TIMEPROLOG
Nadia
Gardziłam mężczyznami. Sam widok większości z nich sprawiał, że miałam ochotę zakwestionować poprawność przebiegu ewolucji. Moim zdaniem płeć przeciwna do mojej dzieliła się tylko na dwie kategorie: tych, którzy nawet nie próbowali udawać, że są coś warci, oraz tych, którzy pokazywali swoje prawdziwe oblicze dopiero po jakimś czasie.
Nic pomiędzy.
– Nadio?
Przełknęłam ślinę na dźwięk znajomego, niskiego głosu.
Alaric stanowił dla mnie wyjątek od reguły. Był jedynym mężczyzną, dla którego bez wahania poświęciłabym życie. Traktowałam go jak ojca, bo ten biologiczny nie nadawał się do tej roli. Jak przyjaciela, powiernika, największe wsparcie i osobistego anioła stróża.
– To będzie ciężki wieczór. Krótki, ale ciężki. – Wygładziłam materiał czarnej marynarki i obróciłam się w jego stronę.
– Pamiętaj, że nie musisz tego robić. – Godwin zrobił kilka kroków, przez co znalazł się tuż przy mnie.
– Ale chcę – odparłam pewnie, kładąc rękę na jego ramieniu. – I mam nadzieję, że będziesz mnie wspierał.
– Zawsze – szepnął, a jego siwiejące brwi delikatnie się zmarszczyły. – Zawsze, skarbie.
Posłałam mu ciepły uśmiech, a później wzięłam głęboki wdech i usiadłam na sofie obitej burgundowym welurem. Niespiesznie zgarnęłam do rąk leżące na podłodze szpilki – klasyczne Louboutiny z czerwoną podeszwą. Dostałam je od mamy na zakończenie liceum. Powiedziała przy tym, bym założyła je dopiero wtedy, gdy okazja naprawdę będzie tego warta.
Ta okazja nadeszła dziś.
W milczeniu zaczęłam wsuwać na stopy buty, ale wciąż czułam na sobie wzrok Alarica. Odetchnęłam więc głośno, a następnie oparłam łokcie o kolana i spojrzałam na niego spod rzęs.
– Jeżeli chcesz coś powiedzieć, po prostu to zrób. – Skinęłam głową.
Mężczyzna przez moment się wahał – starał się nie dać po sobie tego poznać, lecz zbyt dobrze go znałam. Właściwie nie pamiętałam nawet czasów, gdy był mi obcy.
– Chciałbym jedynie, żebyś dobrze się nad tym wszystkim zastanowiła – oznajmił, a potem przysiadł się do mnie i chwycił moje dłonie w swoje. – Miesiąc temu straciłaś…
– Poradzę sobie – przerwałam mu, choć język zdawał się grzęznąć mi w gardle. – Chyba właśnie tego teraz potrzebuję, wiesz? Celu.
– Przecież za kilka dni wracasz do Dashmore. – Godwin wyraźnie posmutniał. – Oboje wiemy, że twoim problemem nie będzie już tylko nawał nauki związany z ostatnim rokiem studiów, Nadio. Ludzie będą mówić. Musisz być przygotowana na spojrzenia, szepty za plecami, a może nawet głośne komentarze. Jesteś pewna, że chcesz obarczyć się jeszcze tym? – Wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo, patrząc mi prosto w oczy.
Poczułam, jak przez moje ciało przepełzły nieprzyjemne ciarki. Zamrugałam kilka razy, żeby choć trochę się otrząsnąć, i zaledwie te parę sekund wystarczyło, bym przywołała się do porządku.
– Nie interesują mnie ludzie z uczelni – stwierdziłam z przekonaniem. – Nie interesowali mnie przed tym, co się stało, i nie będą mnie interesować również po… tym. Myślałam, że znasz mnie na tyle, by wiedzieć, że opieka nad tym miejscem nie będzie dla mnie stanowić zbyt dużego wyzwania. – Puściłam do niego oczko, a po chwili podniosłam się z sofy. – Lepiej powiedz, jak wyglądam.
– Jakbyś chciała doprowadzić do szału trzydziestu siedmiu dorosłych mężczyzn. – Alaric nie zapanował nad uśmiechem. Wyszczerzył zęby i zlustrował mnie spojrzeniem. – Wyrosłaś na piękną kobietę, Nadio. Tak bardzo przypominasz mi swoją matkę, że czasami wydaje się to niemożliwe.
To prawda.
Stanowiłam kopię Charlotte. Nieco młodszą i z trochę inną fryzurą, ale poza tymi drobiazgami nie różniłyśmy się niczym, jak gdyby odbito nas przez kalkę. Moja mama była niesamowitą kobietą. Chciałam być taka jak ona.
Chciałam zrobić rzeczy, których ona nie zdążyła.
– Nie zwlekajmy. – Chrząknęłam, poprawiając idealnie ułożone, czarne włosy. – Jesteś pewien, że wszyscy czekają w głównej sali? Co do jednego?
– Od ponad dwudziestu minut. – Godwin w mgnieniu oka złapał mnie pod ramię i wyprostował się najbardziej, jak mógł.
– To już te lata, co? Właśnie strzyknęło ci w karku – zaśmiałam się, na co Alaric zerknął na mnie z politowaniem.
Nie odpowiedział. Gdybyśmy znajdowali się w innej sytuacji, z pewnością odbiłby piłeczkę i skomentował moją drobną złośliwość. Ale nie dziś. Tego wieczoru zjadał go stres, a ja dostrzegałam to w jego oczach bardzo wyraźnie, choć zapewne wcale nie chciał tego okazywać.
Powoli otworzył drzwi, a niedługo później szliśmy korytarzem prowadzącym do głównej sali. Oświetlały nas jedynie stłumione światła kinkietów, a obrazy na ścianach – które znikną stąd już jutro – wydawały się mnie oceniać. Nie powinny tego robić. To one przez lata obserwowały wszystko, co się tutaj działo, i nie reagowały.
– Dalej pójdę sama – zasugerowałam, zatrzymując się na moment. – Zaczekaj na mnie albo dołącz za chwilę, dobrze? Chociaż chyba nie będzie takiej potrzeby. To nie potrwa długo.
– Nadio…
– Alaricu. – Zerknęłam na niego wymownie, a on postanowił nie protestować.
Wyciągnął rękę przed siebie i zachęcił mnie tym gestem, bym ruszyła do przodu. Nie wahałam się ani sekundy.
Proste plecy, uniesiony podbródek, nie obracaj się tyłem do rozmówcy, nawet kiedy zamykasz za sobą drzwi. Nigdy nie przerywaj kontaktu wzrokowego pierwsza. Bądź pewna każdego słowa wypływającego z twoich ust.
Rady mamy dźwięczały mi w głowie jak echo, kiedy zbliżałam się do masywnych, dwuskrzydłowych drzwi. Moje dłonie zadrżały w tej samej sekundzie, w której spotkały się z chłodnymi złotymi klamkami.
Nie wstrzymałam oddechu.
Nie odliczyłam do dziesięciu ani nie wykonałam żadnej innej czynności, mogącej mnie uspokoić.
Otworzyłam oba skrzydła i stanęłam przed nimi. Trzydzieści siedem par oczu. Trzydzieści siedem dowodów na to, że świat schodził na psy. Trzydziestu siedmiu mężczyzn, gotowych rzucić się na mnie jak zwierzęta, gdyby tylko ktoś im na to pozwolił.
Jeden gorszy od drugiego.
– Dobry wieczór, panowie – rzuciłam głośno i splotłam ręce przed sobą.
Przez salę przetoczył się pogłos szeptów i nieprzychylnych mi komentarzy. Domyślałam się, że tak będzie. Spodziewali się wszystkiego, ale nie kobiety. Nie w miejscu, gdzie nie miały one żadnej wartości.
– Spakujcie swoje rzeczy i opuśćcie budynek w ciągu piętnastu minut. Niezastosowanie się do polecenia będzie skutkować brakiem wypłaty wynagrodzenia za ten miesiąc – oznajmiłam, sunąc wzrokiem po ich zdezorientowanych twarzach. – Wszyscy jesteście zwolnieni – dodałam, po czym uniosłam kącik ust i cofnęłam się o krok, by za moment zniknąć za drzwiami, pozostawiając po sobie jedynie pogłos szpilek uderzających o drewniany parkiet.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Xander
Stanąłem pośrodku dziedzińca i rozejrzałem się na tyle, na ile pozwalała mi szalejąca wokół ulewa. Czarny parasol zasłaniał niemal cały widok, ale – szczerze mówiąc – i tak nie było tu nic godnego mojej uwagi.
Droga przez mękę, pomyślałem, opuszczając wzrok na własne buty. Czekał mnie ostatni rok studiów, a ja czułem się tak, jakbym był studentem co najmniej od dekady. Zaliczyłem w życiu tyle różnych szkół, że powoli zaczynało mnie to nudzić. Pocieszałem się wyłącznie faktem, że najbliższe miesiące spędzone na Dashmore University miały raz na zawsze zakończyć moją edukację.
I tak jej nie potrzebowałem.
Cóż, może nie do końca, ponieważ wypłata ostatniej części spadku po dziadkach mogła nastąpić dopiero w momencie, gdy w moich rękach znajdzie się dyplom. Wizja kolejnej transzy horrendalnej sumy była jedynym, co skłoniło mnie do przyjazdu. Pierwsze dwa lata studiów spędziłem w Bleakhaven Academy – akademii, o której niegdyś marzyli wszyscy młodzi dorośli w Anglii. Dziś? Żywiłem szczerą nadzieję, że ktoś w końcu zburzy te przeklęte mury. Kiedy zabrakło w nich moich przyjaciół – Damiena i Luny – z trudem wytrzymałem ponad rok. Pod koniec ubiegłego semestru usiadłem na ławce w absurdalnie małym miasteczku Crowden i doszedłem do wniosku, że czuję się upokorzony. Moja obecność w tamtym miejscu stanowiła coś w rodzaju osobistego piekła. Mdliło mnie na widok ludzi próbujących ratować to upadające bagno, swego czasu uznawane za luksus wyłącznie dla wybranych. Moim skromnym zdaniem obecnie Bleakhaven nie zasługiwało nawet na to, by na nie splunąć.
I właśnie takim sposobem znalazłem się tutaj. Pod Londynem. Na kameralnej uczelni, której rektor jako jedyny skusił się na łapówkę. W końcu nikt normalny nie przystaje na transfery trzeciorocznych. A nawet jeśli, z pewnością muszą oni uzupełnić braki w materiale ze swojego kierunku, napisać coś na zachętę albo zdobyć list polecający. Ja nie miałem ani czasu, ani ochoty na żadną z tych rzeczy. Nie uważałem również, by wpisanie kilku nieprawdziwych informacji do moich dokumentów stanowiło problem. Na szczęście szanowny pan Wallerose uczynił mi ten zaszczyt i za skromne osiemdziesiąt tysięcy funtów pozwolił mi dołączyć do grona pilnych studentów, a moja teczka została po brzegi wypchana danymi, które osobiście mu przesłałem.
Od zawsze uwielbiałem proste rozwiązania.
Łatwe pieniądze. Łatwe przyjemności. Łatwe życie.
Układy – większe i mniejsze, właściwie wszystkie, z których największa korzyść płynęła do mnie.
– Dzień dobry? – Z subtelnego zamyślenia wyrwał mnie wysoki głos. – Szukasz akademika?
Niespiesznie odwróciłem się w kierunku źródła dźwięku. Przede mną stała kobieta ubrana w różowy płaszcz przeciwdeszczowy, czarne legginsy w kwiatki o dziwnych kształtach oraz żółte baleriny.
Chryste.
Tak, źle ubrani ludzie stanowili kolejne zjawisko, które przyprawiało mnie o ciarki. Uwielbiałem ich oceniać, a jeżeli komuś to przeszkadzało, był to zdecydowanie jego problem – ja pod koniec dnia zasypiałem spokojnie i z uśmiechem.
Po krótkim namyśle postanowiłem jednak nie wydawać modowego wyroku na skuloną od zimna nieznajomą, dlatego przełożyłem parasol do lewej ręki, a prawą wyciągnąłem w jej stronę.
– Zgadza się. Xander Lockwood – oznajmiłem przyjaznym tonem.
Potrzebowałem zaledwie ułamka sekundy, by dostrzec zmianę w jej zielonych oczach. Te zdecydowanie zasługiwały na uwagę – duże i piękne, ale przez to również łatwe do rozpracowania. Nieznajoma skinęła głową, a później przełknęła ślinę i zaczęła szukać jakiegokolwiek punktu, w którym mogłaby ulokować spojrzenie.
Czyli tak, jak się spodziewałem.
Przekonanie o tym, że mój przyjazd do Dashmore wzbudzi pewnego rodzaju zainteresowanie, krążyło w moim umyśle dokładnie od dnia, kiedy wręczyłem rektorowi czek. Zakładałem, że niektórych zaciekawi „nowy na ostatnim roku”, w dodatku noszący nazwisko Lockwood. Jedni będą się zastanawiać, dlaczego przyjechałem akurat do tej dziury, inni – co skłoniło mnie do takiej decyzji, a pozostali – czy opowiem im coś o aferze związanej z Bleakhaven, która mimo starań wielu ludzi ujrzała światło dzienne.
– Wystarczy mi informacja, gdzie znajduje się męski akademik – rzuciłem, na co dziewczyna wyraźnie się spięła.
Zmrużyłem powieki, gdy zauważyłem jej reakcję. Szybko przeszło mi przez myśl, że może studenckie grono zdążyło już rozpuścić kilka plotek na temat tego, czym zajmowałem się wieczorami, ale… bez przesady. Na co dzień zachowywałem się jak dżentelmen i nie należało się mnie obawiać. Szczególnie jeśli było się drobną studentką w cholernym różowym płaszczyku i legginsach w pieprzone kwiatki.
– Akademik chłopaków jest za głównym budynkiem – wydusiła wreszcie i podniosła na mnie wzrok. – Po drodze wejdź do sekretariatu, tam dostaniesz klucz do swojego pokoju. Dobrej nocy. – Po tych słowach pospiesznie się oddaliła, nie zaszczycając mnie ani sekundą uwagi więcej.
Wziąłem głęboki wdech, po czym spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku wyznaczonym przez tę nieśmiałą istotkę. Moje bagaże miały dotrzeć dopiero późnym wieczorem i żywiłem głęboką nadzieję, że brama o tej porze wciąż będzie otwarta. Stawiałem kolejne kroki, w głębi duszy godząc się z tym, że moje spodnie przemokły niemal po kolana.
Nie przykułem zbyt dużej uwagi do holu w głównym budynku – wystarczyła mi tabliczka z informacją, że sekretariat znajduje się na pierwszym piętrze.
Stukając o drewniane schody ociekającym wodą parasolem, rozglądałem się tu i tam. Szybko doszedłem do wniosku, że Dashmore wyglądało zupełnie tak samo jak większość staroangielskich uczelni. Drewno, kinkiety, więcej drewna, trochę złotych akcentów i obrazy na ścianach. Tak stare i zaniedbane, że można by się zastanawiać, czy bardziej opłacało się przerobić je na opał, czy odrestaurować. Światła wokół pozostawały wyraźnie przytłumione, a ja – im dłużej przebywałem w tym miejscu, tym intensywniej zastanawiałem się nad tym, czy był to celowy zabieg, mający na celu wprowadzenie na terenie kampusu subtelnie intymnego klimatu, czy może najzwyczajniej w świecie oszczędność prądu.
Zanim otworzyłem drzwi prowadzące do sekretariatu, odsunąłem z twarzy wilgotne kosmyki, wyprostowałem się i cicho chrząknąłem. Otrzepałem z parasola resztki deszczu, a niedługo później stałem już przy biurku, za którym siedziała starsza kobieta.
– Witam, chciałbym odebrać klucz do pokoju w akademiku. – Poprawiłem mankiety płaszcza i objąłem wzrokiem niewielkie pomieszczenie.
– Dzień dobry – odparła. – Nazwisko?
– Lockwood.
Minęła naprawdę długa chwila, zanim staruszka wykaraskała się zza masywnego blatu, przeszła do kolejnego – jeszcze mniejszego – pokoiku, aż wreszcie wróciła do mnie z uśmiechem na ustach i kluczem w dłoni.
– Bardzo proszę. – Podała mi brelok z małym, mosiężnym kluczykiem.
– Dziękuję. – Skinąłem głową. – Miłego dnia, pani Nash – dodałem, na co w jej oczach błysnęła wyraźna konsternacja.
Zapewne nie spodziewała się, że znam jej nazwisko. W drodze do tego padołu pozwoliłem sobie przyswoić dane większości pracowników wymienionych na stronie uczelni. Lubiłem wiedzieć, z kim miałem do czynienia.
– Kochaniutki, zaczekaj chwilkę – rzuciła za mną, gdy zbliżałem się do drzwi.
Zacisnąłem szczęki, by nie skrzywić się na określenie, którym mnie obdarzyła, i zerknąłem na nią przez ramię.
– Tak?
– Nie wychodź z budynku, przejdź do swojego akademika tylnym wyjściem. Tak będzie szybciej, a przy takiej ulewie lepiej skrócić sobie drogę.
– Dziękuję za radę – odparłem, a następnie w milczeniu opuściłem sekretariat.
Zmierzając na parter, rozmyślałem o tym, czy ktoś oprócz mnie tu był. Nie zauważyłem jeszcze ani jednego studenta z wyjątkiem dziewczyny w różowym płaszczyku. Moja wewnętrzna niepewność została jednak przerwana w momencie, w którym zbliżyłem się do dwuskrzydłowych drzwi na tyłach budynku. Usłyszałem przez nie głośny damski śmiech. Dwa śmiechy, jeśli miałbym sprecyzować. Wyszedłem więc na zewnątrz, by jak najszybciej dowiedzieć się, kto ma taki dobry humor w ten ponury dzień.
Zatrzymałem się pod zadaszeniem i spojrzałem w lewo. Kilka jardów dalej, przy samej ścianie, stały dwie młode kobiety. Nie wyglądały na pierwszoroczne. Żywo o czymś dyskutowały, co chwilę zaciągając się papierosami. Z początku chciałem po prostu ruszyć dalej, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa, gdy – nieintencjonalnie, rzecz jasna – wsłuchałem się w ich rozmowę. Obie zdawały się mnie nie zauważać, dlatego bez wahania uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym został cichym świadkiem ich interesującej wymiany zdań.
– Ja na jej miejscu nigdy więcej bym się tutaj nie pokazała – stwierdziła niewysoka brunetka z włosami splecionymi w warkocz. Pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą, a po chwili dodała: – Ale to Nadia. Stawiam sto funtów, że zjawi się tutaj już jutro i będzie udawać, że nic się wydarzyło.
Zmarszczyłem brwi i postanowiłem zapalić razem z nimi. Wyciągnąłem więc z kieszeni paczkę papierosów oraz srebrną zapalniczkę, a krótko później wokół mojej twarzy uniosły się kłęby dymu.
– Teoretycznie to nie jej wina. – Ta druga wzruszyła ramionami.
– Błagam cię. Cała ich rodzinka od zawsze wydawała się równo pieprznięta, można się było tego spodziewać.
– Myślisz, że ona to wszystko widziała? W internecie nic o tym nie wspomnieli, ale… Jezu, codziennie o tym myślę.
– Nie mam pojęcia, ale to możliwe. Zresztą, nawet jeśli widziała, to pewnie się nie przyzna. Vesperton to chodzący przekręt, dlatego od zawsze trzymam się od niej z daleka. I tobie też to radzę, Vic. Widziałam, jak biegałaś za nią pod koniec ubiegłego semestru.
– Nie biegałam za nią! Robiłyśmy razem projekt.
– Nieważne, chodźmy do pokoju. Mam dość gadania o tej zakochanej w sobie dziedziczce fortuny. – Dziewczyna z warkoczem podkreśliła ostatnie dwa słowa aż nad wyraz uszczypliwym tonem.
Nie wypowiadając ani sylaby więcej, wyrzuciły niedopałki do jednej z betonowych donic, w których nic nie rosło, a później otuliły się ramionami i skręciły za róg budynku. Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w miejsce, gdzie przed momentem stały. Analizowałem ich dziwną rozmowę, aż w pewnym momencie doszedłem do konkretnego wniosku.
Nie wiedziałem, kim była Nadia Vesperton. Mimo to nie mogłem udawać, że wyrwane z kontekstu fragmenty, które jej dotyczyły, nie brzmiały ciekawie. Należało to sprawdzić.
Być może na terenie Dashmore jednak wydarzy się coś, co poprawi mi humor?ROZDZIAŁ DRUGI
Nadia
Przepadałam za cmentarzami. Nigdy mnie nie przerażały. Może dlatego, że stanowiły jedne z niewielu miejsc, gdzie wszystko wreszcie milkło – ludzie, ich głosy i osądy. Szczególną sympatią – jeśli można to tak nazwać – od zawsze darzyłam Restmoor Fields.
Przynajmniej do czasu, gdy nie pochowałam tu własnej matki.
Szłam wąską alejką, mijając rzędy omszałych nagrobków, a subtelny wiatr roznosił wokół zapach parafiny, wrzosów i wilgoci. Dookoła dźwięczała jedynie głęboka cisza, przerywana monotonnym gruchaniem grzywaczy. Niewielu ludzi przyszło dziś odwiedzić bliskich – zauważyłam tylko starsze małżeństwo pochylone nad grobem syna, samotną kobietę czuwającą przy mężu oraz mężczyznę o ciemnych włosach, którego widywałam tutaj niemal za każdym razem, kiedy przynosiłam mamie świeże kwiaty.
Dzień niespiesznie chylił się ku końcowi i chociaż od co najmniej dwóch godzin powinnam znajdować się na terenie Dashmore University, nawet nie przyspieszałam kroku – tak bardzo mnie to nie obchodziło. Kątem oka zerknęłam na wiązankę, którą trzymałam w dłoniach. Charlotte uwielbiała dalie, zwłaszcza ciemnoczerwone.
– Cześć, mamo – szepnęłam, gdy zatrzymałam się przy świeżo postawionym pomniku. – Mam dla ciebie kwiaty – dodałam cicho, po czym ostrożnie ułożyłam bukiet na granitowej płycie.
Wyprostowałam się z głośnym westchnieniem i wsunęłam na dłonie czarne, skórzane rękawiczki. Z moich rozchylonych ust ulatywały obłoczki pary. Zamrugałam kilka razy, by odgonić narastający pod powiekami smutek.
– Zaraz jadę na uczelnię. – Pokręciłam głową, a potem sięgnęłam do kieszeni długiego, burgundowego płaszcza. Szybko odpaliłam papierosa i się nim zaciągnęłam. – Jeszcze rok i odbiorę ten cholerny dyplom – westchnęłam głośno, wypuszczając przed siebie chmurę dymu.
Wpatrywałam się w wypukłe, złote litery.
Oddana żona i matka. Zmarła tragicznie.
– Oczywiście, że tragicznie. – Gwałtownie zacisnęłam szczęki, przenosząc spojrzenie na grób tuż obok. – Mam nadzieję, że tam, gdzie jesteś… – zamilkłam, gdy gula w gardle zaczęła mi odbierać zdolność mówienia.
Zamknęłam na jakiś czas oczy. Kilka zaciągnięć używką wystarczyło, bym przywołała się do porządku. Papieros wciąż tlił się między moimi palcami, a ja nie potrafiłam oderwać wzroku od miejsca pochówku tego gnoja.
Oddany mąż i ojciec. Zmarł tragicznie.
– Zdechłeś, Edwardzie – prychnęłam. – Umierają ludzie, tacy jak ty zdychają.
Oddałabym wszystko, żeby ten parszywiec nie spoczywał w pobliżu mojej matki. I chciałam o to zadbać. Kurwa, chciałam wywieźć jego truchło daleko stąd i upewnić się, że przynajmniej po śmierci będzie trzymał się od nas z daleka. Przed załatwieniem tej sprawy powstrzymał mnie Alaric, a ja – choć niechętnie – ostatecznie przyznałam mu rację. Nie należało ściągać na naszą rodzinę większej uwagi, przeszliśmy wystarczająco dużo i wystarczająco dużo razy mierzyliśmy się z nieprzychylną opinią publiczną. Jedynym, co mogłam zrobić, było doprowadzenie do tego, by trup tego podczłowieka nie znalazł się w jednym grobie z mamą.
Papieros zgasł i wypadł mi z ręki, więc bez wahania odpaliłam kolejnego. Chciałam rzucić palenie. Zacznę to robić od jutra.
Blask zapalniczki rozświetlił panujący wokół półmrok zaledwie na sekundę, ale to wystarczyło, bym dostrzegła, że trzy rzędy przede mną pojawił się jakiś człowiek. Mężczyzna, kobieta – nie miałam pewności. Odbierały mi ją szeroka kurtka i kaptur naciągnięty na głowę tej ledwie widocznej postaci.
W takim wypadku należało mówić szeptem.
Wsadziłam fajkę między zęby, a później powoli kucnęłam przy grobie Edwarda i podparłam się łokciami o kolana.
– Wszystko, co należało do ciebie, znajduje się teraz w moich rękach – podjęłam tak cicho, by nikt nie mógł mnie usłyszeć. – Mam twoje aktywa, pieniądze, nieruchomości i twoje ulubione miejsce na ziemi. Z pewnością życzyłbyś sobie, żeby twoja spuścizna się nie zmarnowała. Chciałbyś, żebym kontynuowała twoje dzieło, prawda?
Przerwałam na krótką chwilę i ponownie się zaciągnęłam. Gdy dym opuścił moje gardło, zmrużyłam powieki i przechyliłam lekko głowę.
– Obrócę w popiół wszystko, co zbudowałeś. Masz moje słowo. – Uniosłam kącik ust. – I przyznam szczerze, zaczynam żałować, że w nic nie wierzę. Bo chciałabym móc myśleć, że będziesz patrzył na to, jak niszczę twoje imperium. Marzę o tym, byś wiedział. Byś obserwował każdy ruch, który wykonam, żeby zaprzepaścić twoje dziedzictwo.
Po tych słowach podniosłam się na równe nogi i zaśmiałam się pod nosem.
– Och, będzie pięknie – rzuciłam z rozbawieniem w przestrzeń. – Zrobię każdą, nawet najdrobniejszą rzecz, która wprawiłaby cię we wściekłość. Zacznę od hotelu. Sprzedam go Westmanowi po cenie rynkowej. Przekażę twoje pierwsze dziecko wrogowi, z którym walczyłeś od lat, w dodatku za śmieszne pieniądze. Albo zburzę tę dziurę i postawię na jej miejscu schronisko dla zwierząt. Wiem, jak bardzo ich nienawidziłeś.
Zadrżałam, kiedy telefon w mojej kieszeni zawibrował. Nieco zirytowana faktem, że mój monolog został przerwany, wzięłam komórkę do ręki i spojrzałam na pasek powiadomień.
Alaric:
Chciałbym wypić szklankę koniaku i położyć się spać
Nadia:
Będę za pięć minut
– Muszę iść, mamo. – Zerknęłam z uśmiechem na wygrawerowane imię matki.
Nie chciałam, żeby Alaric musiał na mnie czekać, dlatego po raz ostatni spojrzałam na grób Edwarda. Nachyliłam się tuż nad granitową płytą i zgasiłam na niej niedopałek.
– Pamiętam ostatnie słowa, które wypowiedziałeś do mnie przed śmiercią. „Gdybym wiedział, że wyhoduję pod własnym dachem potwora, zmusiłbym Charlotte do aborcji”. Chyba uznam to za komplement. Muszę się zbierać, ale na koniec mam dla ciebie informację. Twój brat nie żyje. Biedaczek wracał do domu późnym wieczorem, padał deszcz, była słaba widoczność i tak dalej… wpadł w poślizg, zginął na miejscu. To straszne, że czasami wystarczy kilka sekund i bum. – Uniosłam ręce. – Nie ma człowieka. Coś mi mówi, że podobny los spotka jeszcze kilkoro członków twojej rodziny. Aż w końcu pozostanę jedyną nosicielką nazwiska Vesperton. Wtedy je zmienię i staniesz się nieistotnym, zapomnianym Edwardem, którego grób porasta mchem, a ciało do kości zjadły robaki. Spotkamy się w piekle, tato.
Nie zwlekając dłużej, poprawiłam poły płaszcza i skierowałam się prosto do wyjścia z cmentarza.
– Podekscytowana? – rzucił Godwin, a po jego twarzy błąkał się złośliwy uśmieszek.
Zerknęłam na niego kątem oka, parskając przy tym wymownie.
– Skreślałam dni w kalendarzu – zironizowałam. – Kolejny rok w tej dziurze to spełnienie moich marzeń.
– Zawsze mi smutno, kiedy wracasz na kampus. – Alaric spoważniał i zmarszczył brwi. – W domu jest bez ciebie tak spokojnie, nie podoba mi się ten spokój.
– Przecież będę wpadać w weekendy, a czasami w tygodniu, wiesz o tym. W Londynie mam ważniejsze sprawy niż tutaj. Ale! – Klasnęłam w dłonie, a później chwyciłam za klamkę. – Studia są ważne i należy je skończyć, czyż nie?
Po tych słowach wysiadłam z samochodu, a lodowaty niczym ostrze wiatr natychmiast owiał moje policzki. Wzdrygnęłam się i zaklęłam cicho.
– Przyjedziesz niedługo na obiad? – zapytał Al, delikatnie wychylając się z pojazdu.
– Na obiad albo na kolację – odparłam. – Najpierw muszę dostać plan zajęć. Ale spokojnie, cały weekend i tak muszę spędzić w centrum. A teraz jedź, koniak sam się nie wypije. – Puściłam do niego oczko, a potem podeszłam do bagażnika i wyciągnęłam z niego walizkę.
Niedługo później stałam już na dziedzińcu Dashmore University. Było mi całkiem na rękę, że dochodziła dziewiąta wieczorem – o tej porze prawdopodobieństwo, że spotkam innego studenta, znacząco malało.
– Niech zacznie się przedstawienie – szepnęłam, lustrując wzrokiem główny budynek uczelni.
Wyglądała tak stereotypowo, że mówienie o niej to zwykłe marnowanie śliny. Trzy budynki, wieża zegarowa, dziedziniec ze starą fontanną, trochę drzew, brukowane chodniczki, wysokie okna, przez które zazwyczaj nie dało się zobaczyć zbyt wiele.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w kierunku akademika dziewcząt, po drodze wygrzebałam z torebki klucz do pokoju. Zapomniałam zostawić go w sekretariacie po zakończeniu ubiegłego semestru. Rytmicznie obracałam w palcach kawałek mosiądzu i uważnie patrzyłam pod nogi – wysokie obcasy nie lubiły się z kocimi łbami, a ostatnim, o czym marzyłam w dzień powrotu na uniwersytet, było przewrócenie się na stosunkowo prostej drodze.
Nuciłam pod nosem piosenkę, ale mój względny spokój niespodziewanie został zakłócony. Ktoś trącił mnie w ramię, a ja mogłabym przysiąc, że nie usłyszałam słowa „przepraszam”.
– Przepraszam? – mruknęłam, obracając się w kierunku wysokiej postaci.
– Ależ nie ma za co – odparł męski głos, w którym pobrzmiewała dziwnie figlarna nuta.
Nigdy wcześniej go nie słyszałam.
Wokół panowała zbyt duża ciemność, bym mogła przyjrzeć się nieznajomemu. Władze uczelni oszczędzały prąd, przez co dziedziniec zazwyczaj oświetlała tylko jedna ledwie działająca latarnia. Rektor powtarzał, że to ekologia i nowoczesne podejście, ale wszyscy znali prawdę.
– Pomóc ci z walizką? – zapytał obcy, dzieliły nas jakieś dwa jardy. – Wygląda na ciężką.
Próbowałam wyostrzyć wzrok, ale wciąż niewiele widziałam. Jedynym, co potrafiłam stwierdzić w stu procentach, były nienaturalnie wysoki wzrost mojego rozmówcy oraz postawa, zdecydowanie świadcząca o dużej pewności siebie. Nieśmiali ludzie nie stali w taki sposób.
– Nie – odparłam krótko, po czym ruszyłam dalej.
Czułam potrzebę zerknięcia za siebie, ale szybko zdusiłam ciekawość i zacisnęłam zęby. Mogłabym przysiąc, że odprowadzał mnie czujny, przeszywający wzrok. Wypalał dziurę w moich plecach, zdawał się prześwietlać mnie na wylot.
– Bądź ostrożna, Nadio! – Tembr głosu nieznajomego uderzył we mnie z oddali. – Schody prowadzące do twojego pokoju są dziś wyjątkowo śliskie!
Co, do cholery?
Gwałtownie przystanęłam w miejscu i natychmiast się odwróciłam.
Nikogo już jednak nie ujrzałam.ROZDZIAŁ TRZECI
Nadia
Minęła naprawdę długa chwila, zanim udało mi się przywołać do porządku. Zdawałam sobie sprawę, że na Dashmore studiowało mnóstwo świrów i resztek społecznych. Mój uniwersytet stanowił pewnego rodzaju… odpad. Nierzadko podejmowali tutaj naukę ci, których nie chciano na innych uczelniach. Synowie lub córki bogaczy, których dobre imię zostało skalane zbrodniami opisanymi w mediach, albo zmanierowane dzieciaki z wyższych sfer, zupełnie niepotrafiące odnaleźć się w dorosłym życiu.
Ja byłam tutaj z innego powodu. Chryste, ta zapadła dziura znajdowała się bardzo nisko na liście uniwersytetów, które brałam pod uwagę, gdy jeszcze uczęszczałam do liceum, ale później… Wiedziałam, jak ogromną nienawiścią Edward darzył to miejsce. Postawienie na swoim i rozpoczęcie tutaj nauki kosztowało mnie wiele nerwów, ale nic nie mogło się równać z poczuciem triumfu towarzyszącym mi, kiedy stanęłam przed nim i oznajmiłam, że to właśnie pieczęć Dashmore ozdobi mój dyplom.
Ostatni raz spojrzałam w stronę, gdzie jeszcze kilka minut temu stał nieznajomy. Jego dziwne słowa wciąż krążyły w moich myślach, ale ostatecznie uznałam, że nie ma sensu tego roztrząsać. Wypuściłam z płuc obłok pary, a potem ponownie ruszyłam w kierunku wejścia do akademika. Stare drzwi skrzypnęły, gdy delikatnie je popchnęłam. Wokół panował półmrok, a powietrze pachniało starym drewnem i do połowy wypalonymi świecami, umieszczonymi w kandelabrach na ścianach. Oszczędzanie energii.
Wtargałam walizkę na drugie piętro z ciężkim oddechem. Bolały mnie stopy, a na karku czułam drobne krople zimnego potu. Wyprostowałam się powoli, a niedługo później przekręciłam klucz w drzwiach prowadzących do ostatniego pokoju w lewej części korytarza.
– Jeszcze tu, kurwa, nie weszłaś, a już są z tobą problemy.
Uniosłam brew w reakcji na pierwsze słowa, jakimi uraczyła mnie współlokatorka, kiedy przekroczyłam próg.
Mieszkałam z Camille Southern drugi rok. Moja poprzednia „koleżanka” przeniosła się do innego pokoju po pierwszych dwóch semestrach. Nigdy nie wytłumaczyła mi swojej decyzji, ale wiedziałam, że najzwyczajniej w świecie mnie nie lubiła. Jej problem – lub strata, jeśli głębiej się nad tym zastanowić. Z kolei Camille… była naprawdę dziwna, jednak nigdy nie pokusiłam się o to, by spróbować ją zrozumieć. Z jednej strony ledwie mnie tolerowała, a z drugiej – zdawała się mieć na moim punkcie niewytłumaczalnie skrytą obsesję. Prawdopodobnie nie domyślała się, że ją rozgryzłam.
– „Cześć, Nadio. Dobrze cię widzieć, Nadio. Jak ci minęło lato? Przykro mi, że twoi rodzice nie żyją” – westchnęłam z ironią, po czym zrzuciłam z ramion płaszcz i odwiesiłam go na wieszak stojący przy ścianie. – Dziękuję, że pytasz.
Szczęki Southern zaciskały się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przeze mnie zdaniem. Jej bordowe włosy zdawały się płonąć ze złości, ale ewidentnie starała się zachować spokój. Przynajmniej pozorny.
– Ktoś był w naszym pokoju – wycedziła przez zęby, wbijając palce w krawędź łóżka, na którym siedziała. Wpatrywała się we mnie ogromnymi brązowymi oczami, jakby oczekiwała, że jej to wytłumaczę.
– A co ja mam z tym wspólnego? Dopiero przyjechałam, gdybyś jeszcze nie zauważyła. – Skrzywiłam się nieznacznie i wskazałam palcem walizkę.
– Obróć się – warknęła. – Spójrz na swoje pieprzone łóżko.
Zmrużyłam powieki w lekkim niezrozumieniu, ale zrobiłam to, o co prosiła.
Och.
– To wszystko już tutaj było, gdy przyjechałam – ciągnęła Camille. – W co ty się znowu wkopałaś, Vesperton? Mało ci wrażeń? Pierdolony semestr nawet się jeszcze nie zaczął.
– Nie mam pojęcia, kto mógł to przynieść. – Zmarszczyłam brwi, sięgając po nieprzyzwoicie piękny bukiet czarnych róż.
Obróciłam w dłoni wiązankę, kwiaty były oszałamiające. Niemal hebanowe, perfekcyjnie świeże. Pachniały tak intensywnie, jak gdyby ktoś dopiero je ściął. Między pąkami wiła się burgundowa wstążka, a całość opakowano w połyskujący, ciemnoczerwony papier. Wśród płatków zauważyłam liścik – nie byle jaki, napisany na papeterii najwyższej klasy. Ostrożnie wysunęłam karteczkę z malutkiej koperty, chwyciłam ją między palce i przeczytałam na głos zdanie, które zapisano na niej prawie kaligraficznym, eleganckim pismem:
– „Udanego semestru, Nadio”.
– Ja pierdolę, Nadia! – Współlokatorka gwałtownie się podniosła, a po kilku sekundach stała tuż przede mną. – Masz to zgłosić, rozumiesz? Natychmiast!
– Ale po co te nerwy? – odparłam z półuśmiechem. – Najpierw obejrzyjmy prezent do końca.
Twarz dziewczyny przybrała wyraz kompletnego szoku, kiedy sięgnęłam po drugi upominek leżący na łóżku. Doskonale wiedziałam, na co właśnie patrzyłam.
– La Maison du Chocolat – mruknęłam. – Ktoś ma gest.
Moje ulubione praliny. Objęłam dłońmi smukłe, czerwone pudełko, którego brzegi zdobiła czerń, a środek pokrywy – czarna, starannie zawiązana w kokardę wstążka.
– Chcesz jedną? – Zerknęłam na Camille.
– Idź się leczyć, naprawdę. – Jej ręce opadły bezradnie wzdłuż ciała. – Chyba nie masz zamiaru tego jeść? Kurwa, Nadia, ktoś mógł to zatruć, wstrzyknąć coś w te czekoladki!
– Są fabrycznie zamknięte – stwierdziłam pewnie, uważnie przyglądając się opakowaniu. – Nikt ich nie otwierał.
– To nie ma znaczenia, do jasnej cholery! Posłuchaj. – Dziewczyna położyła ręce na moich ramionach i spojrzała mi głęboko w oczy. – Ktoś obcy wszedł do naszego pokoju, a później zostawił na twoim łóżku bukiet cholernych czarnych róż i pudełko czekoladek warte więcej niż dniówka przeciętnego człowieka. Dociera do ciebie powaga tej sytuacji? Musisz to zgłosić. Ktoś. Się. Do. Nas. Włamał – wyartykułowała stanowczo.
Westchnęłam głęboko, a następnie usiadłam na brzegu miękkiego materaca i zaczęłam odwiązywać wstążkę.
– Załóżmy, że to zgłoszę – podjęłam, uchylając wieczko. – Pójdę do pani Nash i opowiem jej o tym, co zaszło. I co? Zgłosi to na policję. A co zrobią policjanci? Przesłuchają mnie, przesłuchają ciebie, a potem wcisną raport do brzydkiej, białej teczki, by po miesiącu zadzwonić i powiedzieć, że sprawa zostanie umorzona ze względu na brak świadków oraz dowodów. Machinalnie poproszą, żebym na siebie uważała i natychmiast zgłosiła się do nich, gdyby podobny incydent się powtórzył. A kolejnego dnia wrócą do wypisywania mandatów za nieposprzątane psie gówna na chodnikach, bo to jedyne, w czym są naprawdę dobrzy.
W oczekiwaniu na odpowiedź Camille wyciągnęłam ze złotej przegródki pierwszą czekoladkę i wsunęłam ją do ust. Coś pysznego.
– Chociaż w zasadzie… – Wzruszyłam ramionami. – To nawet romantyczny gest jak na obecne czasy, nie sądzisz? Dzisiejszym mężczyznom problem sprawia wybór restauracji, do której zabiorą kobietę na randkę, a to… Cóż, z pewnością zostawienie tutaj tych rzeczy wymagało sporo wysiłku i kreatywności.
Southern stała nade mną z rozchylonymi ustami, a jej brwi sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz odlecieć z czoła. Jedna z powiek delikatnie drżała, a sama dziewczyna wydawała się zupełnie wytrącona z równowagi.
– Sama się dowiem, kto to przyniósł – oznajmiłam i przeniosłam na nią wzrok. – I dopilnuję, żeby nikt nie wchodził tu nieproszony. Okej?
– Co ty bredzisz?! – ryknęła, przez co jej krwiste loki podskoczyły. – Tracę do ciebie cierpliwość, Nadia. Chryste… – Usiadła obok i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
– No zjedz jedną. – Szturchnęłam ją w ramię. – Te są orzechowe, przecież lubisz orzechy. – Podałam jej czekoladkę, a ona spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Najpierw zaczekam i sprawdzę, czy nie zaczniesz się dusić.
– Jak chcesz, najwyżej więcej zostanie dla mnie – odparłam z rozbawieniem. – Gdybyś zmieniła zdanie, zostawię ci wszystkie orzechowe, pudełko będzie w mojej komodzie. A teraz lecę pod prysznic, jestem wykończona.
– Naprawdę nie zamierzasz nic z tym zrobić? – usłyszałam za plecami, gdy sięgałam do walizki.
– Wyjaśniłam ci, że zgłaszanie tego nie ma sensu – sapnęłam, po czym usiadłam na podłodze i zaczęłam szukać w torbie kosmetyczki oraz ręcznika. – Tak jak mówiłam, Cami, dowiem się, kto to zostawił.
– Och, w to nie wątpię – parsknęła prześmiewczo. – Dobra, nie mam na to siły, jestem zmęczona. Przebiorę się i położę, a ty nie krzątaj się za długo po pokoju. Rano muszę być wyspana.
– Mhm – mruknęłam i zamknęłam się w łazience.
Gorąca woda zmyła ze mnie resztki podróży i o ile fizycznie czułam się rewelacyjnie, o tyle z psychiką było nieco gorzej. Już stojąc pod prysznicem, doszłam do wniosku, że prezent musiał zostawić ten sam człowiek, którego spotkałam po drodze do akademika. Nie miałam jednak pojęcia, kim był. Z całą pewnością nie widziałam go nigdy wcześniej. Znałam – lub przynajmniej kojarzyłam – większość studentów Dashmore. Nieznajomy dotąd się tutaj nie uczył. Zatem istniały dwie opcje: albo to pierwszoroczny, albo ktoś, kto się tutaj przeniósł. Zdecydowanie bardziej skłaniałam się ku tej drugiej. Nasz rektor z przyjemnością przyjmował łapówki i nie byłby to pierwszy raz, gdyby zgodził się na jakiś transfer w momencie, kiedy wszystkie inne uczelnie odmówiły.
Dokładnie wytarłam wilgotne ciało, cały czas wpatrując się w swoje rozmyte odbicie w zaparowanym od gorąca lustrze. Próbowałam zlokalizować w pamięci kogoś, kto mógłby chcieć mnie przestraszyć, ponieważ w klasycznym rozumowaniu to właśnie powinnam odczuć w chwili, gdy spojrzałam na prezent. Strach.
Ale go nie poczułam. Czekoladki były pyszne, a kwiaty – piękne. Jeżeli komuś marzyło się wzbudzenie we mnie niepokoju, przed nim długa droga, na której końcu nie czekał szczęśliwy finał. W całym swoim życiu doświadczyłam strachu tak wiele razy, że ostatecznie się przyzwyczaiłam. Wiedziałam, że świat to okropne miejsce, a lęk oraz przerażenie tylko potęgują smutek istnienia. Zakładałam, że nie był normalnym człowiekiem. Koniec końców Camille miała całkowitą rację. Włamał się do naszego pokoju i zostawił na moim łóżku niepokojący prezent. Sądziłam, że być może tajemniczy mężczyzna będzie mnie obserwował. Być może będzie czekał, aż uczelnia zacznie huczeć od plotek o tym, co się wydarzyło w akademiku dziewcząt. Być może ucieszyłby go – albo nawet podniecił – moment, gdy na terenie Dashmore pojawiliby się funkcjonariusze policji.
Między innymi dlatego żadna z tych rzeczy się nie wydarzy. Patrząc na tę sytuację zupełnie zdrowo i obiektywnie, dochodziłam do wniosku, że najprawdopodobniej miałam do czynienia z psycholem. A takim nie należy okazywać uwagi. Należy zaczekać, aż się uspokoją. To trochę jak z niewychowanym dzieckiem – jeśli zacznie krzyczeć na środku ulicy, że natychmiast masz mu coś kupić… wystarczy, że je zignorujesz i powiesz: „Mamusia idzie do domu”, a wtedy dzieciak zamyka buzię i grzecznie za tobą drepcze. Przegrany i zawiedziony. Po jakimś czasie przestaje uskuteczniać swój mały cyrk, ponieważ wie, że nie uzyska pożądanych efektów.
Może więc wystarczy brak mojej reakcji, a wtedy obcy znajdzie sobie kogoś innego do zaczepiania? Może uzna igranie ze mną za nudne?
– Może, może, może… – szepnęłam pod nosem, wsuwając na tyłek długie spodnie od piżamy.
A może się rozkręci i będzie ciekawie?
Zmarszczyłam brwi i odruchowo się skrzywiłam. Moje myśli czasami bywały naprawdę… niestosowne. Potrząsnęłam głową, założyłam bluzkę, po czym wyszłam z łazienki. Zerknęłam na Camille, która spała w najlepsze i pochrapywała cicho pod kołdrą naciągniętą pod samą szyję, a z jej ust wypływała ledwie widoczna strużka śliny. Zawsze się śliniła, gdy zasypiała bardzo głęboko.
Po cichu wsunęłam botki na stopy i zarzuciłam płaszcz na ramiona. Papieros przed snem zawsze poprawiał mi humor, jednak fakt, że musiałam wychodzić przed budynek, stanowił ogromny minus, szczególnie podczas zimowych semestrów. Upewniwszy się, że paczka oraz zapalniczka spoczywają w mojej kieszeni, wyszłam na korytarz i skierowałam się prosto na dół.
– Och… – westchnęłam, kiedy lodowate powietrze otuliło moją rozgrzaną po kąpieli skórę.
Uwielbiałam połączenie chłodu i ciepła. Tylko wtedy przez ciało przepływały specyficzne, trudne do opisania dreszcze. Oparłam się o zimną ścianę akademika i niespiesznie odpaliłam fajkę. Dym wypełnił moje płuca, dzięki czemu od razu poczułam się lepiej. Kłęby pary wymieszanej z oparami używki rozpływały się przed moją twarzą raz za razem, aż w pewnym momencie – wyłącznie dzięki znikomemu poblaskowi latarni – dostrzegłam za smugami zarys sylwetki. Momentalnie opuściłam dłoń, w której tlił się papieros. Chmura nie zdążyła do końca rozmyć się w powietrzu, gdy uderzył we mnie ten sam co wcześniej – teraz już nieco bardziej znajomy – głos:
– Podoba ci się prezent, Nadio?