-
nowość
-
promocja
Theo z Golden - ebook
Theo z Golden - ebook
Powieść o potędze anonimowej hojności i umiłowaniu życia. Panaceum na cynizm i balsam dla duszy.
Wydana własnym sumptem autora stała się bestsellerem „New York Timesa” i fenomenem czytelniczym.
Theo z Golden zachwyca na całym świecie
- 3 miliony sprzedanych egzemplarzy w Stanach Zjednoczonych
- Przetłumaczona na 42 języki
- 33 tygodnie po premierze wciąż na topce bestsellerów The New Yor Times i Amazon
- Ukochana książka Oprah Winfrey!
Tajemniczy nieznajomy
Pewnego wiosennego ranka w miasteczku Golden na południu USA pojawia się nieznajomy. Nikt nie wie, skąd przybył ani dlaczego.
Theo, bo tak ma na imię, zadaje mnóstwo pytań, ale sam unika odpowiedzi.
Theo odwiedza miejscową kawiarnię, której wnętrze zdobią dziewięćdziesiąt dwa szkice ołówkiem, autorstwa miejscowego artysty, przedstawiające mieszkańców Golden. Theo kupuje portrety, jeden po drugim, i oddaje je „prawowitym właścicielom”, z którymi się zaprzyjaźnia i których życie odmienia. Każde takie zdarzenie to nowa opowieść.
Potęga życzliwości
Theo of Golden jest piękną książką o sztuce ofiarowywania i przyjmowania, patrzenia i dostrzegania, a także o potędze wspaniałomyślności, znaczeniu niewidzialnych więzi dobroci, które łączą ludzi, i o ciekawości nadającej sens codziennemu życiu.
„Ta książka przypomina, jak wielką moc mają rzeczy małe: życzliwy gest, uważna rozmowa, obecność, której tak często dziś sobie odmawiamy. Pokazuje, że czasem jedno dobre słowo zostaje z człowiekiem na całe życie.”
Marzena Rogalska
„Naukowcy przekonują, że relacje są gwarancją długowieczności. Theo pokazuje, że choć zajmują czas, mogą być namiastką Nieba.”
Ewa Drzyzga
Allen Levi jest adwokatem, sędzią, autorem i wykonawcą piosenek oraz pisarzem. Jego rodzinny dom i gospodarstwo znajdują się niedaleko jednego z miasteczek w środkowej Georgii. Theo z Golden to pierwsza książka Allena.
Główne tematy
● Relacje ● Dobroć ● Tajemnica ● Małe miasteczko
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68625-71-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Theo mieszkał w Golden zaledwie przez rok, od wiosny do wiosny. Pojawił się tuż przed Wielkanocą, kiedy Boughery i Promenada wyglądały jak ocean kwitnących dereni i azalii, a pyłek osiadał niczym cytrynowa patyna na każdej odkrytej powierzchni w mieście.
Z czasem przyjaciele Theo dowiadywali się o jego wielkim upodobaniu do rzek. Czy to była Douro z jego dzieciństwa, Sekwana z dni sławy, Hudson z okresu emerytury, czy też pół tuzina innych przepływających przez rozmaite miejsca, w których pomieszkiwał, jakiś nadrzeczny instynkt ciągnął go do płynącej wody. Może dlatego, że Theo dorastał w morskim kraju. Może każdy syn Portugalii miał w sobie niespokojnego ducha Magellana.
Niezależnie od przyczyny, trudno się dziwić, że po przyjeździe do Golden Theo postanowił zamieszkać tuż nad rzeką Oxbow. Z wychodzącego na zachód okna od podwórza widział ją o każdej porze dnia. Jeśli otworzył tylne drzwi balkonowe na drugim piętrze, mógł ją usłyszeć, a przynajmniej tak twierdził. W każdym miejscu, o każdej porze, z zamkniętymi oczami, wyczuwał, jak jej prąd z determinacją podąża ku zatoce, płynie krętą drogą na południe, z radością wędruje do Atlantyku.
Mieszkał tam tylko przez rok. To niezbyt długo, ale wystarczyło, żeby samemu stworzyć prąd i porwać nim innych. Cała gromada – Asher, Tony, Ellen, Basil, i jeszcze dziesiątki osób – nieświadomie dała się wciągnąć w wir, którym był Theo.
Płynęli.
Żeglowali.
Nabierali masy i zwiększali pęd.
Sunęli do oceanu, o którym wtedy niewiele wiedzieli.
„Nasze serca pałały w jego obecności” powiedziałoby każde z nich, cytując słowa kaznodziei na cześć starego Portugalczyka ze śpiewnym akcentem i cieniem uśmiechu na ustach.ROZDZIAŁ 1
Pierwszego pełnego dnia w Golden Theo obudził się wczesnym rankiem, rozsunął zasłony w pokoju hotelowym i popatrzył na świt. Dzień wcześniej opuścił swój dom w Nowym Jorku, gdzie szalała zima, zasypując miasto nietypową o tej porze roku mieszaniną śniegu i lodu. Po przelocie do Atlanty (prywatnym odrzutowcem), a stamtąd dalszej jeździe na południe do Golden (limuzyną Lincoln z szoferem) przeniósł się do świata ciepła, kwitnącego niezliczonymi odcieniami zieleni, żółci, lawendy i różu.
Teraz, po dobrze przespanej nocy, stał przy oknie, głęboko oddychając, jakby mógł przez szybę wchłonąć świeżość poranka, i wpatrywał się z podziwem w pierwsze oznaki wiosny.
Jego wzrok powędrował na zachód, ku meandrującej szerokimi zakolami rzece Oxbow, nad którą zawisła wstążka mgły.
Z drugiego piętra, w słabym świetle przedświtu, Theo rozpoznał wiele charakterystycznych punktów, o których czytał podczas przygotowań do tej wyprawy: brukowane kocimi łbami ulice, hutę, stare magazyny bawełny i dęby pamiętające czasy przed wojną secesyjną.
Widok z drugiego piętra był jednak stanowczo za mało szczegółowy dla kogoś o tak ciekawskim usposobieniu. Theo włożył wygodne ubranie, przejrzał się w lustrze, poprawił kołnierzyk i apaszkę, po czym zgasił światła. Zawiesił tabliczkę „Nie przeszkadzać” na klamce i ruszył schodami do hotelowej recepcji. Uchylił kaszkietu przed recepcjonistą i wyszedł na chłodny poranek, gotów do spaceru po ulicach, nim zapełnią je piesi i pojazdy.
Poza kawiarnią i niewielkim barem restauracyjnym, lokale handlowo-usługowe przy ulicy Broadway były jeszcze zamknięte i chwilowo Theo miał niemal cały chodnik dla siebie.
Nie planował dotrzeć do konkretnego celu. Gdy zobaczył coś, co go zainteresowało – a interesowało go naprawdę wiele – zatrzymywał się i nie ruszał dalej, póki nie zaspokoił ciekawości.
Zainteresowały go na przykład metalowe dekoracje ścienne na fasadzie domu na rogu. Kto je stworzył? Kiedy? Jak?
Zainteresowało go ułożenie cegieł w starym, lecz doskonale zachowanym budynku, w którym mieściło się obecnie uczelniane biuro rekrutacji.
Zainteresowała go tabliczka z opisem pasa zieleni, nazywanego Promenadą, który przebiegał środkiem ulicy Broadway. (Gdziekolwiek mieszkał lub przebywał Theo, miał zwyczaj czytania historycznych tablic informacyjnych, z czym doskonale dawał sobie radę w pięciu językach).
Zainteresowała go rzeźba, w stylu modern vintage, nieopodal wyższej szkoły pielęgniarskiej.
Niezwykle zainteresował go niewielki ptak, który przysiadł na ławce przy chodniku i żebrał o okruszki.
Theo przystanął, zgiął się lekko w pasie z rękoma za plecami i wyszeptał do napraszającego się ptaszka:
– Wybacz, mój drogi, ale dzisiaj nie mam nic dla ciebie. Może jutro? I przestań narzekać. Ciesz się, że nie ma cię teraz w Nowym Jorku.
Podniósł pustą butelkę po piwie i włożył ją do pobliskiego kosza na śmieci.
W pewnej chwili wyjął z kieszeni niewielkie szkło powiększające, lupę, żeby przyjrzeć się fioletowawemu kwiatowi azalii.
I tak to trwało.
Wszystkie te interesujące miejsca ogromnie spowolniły spacer Theo. Zdołał pokonać zaledwie dwie przecznice, kiedy poranny ruch uliczny rozkręcił się na dobre, a na chodniki wylegli studenci i biznesmeni. Miejsca parkingowe po obu stronach Promenady, dotąd puste, zapełniły się niemal całkowicie.
Nie było jednak powodów do niepokoju.
Tego dnia, a także w dającej się przewidzieć przyszłości, Theo nie miał żadnych ostatecznych terminów, zebrań ani zobowiązań. Mógł spokojnie rozkoszować się niczym nieskrępowaną swobodą i być całkowicie anonimowy. Zjawił się w Golden jako zwykły turysta.
Nie znał nikogo w mieście.
Cóż... może z jednym wyjątkiem.
Nie był pewien, jak długo tu pozostanie – tygodnie, miesiące albo dłużej – ale chwilowo cieszyła go atmosfera nowego tymczasowego domu.
Pierwsze wrażenie: bardzo przyjemne miejsce o idealnej nazwie.
Golden.ROZDZIAŁ 2
Gdy Theo zakończył przechadzkę po ulicy Broadway, wrócił do niewielkiej kawiarni, którą mijał wcześniej tego ranka. Aromat kawy wisiał w progu niczym pachnąca chmura (i bardzo skutecznie kusił).
Pomalowana szyba przy drzwiach była wizytówką lokalu, wypisaną złotymi literami o czarnych obrysach:
Kielich
Light Street i Broadway
Pon.-czw. 6.00-22.00
Pt.-sb. 7.00-23.00
Nd. 8.00-18.00
Theo wszedł, wziął głęboki wdech i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Przedstawiciele rozmaitych pokoleń, ras i stylów odzieżowych stali lub siedzieli, samotnie i w grupkach, dowodząc swoją obecnością magnetyzmu lokalu.
Młody człowiek zmierzający do wyjścia z wiolonczelą na plecach i kawą w rękach zręcznie lawirował wśród stolików i nowych klientów, od czasu do czasu szepcząc „Przepraszam”. W pewnym momencie zerknął w bok i podchwycił spojrzenie Theo, a wtedy z uśmiechem skinął mu głową na powitanie. Taka reakcja była niezwykła, wręcz podejrzana, w wielkich miastach, gdzie Theo spędził większość swojego życia, jednak teraz odpowiedział skinieniem głowy i uśmiechem, po czym ruszył w kierunku krótkiej kolejki do lady. Od razu wyczuł, że może zostać stałym klientem, i rzeczywiście tak właśnie się stało, na cały rok, który spędził w Golden.
„Gdyby tylko kawa była równie wspaniała jak tutejsza atmosfera”, pomyślał. To jednak wydawało się mało prawdopodobne.
Theo przywykł do mocnej kawy w Europie – abatanado i café pingado w Lizbonie, café con leche w Madrycie, espresso w Bolonii, café noisette w Marsylii. Amerykańskie kawiarnie często go rozczarowywały, nawet te w Nowym Jorku, gdzie na jedną doskonałą kawę, którą się rozkoszował, trafiało mu się pół tuzina kubków rozczarowującej lury. Nieraz jednak słyszał, że ma wygórowane oczekiwania.
Przywitał się z baristą za ladą, złożył zamówienie, po czym wziął kawę i zajął miejsce w pobliskim fotelu.
Z aprobatą pokiwał głową, gdy poczuł na języku pierwszy łyk. Był szczerze zaskoczony jakością espresso.
Po chwili zaczął uważnie studiować wnętrze – twarze klientów, ich głosy, słowa powitania i gesty, pieczołowitość, z jaką pogodny barista wypełniał swoje obowiązki, i wreszcie zamieszanie przy stolikach. Wkrótce jednak jego uwagę przyciągnęły i skupiły na sobie wywieszone na ścianach kawiarni szkice.
Na lewej, prawej i tej z tyłu znajdowały się dziewięćdziesiąt dwa portrety wykonane ołówkiem na białym papierze i w czarnych ramkach w trzech różnych formatach. Wszystkie bez wątpienia namalował ten sam artysta. Jakby odzwierciedlając wielość typów klientów obecnych teraz w kawiarni, kolekcja przedstawiała całą gamę ludzkich postaci o zróżnicowanym wieku, pochodzeniu etnicznym i stylu. Gdziekolwiek Theo spojrzał, wszędzie widział portrety.
Nawet z tej odległości dostrzegł bogactwo detali i subtelność, z jaką rysownik uchwycił twarze. Ich jakość, ich witalność pozwalała niemal uwierzyć, że sportretowani są obserwatorami w Kielichu, a nie tylko dekoracją ścian.
Umysł Theo podsunął mu niecodzienny obrazek – każda z dziewięćdziesięciu dwóch ram była oknem, a twarz w nim należała do człowieka przed budynkiem, zaglądającego z rozbawieniem do środka. Nocą, po zamknięciu lokalu, portrety wychodziły z ram do kawiarni, kręciły się po niej, rozmawiały o tym, co i kogo zauważyły lub podsłuchały tego dnia, dzieliły się historyjkami, a przed otwarciem wracały do siebie.
Ten barwny, choć niedorzeczny pomysł przywołał uśmiech na twarz Theo. Takie myśli często przychodziły mu do głowy, gdyż miał wyobraźnię poety. Miał też jednak oczy i umysł konesera. Choć interesowało go wiele rzeczy, nieliczne budziły jego głębszą ciekawość. Malarstwo portretowe należało właśnie do tej kategorii.
Choć bardzo pragnął uważnie i w skupieniu przestudiować każdy z dziewięćdziesięciu dwóch szkiców, postanowił to zrobić przy innej okazji, kiedy w kawiarni nie będzie takiego tłoku. Tymczasem popijał swoje espresso małymi, powolnymi łykami. Uważał, że gdyby robił to w inny sposób, okazałby bariście brak szacunku czy wręcz lekceważenie. Kiedy skończył, wziął do ręki kaszkiet i nieśpiesznie wyszedł z kawiarni, rozglądając się na boki, po czym wrócił do hotelu.
Tego popołudnia, po lunchu i drzemce, Theo powędrował nad rzekę, przespacerował się brukowaną dróżką na południe i przez kwadrans siedział na ławce z twarzą skierowaną ku słońcu, a następnie ruszył do kawiarni. Tym razem, poza paroma studentami przy stolikach, było pusto i nie musiał stać w kolejce po kawę.
– Witam ponownie – powiedział barista. – Drugi raz dzisiaj.
To, że go zapamiętał, zrobiło wrażenie na Theo, zwłaszcza biorąc pod uwagę liczbę klientów, którzy odwiedzili kawiarnię wcześniej, kiedy panował tu ścisk.
– Drogi przyjacielu, dzisiejszego ranka zaparzył pan znakomite espresso. Doskonale przygotowane, dziękuję. Idealne _je ne sais quoi_. Poproszę ją _encore_.
Młody człowiek zachichotał. Rzadko miał okazję słyszeć w Kielichu francuskie zwroty.
– Bardzo panu dziękuję, postaram się, żeby ta była jeszcze lepsza. Proszę dać znać, jeśli mi nie wyjdzie. Mam na imię Shep, a pan to...?
Wyciągnął rękę przez ladę, a Theo chwycił ją w obie dłonie.
– Przyjaciele nazywają mnie Theo. Bardzo mi miło pana poznać.
Staranna wymowa i obcy akcent nie uszły uwagi Shepa.
– I nawzajem – odparł. – Co sprowadza pana do Golden?
– Przyjechałem w interesach, chwilowo jednak bardzo interesują mnie te portrety. – Theo wskazał na ściany. – Zauważyłem je rankiem i przyszedłem przyjrzeć się im uważniej. Opowie mi pan o nich?
W tym samym momencie do kawiarni weszły cztery kobiety i ustawiły się w kolejce za Theo.
– Z przyjemnością, panie Theo, gdy tylko przyjdzie pora na moją przerwę. Mam tu coś, od czego może pan zacząć. Zapewne znajdzie pan odpowiedzi na kilka ze swoich pytań. Chętnie też dowiem się czegoś o panu.
Shep wręczył Theo miejscowe czasopismo, „The Gold Standard”. Na okładce widniało zdjęcie kawiarni, zrobione od progu przez obiektyw typu „rybie oko”, który obejmował wszystkie trzy ściany – z prawej, lewej i z tyłu – oraz większość portretów. Na środku stał Shep i smukły, siwiejący mężczyzna w dżinsach, T-shircie i tweedowej marynarce. Podpis głosił: „Kielich pełen sztuki”.
Theo otworzył czasopismo na stronie z artykułem i pogrążył się w lekturze.
Zaczęło się od żartu. „A gdyby tak...”.
„Zdecydowałbyś się?”.
„Kto wie?”.
Kawiarnia jako galeria sztuki.
Kielich, najpopularniejszy lokal w śródmieściu, kilka miesięcy temu został także galerią. Usytuowany na rogu Light Street i Broadway, jest własnością Shepa i Addie Carlile’ów, urodzonych i zamieszkałych w Golden.
U zarania renesansu śródmieścia razem kupili niezamieszkały dwupiętrowy dom i przez niemal rok poświęcali weekendy oraz wolny czas na odnawianie parteru. Gdy w końcu wyremontowali budynek, postanowili zrezygnować z pracy w banku i przez dwa miesiące szkolili się w ekskluzywnej kawiarni w Atlancie, gdzie poznali sztukę parzenia kawy. Po pewnym czasie otworzyli podwoje, a teraz cieszą się ogromną popularnością i pięciogwiazdkowymi recenzjami. Kielich zaprasza na wybrane napoje w najlepszym gatunku oraz na lekkie ciasta.
Za sprawą licznych stałych klientów kawiarnia rozkwitła. Jej usytuowanie w odległości dwóch przecznic od dzielnicy rozrywkowo-handlowej z restauracjami i sklepami, nieopodal sądu oraz Akademii Sztuki i Projektu przy Uniwersytecie w Golden, zapewnia nieustający dopływ konsumentów. Praktycznie każdego dnia o każdej porze lokal tętni życiem, a niektórzy przesiadują tam od rana do wieczora!
Kielich mieści się kilka przecznic od domu i atelier Ashera Glissena, również rodowitego mieszkańca Golden i jednego z najznamienitszych artystów w mieście. W trakcie kariery udzielał prywatnych lekcji, piastował funkcję kuratora Ośrodka Sztuki im. Bredlowa, odpowiadał za ilustracje w różnych reklamach oraz czasopismach, a także zyskał sławę jako wyśmienity portrecista.
Glissen był jednym z pierwszych klientów w kolejce do nowo otwartej kawiarni. Twierdzi, że w kolejnych miesiącach po otwarciu przepuścił na kawę pokaźną część emerytalnych oszczędności.
Rok temu Carlile’owie zaproponowali Glissenowi wystawienie niektórych prac w kawiarni, a on podchwycił pomysł i przystąpił do jego realizacji.
Shep Carlile wyjaśnia: „Asher powiedział, że coś mu chodzi po głowie, ale nie sprecyzował, co ma na myśli. Jakiś miesiąc później zjawił się z portretami naszych sześciu bywalców, a nam opadły szczęki. Tak to się zaczęło. Ludzie uwielbiają tę wystawę, niektórzy przychodzą tylko po to, żeby popatrzeć na rysunki. Rozpiera nas duma, że mamy tutaj te dzieła”.
Ekspozycja obejmuje dziewięćdziesiąt dwa portrety, wszystkie są na sprzedaż. Kiedy któryś znajduje nabywcę, na jego miejsce trafia nowy.
Glissen mówi o kawiarni w samych ciepłych słowach. „Kielich urósł do rangi instytucji i zmienił się w prawdziwy tygiel kulturowy. Próbowałem uchwycić to w portretach. Moja mama, malarka, powtarzała mi, że każda twarz jest opowieścią. Moim zdaniem miała rację. Te postaci tworzą coś w rodzaju grupy mieszkańców jednej specyficznej dzielnicy, a zgromadzenie ich było pracą wykonaną dla przyjemności. Cieszę się, że Addie i Shep zapewnili im dom”.
Glissena łatwo zastać w Kielichu, a także w różnych miejscach w śródmieściu, kiedy z aparatem fotograficznym w dłoni gromadzi materiał do pracy. Jeśli wpadniecie do kawiarni, kto wie, może poprosi, żebyście na niego spojrzeli. Kiedy tak się stanie, nie bądźcie zdziwieni, jeśli traficie do galerii Kielicha.
W kawiarni pojawiło się więcej klientów. Podczas gdy Shep przygotowywał zamówienia, Theo ponownie przeczytał artykuł, po czym podniósł się z krzesła i podszedł do tylnej ściany.
Wisiał na niej tuzin portretów w trzech schludnych rzędach po cztery sztuki. Każdy szkic przedstawiał popiersie. Theo wyjął z kieszeni okulary w drucianych oprawkach, założył je i splótł ręce za plecami, a następnie z odległości metra uważnie przyjrzał się portretom. Na przemian pochylał głowę, spoglądając na nie znad szkieł, i ją unosił, żeby popatrzeć przez soczewki zsunięte na koniec nosa. Nawet historyk sztuki w Luwrze nie mógłby być bardziej przejęty i zafascynowany dziełami sztuki w tym słynnym muzeum niż Theo portretami w Kielichu.
Przysunął się bliżej, na jakieś ćwierć metra od ściany, i skrupulatnie przeanalizował każdy rysunek, zwracając uwagę na wszystkie, nawet najsubtelniejsze kreski. Stracił poczucie czasu i zupełnie przestało go interesować otoczenie w kawiarni.
Kiedy Shep zrealizował wszystkie zamówienia, zauważył Theo przy ścianie z tyłu, ale postanowił mu nie przeszkadzać. Cieszył się, że staruszek tak bardzo zachwycił się portretami, ale też go ciekawiło, co się kryje za tak żywym zainteresowaniem.
Jeszcze jako chłopiec Theo fascynował się delikatną linią i niuansami. Większość dzieciństwa spędził, oglądając przez szkło powiększające pióra, liście i owady w winnicach wokół domu. Zachwycały go pajęcze sieci, skrzydła ważki i blaszki grzybów. Zbierał znaczki i niemal zaniemówił, gdy po raz pierwszy ujrzał rysunki i szkice da Vinciego. Jako chłopiec i młody mężczyzna miał zwyczaj w kieszeni nosić lupę – podarunek od nauczyciela – żeby studiować niewielkie przedmioty i detale niewidoczne gołym okiem. Dla kogoś takiego portrety w Kielichu były klęską urodzaju, jaskinią skarbów, ucztą dla zmysłów.
Szczerze zafascynowany, pochylał się i uginał nogi w kolanach przed każdą z ram.
Przeszedł bliżej wejścia i powrócił do swoich analiz, tym razem nad głowami klientów siedzących przy stoliku pod samą ścianą. Przeprosił ich za kłopot, ale nie zrezygnował z oględzin.
Każdą ze sportretowanych twarzy nakreślono w innym nastroju, który zdawał się skrywać jakąś historię, i każda aż prosiła się o pytanie.
„Czym ten człowiek tak się martwi?”.
„Czego się wstydzi ta młoda kobieta?”.
„Jak opisać wyraz twarzy tego dziecka?”.
„Jakim cudem, na Boga, rysownik tak przekonująco uwiecznił wszystkie postaci?”.
Studiując szkice, Theo czuł się coraz bardziej zdumiony, wręcz zaniepokojony, że aż tyle portretów nadal było do kupienia. Zaskoczyła go ich cena. „Tylko sto dwadzieścia pięć dolarów? Tylko dwieście? Są warte o wiele więcej”. Zastanawiał się, dlaczego dziewięćdziesiąt dwa portrety tej jakości i za taką cenę jeszcze się nie sprzedały.
Zatrzymał się przy szkicu poważnej młodej kobiety o delikatnych rysach, patrzącej wprost na niego. Wydawały się przejmująco znajome. „Czyżby to...?”.
Theo przeniósł wzrok na portret po prawej stronie, na którym widniała twarz młodego mężczyzny spoglądającego na coś poza ramą. Co widniało w jego niespokojnych oczach? Lęk? Podejrzliwość? Pogarda? Cokolwiek to było, portretowany najwyraźniej źle się czuł przed obiektywem aparatu fotograficznego. Jego zimowa czapka i zasłonięta szyja wskazywały na chłodną porę roku.
Theo przyglądał się portretom przez niemal godzinę, kiedy barista w końcu do niego podszedł.
– Robią wrażenie, prawda? – spytał Shep, wycierając palce w kuchenną ściereczkę, i wskazał na portret przed Theo, ten z młodym człowiekiem o nerwowych oczach. – Mocno dostał w kość od życia. Jakiś czas temu jego córeczka została ciężko ranna w wypadku samochodowym, jej matka zginęła. Rzadko tu przychodzi, ale jeśli już, na ogół zamawia zwykłą kawę z miejscem na śmietankę. Chyba nawet nie wie, że jego portret tu wisi.
Theo skinął głową i odwrócił się do Shepa.
– Zna pan wszystkich na ścianach?
– Znam większość, przynajmniej pobieżnie. Niektórych całkiem dobrze. Autor zazwyczaj zapisuje ich imiona i nazwiska małymi literami z tyłu, więc mogę ich zidentyfikować, gdyby zaszła taka potrzeba. Zanim jednak o nich porozmawiamy, panie Theo, proszę opowiedzieć o sobie. Jaka jest pańska historia? Wspomniał pan, że dopiero zjawił się pan w mieście. Co pana tu sprowadza? Gdzie jest pański dom?
Theo uniósł rękę, by zatrzymać ten zalew pytań.
– Mieszkałem w wielu miejscach – odparł wymijająco. – Urodziłem się i wychowałem na północy Portugalii, ale spędziłem całe lata w Nowym Jorku. Nadal mam tam mieszkanie, ale przyjechałem tu poniekąd w interesach, więc moim obecnym domem jest Golden. Wystarczył jeden dzień, żebym bardzo polubił pańskie miasto, a zwłaszcza pańską kawiarnię, panie Shep.
Tę uprzejmą odpowiedź raczej trudno było uznać za ciekawą historię, na którą liczył Shep, ale nie naciskał, uznawszy, że być może w przyszłości pozna więcej szczegółów.
– Proszę mówić mi po imieniu. Jestem Shep, tak nazywają mnie przyjaciele.
– Oczywiście, dziękuję. Wobec tego mów mi Theo, proszę. Przy okazji, dlaczego Kielich?
Tym razem to Shep udzielił oględnej odpowiedzi.
– Bo to ładnie brzmi. Pewnego dnia opowiem ci o tym więcej. Czytałeś artykuł o portretach?
Theo skinął głową.
– Tak, dziękuję. Był bardzo interesujący. – Oddał czasopismo Shepowi. – Panie Shep – przepraszam, Shep – jednego nie rozumiem. Dlaczego nikt nie kupuje portretów?
Shep się skrzywił i kilka razy zakołysał głową, jakby szukał właściwej odpowiedzi.
– Dla mnie to również tajemnica, Theo. Wiem, że Asher ma mnóstwo pracy i pewnie nie potrzebuje więcej, niemniej liczyłem na to, że skorzysta finansowo. Jak dotąd nic z tego nie wyszło, w każdym razie jeszcze nie. Sprzedaliśmy sporo portretów na Gwiazdkę w ubiegłym roku, ale nadal czekam na wielki przełom. Chcę wierzyć, że wkrótce ludzie zdadzą sobie sprawę, jakie to skarby. Asher narysował Addie – moją żonę Addelyn – i jej portret jest jedną z naszych najcenniejszych rzeczy. Jeśli kiedyś w moim domu wybuchnie pożar, portret będzie jednym z pierwszych przedmiotów, które uratuję. – Shep umilkł i dodał po chwili wahania: – Cieszymy się, że tu wiszą, ale marzy mi się, żeby ktoś przyszedł i kupił je wszystkie.
Theo otworzył szerzej oczy. Uniósł rękę, po czym wsunął kciuk pod brodę i postukał palcem wskazującym w usta.
Shep zerknął w kierunku lady, przy której już czekał klient.
– Theo, muszę wracać do pracy. Dziękuję ci, że przyszedłeś. Jeśli zostaniesz stałym klientem, jest spora szansa, że któregoś dnia twój portret zawiśnie na tej ścianie. Witaj w Golden, a przy okazji, jak tam kawa?
– Doskonała. _Exceptionnelle! Maravilhoso_! – Theo uśmiechnął się i lekko klasnął w dłonie, po czym klepnął Shepa w ramię.
Wyszedł z kawiarni, przeszedł przez ulicę na skwer między jezdniami i usiadł na ławce obok fontanny. Najpierw myślał o niesprzedanych portretach, a potem o domach, które by upiększyły, i życiu ludzi, które by wzbogaciły.
O artyście, któremu ich sprzedaż dodałaby skrzydeł.
Właśnie wtedy w jego głowie narodził się pewien pomysł.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------