Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • Empik Go W empik go

Three Shattered Souls. Trzy Udręczone Dusze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
71,90
7190 pkt
punktów Virtualo

Three Shattered Souls. Trzy Udręczone Dusze - ebook

Niektóre zdrady ranią głębiej niż ostrza.

Ostrza nie miały przetrwać tak długo, tymczasem po bitwie w porcie Quu muszą wrócić do Yusan i dokończyć swoją misję.  Teraz jednak na smoczym tronie zasiada uzurpator, groźniejszy nawet niż boski król.    Mając w posiadaniu trzy relikwie Smoczego Władcy, Ostrza zmierzą się z potęgą czterech królestw. Wrogowie staną się sojusznikami. Sojusznicy staną się zdrajcami. A ci, których kochają najbardziej? To oni złamią im serca.    By wygrać grę królów i koron, Ostrza będą musiały poświęcić wszystko – najpewniej nawet samych siebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592559
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Trzy udręczone dusze to mroczne przygodowe fantasy, w którym niezłomna lojalność miesza się z druzgocącymi zdradami, na horyzoncie zaś majaczą nadpływające okręty wojenne. W związku z tym historia ta zawiera elementy, które mogą się okazać nieodpowiednie dla części czytelników. Przedstawione zostały w niej: przemoc, krew, śmierć (włącznie ze śmiercią członków rodziny oraz zwierząt), myśli samobójcze, pobyt w więzieniu, rany, otrucie, spalenie, utonięcie, spożywanie alkoholu oraz narkotyków, praca seksualna, klasizm, seksizm, kolonializm, niewolnictwo, wulgarny język oraz sceny seksu. W powieści poruszone zostały również kwestie gniewu, wykorzystywania seksualnego dzieci, tortur oraz ludobójstwa. Czytelników, którzy mogą być wrażliwi na powyższe, proszę o ostrożność. A teraz przygotujcie się na spotkanie ze Smoczym Lordem…

GŁÓWNI BOHATEROWIE

AERI – złodziejka, księżniczka Yusanu, córka króla Joona

MIKAIL – były królewski arcyszpieg Yusanu

ROYO – silnoręki z Yusanu

EUYN – wygnany książę koronny Yusanu, brat króla Joona (nie żyje)

SORA – trucicielka z Yusanu, do niedawna zakontraktowana w służbie hrabiego Seoka

TIYUNG – jedyny syn hrabiego Seoka zesłany do Jałowego Więzienia

INNE POSTACI WARTE ODNOTOWANIA:

KRÓL JOON – król Yusanu

QUILIMAR – królowa Khitanu, siostra króla Joona oraz Euyna

GENERAŁ VIKAL – dowódczyni Sił Zbrojnych Khitanu

HRABIA SEOK – hrabia z południa urzędujący w Gainie, właściciel kontraktu Daysum

DAYSUM – siostra Sory, przebywa pod kuratelą hrabiego Seoka

HRABIA BAY CHIN – hrabia z północy urzędujący w Umbrii

HRABIA DAL – hrabia ze wschodu urzędujący w Tamneki (nie żyje)

GENERAŁ SALOSA – dowódca gwardii pałacowej Yusanu

ZAHARA – szpieżka z Yusanu

FALLADOR – książę Gayi, przebywa na wygnaniu

AILOR – ojciec Mikaila

GAMBRIA – kuzynka Falladora

UOL – król kapłan WeiCO WYDARZYŁO SIĘ DO TEJ PORY…

Pięcioro najgroźniejszych kłamców w Yusanie zjednoczyło siły, by wykonać jedną misję: zgładzić boga króla Joona. Jednak władca Yusanu wykorzystał zamach na swoje życie jako pułapkę na ostrza. W rzeczywistości chciał bowiem, by jego córka, Aeri, przyprowadziła mu zabójców. Na rozkaz monarchy mieli wykraść Złoty Pierścień Smoczego Lorda, znajdujący się w sąsiednim królestwie. Choć drużyna zdołała zdobyć relikwię, Euyn, wygnany yusański książę, zginął z rąk władczyni Khitanu.

Teraz, gdy Aeri jest w posiadaniu zarówno Złotego Pierścienia, jak i Amuletu Smoczego Lorda, dysponuje ona nowymi mocami. Wie też, że niedługo ma się wypełnić straszliwa przepowiednia. Okłamawszy silnorękiego, Roya, w sprawie Piasków Czasu, złamała mu serce. Ich dwójka wraz z Sorą, trucicielką, która za wszelką cenę chce uratować siostrę, właśnie wylądowała na Gayi, wyspie stanowiącej niegdyś samodzielne królestwo, a obecnie będącej kolonią Yusanu. Towarzyszy im też Mikail, yusański arcyszpieg, który dopiero niedawno odkrył, że należy do gayańskiej rodziny królewskiej. Czworo niedoszłych zabójców ledwo uciekło z Khitanu – Mikail dzierży skradzione Wodne Berło Wei.

…I CO PRZED WAMI:

Ocalałe ostrza zdobyły trzy relikwie, a pozostałe królestwa wkrótce zaatakują ich z pełną mocą. Jednakże rozłamy i tajemnice w grupie mogą zgubić jej członków, jeszcze zanim uzurpator zasiadający na yusańskim tronie wypowie im wojnę. Jedynym sposobem na przetrwanie jest pokonanie całego świata. Pytanie tylko: kto będzie gotów zapłacić najwyższą cenę, kiedy Smoczy Lord powróci?

© Leila Evans

MAI CORLAND

Koreańsko-amerykańska prawniczka i pisarka, urodzona w Seulu, która świetnie odnalazła się w nowojorskim zgiełku. Stamtąd uciekła przed zimą, by zdobywać wiedzę na Florydzie w Rollins College i na Uniwersytecie w Miami.

Z powodu podjętych przez nią różnych wątpliwych decyzji obecnie znów żyje w zimnie ze swoim partnerem, dziećmi i złotą rybką, która ich wszystkich przeżyje.

Kiedy nie pisze, możesz znaleźć ją śpiącą lub wciskającą opcję latte na ekspresie do kawy. Mai pisze nagradzane książki dla dzieci i młodych dorosłych.OD AUTORKI

Korea może poszczycić się bogatą mitologią i barwną kulturą. Jako Koreanka, adoptowana i wychowana w Stanach Zjednoczonych, tworząc świat Trzech udręczonych dusz, czerpałam z własnej historii i doświadczeń. Chciałabym jednak zaznaczyć, że opowieść nie jest ani fikcją historyczną, ani fantasy opartą na prawdziwym świecie; rozgrywa się w unikatowej scenerii inspirowanej moimi studiami nad mitami, legendami i kulturą Korei. Wielokrotnie uciekałam się do licencji poetyckiej, mam jednak nadzieję, że historia ta ubogaci życie czytelników – tak jak ubogaciła moje w trakcie pisania.

– MaiROZDZIAŁ PIERWSZY

ROYO
MIASTO BERM, GAYA

Ależ mamy przejebane.

Znaczy, nie w tej chwili. Teraz siedzimy bezpiecznie w zajeździe na Gayi, ale jak tak myślę od bladego świtu, to ogólnie mamy przesrane.

Mikail stoi przy oknie, patrzy na białą plażę i niebieskie morze. Zdobyliśmy Złoty Pierścień i uciekliśmy z Khitanu, co powinno oznaczać, że wygraliśmy. Zamiast tego straciliśmy księcia Euyna, dowiedzieliśmy się, że Mikail jest ostatnim żyjącym członkiem gayańskiej rodziny królewskiej, ukradliśmy relikwię Wei – imperium rutynowo mordującego Yusańczyków – utopiliśmy masę ludzi i odkryliśmy, że Aeri przez cały ten czas kłamała.

I to wszystko wczoraj.

Rozcieram bliznę na twarzy, podczas gdy Fallador i Gambria gadają do pleców Mikaila. Ta dwójka też łgała. Fallador miał być wygnanym księciem Gayi, a Gambria jego kuzynką królewskiej krwi. A gówno tam. Przyznali się tylko dlatego, że musieliśmy spierdalać z portu Quu. A ponieważ Aeri była nieprzytomna, Mikail jako jedyny mógł użyć Wodnego Berła.

Relikwia lśni w jego dłoni. To pięć stóp czystego złota zakończone szafirem wielkości mojej pięści. Już sam metal i klejnot są cenne, a to przecież eterum, boska magia pozwalająca władać morzem.

– …nie byłeś jedyny. Mikailu, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – pyta Fallador.

Mikail odwraca się i mruga morskimi oczami, jakby zdziwiony, że oni tu są.

Gambria wykrzywia wargi i krzyżuje ramiona.

– Nie słuchał.

Zaciskam szczęki. Mogliby się od niego odpieprzyć. I tak nieźle sobie radzi jak na faceta, który właśnie się dowiedział, że cała jego przeszłość to bujda, a do tego był świadkiem śmierci swojego ukochanego.

Mam już ochotę coś palnąć, ale Mikail się uśmiecha, jakby nic się nie stało.

– Słuchałem, ale z ciekawości: możecie powtórzyć?

Gambria prycha. Niski wzrost nadrabia charakterkiem. Ale Fallador jest dość miły. Po prostu przytakuje.

– Twoi rodzeni rodzice należeli do dynastii Miatów, królewskiego rodu Gayi – wyjaśnia od nowa. – Ty i ja zostaliśmy podmienieni jako niemowlęta, zgodnie z dawną tradycją.

Mikail podchodzi do sofy i siada naprzeciwko Falladora. Obydwaj mają ciepłą brązową skórę i jasne oczy – te Falladora są zielone, a nie morskie, ale przy dzieciakach łatwo się pomylić. W sumie można by ich podmienić, tylko po co?

Mam mnóstwo pytań, ale próbuję siedzieć cicho, bo tak naprawdę mnie to nie dotyczy. Jestem tutaj tylko dlatego, że łaziłem po korytarzu. Mikail otworzył drzwi i powiedział, że jeśli nie przestanę, to obudzę cały zajazd, po czym zaprosił mnie do środka.

– Co to za tradycja? – pyta Mikail. Opiera się wygodnie na poduszkach, a Fallador pochyla się do przodu.

– Dwieście lat temu, kiedy Gaya została kolonią, Miatowie zaczęli po kryjomu strzec najmłodszych potomków. Oddawali księcia lub księżniczkę rodzinie z gminu, dzięki czemu, gdyby Yusan złamał traktat i zaatakował ponownie, dynastia nie byłaby skazany na zagładę. Tak naprawdę robiono to po to, żeby ktoś zawsze mógł dzierżyć Płonący Miecz Gayi.

Który król Joon ukradł jakieś dwadzieścia lat temu.

Mikail zeskrobuje plamkę krwi z nogawki.

– Dlaczego nie mówiono o tym dzieciom?

Fallador marszczy brwi.

– Mówiono, ale dopiero gdy osiągały pełnoletność. W twoim przypadku jednak nie było to możliwe. Nie po Święcie Krwi. – Urywa, oczy ma mokre od łez, ale potrząsa głową i skupia uwagę z powrotem na Mikailu. – Myśleliśmy, że zginąłeś wraz z całym rodem. Uznałem, że zostałem tylko ja, więc… musiałem…

Gula w gardle mu podskakuje. Pociąga nosem i odwraca wzrok.

Gambria kładzie Falladorowi dłoń na ramieniu.

– Dlatego w Khitanie zachowywaliśmy pozory. Kiedy odkryliśmy, że przeżyłeś, służyłeś już jako yusański szpieg, a wszyscy uważali Falladora za księcia na uchodźstwie. W tamtym momencie uznaliśmy, że najbezpieczniej będzie nic nie mówić. Gdyby ktoś chciał zabić ostatnich członków gayańskiej rodziny królewskiej, przyszliby po mnie i Falladora. Ty zaś byłeś chroniony jako arcyszpieg… pomimo twoich usilnych starań.

– Chujowa wymówka – wypalam.

Kobieta posyła mi spojrzenie pełne czystej pogardy i kontynuuje, jakbym się nie odezwał.

– Myśleliśmy, że jeśli poznasz prawdę, będzie ci grozić większe niebezpieczeństwo.

Mikail patrzy to na nią, to na Falladora.

– Jesteście w ogóle spokrewnieni?

– Nie – przyznaje Fallador z zawstydzonym uśmiechem. – Rodzice Gambrii pracowali w pałacowej kuchni. Ukryli mnie w skrzyni na statku towarowym i w ten sposób uratowali mi życie. Chwilę później żołnierze okrążyli moją… naszą rodzinę. Szeptem uzgodniliśmy, że kiedy wylądujemy w Khitanie, będziemy kuzynami.

A więc wszystko, co mówili, było kłamstwem.

Czekam na reakcję Mikaila, ale on tylko kiwa głową. Dość dobrze to wszystko przyjmuje. Za dobrze, jakby mnie kto pytał. Ale może kłamstwa nie robią takiego wrażenia na kimś, kto zarabia nimi na życie.

– Kto jeszcze zna prawdę? – pyta Mikail.

– Nikt – odpowiada Fallador. Mikail unosi brew, ale Fallador nawet nie mruga. – Każdy, kto wiedział, zginął tamtego dnia. Powiedziałem Gambrii dopiero, kiedy skontaktowałeś się ze mną po raz pierwszy, osiem lat temu. Jak możesz sobie wyobrazić, to był dla nas… dość trudny moment.

Kobieta rzuca mu twarde spojrzenie. Mogę za nią nie przepadać, ale rozumiem jej gniew. Tyle razem przeszli, a on i tak nie powiedział Gambrii prawdy. Nie ufał jej wystarczająco, nie kochał jej wystarczająco albo po prostu wystarczająco go nie obchodziła, żeby zdobył się na szczerość. Zaciskam dłonie w pięści. Rozumiem to poczucie zdrady.

– Cóż… twoi przyjaciele też wiedzą – poprawia go Gambria i zerka w moją stronę. – A skoro już przy tym jesteśmy: jaki mamy plan?

No właśnie, co robimy? Aeri ma Złoty Pierścień Khitanu oraz Piaski Czasu, a Mikail Wodne Berło. Zostały tylko Płonący Miecz Gayi i Korona Nieśmiertelności, które ma król Joon. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy… na razie. Ale przeszukają każde królestwo, żeby nas odnaleźć. Mamy trzy relikwie. Polowanie trwa.

– Sora i Aeri nadal śpią? – pyta Mikail.

– Tak – odpowiadam.

Mikail obraca berło, a na jego czole pojawia się zmarszczka. Martwi się. W pokoju jest ciepło, ale i tak przebiega mnie dreszcz. Nie widziałem tej zmarszczki, od kiedy Euyn postawił swoje życie w zakładzie o Złoty Pierścień. Jak tak myślę, to nigdy nie widziałem, żeby Mikail przejmował się śmiercią lub niebezpieczeństwem, gdy groziły one jemu, ale w przypadku osób, które kocha, jest inaczej. Utrata ukochanego może się okazać gorsza niż śmierć. Wiem o tym lepiej od większości ludzi.

Sięga po metalowy dzbanek i nalewa sobie kolejną szklankę wody. To chyba szósta dzisiaj.

– Musimy dotrzeć do Jeulu i pozbyć się gubernatora Yonga – oznajmia Mikail. – Oto nasz plan: uwolnimy Gayę – przerywa i patrzy na mnie. Musi widzieć, że nic nie rozumiem, bo wyjaśnia: – Jeul to dawna stolica, z czasów, kiedy Gaya była jeszcze królestwem. Stamtąd nadal sprawuje się rządy nad kolonią. Miasto leży w północno-zachodniej części wyspy.

Fallador przechyla głowę, a Gambria unosi brew.

– A co z yusańskimi garnizonami? – pyta Fallador. – Siły okupacyjne na wyspie liczą jakieś sześć tysięcy żołnierzy, z czego większość stacjonuje w pobliżu Jeulu.

Robi mi się niedobrze na tę liczbę, ale Mikail kręci berłem i wzrusza ramionami.

– Kiedy zajmiemy stolicę, postawię gwardii królewskiej ultimatum: ucieczka albo śmierć.

Że co?!

– Że co?! – wykrzykuje Gambria. – A niby jak chcesz zająć stolicę? Oczarujesz ich swoimi żarcikami? Nie mamy ani armii, ani floty, tylko szalupę ukradzioną z okrętu i tyle ubrań, co na sobie.

Fallador zabiera głos, zanim Mikail zdąży odpowiedzieć.

– Nawet jeśli dalibyśmy radę zająć Jeul… – urywa i rzuca Gambrii niezadowolone spojrzenie. – Jeśli pozwolisz żołnierzom odejść, to przeciwko nam stanie po prostu więcej ludzi.

Mikail zatrzymuje berło jednym palcem.

– Proponujesz, żebym ich wszystkich zabił?

Zapytany wytrzeszcza oczy i kręci głową.

– Co? Nie. Ale potrzebujemy własnych żołnierzy… i to sporo.

– Zjednoczymy mieszkańców wyspy – odpowiada Mikail. – Ale wątpię, byśmy potrzebowali tylu, ilu ci się wydaje, skoro dysponujemy trzema relikwiami.

Gambria i Fallador patrzą po sobie, a ja próbuję zrozumieć, jak zdaniem Mikaila miałoby to zadziałać. No dobra, mamy relikwie, ale sześć tysięcy żołnierzy to tłum ludzi przeciwko naszej szóstce. A nie wiemy, jak korzystanie z dwóch relikwii wpłynie na Aeri. Nie dają nic bez zabierania czegoś w zamian.

O, świetnie. Znowu się o nią martwię. Kopię puste krzesło obok. Niczego się nie nauczyłem.

Gambria i Fallador nadal patrzą na siebie, ale żadne nic nie mówi. Cisza trwa tak długo, że zaczyna działać mi na nerwy.

– Mówcie. – Mikail uderza w podłokietnik. To dziwne jak na tak opanowanego faceta. Nie jest do końca sobą, choć to chyba trudne, kiedy człowiek nie wie, kim jest.

– Adorosie, ta wyspa pozostaje pod rządami Yusanu od dwóch stuleci – zaczyna Gambria powoli. – I została w pełni zaanektowana niemal dwadzieścia lat temu. Tłumaczyłam ci już, że to nie ta sama ojczyzna, którą pamiętamy… tamtego miejsca już nie ma. Dwie dekady wystarczą, żeby kolejne pokolenie zapomniało… żeby było lojalne wobec Yusanu, a nie Gayi.

– To niemożliwe – zaprzecza Mikail, a twarz wykrzywia mu gniew. – Byłem w kontakcie ze szpiegami. Na wyspie cały czas tli się rebelia.

Kobieta marszczy czoło.

– Całemu pokoleniu wbijano do głów, że Yusan ich wyzwolił, a ty chcesz mi wmówić, że to niemożliwe.

– Nie myl jarzma z wyzwoleniem, nawet zwierzęta znają różnicę – odpowiada arcyszpieg. – Wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają Święto Krwi.

Czuję się jak na meczu tuhko, obracam głowę to w jedną, to w drugą stronę, słuchając ich kłótni. Nie wiem, kto ma rację, więc czekam na następny argument.

– Nie wszyscy przyłączyli się do buntu – odpowiada Gambria. – Wiesz o tym. Ci, którzy znali prawdę, są albo martwi, albo stanęli po zwycięskiej stronie. Tchórzostwo potrafi wymazać odwagę.

Mikail macha ręką.

– Ludzie pamiętają.

– Bo z tyloma rozmawiałeś? – Policzki kobiety nabierają koloru, gdy podnosi głos. – Samo to, że nie chcesz uwierzyć w prawdę, nie sprawi, że okaże się ona kłamstwem!

Przysuwam się do Mikaila. Nie jestem jego stróżem, ale na co mu jakaś baba drąca się na niego. Chętnie wyrzucę ją stąd za darmo.

Gambria wypuszcza oddech i wstaje.

– Idę się przewietrzyć.

Nie czekając na odpowiedź, wychodzi z pokoju. Zapada cisza, dopóki nie klika zamek w drzwiach.

No i na zdrowie.

Mikail znowu patrzy pustym wzrokiem w przestrzeń. Wygląda, jakby został uwięziony między światami, jakby lunatykował na jawie. Znam to uczucie. Kiedy dziewięć lat temu zamordowano moją dziewczynę, czułem, że wzywa mnie Droga Dusz, ale utknąłem tutaj. To dlatego nie miałem nic przeciwko śmierci. Ocalenie to klątwa, a nie błogosławieństwo. Mikail wygląda dokładnie tak samo.

Wzdrygam się. Jeśli postanowi poszukać śmierci, znajdzie ją. Tylko co wtedy stanie się z nami?

– Ona cię kocha – mówi Fallador.

Mikail mruga, naprawdę próbuje być tu i teraz. Uśmiecha się, udając swobodę.

– Tylko okazuje to w dziwny sposób.

Fallador wzrusza ramionami.

– Miłość jest jak woda. Może przyjmować wiele różnych kształtów, przechodzić z jednego stanu w drugi, a mimo to pozostaje niezmienna.

Czy to prawda? Przełykam ciężko ślinę i myślę o Aeri, która nadal śpi w drugim pokoju. Czy to po prostu kolejny etap? Nie, tępy ból w klatce piersiowej podpowiada mi coś innego. Miłość nie może istnieć bez zaufania. Aeri nie ufała mi na tyle, by powiedzieć mi prawdę, więc ja ni chuja nie mogę zaufać jej. To jakieś coś… nadal chcę mieć pewność, że nic jej nie jest, nawet teraz, ale to nie miłość.

– Jesteś pewien, że… wszystko w porządku? – pyta Fallador Mikaila.

Pochyla się do przodu i kładzie mu rękę na ramieniu. Ich spojrzenia się spotykają, a ja wybieram absolutnie najgorszy moment, żeby odchrząknąć. Obydwaj wbijają we mnie wzrok. Bez Gambrii jestem piątym kołem u wozu.

– Powinienem… powinienem iść na patrol – mówię.

Jeśli był jakiś subtelniejszy sposób, żeby się stąd ulotnić, nie znalazłem go.

Mikail odsuwa się od Falladora i kiwa głową.

– Dobry pomysł.

Już prawie wychodzę, kiedy zauważam, że Fallador maskuje rozczarowaną minę. Ukrywa to, co czuje. Czy możemy mu zaufać?

Czy możemy teraz zaufać komukolwiek?ROZDZIAŁ DRUGI

SORA
MIASTO BERM, GAYA

Chowam głowę pod poduszką. We wszystkich czterech królestwach nie ma chyba nikogo, kto tupałby ciężej od Roya. Jego kroki dudnią, a deski w korytarzu skrzypią, gdy chodzi w tę i z powrotem niemalże od samego świtu. Ja tymczasem przewracam się z boku na bok. Przez okna sympatycznego zajazdu nad brzegiem morza do pokoju wpada bryza.

Na tę chwilę jesteśmy bezpieczni i wiem, że powinnam wypoczywać dopóty, dopóki mam szansę, ale mój umysł nie może zaznać spokoju. Dręczą mnie myśli o Daysum i o Tiyungu oraz o tym, co nas czeka.

Teraz wydaje mi się to niemądre, ale przed śmiercią Euyna nabrałam przekonania, że nasza piątka wspólnie przetrwa wszystko. Przeżyliśmy nieudany zamach na arenie, atak Marnanów, lawinę… a to tylko niektóre sytuacje, kiedy otarliśmy się o śmierć. Teraz jednak stało się jasne, że nie jesteśmy niepokonani. Nawet Aeri, która siłą woli potrafi zatapiać okręty. Royo pewnie też się o nią martwi.

Oczywiście nie przyzna się do tego.

Przewracam się na bok, poprawiam długie włosy na poduszce z pierza i próbuję z powrotem zasnąć. Chwilę potem daję sobie spokój. Rozbudziłam się. Wyślizguję się z łóżka, wkładam ciężką suknię oraz buty, po czym otwieram drzwi.

Royo stoi tuż za nimi. Podskakuje, a jednocześnie sięga po ostrze.

– Dzień dobry – witam go.

– O. Sora. – Oddycha ciężko i z pewnym wysiłkiem opuszcza szerokie ramiona. – Cześć.

– Chciałeś zapukać? – Wskazuję na drewniane drzwi.

– Noo, nie, ja… Nie. Przyszedłem tylko… chciałem… Nie. – Na przemian kiwa i kręci głową.

Zadałam złe pytanie.

– Chcesz wejść? – Wskazuję pokój.

– Czy ona… Nie, zostanę tu. – Wkłada ręce do kieszeni. Ma na sobie spodnie i podkoszulek opinający się na piersi. Pod nim zaś krwawi złamane serce.

Zerka ponad moim ramieniem na Aeri, wciąż śpiącą na drugim łóżku. Ostatniej nocy stwierdziliśmy, że najlepiej, jeśli ktoś będzie jej pilnował, zgłosiłam się więc na ochotnika. Miło mieć towarzystwo. Kiedyś spałam w jednym pokoju z braćmi i Daysum, a we wspólnej sypialni w szkole trucizn było nas dziewiętnaście, przynajmniej na początku. Później Hana spędzała każdą noc u mego boku, dopóki nie zginęła. Łatwiej spać, kiedy ktoś, kogo kochasz, leży tuż obok.

– Miałam właśnie rozprostować nogi – kłamię. – Przyłączysz się?

– Noo… dobra – przytakuje Royo.

Uśmiecham się i zamykam za sobą drzwi. Obserwuje mnie, czujny jak jastrząb, jakbym nie potrafiła przekręcić klucza w drzwiach. Nadal się o nią troszczy, choć to wypiera. Podczas gojenia złamane serce zwykle wypuszcza kolce. W ten sposób jest podwójnie chronione.

Schodzimy po schodach do lobby. To niewielki zajazd, dwa piętra i dwadzieścia pokojów, ale jedzenie mają tu smaczne.

Royo i ja podchodzimy do recepcji, a dziewczyna za ladą wita nas z uś-miechem. Wszyscy mówią tutaj po yusańsku.

Już mam odpowiedzieć, kiedy obok pracownicy pojawia się gospodarz. Nie jestem pewna, w jakim jest wieku, może koło czterdziestki? Łysieje, ma czarny rzadki wąs i wygłodniałe brązowe oczy.

– Wychodzi panienka? – pyta.

– Tak – odpowiadam. – Czy w pobliżu jest jakiś dom mody?

Dziewczyna udziela mi wskazówek, podczas gdy gospodarz dalej się we mnie wpatruje. Chociaż jest ciepło, wzdłuż kręgosłupa przebiega mi dreszcz. Coś w tym człowieku sprawia, że najchętniej bym stąd uciekła. Na szczęście zajście trwa krótko, ponieważ krawiec pracuje kilka przecznic dalej.

– Idziemy po ciuchy? – pyta Royo, otwierając przede mną drzwi.

– Nie musisz wchodzić, ale ja nieco rzucam się w tym w oczy. – Pokazuję na mój strój. Futro straciłam w trakcie bitwy, a napierśnik zostawiłam w pokoju, ale nadal mam na sobie grubą zimową suknię, a jesteśmy na tropikalnej Gayi. Ostatnie, czego chcemy, to wyróżniać się jeszcze bardziej niż obecnie.

Kiedy wychodzimy, obracam się przez ramię i dostrzegam, że gospodarz nadal mi się przygląda. Ogarniają mnie nieprzyjemne podejrzenia, ale odsuwam je od siebie. Może po prostu nie podoba mi się poczucie, że znów jestem zwierzyną. W Khitanie, gdzie kobiety mają równe prawa, było inaczej, ale teraz trafiliśmy z powrotem na terytorium Yusanu.

Na zewnątrz słone powietrze przypomina mi mój dom w Gainie. Bez względu na całą resztę to coś znajomego. A jednak wyspa różni się od wszystkich miejsc, w których byłam. Mikail powiedział, że Berm to drugie największe miasto na Gayi, a mimo to jest dużo mniejsze niż Gain czy choćby Use. Gdybym miała zgadywać, mieszka tu nie więcej niż dziesięć tysięcy ludzi. Domy są pobielane i kryte liśćmi palmowymi, przed budynkami zaś uprawia się trawę morską. Czarne bale chronią je przed napierającym morzem.

Utykam lekko, idąc ubitą, piaszczystą drogą. Mały palec, który odmroziłam sobie w drodze nad jezioro Cerome, nadal jest czarny, ale przynajmniej go nie czuję. Pozostałe trzy są czerwone i nadal bolą przy chodzeniu.

– Jak twoje stopy? – pyta Royo. Spogląda najpierw na moje buty, a potem na mnie.

– Nic mi nie będzie – odpowiadam. – A jak ty się masz?

– W porządku.

Zerkam na niego ukradkiem. Wiele można o nas powiedzieć, ale na pewno nie to, że wszystko z nami w porządku.

Wzdycha.

– Jestem wściekły, skrzywdzony, smutny, samotny i czuję się jak król matołów… możesz sobie wybrać.

Kopnięty przez niego kamień toczy się po ulicy.

Kiwam głową. Rozumiem, co ma na myśli, ale mimo to nie wiem, jak się czuje. Nikt bliski nie okłamywał mnie w taki sposób, w jaki Aeri zwodziła jego. Za to ja ukrywałam tajemnice przed kimś, kogo kochałam. Daysum uważała, że dałaby sobie radę ze wszystkim, ale ja wiedziałam, że w rzeczywistości nie udźwignęłaby tego.

– Czasem ukrywamy prawdę z miłości – mówię.

Kręci głową.

– Nie możesz mieć tajemnic przed kimś, kogo kochasz.

Wpatruję się w dal.

– Możesz, jeśli uważasz, że prawda tylko przysporzy komuś niepotrzebnego bólu.

Royo otwiera usta, ale zaraz je zamyka. Idziemy dalej ulicą.

Aeri i ja rozmawiałyśmy wczoraj w nocy, kiedy już się położyłyśmy. Wyznała mi, dlaczego nie powiedziała ani jemu, ani nikomu innemu, że ma amulet. Mówiąc szczerze, ja również nikomu bym o tym nie powiedziała. Relikwia to dosłownie kwestia życia i śmierci. Wykorzystała ją, by uratować Mikaila w Oosant, Roya na rzece Sol i mnie przed Seokiem w Khitanie. Po połączeniu mocy amuletu z pierścieniem na własne oczy widziałam, jak przemieniła kadłuby dwóch okrętów w złoto. Być może utopiła dwóch władców, którzy uważali się za bogów. To oczywiste, że ukrywała przed nami Piaski Czasu. Większość ludzi, włącznie z jej własnym ojcem, zamordowałaby ją, by zdobyć tak potężną relikwię. A gdyby Royo o tym wiedział, sam byłby narażony na niebezpieczeństwo.

Czasem dźwigamy brzemię sami, bo prawda mogłaby zmiażdżyć tych, których kochamy.

Ale nie wszystkie sekrety rodzą się z miłości. Euyn nie powiedział mi o moich rodzicach: o tym, że nigdy tak naprawdę nie sprzedali mnie ani Daysum, ani o tym, że polował na mojego ojca dla własnej rozrywki. Nigdy też nie przyznał się nikomu do swoich podejrzeń, że nie jest Baejkinem. Prawdę można zatem równie dobrze zataić z egoizmu lub troski o samego siebie. Ja zwyczajnie nie wierzę, że Aeri tak postąpiła. Z pewnością nie w przypadku Roya.

– Uznała, że będziesz w niebezpieczeństwie, jeśli poznasz prawdę – mówię. – Jej ojciec, a także wielu innych, torturowaliby cię, dopóki byś się nie złamał. Nie mówiła nic, żeby cię chronić.

– Aha, bo teraz jesteśmy tacy bezpieczni – odgryza się.

Pomimo sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wybucham śmiechem. Och, nie jesteśmy bezpieczni. Żadne z nas nie będzie bezpieczne, dopóki nie wymyślimy sposobu na zakończenie tego wszystkiego. Tak jak przyrzekliśmy sobie w Khitanie: ci, których nienawidzimy, umrą pierwsi.

Tylko jak do tego doprowadzić?

Dysponujemy potężnymi relikwiami, ale jest nas tylko czwórka… szóstka z Falladorem i Gambrią, o ile możemy im zaufać. Mieliśmy szczęście, że już raz przeżyliśmy starcie z imperiami. Wątpię, że przeżyjemy ponownie bez armii. Jak mamy wygrać? Jak sprawić, żeby Seok zginął, a Daysum przeżyła? Jak mamy mordować i ratować jednocześnie…

Spacerujemy w wilgotnym powietrzu. Nie pada, ale Mikail wspomniał, że Gaya znajduje się tak daleko na południu, że monsuny ją omijają, tak samo jak tereny położone na zachód od Ugoru.

Tropikalne słońce świeci tu przez cały rok. Palmy daktylowe i drzewa rosną wysoko pod niebo, a ich cień zapewnia przyjemne wytchnienie od upału. Pot lśni na czole Roya i kapie mu na podkoszulek. Choć minęliśmy już kuźnię, dom wypieków, stajnię i garbarnię, nie widzę żadnego domu mody.

Zaczynam myśleć, że przegapiliśmy jakiś zakręt, kiedy docieramy na koniec ulicy. Byliśmy tak pochłonięci oglądaniem witryn, że zanim się obejrzałam, doszliśmy niemal pod samą twierdzę. Royo też staje w pół kroku. Mruga i wierzchem dłoni ociera pot z czoła.

Garnizon wzniesiono na zielonym wzgórzu, a żołnierze patrolujący teren należą do yusańskiej gwardii królewskiej. Jasnobrązowych mundurów i czarnych skórzanych zbroi nie sposób pomylić z niczym innym. Nad wieżyczkami powiewa czerwona flaga z czarnym wężem, poruszana morską bryzą.

Royo zerka na mnie kątem oka i przechodzi przez ulicę, byle znaleźć się jak najdalej od fortu. Ruchem brody pokazuje, bym szła za nim, ponieważ ostatnie, czego nam potrzeba, to zatrzymanie przez gwardię królewską. Wątpię, by ktoś zdążył wysłać za nami pogoń, ale nie ma potrzeby zwracać na siebie uwagi.

Zamierzam już przejść przez ulicę, kiedy coś przykuwa moje spojrzenie. Dwaj żołnierze rozmawiają z niższą kobietą. Ta się śmieje, a ja staję jak wryta.

Znam ten śmiech. Słyszałam go w saniach w Khitanie.

Gambria rozmawia z gwardzistami.

Zamieram. Niedobrze. Nie wiem, gdzie są Mikail i Fallador, ale zostawiliśmy Aeri samą w zajeździe. Gambria wie, że Aeri ma dwie relikwie, a Yusan sowicie zapłaciłby za tę informację. Mikail twierdzi, że Gambria jest wobec niego lojalna, ale skąd ta pewność? Wystarczająca ilość złota potrafi skusić nawet najwierniejsze serce.

Strach zbiera mi się w żołądku, krew szumi w uszach. Musimy wracać do zajazdu.

Podchodzę do Roya i patrzę mu w oczy. Oddycha szybciej, napina mięśnie. Idziemy szybko do końca ulicy. Royo zaciska szczęki, porusza się sztywno. Gdy tylko skręcamy za róg, zaczynamy biec.ROZDZIAŁ TRZECI

AERI
MIASTO BERM, GAYA

Śpię jak zabita w pokoju Sory. Budzę się powoli, gdy nagle czyjaś dłoń łapie mnie za kostkę. Stękam, bo to kolejny sen o księciu Ominie. Jeszcze jeden, w którym mnie dotyka, zanim zdążę go zabić. Minęło siedem lat… kiedy te koszmary wreszcie się skończą?

Ale tym razem czuję słony zapach morza, słyszę oddechy kilku ludzi. To nie Omin – nie, on nie żyje, a ja już nie śpię.

Jakimś cudem rzeczywistość okazuje się gorsza od koszmaru.

Przerażona otwieram oczy. Yusańscy żołnierze wyciągają mnie z łóżka. Serce mi wali, umysł wpada w panikę. Jak mnie tu znaleźli? Trzymają za ręce i wyciągają z pościeli. Mikail powiedział reszcie, że tutaj będziemy bezpieczni. Ale gwardia królewska już nas znalazła.

Moment… Sora. Gdzie jest Sora? Spała w łóżku obok.

Zdesperowana próbuję rozejrzeć się po pokoju, ale jedyne, co widzę, to żołnierze w czarnych skórach. To co prawda nie gwardia pałacowa w płytowych pancerzach, ale jest ich tu cała banda.

Wierzgam i udaje mi się wyślizgnąć jednemu z nich. Wolność trwa tylko sekundę. Znów łapią mnie za nadgarstki i krępują ręce za plecami.

– Royo! – wołam, a przerażenie chwyta mnie za gardło. – Royo!

Spocona dłoń zatyka mi usta. Palce śmierdzą cebulą. Zaraz się porzygam.

Szarpię się, próbuję się uwolnić, wodzę dookoła wzrokiem w poszukiwaniu wsparcia, czegokolwiek, co mogłabym wykorzystać lub co mogłoby mi pomóc w ucieczce. W pokoju na piętrze jest pięciu żołnierzy, a ja nie mam dokąd uciec. Sora zniknęła. Albo już ją zabrali, albo uciekła sama.

Nie. Musiała zostać pojmana. Nie porzuciłaby przyjaciółki.

Dwóch żołnierzy podnosi mnie i zaczyna nieść. Wykręcam się, kopię, ale trzeci łapie za nogi.

To na nic.

Moje dłonie są spocone, serce tłucze się o żebra. Nie wiem, dokąd mnie zabierają, ale na pewno z dala od przyjaciół, z dala od Roya. Nie. Potrzebuję broni, ale sztylet został pod poduszką. Jestem nieuzbrojona, mam na sobie tylko halkę. Coś ściska mnie w żołądku i wtedy pierścień i amulet wibrują na skórze, błagając, bym ich użyła. Tak, nie jestem bezsilna, ale nie dosięgnę ich skrępowanymi dłońmi. Ale moment… przecież nie muszę. Po tym, jak moc obydwu relikwii została zwielokrotniona, wystarczy jedynie siła woli.

To dziwne, ale żołnierze nie próbują zdjąć pierścienia z palca ani zerwać Piasków Czasu z szyi. Relikwie złączyły się ze mną, lecz napastnicy najwyraźniej nie wiedzą, że je mam.

Zaraz się dowiedzą.

Już chcę przemienić dwóch żołnierzy w złoto, kiedy przez drzwi wpada Mikail. W jednej dłoni trzyma Wodne Berło, w drugiej płonący miecz. Król wojownik w każdym calu.

Wszyscy zamierają. Poza Mikailem.

Szaleje niczym śmiercionośny wir, wymachując ognistym ostrzem. Jednym płynnym ruchem tnie trzech żołnierzy, którzy mnie trzymają. Puszczają mnie i łapią się za brzuchy. Ląduję twardo na plecionej macie i odtaczam się daleko od flaków i krwi.

Żołnierz stojący najbliżej wyjścia rzuca się do ucieczki, podczas gdy Mikail podrzyna gardła konającym. W korytarzu rozbrzmiewa krótki okrzyk, a w drzwiach pojawia się Fallador z mieczem ociekającym krwią.

Ostatni żołnierz cofa się przed Mikailem z podniesionymi rękami. Mówi coś, kiedy wstaję, ale go nie rozumiem. To pewnie gayański.

Mikail przechyla głowę i wpatruje się w mundur napastnika. Wściekłość wykrzywia mu twarz, morskie oczy płoną. Jednym cięciem rozpłatuje mężczyźnie gardło. Fontanna krwi tryska, obryzguje rękaw Mikaila.

Ranny łapie się za szyję i charcząc, pada na podłogę.

Opuszczam wzrok. Stoję w białej halce, czterech żołnierzy wykrwawia się na ziemi, a Mikail i Fallador są wpatrzeni we mnie. Taką scenę zastają Royo i Sora, którzy wbiegają do środka. Ich twarze lśnią od potu. Royo wyciągnął sztylet i nałożył kastet, Sora trzyma nóż, gotowa do rzutu, ale oboje stają jak wryci na widok tego, co wydarzyło się w pokoju.

– No to dzień dobry – mówię. Uśmiecham się do Roya, ale chwilę potem nogi odmawiają mi posłuszeństwa.

Upadam, uderzając o bok jednego z łóżek. Udaje mi się złapać krawędź, przytrzymuję się materaca. Przez sekundę strach odbiera mi oddech. W ogóle nie czuję nóg. Royo i Sora rzucają mi się na pomoc, ale powstrzymuję ich ruchem dłoni. Ściskam pościel i niemal płaczę, kiedy wraca czucie w nogach. Klękam z powrotem i zostaję tak, oddychając z trudem.

– Po prostu za szybko wstałam – uspokajam ich. – To wszystko.

Drobne niedopowiedzenie.

Biorę głęboki wdech i wstaję. Trzymam się mocno na nogach. Wszystko w porządku, żadnych długotrwałych skutków korzystania z relikwii.

– Co to było? – Royo strzela wokół bursztynowymi oczami, jego szeroka klatka piersiowa unosi się i opada. Bogowie, ależ dobrze wygląda w tym podkoszulku.

– Co się stało? – pyta Sora.

– Skąd wiedzieli, że tu jesteśmy? – zastanawiam się; we trójkę mówimy praktycznie jedno przez drugie.

– Gwardziści szukali najpierw nas, a potem ciebie – odpowiada Mikail. Jak zwykle rzeź go nie wzrusza. Bez skrępowania ociera miecz z krwi koszulą żołnierza i dopiero potem chowa broń do pochwy.

– Ale skąd wiedzieli, w których pokojach będziemy? – pyta Fallador, wciągając do środka ciało mężczyzny zabitego w korytarzu. Rzuca je na stertę. Fałszywy książę to idealny dodatek do naszej drużyny kłamców. – Słyszelibyśmy, gdyby pukali do innych drzwi, a tak nie było.

Patrzymy po sobie w bezruchu. To jasne, że to nie przypadek.

– Gambria nas zdradziła – wypala Royo.

Wszyscy odwracają się w jego stronę. Z początku uznaję, że pewnie się myli, ale potem patrzę wokół. Brakuje tylko jej. Nie wydaje mi się, żeby przespała to wszystko, więc może Royo ma rację. Ale przecież Sora mówiła, że Gambria uratowała ich pod lodowymi jaskiniami. A potem w Quu pomogła nam się dostać do pałacu. Po co miałaby to robić, żeby teraz nas wydać?

– To niemożliwe – stwierdza Fallador. Marszczy nos, patrząc na zakrwawione dłonie.

Sora wzdycha.

– Właśnie widzieliśmy, jak rozmawiała z gwardzistami.

Fallador kręci głową.

– Nigdy by nas nie zdradziła, nie dla Yusanu.

Gdy tylko jedna myśl przychodzi mi do głowy, wszystko nabiera sensu. Gambria uratowała ich w Khitanie, ale to było przed wydarzeniami z Portu Quu.

– W sensie, normalnie by cię nie zdradziła, ale kocha Quilimar, prawda? – pytam. W pokoju zapada cisza. – Miłość prowadzi do zdrady – dodaję.

Ignoruję drgnięcie zaciśniętej szczęki Roya.

– Mikailu, czy zostawiłeś któregoś przy życiu, żebyśmy mogli go przesłuchać? – pyta Sora. Odkłada nóż na stół i zamyka drzwi. Wygląda na całkowicie skupioną.

Zapytany kręci głową. To chyba jedna z wad szybkiego zabijania – nie ma świadków, nie ma informacji.

– Więc chyba będziemy musieli ją zapytać, kiedy wróci – stwierdza Sora.

Fallador wygląda przez okno.

– Musimy ją odszukać i wyjechać tak szybko, jak się da. Dowódca garnizonu wyśle posiłki, jeśli jego ludzie nie wrócą. Jeśli uciekniemy od razu, zaoszczędzimy sobie sporo kłopotów.

– A co, jeśli zaczaiło się na nas więcej żołnierzy i to zasadzka? – pyta Sora. – Co wtedy zrobimy?

Ja… o tym nie pomyślałam. Mój mózg pracuje na zwolnionych obrotach, jestem całkowicie przymulona. Nie do końca wiem, czy to wina relikwii, czy to po prostu wynik szoku i zmęczenia.

Mikail rozgląda się ostro wokół.

– Nie wydaje mi się, żeby to była zasadzka. Wtedy zaatakowaliby większym oddziałem, a teren zostałby otoczony. Jestem pewien, że na dole jest jeden lub dwóch gwardzistów, może tyle samo na zewnątrz, ale oni po prostu czekają, aż nas stąd wyprowadzą.

– Tylko dlaczego? – dopytuję. – Dlaczego posłali po nas tak niewielu ludzi?

– Ponieważ nie wiedzą, że mamy relikwie – wyjaśnia Mikail. – Zakładam, że ktoś doniósł, że wyglądamy podejrzanie, a nie, że jesteśmy zbiegami. Wydarzenia z Quu są tak świeże, że nawet jeśli Joon przeżył, nie miałby jak rozkazać całej gwardii, żeby nas aresztowano – przerywa i kręci głową. – Nie, ktoś zobaczył sześciu obcych i zawiadomił garnizon.

Patrzę na naszą piątkę. Wyglądamy na obcych. Powinniśmy zajrzeć wczoraj do domu mody, ale za każdym razem, kiedy wspominam o nowej garderobie, wszyscy tylko jęczą. Jakby ubrania wcale nie zdradzały całej prawdy o człowieku tym, którzy zechcą posłuchać.

Podskakuję, bo ktoś delikatnie puka. Łapię nóż, który odłożyła Sora, i sięgam pod poduszkę po sztylet. Miecz Mikaila budzi się płomieniem do życia. Fallador chwyta własne ostrze, a Royo odwraca się do drzwi.

– Kto tam? – pyta Sora melodyjnie. Przez cały ten czas, jak można się po niej spodziewać, wygląda na wypoczętą i rozpromienioną.

– Gambria – odpowiada kobiecy głos. Brzmi jak ona.

Kiedy Royo i Sora wymieniają spojrzenia, odnoszę wrażenie, że coś przegapiłam, ale Fallador kiwa głową i idzie otworzyć. Royo poprawia kastet, napinając biceps. Bogowie, tęskniłam za nim. Ignorował mnie, od kiedy się ocknęłam w szalupie, a on odkrył, że okłamałam go w kwestii Piasków Czasu, ale przecież właśnie próbował mnie uratować, pędził tutaj biegiem, nie wiadomo skąd. Widziałam to – nadal mu zależy. Bąbelek nadziei rośnie w piersi, ale pęka od razu – troska to nie to samo co przebaczenie. Nawet jeśli mnie kocha, nigdy nie zapomni tego, że okłamałam go po raz drugi.

Fallador wymija ciała i narządy leżące na ziemi, po czym uchyla lekko drzwi, ale Gambria wpada do środka, trzymając nóż przy gardle jakiegoś Gayanina. Popycha go, a on upada na jednego z trupów. Rzuca się i parska, patrząc na otwarte rany martwego żołnierza. Stopy ślizgają mu się na zakrwawionej macie, rozdziawia usta, ale jest w zbyt dużym szoku, żeby krzyknąć.

Co tu się dzieje? Kto to jest?

Gambria coś mówi, ale po gayańsku, więc jej nie rozumiem. Cokolwiek powiedziała, nieznajomy zaczyna się trząść. Myślę, że wydała mu rozkaz, „mów”, ale choć szybko się uczę nowych słów, znam ich tylko kilka, bo gayański uchodzi za martwy język.

Gambria jest kompletnie nieporuszona makabrycznym widokiem ciał, wpatruje się tylko twardo w mężczyznę. W końcu poznaję charakterystyczny wąs – to gospodarz zajazdu.

Kobieta dodaje coś jeszcze i wskazuje martwych żołnierzy.

– To… to ja… na was doniosłem – przyznaje się nieznajomy po yusańsku.

– To chyba dość oczywiste – stwierdza Fallador. – Dlaczego?

– Ponieważ nie jesteście stąd i przybyliście bez bagażu. Właściciele zajazdów oraz gospód, a także wszyscy obywatele mają obowiązek donosić o pojawianiu się obcych, żeby chronić Gayę.

Mikail unosi lekko brew.

– Rozumiem konieczność ochrony Gayi, ale dlaczego poszedłeś z tym do yusańskiej gwardii królewskiej?

Chowa miecz do pochwy, ale napięcie widoczne w jego postawie zdradza, że jest gotów zabić mężczyznę w każdej chwili.

– Bo jesteśmy Yusańczykami. – Gospodarz marszczy czoło.

Gambria wzrusza ramionami, co można by przetłumaczyć jako: „A nie mówiłam?”.

Teraz to już na pewno coś przegapiłam.

Mikail wzdycha. Następnie wyciąga ręce, łapie gospodarza za głowę i jednym brutalnym szarpnięciem skręca mu kark.

Ech. Grozi nam znacznie większe niebezpieczeństwo, niż nam się wydawało. A nie zjedliśmy jeszcze nawet śniadania.ROZDZIAŁ CZWARTY

TIYUNG
GÓRY KHAKATAN, KHITAN

Zbliżamy się z Haną do tuneli, którymi przejdziemy pod Górami Khakatan z powrotem do Yusanu. Ściskam w dłoni uchwyt lampy. Muszę wrócić, ale stawiam kroki bez pośpiechu. Tygodnie spędzone w Jałowym Więzieniu pozbawiły mnie sił, ale to przez strach mam nogi jak z ołowiu.

W dodatku nadal nie potrafię się pogodzić z faktem, że mój ojciec zajął Pałac Qali. Jakimś cudem Seok z hrabiego południa stał się człowiekiem, który zasiadł na tronie Yusanu. Jednak niezależnie od tego, jak tego dokonał, musiał uznać, że nie żyję. I powinienem nie żyć. Zostałby ze mnie proch, gdyby nie poświęcenie ojca Mikaila. Kiedy Ailor usłyszał nadchodzących asasynów, podszył się pode mnie, gdy założył mój szlachecki łańcuch. Ocalił mi życie. W zamian za to zamordowano go w ciemnej celi.

Docieramy do wejścia do jaskini. Góruje nad nami jak wygłodniały demon, który lada moment nas pożre. Widzę tylko rozciągającą się ciemność. Robię krok w tył; przerażenie łapie za kręgosłup i wykręca wnętrzności. Czuję na dłoniach zimny pot. Widziałem, co się dzieje w mroku. Nie mogę znowu tam wrócić – nie do miejsca pozbawionego światła, nie do Yusanu. Musi istnieć inna droga.

– Ja… może powinniśmy iść dalej do Quu – proponuję.

Hana staje i zdejmuje kaptur, strząsa z niego śnieg. Przygląda mi się; jest uderzająco piękna. Oczy mają ten sam brązowy odcień co włosy. Rzęsy są długie, a twarz doskonała, nawet kiedy wykrzywia pełne wargi.

– Uważasz, że w obecnej sytuacji bardziej pomożesz Sorze, wbiegając w sam środek bitwy toczącej się na lądzie i morzu, niż wracając do domu, by porozmawiać z własnym ojcem, który właśnie obwołał się nowym władcą Yusanu?

Krzywię się. Na granicy słyszeliśmy bębny wojenne. Wiemy, że gayańscy i yusańscy żołnierze dokonali inwazji na Khitan. A mój ojciec wykorzystał cały ten chaos i zagarnął tron dla siebie.

Tak więc idę.

Światło dnia gaśnie za plecami, a ja wzdycham głośno przez zaciśnięte zęby.

– To miejsce się do ciebie przyklei i cię nie puści, jeśli mu na to pozwolisz – odzywa się Hana. – Nie wolno ci tego zrobić.

Trzyma głowę wysoko, ale w jej obliczu zachodzi jakaś zmiana, w oczach pojawia się udręka. Musiała odwiedzać Jałowe Więzienie nie tylko po to, żeby ze mną rozmawiać, lecz także jako szpieżka w służbie króla.

– Łatwo powiedzieć – mamroczę pod nosem.

Wydaje z siebie jęk obrzydzenia.

– Czy ty myślisz, że ja nie wiem, czym jest cierpienie? Że nie wiem, jak rani i gnębi twój umysł? Jest jak kamień przywiązany do szyi, nieustannie ciągnący cię w dół. Jeśli nie będziesz uważał, utoniesz na suchym lądzie.

Otwieram szeroko oczy. Mówi o cierpieniu, którego doznała z rąk członków mojej rodziny. Ona oraz dziewiętnaście innych dziewcząt wybranych przez mego ojca na trucicielki. Były trute przez blisko dziesięć lat. Niemal pięćset tygodni tortur. Przeżyły tylko trzy, które potem musiały mordować na rozkaz Seoka. Jeśliby odmówiły lub zginęły, ich rodzeństwo zostałoby sprzedane jako zakontraktowane do rozkoszy.

Hana ponownie patrzy mi w oczy.

– Twoje cierpienie cię nie definiuje. Jesteś kimś więcej – dodaje.

Rusza dalej, a ja pochylam głowę. Zbieram się na odwagę i brnę w ciemność, poprawiając ciężką torbę na plecach. Hana zdołała zgromadzić trochę zapasów, choć ludzie już się chronili przed nadciągającą wojną. Będziemy potrzebować jedzenia, opału i oliwy na drogę powrotną – jestem zaskoczony, że osoby z gminu podzieliły się czymkolwiek. Ale znowu – zawsze jest nadzieja, że jutro okaże się lepsze. Że pieniądze, którymi płaciła, zapewnią im lepszą przyszłość.

Przez pięć dzwonów schodzimy w głąb jaskini, oświetlając wąską ścieżkę dwiema lampami oliwnymi. Kiedy Hana sprawdza oznaczenia na ścianach, powtarzam sobie, że wszystko gra, że nie trafiłem z powrotem do lochów – ale w rzeczywistości nic nie jest w porządku.

Wciąż mi się wydaje, że ziemia jest mokra od krwi, ale kiedy tylko spuszczam wzrok, nic tam nie ma.

Nie wiem, jak długo trwa nasz marsz, ale odnoszę wrażenie, że zatrzymujemy się dopiero po kilku tygodniach. Hana wstawia lampę do wnęki obok zwęglonego drewna. Palenisko oznacza, że dym znajduje gdzieś ujście na zewnątrz. To miejsce jest osłonięte z trzech stron. Nada się na nocleg.

– Mogę cię o coś zapytać? – odzywam się, odkładając tobół.

Odpowiada tylko spojrzeniem.

– Dlaczego wracasz do Yusanu, skoro w Khitanie byłabyś wolna? Jeśli mój ojciec dowie się, że żyjesz… – Nie kończę. Obydwoje wiemy, że podda ją torturom i zabije. Nie muszę tego mówić.

– Dla Sory. – Mruga i zabiera się z powrotem do układania drew, które niosłem.

– Czy ona wie, że żyjesz?

Nie wierzę, że to pytanie nie nasunęło mi się wcześniej. Jednakże przed ucieczką z Jałowego Więzienia to Hana zadawała pytania; ja byłem tylko więźniem. Teraz jakimś cudem stałem się… synem króla. Przebiegam dłonią po ogolonym gładko policzku. Ambicja ojca doprawdy nie zna granic.

Hana kręci głową na tyle, bym się domyślił odpowiedzi. Dziwne, że nie powiedziała Sorze o upozorowaniu własnej śmierci, ale chyba faktycznie nie mogła zaryzykować kontaktu, dopóki Sora przebywała w Gainie. Teraz jednak do ich ponownego spotkania prowadzi prosta droga – o ile wszyscy przeżyjemy.

Duszę w sobie wzbierającą zazdrość. Nie chcę, by ktokolwiek inny posiadł Sorę, ale to niedobra myśl.

– Będzie zachwycona – zapewniam ją.

Hana odwraca wzrok, gdy sięga po podpałkę, ale po chwili przytakuje.

– Ulży jej.

– Będziecie mogły być razem. – Rozwijam śpiwór, starając się brzmieć na zadowolonego. To trudniejsze, niż być powinno, ale chcę, żeby Sora była szczęśliwa, nawet jeśli nie ze mną. Zasługuje przynajmniej na to.

Hana odkłada krzemień i odwraca się w moją stronę.

– Ty naprawdę jej nie znasz, co?

– Znam i…

– Tiyung: gdy tylko się dowie, że żyję, już nigdy mnie nie pokocha.

Czuję, że unoszę brwi.

– Oczywiście, że pokocha. Ona…

– Porzuciłam ją i mojego brata, dwie osoby, które kochałam najmocniej na całym świecie. Zrobiłam to, żeby przetrwać. Tylko dla siebie. Ona nigdy nie posunęłaby się do czegoś takiego i bez względu na wszystko nie będzie umiała mi wybaczyć.

– Tylko że też to zrobiła… – mówię cicho.

W pamięci widzę tamtą scenę, kiedy znalazłem Sorę w lesie, ukrytą za omszałym głazem. Uciekła z Gainu zaraz po tym, jak zamordowała swoją pierwszą ofiarę. To ja zawlokłem ją z powrotem, choć błagała, bym ją puścił. Prowadziłem ją przed sobą, choć opowiadała mi o horrorze, który znosiła w szkole trucizn, i o człowieku, którego zabiła dla mojego ojca, a jednocześnie błagała, bym doniósł na niego gwardii królewskiej.

Zalewa mnie fala wstydu, na przemian robi mi się gorąco i zimno, ale nie uciekam od tych uczuć. Zmuszam się, by przypomnieć sobie własne straszliwe tchórzostwo oraz współodpowiedzialność za zło, które wyrządziłem. Jedynie poprzez przyznanie się do błędów będziesz mieć szansę naprawdę coś w sobie zmienić.

Hana ponownie kręci głową.

Pochylam się.

– Trzy lata temu Sora uciekła do lasu Xingchi i…

Hana unosi brew.

– I myślisz, że tak po prostu ją złapałeś?

– Ja… musiałem.

Wzdycha, zwieszając lekko ramiona.

– Na Królestwo Piekieł, Tiyung, czy ty kiedykolwiek chociaż raz zwątpiłeś we własną wielkość? – Hana bierze głęboki oddech; musi się uspokoić. Zaciska pięści, po czym rozprostowuje palce. – Sora przestała uciekać. Dotarła na tyle daleko, by ogarnęły ją wątpliwości, ale nie potrafiła ruszyć dalej, bo w ten sposób by mnie porzuciła. Bo gdyby zbiegła, rzuciłaby Daysum wilkom na pożarcie… czyli zrobiłaby dokładnie to, co ja uczyniłam Nayo. Z tą różnicą, że ja nie oglądałam się za siebie. Nie dałam się złapać. Dopadła ją chwila słabości, bo po raz pierwszy odebrała komuś życie. Ja żyłam tylko dla siebie.

Siadam na ziemi obok paleniska i wracam myślami do tamtego dnia. Hana musi się mylić. Sora nie chciała zostać złapana. Ale… kiedy ją znalazłem, nie uciekała ani nie starała się ukryć. Musiałem siłą zaprowadzić Sorę do Gainu, ale niechęć do powrotu to coś innego niż próba ucieczki.

– Musiałam zostać kimś innym, by żyć – ciągnie Hana. – Kosztowało mnie to wszystkich, których kochałam. Kiedy mówię, że nie jestem już Haną, mówię prawdę. Ona zginęła dwa lata temu, kiedy zawarłam układ z tamtym szlachcicem. Ja pozwoliłam mu żyć, a on pomógł mi zgładzić Hanę.

Przestrzeń wokół nas wypełniają milczenie i żal – pewnych wyborów nie sposób cofnąć.

– Zrozumie – powtarzam łagodnie. – Nayo zrozumiał.

Hana wbija we mnie wzrok.

– Nic nie wiesz o Sorze.

Kręci głową, po czym rozpala ogień. To nie wściekłość, tylko rezygnacja – a to w ostatecznym rozrachunku jest jeszcze gorsze. Gaszę lampę, by oszczędzać oliwę.

– Nie wierzysz, że ją kocham – stwierdzam.

Widzę, że się waha. Wyciąga rondel i przebiega palcami po metalowej krawędzi.

– Z początku uznałam, że najzwyczajniej w świecie zadurzyłeś się w jej urodzie, co pewnie po części jest prawdą… ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że kochasz pewną ideę.

Myli się, ale nie widzę sensu w sprzeczaniu się o moje własne uczucia. Kocham Sorę od wygięcia stopy po głębię duszy. Kocham wszystko to, co w niej silne, a zarazem każdą jedną słabość. Rozpoznałbym ją w stu wcieleniach i kochałbym każde z nich.

Siedzimy w ciszy; Hana gotuje ryż w wodzie z bukłaka. W końcu jednak ciekawość bierze nade mną górę.

– A co to za idea? – pytam.

Hana patrzy mi w oczy.

– Odkupienie win.

To wystarczy, by pozbawić mnie tchu.

Nie. Nie ma racji. Tylko że z jakiegoś powodu nie daje mi to spokoju. Tkwi w tym ziarno prawdy. Czy tego właśnie szukam? Czy robię to wszystko, by odpokutować to, kim byłem i na co pozwoliłem? Czy może szczerze kocham Sorę? Kiedy siedziałem w Jałowym Więzieniu, zapytałem Ailora, czy wierzy w odkupienie, a on oddał życie w przekonaniu, że będę w stanie wszystko naprawić. Czy o to właśnie chodzi?

Odpowiada mi trzask ognia, nic poza tym.

– Jeśli masz rację, żadne z nas nie kocha jej dość mocno – kwituję.

Hana przytakuje i uśmiecha się powoli.

– Wreszcie coś nas łączy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij