-
nowość
To, co przemilczane - ebook
To, co przemilczane - ebook
Sonia i Klara pochodzą z różnych warstw społecznych. Można powiedzieć, że nigdy nie powinny były się poznać. Mimo to los nieustannie splatał ich ścieżki. Najpierw połączyła je wspólna strata. Później makabryczne odkrycie. W ten oto sposób już jako młode kobiety pod osłoną nocy ruszyły na stary cmentarz. To Sonia niosła łopatę. Sonia wpadła na pomysł rozkopania dwóch grobów. I Sonia wymyśliła, jakie ślady pozostawią na miejscu. Ale Klara nie protestowała. Klara dorównywała towarzyszce kroku. I Klara pomogła kopać.
Obie wiedziały, że w trumnach nie zastaną tego, co głosiły tabliczki. Miały również świadomość, iż uwięziony człowiek wciąż liczy na ich pomoc.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68473-61-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Hieny cmentarne
Stara furtka zaskrzypiała pod naciskiem bladej dłoni. Podeszwy ciężkich trzewików nieco grzęzły w błotnistym podłożu. Nie zniechęcało to jednak dwóch osób, które pod osłoną nocy wkroczyły na teren cmentarza. Już za dwa dni to miejsce rozświetlić miały wielobarwne znicze, ale teraz panowała tu całkowita ciemność. Kobiety musiały więc zadowolić się starym lampionem. Niższa z nich uniosła skraj spódnicy i hardo ruszyła przed siebie. Nie zważała na chłód czy wilgoć. Nie przeszkadzał jej kaptur ani szal, którym zasłoniła usta. Jeszcze nigdy tak twardo nie obstawała przy swoim.
– Jesteś pewna, że powinnyśmy to robić? – padło pełne zwątpienia pytanie.
Sonia obejrzała się przez ramię, aby spojrzeć na stojącą tuż za nią postać. Wyższa blondynka tak szczelnie opatuliła twarz szalikiem, że w mroku można było dostrzec jedynie jej oczy. Oddychała ciężko, próbując całą energię skupić na niesieniu łopaty owiniętej płóciennym workiem. Znały się już wiele lat, ale nigdy nie podejrzewały, że zostaną uwikłane w tak absurdalną sytuację.
– Oni nie mogą wygrać, Klaro. Skrzywdzili zbyt wiele osób. Pomyśl o sobie, pomyśl o mnie i o tym, co dzieje się w tym cholernym domu. Przecież tam jest uwięziony człowiek!
Argumenty Soni trafiały do Klary. Podziwiała dziewczynę za odwagę i determinację. Los niejednokrotnie wystawiał ich znajomość na próbę, zawsze jednak kończyły razem.
– Wiem, wiem… – wyszeptała i odruchowo się rozejrzała, żeby mieć pewność, że są same. – Po prostu się boję.
Sonia patrzyła na nią łagodnie. Wiedziała, że ten czyn dużo kosztuje Klarę. Nie wychowywano jej do robienia takich rzeczy. Mimo to zawsze dawała radę sprzeciwiać się konwenansom.
– Czego się boisz? Wysiłku? Poradzimy sobie. Przy kopaniu będziemy się zmieniać. Musimy tylko udowodnić, że trumny są puste.
Klara wstrzymała oddech. Ciepłe światło odbijało się w zielonych oczach towarzyszki. Miała wrażenie, że widzi w nich zagrzewające do walki płomienie.
– Boję się, że coś w nich jednak będzie.
Zapadła cisza zakłócana tylko przez nikłe powiewy wiatru. Otaczające cmentarz wysokie drzewa zdawały się wyczuwać napiętą atmosferę. Szeleszczące liście przygrywały złowieszczą melodię, a cieńsze gałęzie tańczyły w jej rytm.
– Dlatego tym bardziej musimy to sprawdzić – powiedziała twardo Sonia.
– Myślałaś o tym, co powiedzą ludzie, gdy zobaczą, że groby są rozkopane? Jutro w miasteczku zacznie się dramat.
– Wiem, a to dopiero początek. – Kącik ust Soni nieznacznie się uniósł. – Najpierw chłopiec czy dziewczynka?
– C-co? – Głos Klary wyraźnie zadrżał.
– Pytam, od którego grobu chciałabyś zacząć.
CZTERNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ
Dziewięcioletnia Sonia doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że życie nie jest sprawiedliwe. Siedziała na bruku, w milczeniu obserwując przechodzących uliczką ludzi. Wszyscy się dokądś spieszyli. Szczupła kobieta w długiej spódnicy mocno ściskała rękę córki, upominając dziewczynkę, aby ta nie rozglądała się na boki. Wysoki jegomość w cerowanym surducie nawoływał przechodniów, aby spojrzeli na jego towary. Stara biżuteria, zegarki, kieliszki i inne rodzinne pamiątki skutecznie przyciągały wzrok, bo faktycznie kilka osób przystanęło przed rozłożonymi na gazetach bibelotami. Grupka dziewcząt żywo o czymś dyskutowała, niosąc wiklinowe kosze z zakupami. Wystawały z nich bochenki świeżego chleba, na których widok Sonia odczuła dokuczliwe ssanie w żołądku.
W pewnym momencie na końcu uliczki dostrzegła poruszenie. Kroczył nią ksiądz w towarzystwie jakiegoś młodszego pomocnika, którego funkcji dziewczynka nie potrafiła określić. Zauważyła jednak, że na widok kapłana nastąpiła zmiana w zachowaniu przechodniów. Kobiety się zatrzymywały, aby pozdrowić go ciepłym uśmiechem i powiedzieć mu kilka miłych słów. Mężczyźni zdejmowali kapelusze i z szacunkiem kiwali głowami. Ojciec Soni zawsze powtarzał, że duchowni dbają o reputację. Chcieli, aby uważano ich za miłosiernych, ponieważ właśnie tym zyskiwali sobie sympatię wiernych.
Nieuchronnie zbliżał się moment, w którym dziewczynka powinna wyciągnąć dłoń. To zadanie było proste: wystarczyło wlepić wzrok w podłoże i nasłuchiwać, czy ktoś postanowi rzucić jej monetę. Chociaż Sonia robiła to już wiele razy, nienawidziła żebrać. Wciąż miała dziwne opory. Jakby ta pozornie prosta czynność odzierała ją z godności. Po cichu liczyła, że nie będzie musiała niczego robić. Nie chciała wyciągać ręki i wypowiadać tych upadlających błagalnych słów. Skoro kapłan faktycznie był taki miłosierny, powinien sam z siebie ulitować się nad potrzebującym dzieckiem. Ten jednak nawet na nią nie spojrzał. Minął ją tak, jakby była nieodzownym elementem tej brudnej uliczki. Latarnią. Zmiętym kawałkiem papieru. Wytartym szyldem starego sklepu. Szczurem przyczajonym między budynkami. Sonia obserwowała, jak postać duchownego powoli znika jej z pola widzenia. Żałowała, że nie odważyła się go zaczepić. Jeśli wieczorem ojciec postanowi ich rozliczyć, znowu będzie na nią zły.
Dziewczynka okryła się dokładniej szarym swetrem. Końcówka miesiąca przyniosła deszcze i gwałtowny spadek temperatury. Cienki materiał zdążył już zwilgotnieć i chociaż chwilowo przestało padać, Sonia odczuwała dyskomfort. Schyłek sierpnia wyjątkowo ją rozczarował, bo zasadniczo uwielbiała lato – o tej porze roku nie musieli jeszcze myśleć o tym, czy będzie czym ogrzać dom. Znikał też problem znalezienia ciepłej odzieży i łatwiej było załatwić coś do jedzenia. Wystarczyła odrobina sprytu, by zakraść się do cudzego ogrodu w celu zerwania kilku dojrzałych owoców. Dodatkowo mogli spać przy otwartych oknach.
Nagle ożywił ją stukot kopyt. Ludzie się rozstąpili, by przepuścić nadjeżdżającą dorożkę. Dziewczynka wstała i przylgnęła do omszałej ściany pobliskiego budynku. Tuż przed nią stanęło dwóch mężczyzn, żywo pochłoniętych jakąś dyskusją. Jeden miał na sobie zaskakująco gustowną jak na tę dzielnicę marynarkę. Bystre spojrzenie zielonych oczu szybko dostrzegło srebrny łańcuszek wystający z kieszeni jegomościa. Sonia zrozumiała, że oto dostała od losu drugą szansę.
Przełknęła ślinę. W myślach już układała sobie potencjalną drogę ucieczki, na wypadek gdyby facet ją przyłapał. Na szczęście dobrze znała te uliczki. Wiedziała, w której piwnicy jest wybite okno i pomiędzy którymi kamienicami są naprawdę wąskie przesmyki. Rozejrzała się na boki, po czym szybkim, lecz ostrożnym ruchem pociągnęła za łańcuszek. Kieszeń była na tyle luźna, że materiał nie stawił praktycznie żadnego oporu. Na końcu ostatniego srebrnego ogniwa dostrzegła zegarek. Pod palcami wyczuła pękniętą szybkę, ale nie miała czasu poświęcać temu większej uwagi. Ukryła zdobycz w zamkniętej dłoni i pewnie ruszyła wzdłuż rzędu budynków.
– Żałuję, że pokusiliśmy się o nocleg w takiej dzielnicy. Jest strasznie gwarno i łatwo się zgubić – usłyszała za sobą głos jednego z mężczyzn.
– To prawda, jednak oszczędzam pieniądze dla mojej dziewczyny. Obiecałem, że zabiorę ją do restauracji.
– No, tylko nie przesadź z tą rozrzutnością. Pamiętaj, że musisz jeszcze zajść do zegarmistrza.
Sonia przyspieszyła kroku. Chciała zostawić mężczyzn za sobą i zapomnieć o tej kradzieży. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia, ale wiedziała, że taki łup pozwoli jej przetrwać. Ojciec często powtarzał, że ma małpie dłonie – małe i zwinne, jak u urodzonej złodziejki. Dziewczynka nie miała przy sobie żadnej torebki, a w kieszeniach wolała nie trzymać takich zdobyczy. Opracowała jednak pewną technikę: gruby czarny warkocz zwijała w kok na czubku głowy, a łupy ukrywała w jego wnętrzu. Lecz nie bała się tego, że jakiś przypadkowy złodziej również ją okradnie. To była forma zabezpieczenia przed przeszukiwaniami ze strony braci. Bywało, że wyrywali sobie łupy, aby zdobyć przychylność ojca. W końcu ten, który przyniósł do domu najwięcej, zyskiwał jego uznanie.
Z rozważań wyrwał Sonię ochrypły kobiecy głos:
– Kiedy twoja matka odda mi za trzewiki?
Przystanęła i spojrzała na tęgą brunetkę w cerowanym fartuchu – miejscową przekupkę sprzedającą na targu różne bibeloty. Teraz siedziała przy stole rozłożonym obok wejścia do jednej z tutejszych kamienic. Towarzyszyła jej druga kobieta, w której Sonia rozpoznała lichwiarkę. Razem stanowiły niebezpieczny duet, dziewczynka wolała z nimi nie zadzierać. Udała, że poprawia włosy, przejeżdżając palcami po koku. W rzeczywistości upewniała się, czy zegarek nadal w nim jest.
– Nic nie wiem. Zapytam – odpowiedziała w końcu.
– Jak możesz nie wiedzieć, skoro masz je na sobie? – Dłonią, w której wciąż trzymała papierosa, wskazała na jej buty.
Sonia chciała coś powiedzieć, jednak wówczas do rozmowy wtrąciła się lichwiarka:
– A daj jej spokój. Pewnie faktycznie nic nie wie. To rodzina dzieciorobów. Kravny płodzi je jak królik i potem nie jest w stanie tego wszystkiego wyżywić. Trzeba się matki pytać.
– W sumie masz rację. Małą poznałam, bo dziewczynkę mają jedną, ale szkoda tego wszystkiego. Pójdzie na zmarnowanie.
Gdyby Sonia mogła wybrać, wolałaby tego nie słyszeć. Kiedy lichwiarka z przekupką skupiły się na sobie, znów przyspieszyła kroku. Rozumiała o wiele więcej, niż te kobiety mogły przypuszczać, lecz co miała zrobić? Niełatwo było gnieździć się z braćmi na małej przestrzeni, jednak mieli przecież też i swoje dobre chwile. Czasem grali razem w kulki, opowiadali sobie historie przy kominku, zbierali grzyby i maliny w pobliskim lesie. Nie zawsze było tak, że chodzili spać głodni. Jak ojciec dostawał świąteczną premię w pracy, przynosił do domu worek kaszy i gęś. Kupowali też jajka, mleko i chleb. Czasem starczało dla wszystkich.
Im dłużej Sonia o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, iż te kobiety przesadzają. Nie wyobrażała sobie scenariusza, w którym któryś z ośmiu braci miałby po prostu zniknąć.
Kamienica zamieszkiwana przez państwa Kravnych znajdowała się dwa budynki za tą, przy której siedziała lichwiarka. Sąsiadowała z zakładem szewskim i budynkiem, w którego stronę Igor, najstarszy brat Soni, zabronił jej patrzeć. Ona i tak to robiła. Czasami napotykała na swojej drodze wychodzące z niego kobiety. Na tle innych mieszkanek dzielnicy wyróżniały się wyglądem. Nosiły kolorowe gorsety, malowały usta, a w rozpuszczone włosy wwiązywały wstążki lub wplatały kwiaty. Igor twierdził, że trudnią się nierządem. Sonia nie rozumiała tego pojęcia. Na logikę podejrzewała jednak, że jest to jakieś przeciwieństwo rządu. Czyżby te kobiety snuły zuchwałe sabotaże polityczne? Zawsze chciała się o tym przekonać.
– Hej, jesteś wreszcie! – Dwunastoletni Aleksy pomachał w jej kierunku.
Dziewczynka mimowolnie się spięła. Chociaż przeciętny obserwator mógł uznać uśmiech na umorusanej sadzą twarzy chłopca za sympatyczny, ona dobrze wiedziała, że skrywa w sobie drugie dno. Odkąd Aleksy znalazł w końcu pracę, czuł się lepszy od reszty rodzeństwa i na każdym kroku próbował im to pokazać. Sonia nie wiedziała, skąd właściwie zdobył potrzebne informacje dotyczące pielęgnacji licowej skóry, nie wspominając już o sprzęcie i pastach. Został jednak pucybutem, a że miał gadane, szybko przyciągał klientów. Kręcił się głównie przy rynku w górnej części miasta, ale znalazł sobie także kilka innych miejscówek.
– Cześć. Jak tam dzień? – zapytała, gdy podeszła bliżej.
Oboje wiedzieli, co dokładnie kryje się za tym pytaniem. Aleksy sugestywnie poklepał kieszeń spodni.
– Ojciec będzie zadowolony. A jak u ciebie?
Sonia otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz wtedy przed budynek wyszedł Igor. Miał podkrążone oczy, a w ustach trzymał papierosa. Dziewczynka wiedziała, że z najstarszym bratem lepiej nie rozmawiać o zdobyczach. Intuicyjnie poprawiła fryzurę, aby sprawdzić, czy zegarek przypadkiem nie wystaje jej spod włosów.
– Wszyscy już są? – zapytała.
– Tak, czekaliśmy na ciebie.
– To nie był mój najlepszy dzień – powiedziała w obawie, że Igor zechce ją przeszukać.
On jednak milczał. Wyciągnął z ust papierosa, a następnie zgasił go czubkiem buta na kamiennej posadzce.
– Mogłeś dać mi ostatniego buszka! Obiecałeś, że będziesz mnie częstował. – Aleksy doskoczył do brata i mocno pociągnął go za ramię.
– Żartowałem. Jesteś jeszcze smarkiem. Matka by mnie zbeształa za takie pomysły.
Młodszy zrobił smutną minę. Przepuścił Igora przodem, a gdy ten wszedł do budynku, schylił się po niedopałek.
– Obrzydliwe… – mruknęła Sonia, widząc, jak brat wkłada sobie peta do ust.
– No co? Jestem już prawie dorosłym mężczyzną. Oni zawsze tak robią.
– Nieprawda. Nie wszyscy.
– A znasz dorosłego mężczyznę, który nie pali? – dopytywał Aleksy.
– Tak – odpowiedziała bez większego namysłu.
– Kto to?
– Ksiądz.
Chłopak zmarszczył czoło, próbując przypomnieć sobie wszystkie sytuacje, w których widywał kapłanów. Kravni raczej nie uczestniczyli w mszach, chociaż zdarzało im się wspólnie żebrać pod kościołem.
– Ja tam myślę, że pali, ale robi to cichaczem.
Sonia nie odniosła się już do tych słów. Minęła brata i pchnęła drzwi prowadzące do budynku, a Aleksy ruszył za nią. Przeszli przez brudną klatkę schodową.
Dziewczynka pewnym ruchem nacisnęła klamkę. Nim weszła do środka, przepuściła brata przodem. Potem sięgnęła do płóciennej tasiemki i pociągnęła za jej koniec. Gruby warkocz opadł na ramię, a ona zręcznym ruchem wyplątała z włosów zegarek. Mocno chwyciła swoją zdobycz i przekroczyła próg mieszkania. Usłyszała odgłos bulgotania, na co ścisnął jej się żołądek. Była cholernie głodna, a perspektywa ciepłego jedzenia szybko poprawiła dziewczynce nastrój.
– Dzień dobry, ojcze. – Aleksy zdjął z głowy kaszkiet i ukłonił się mężczyźnie siedzącemu w głębi pomieszczenia. – Cześć, mamo. – Dopiero w drugiej kolejności zwrócił się do kobiety stojącej przy kaflowej kuchence.
Antonina Kravna miała niespełna czterdzieści lat. Ciężka praca i liczne porody odbiły się jednak na jej wyglądzie, przez co sprawiała wrażenie osoby zmęczonej życiem. Czarne włosy podobnie jak córka zawiązała w gruby kok. Pod jej zielonymi oczami malowały się wyraźne sińce, a na chudej szyi i spracowanych dłoniach można było dostrzec mocno zarysowane żyły. Kobieta mruknęła coś niezrozumiale, zajęta mieszaniem kleistej brei. Wygląd potrawy bynajmniej nie odstręczał domowników.
– Dzień dobry, mamo, dzień dobry, ojcze. – Dziewczynka przywitała się z rodzicami ciszej niż brat.
Zdjęła szary sweter i zawiesiła go na jednym z wystających gwoździ, które służyły im za haczyki. Mimo otwartych okien w pomieszczeniu panował zaduch – zapewne za sprawą bijącego od kuchenki ciepła. Soni nie przeszkadzał fakt, że rodzice ją zignorowali. Już z progu mogła zobaczyć, co dzieje się w głębi pomieszczenia. Chociaż otwarte kuchnie były w mieście rzadkością, oni nie silili się nawet na zasłonkę, która mogłaby oddzielić ją od głównej izby. Po lewej stronie znajdowały się kuchenka i umywalka, po prawej zaś stół. Emanuel Kravny jak zwykle okupował wysłużony fotel stojący w rogu pod oknem. Część dzieci sypiała na materacach, inne na workach wypełnionym słomą. Rano układano je jeden na drugim, dzięki czemu izba sprawiała wrażenie mniej zagraconej.
– Ustawcie się. Wiecie, co robić – rozkazał Kravny, przeciągając się w fotelu.
Okręcał wokół palca czubek wąsa, obserwując, jak rodzeństwo wykonuje jego polecenie. Cała dziewiątka za każdym razem ustawiała się w tej samej kolejności. Naprzeciwko mężczyzny zawsze stawał szesnastoletni Igor. Za nim Viktor, bliźniacy Daniel i David, Aleksy, Adam, Filip i Zenon. Sonia zajmowała miejsce na końcu. Przywykła również do tego, że ludzie zawsze mylili imiona jej braci. Ją jednak pamiętali wszyscy.
– To co dzisiaj przyniosłeś? – Emanuel spojrzał wyczekująco na najstarszego syna.
Igor wyraźnie się spiął. Podkulił ramiona, jakby ten gest miał mu pomóc zniknąć. Zwykle butny i kłótliwy, momentalnie gasł przed obliczem ojca. Sięgnął do kieszeni, po czym wyjął z niej dwie monety. Gdy wręczał je mężczyźnie, wlepił wzrok we framugę okna. Byleby tylko nie patrzeć mu w oczy. Doskonale wiedział, co by w nich zobaczył.
– Znowu tak mizernie? Nie jesteś już dzieckiem. Powinieneś poszukać pracy.
– P-przecież szukam – zająknął się.
– Ale z miernym skutkiem. Znowu dałeś się naciągnąć jak frajer komuś, kto za wypakowanie towaru zapłacił paczką fajek?
Sonia przysłuchiwała się tej scenie, odruchowo zaciskając dłonie. Chociaż powinna do tego przywyknąć, nie znosiła słuchać drżącego głosu brata. Ojciec rozbierał go na kawałki: odzierał z całej godności i sprowadzał do statusu przerażonego zwierzęcia. Psa, który kolejny raz nie poradził sobie na polowaniu. Podczas całej tej procedury matka wciąż stała pochylona nad kuchenką. Sonia wbijała wzrok w jej plecy. Liczyła, że kobieta w końcu się odwróci i powie do niej kilka pokrzepiających słów. Niestety, ta nigdy nie ingerowała w praktyki stosowane przez męża.
– No, taki młody, a doskonale sobie radzisz, Aleksy. – Emanuel poklepał po policzku syna, który jak zwykle przyniósł najwięcej pieniędzy. – Szkoda, że Filip nie radzi sobie tak dobrze jak ty.
– W mojej pracy jest loteria! Pomagam szczurołapowi, ale jak nie ma łupów, to…
– Nie tłumacz się, Filipie. I tak będziesz dziś spał na worku – warknął oschle ojciec.
Sonia jako ostatnia stawiła się przed jego obliczem. Nim położyła błyskotkę na otwartej dłoni ojca, znalazła w sobie odwagę, by spojrzeć mu w oczy.
– Mała złodziejka. Nikt ci tego nie dał dobrowolnie, prawda? – zapytał cynicznie, ale poklepał ją czule po policzku.
– Taki dzień.
– Ludzie chętnie obdarowują małe dziewczynki. Powinnaś częściej to wykorzystywać.
Nic nie odpowiedziała. Czekała, aż ten upokarzający rytuał wreszcie dobiegnie końca.
Po wszystkim cała rodzina zasiadła do kolacji. Pani domu rozlała do talerzy i kubków potrawkę z fasoli. Rodzice oraz najstarsi bracia dostawali do tego dwie pajdy chleba. Młodsi, w tym Sonia, musieli zadowolić się jedną. Raz w tygodniu po posiłku dzieci brały kąpiel. Stawiano wtedy starą miednicę w pomieszczeniu służącym za małą spiżarnię, która na chwilę przekształcała się w łazienkę. Każdy miał dokładnie pięć minut, choć bywało, że ten proces się wydłużał. Sonia uwielbiała moment, w którym mogła tak po prostu paść czysta na posłaniu. Mokre włosy kleiły jej się do twarzy, była względnie najedzona i pozwalała sobie na chwilę wytchnienia.
– Ja też mam prawo tutaj dzisiaj leżeć. Niby mało przyniosłem, ale na tle reszty i tak wypadłem nieźle – powiedział Filip, po czym usiadł obok siostry na materacu.
Sonia się przesunęła, aby zrobić mu miejsce. Kilka osób krążyło jeszcze przy części kuchennej. Ktoś wychodził z prowizorycznej łazienki, by dać szansę na umycie się kolejnej osobie. Wszyscy przywykli do tego zamieszania. Sonia wpatrywała się w zaciek na suficie i próbowała wymyślić związane z nim skojarzenia. W sumie, jakby tak popatrzeć na krawędzie, przypominał głowę kota. Miał coś na kształt uszu i…
– W końcu złapaliśmy tego białego szczura – szepnął chłopiec, tym samym wyrywając siostrę z rozważań.
– Żartujesz. – Sonia wyraźnie się ożywiła. – A gdzie on teraz jest?
– W klatce. Postawiłem ją za budynkiem między krzakami.
– A ma coś do picia i jedzenia?
– No, ma wodę w pokrywce od słoika. Dałem mu też koniczynę.
– Szczury jedzą koniczynę? – zdziwiła się Sonia. – To nie jest królik.
Filip już chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Igor, który od dłuższego czasu przysłuchiwał się ich rozmowie, odchrząknął znacząco.
– Zamkniecie się w końcu? Nie chcę więcej słyszeć tego pierdolenia.
Rodzice zniknęli już za drzwiami swojej niewielkiej sypialni, a to oznaczało, że mógł sobie pozwolić na podniesiony głos. Sonia przewróciła oczami, lecz nic nie powiedziała. Ponownie spojrzała na zaciek na suficie. Wciąż przypominał jej kota. Chciała wyciągnąć rękę i pogłaskać jego miękkie futro, ogarnęło ją jednak błogie zmęczenie. Oderwanie dłoni od materaca stanowiło wysiłek, który aktualnie przerastał jej możliwości.
– To ja znalazłem zegarek i oddałem go Soni. Nie chciałem, aby znów straciła w oczach ojca – usłyszała szept Igora, który najwyraźniej zamierzał wybielić się przed braćmi.
Myślał, że ona już śpi? A może najzwyczajniej w świecie nie obchodziło go jej zdanie? Sonia naprawdę chciała zareagować, ale poczuła dziwną niemoc. Czasami wdawała się z rodzeństwem w słowne przepychanki. Tym razem jednak straciła na to ochotę. Myślała tylko o tym, aby wytrwać do kolejnego dnia. Miała w głowie pewien plan. Chciała sprawdzić, czy naprawdę wypali.II
Biały szczur
Poranek w domu państwa Kravnych miał ściśle określony porządek. Najpierw wstawała Antonina, a Sonia, jako druga kobieta w rodzinie, pomagała matce w przygotowywaniu śniadania. To przewidziane dla pana domu zawsze musiało być najpożywniejsze. Emanuel Kravny pracował w hucie szkła „Lisieccy”. Sonia nigdy nie wiedziała, na czym dokładnie polegają obowiązki ojca. Powtarzano jednak, że przynosi najwięcej pieniędzy, a pana domu należy szanować. Krążyły też pogłoski, że ten cały właściciel huty to jakaś wielka szycha. Dziewczynka nie miała pojęcia, jak wygląda Lisiecki, czasami wyobrażała go sobie zasiadającego na wielkim szklanym tronie.
– Jak ty kroisz ten chleb? – skarciła córkę Antonina. – Tyle razy ci powtarzałam, że tylko ojciec lubi takie grube kromki. Reszta musi wystarczyć dla całej rodziny.
Sonia miała na końcu języka, że też dałaby radę zjeść większy kawałek, ale coś ją powstrzymywało. I nie, wcale nie był to strach, chociaż za pyskowanie rodzice czasem wymierzali jej policzek.
– Skąd ta skwaszona mina? – zapytała matka, obserwując, jak Sonia rozkłada na stole kubki z naparem z rumianku i mięty.
– Gryzę się w język – odpowiedziała.
– Co? – Antonina uniosła brew.
– Powtarzasz mi, że zanim powiem coś, co może się nie spodobać ojcu, powinnam dwa razy się zastanowić i ugryźć w język. Właśnie to robię.
Pani Kravna przyłożyła dłoń do czoła. Kąciki jej ust nawet nie drgnęły. Rozmasowała punkt między brwiami i wyszeptała cicho:
– Dlaczego los pokarał mnie takim dzieckiem…
Wymruczane pod nosem zdanie dotarło do Soni. Wiedziała, że często zawodzi rodziców. Nie rozumiała jednak dlaczego. Zwykle się cieszyli, kiedy coś przynosiła, a przy tym mało mówiła. Ojciec nie lubił rozgadanych kobiet. Wielokrotnie o tym wspominał. Twierdził, że trajkoczą jak przekupki na targu, a on nie chce i w zasadzie nie musi słuchać tego wywodu. Sonia również nie lubiła opowieści swojego ojca, lecz była zmuszana do wysłuchiwania ich bez cienia sprzeciwu.
Tak było i tego ranka. Szybko pochłonęła kromkę chleba posmarowaną cienką warstwą marmolady. Emanuel opowiadał coś o „pierdolonych nieudacznikach z huty”, a Sonia zauważyła, że zaciek na suficie od wczoraj się powiększył. Już nie przypominał kota. Wyglądał jak bezkształtna brzydka plama.
Nim ojciec wyszedł do pracy, czekał, aż mieszkanie opuszczą wszystkie dzieci.
– Żaden darmozjad nie wywinie się od pracy. Nie w tym domu – powtarzał, nerwowo uderzając ręką o ścianę.
Wszyscy w popłochu sznurowali trzewiki. Aleksy zabrał wszelkie przyrządy potrzebne pucybutowi, a Filip wyszedł przed budynek z wysoko uniesioną głową. W końcu był pomocnikiem szczurołapa. Miał odpowiedzialne, ambitne zadanie. Sprawa wyglądała zupełnie inaczej w przypadku Soni i reszty rodzeństwa. Musieli ruszyć w miasto, aby żebrać lub kraść, a po wszystkim zaprezentować swoje łupy.
– Jak będziesz dla mnie miły, może następnym razem oddam ci zegarek czy co tam się trafi. Nie chcę, żebyś ponownie naraził się ojcu – odezwała się nagle Sonia, spoglądając na najstarszego z braci.
Chociaż jeszcze kilka sekund wcześniej pomieszczenie wypełniał szmer rozmów, nagle wszyscy zamilkli. Igor wpatrywał się w siostrę, która jak gdyby nigdy nic zapinała swój szary sweter. Ta smarkula go upokorzyła. Nie potrafił zapanować nad złością, która aktualnie buzowała w jego ciele. Wziął zamach, aby uderzyć ją z otwartej dłoni, ale Sonia w ostatnim momencie się schyliła, robiąc zgrabny unik. Ręka chłopaka trafiła w ścianę. Zawył, co wywołało głośny chichot u pozostałych.
– Przestań jęczeć, ty durniu. Weź się wreszcie do roboty. Jeśli dziewięciolatka robi cię w chuja, to mnie nie dziwi, że dajesz się wyrolować każdemu pracodawcy – wysyczał Emanuel i splunął na podłogę.
Sonia zauważyła, jak matka zmarszczyła nos, i bez słów wymieniła z nią spojrzenie. Podejrzewała, że ten gest również ją napawał obrzydzeniem, lecz w żaden sposób tego nie skomentowała. W takich sytuacjach Antonina zawsze pozostawała niema.
– Dobrego dnia, matko. Dobrego dnia, ojcze – powiedziała Sonia.
Nie chciała wysłuchiwać tłumaczeń Igora, choć nie oznaczało to, że nie czuła satysfakcji po tym, jak ojciec go zbeształ. Zasłużył sobie. Zbyt często był wobec niej nielojalny. Mógł również powstrzymać się od zabierania łupów reszcie rodzeństwa, co czasami mu się zdarzało. Dostał po prostu to, na co zasłużył.
Gdy tylko Sonia wyszła z budynku, z zadowoleniem odkryła, że pogoda się poprawiła. Mimo wczesnej pory promienie słońca muskały jej twarz, a bezchmurne niebo sugerowało, że tym razem uniknie deszczu. W pierwszym odruchu rozważała, czy nie wrócić do domu i nie zostawić swetra. Ostatecznie zsunęła go jednak z ramion i związała rękawy w pasie.
– Prawie bym zapomniała… – szepnęła do siebie, po czym sięgnęła do kieszeni.
Odkrojona skórka chleba wciąż w niej była. Dziewczyna obiegła budynek i zobaczyła krzaki, o których wspominał jej Filip. Przez moment ogarnęło ją zwątpienie. Bała się, że brat ją okłamał. Gdy odchyliła cienkie gałązki, zobaczyła nieco zardzewiałą klatkę z białym zwierzątkiem w środku. Ten szczur nie wyglądał jak typowe gryzonie przemierzające rynsztoki tego zepsutego miasta. Spojrzał na Sonię błyszczącymi czerwonymi oczami, a ona miała wrażenie, że prosi ją o wolność.
– Jeszcze nie – powiedziała, choć skłamałaby, gdyby uznała, że w tych dwóch słowach nie kryje się pewna obietnica. – Muszę najpierw coś załatwić – dodała, bo z niewiadomych przyczyn nagle poczuła potrzebę wytłumaczenia się przed zwierzęciem.
Przyłożyła kawałek skórki od chleba do szczeliny między prętami klatki. Gryzoń zareagował nadzwyczaj spokojnie. Moment, w którym błagalnie wyciągnął swoje małe łapki, sprawił, że Sonię zalała dziwna gorycz. Nie widziała w tym zwierzęciu cienia agresji, raczej uległą akceptację nowego losu.
– Nienawidzę swojego życia – mruknęła i wepchnęła chleb głębiej.
Szczur w końcu go chwycił i zaczął łapczywie jeść. Sonia spojrzała na nakrętkę wypełnioną przezroczystym płynem. Woda wciąż w niej była. Dobrze. Czułaby się jak potwór, skazując go na głód i pragnienie. Czekała, aż zwierzę skończy jeść, po czym wstała z miejsca. Otrzepała dłonie z niewidzialnego kurzu.
– Ten pomysł wypali – przekonywała samą siebie.
Wróciła na główną ulicę i pewnym krokiem ruszyła naprzód. Ciemne, pofalowane od wilgoci włosy opadały jej na ramiona. Zastanawiała się, czy dziś również zdoła coś w nich ukryć. Chociaż początkowo uznawała swój plan za genialny, z czasem zaczęła odczuwać pewne wątpliwości. Żałowała, że jako dziewczynka nie może być pucybutem, pomocnikiem szczurołapa, kominiarza lub roznosicielem gazet. Do podobnych zajęć zawsze poszukiwano chłopców.
Minęła miejsce, gdzie poprzedniego dnia ukradła nieznajomemu zegarek. Skręciła w kolejną ulicę i wbiegła po schodach prowadzących do górnej części miasta. Zawsze wtapiała się w tłum handlarzy oraz zmęczonych pracą robotników. Sytuacja wyglądała inaczej, gdy wkraczała na teren bogatszych dzielnic. Tym razem jej cel stanowiła szkoła. Był pierwszy września, a tego dnia zawsze gromadził się pod nią tłum uczniów. Któryś z nich mógł okazać się zainteresowany jej propozycją.
Sonia również uczęszczała kiedyś do szkoły. Co prawda nie była ona tak wielka jak ta w górnym mieście, nie miała też zadbanego podwórka, żywopłotu czy fontanny. Były tam za to sale, książki, ławki oraz nauczycielka bijąca dzieci linijką po rękach. Dziewczynka obrywała dość często. Pani Bakuła twierdziła, że mała Kravna ma niewyparzony język i jest najmniej grzeczna ze wszystkich uczennic. Czasem kazała jej stawać za karę w kącie. Sonia próbowała zachować spokój, ale jak mogła ignorować fakt, że jakiś chłopak ją wyzywa albo szarpie za warkocze? Życie z ośmiorgiem braci nauczyło ją, by na obelgę odpowiedzieć wyzwiskiem, a na przemoc fizyczną – pięściami. Nawet jeśli to ona kończyła z podbitym okiem, nie mogła pozwolić wejść sobie na głowę.
Edukacja Soni nie trwała jednak zbyt długo. Ojciec wypisał ją ze szkoły po niespełna dwóch latach, bo twierdził, że jest potrzebna w domu. Z kilkoma braćmi było podobnie. W zasadzie tylko Igor ukończył szkołę podstawową. Umiał pisać i płynnie czytał, ale ojciec powtarzał, że na nic mu te umiejętności, skoro nadal przynosi do domu marne grosze.
Dochodziła ósma, a przed szkołą podstawową w górnym mieście rzeczywiście zebrał się tłum dzieciaków. Na szczęście Soni – bez rodziców. Chłopcy w czarnych kamizelkach trzymali się w większej grupie, żywo o czymś dyskutując. Dziewczynki na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie bardziej zdyscyplinowanych. Stały w parach, a ich białe fartuszki i kokardy we włosach przywodziły Soni na myśl porcelanowe lalki. Co prawda nigdy takiej nie miała, ale widywała je na sklepowych wystawach.
– Dasz radę – szepnęła do siebie pod nosem i pewnym krokiem ruszyła naprzód.
Rozczochrane włosy i znoszona szara sukienka wyróżniały ją na tle zebranych tu dzieci. Gdy przystanęła przy grupie chłopców, ci nagle zamilkli.
– To nie jest wejście dla pomocy kuchennej – powiedział jeden z nich, na co reszta zaczęła chichotać.
Sonia miała ochotę zagrozić, że zaraz przyłoży mu w ten durny łeb. Zacisnęła jednak drobne dłonie w pięści i wzięła głęboki wdech.
– To kolejka dla frajerów, których tego dnia czekają okropne nudy. Chyba że któryś z nich chciałby zobaczyć coś ciekawego – oznajmiła w końcu.
Śmiechy ucichły, a grupka uczniów popatrzyła po sobie znacząco.
– Do czego zmierzasz? – zapytał jakiś wysoki rudzielec.
– Widzieliście kiedyś białego szczura?
Chłopcy popatrzyli po sobie. Sonia zauważyła na ich twarzach cień zainteresowania.
– Nie, a co? Masz takiego? – zaciekawił się rudzielec.
– Tak. Mogę pokazać, ale nie za darmo. To może być jedyna taka okazja. Jest wielkości małego kota i ma ogromne czerwone ślepia – opisała.
Uczniowie zaczęli szeptać między sobą. Dwóch sięgnęło do kieszeni, by sprawdzić, czy mają jakieś drobne. Jeden popatrzył na zegarek, chcąc zobaczyć, ile czasu zostało im do rozpoczęcia apelu.
– Masz go tutaj? – zapytał chłopak, który wcześniej ubliżał Soni.
– Nie. Jest w kryjówce w dolnym mieście. Zaprowadzę was, ale najpierw pieniądze.
Sonia nie chciała ciągnąć klatki ze sobą, ponieważ się bała, że ktoś zabierze jej szczura. Siła fizyczna nigdy nie była mocną stroną dziewczynki. Samo wspomnienie dolnego miasta sprawiło jednak, że na twarzach chłopaków pojawiły się grymasy niechęci.
– To daleko. Spóźnimy się na zajęcia – powiedział jakiś brunet w okularach.
– Pewnie peniasz i dlatego nie chcesz iść – rzuciła hardo Sonia.
Sądziła, że ta uwaga zachęci resztę, lecz ku jej zaskoczeniu odpowiedzieli pomrukami rezygnacji.
– Łżesz. Pójdziemy taki kawał, a tam niczego nie będzie – warknął rudzielec.
– Właśnie! Brudaski z dołu to złodziejki i kłamczuchy – wtórował mu ktoś inny.
Z każdą sekundą Sonia coraz bardziej traciła uwagę chłopców. Chciała ich jakoś zachęcić, ale zwyczajnie nie dawali jej dojść do głosu. Już sądziła, że cały plan nie wypali, gdy nagle ktoś delikatnie złapał ją za ramię. Obróciła się gwałtownie i zobaczyła obcą dziewczynkę.
– Ja chcę zobaczyć białego szczura z czerwonymi oczami. To albinos. W jednej z moich książek jest taka ilustracja – oznajmiła nieznajoma.
Zaskoczona Sonia z niedowierzaniem przyglądała się blondynce, która górowała nad nią o pół głowy. Jasne loki opadały jej na wyprasowaną sukienkę, a czarne lakierki wyglądały tak, jakby dopiero wyjęła je z pudełka.
– Jasne. Ale musisz zapłacić – upomniała potencjalną klientkę.
– Słyszałam. Ile? – Nieznajoma sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby. Rozpięła klamrę i chwilę grzebała w jej zawartości, aż w końcu znalazła kilka monet. – Tyle wystarczy?
Chociaż Sonia ostatecznie nie nauczyła się czytać, z liczeniem było już lepiej. Zaproponowana przez dziewczynę kwota może nie usatysfakcjonowałaby w pełni ojca, ale powinna wystarczyć, aby jej nie zrugał.
– A masz może jeszcze coś do jedzenia? – Mimo wszystko postanowiła spróbować.
– Mogą być dwie gruszki?
– Dobra – powiedziała Sonia.
Gdy nieznajoma podała jej pieniądze i papierową torebkę z owocami, kilku chłopaków się zaśmiało.
– Czyżby szurnięta wariatka wreszcie znalazła kogoś na swoim poziomie? – rzucił wysoki rudzielec.
Sonia bez większego zastanowienia wdepnęła w kałużę, pilnując, by na podeszwie trzewika zostało jak najwięcej błota. Nim chłopak zdążył zrozumieć, co dziewczyna zamierza zrobić, nadepnęła mu na nogę, tym samym okropnie brudząc jego czyste lakierki.
– Cholerna brudaska! – wrzasnął.
– Tchórzliwa pizda – odgryzła się Sonia, po czym złapała blondynkę za nadgarstek.
Szybko przebiegły na drugą stronę ulicy, aby uniknąć gniewu innych chłopaków, którzy mogliby włączyć się do sprzeczki. Skręciły za najbliższym budynkiem i przystanęły, by złapać oddech.
– Co to jest „pizda”? – zapytała blondynka.
– Nie mam pojęcia. Ojciec nazywa tak braci, gdy jest na nich zły – przyznała Sonia zgodnie z prawdą.
– Myślisz, że to przekleństwo? – Brązowe oczy dziewczyny rozbłysły z ekscytacji.
– Nie wiem. Moja stara nauczycielka mówiła, że to… – Urwała na moment, próbując sobie przypomnieć. – Że to rynsztokowy język.
– W takim razie to zdecydowanie przekleństwo! – Blondynka się ucieszyła, chociaż Sonia nie do końca rozumiała tego przyczynę. – Jestem Klara – przedstawiła się i zanim wyciągnęła ku niej dłoń, zdjęła białą rękawiczkę.
– A ja Sonia. – Uścisnęła jej rękę.
Do tej pory nie znała żadnego dziecka z górnego miasta. Dłoń Klary była miękka i gładka. Tak jakby dziewczynka nigdy nie musiała pracować.
– Codziennie nosisz rękawiczki? – zainteresowała się Sonia.
– Rękawiczki? Tylko na uroczystości. Dzisiaj jest rozpoczęcie roku szkolnego. Miałam wyglądać dobrze na apelu.
– Ale postanowiłaś tam nie iść. Dlaczego?
Sonia prowadziła swoją towarzyszkę boczną uliczką. Ta część miasta prezentowała się o wiele lepiej od dzielnicy zamieszkiwanej przez Kravnych. Za witrynami sklepowymi można było dostrzec nowe meble, manekiny ubrane w eleganckie stroje czy obuwie, o których mieszkańcy dolnego miasta mogliby tylko pomarzyć.
– Zdenerwowały mnie dziewczyny z klasy. Prosiłam mamę, żeby mnie przepisała, ale ta nie chciała słuchać. Przeraża mnie to, że znowu będę musiała siedzieć sama i wysłuchiwać tych wszystkich rzeczy…
– Gdy chodziłam do szkoły, inni też mnie wkurzali – przyznała szczerze Sonia.
– I co zrobiłaś?
– Tłukliśmy się, chociaż nauczycielka się o to wściekała. Często dostawałam linijką po rękach. Nie powiedziałabym jednak, że tego żałuję.
– Grzeczne dziewczynki nie powinny się bić. To nie przystoi – zaprotestowała Klara.
– Uciekać ze szkoły również – odpowiedziała Sonia.
Po tych słowach Klara spąsowiała. Wyglądała na nieco zmieszaną. Na krótką chwilę spojrzała za siebie, lecz nie wspominała nic o tym, że chce wracać.
– Znasz dobrze miasto? Dasz radę odprowadzić mnie potem pod szkołę? – zmieniła temat.
– Bez obaw. Codziennie się po nim szwendam.
– A twoi rodzice nie mają o to pretensji? Nikt cię nie pilnuje? – dopytywała.
– Nie. Ojciec wypisał mnie ze szkoły właśnie po to, żebym mogła się błąkać.
– Też bym tak chciała. Mój nigdy by się na to nie zgodził.
Sonia miała na końcu języka, że wciąż chciałaby uczyć się czytać. Marzyła o własnej torebce, do której codziennie ktoś wkładałby drugie śniadanie. Z cichą zazdrością patrzyła na wstążkę nowej koleżanki i pragnęła, aby kiedyś ktoś uczesał tak jej włosy. Zachowała jednak te myśli dla siebie. Rzadko natrafiała na osobę, która patrzyłaby na nią inaczej niż z litością i pogardą. Chciała podtrzymać wizerunek kogoś interesującego.
– Ale pozwala ci wracać samej do…
Nie dokończyła pytania, bo nagle rozległ się przeraźliwy huk. Był znacznie głośniejszy od grzmotu podczas burzy. Nim którakolwiek zdążyła coś powiedzieć, kolejny rozdzierający odgłos sprawił, że ziemia zadrżała. Klara odruchowo zasłoniła uszy, Sonia zaś spojrzała w niebo. Nie dostrzegła błyskawic, lecz chmury czarnego, bardzo gęstego dymu. Nigdy nie widziała czegoś podobnego.
– Musimy sprawdzić, co się dzieje! – powiedziała zdecydowanym tonem.
Nim Klara zdołała zaprotestować, nowa koleżanka złapała ją mocno za nadgarstek. Zaczęły biec ku kłębom dymu. Mieszkańcy wyglądali z okien i wychodzili na ulicę. Jedni uciekali, drudzy wręcz przeciwnie – kierowani ciekawością szli w stronę źródła dziwnych wybuchów. Drobne dziewczynki z łatwością lawirowały w tłumie. Wtem usłyszały kolejny huk. Znów przystanęły, czując pod stopami drżenie chodnika.
– Pożar! – zawołał przechodzień. – Płonie huta szkła!
Chociaż w mieście funkcjonowały dwie konkurujące ze sobą huty szkła, Sonia nie miała wątpliwości, że w tym przypadku chodzi o tę należącą do Lisieckich. Czuła, jak całe jej ciało przygniata dziwny ciężar. Z każdą sekundą niebo coraz bardziej spowijała czerń, a powietrze wypełniał nieprzyjemny zapach spalenizny.
– Musimy biec. Tam może być mój ojciec! – Z tego stanu zawieszenia nagle wyrwał ją głos Klary.
– To niemożliwe – zaprotestowała Sonia. – Nie jesteś córką robotników.
Nie zdołała wspomnieć, że to właśnie jej ojciec wyszedł rano do pracy. Miała trudności ze złapaniem oddechu, a serce w piersi zdawało się dudnić tak mocno, jakby chciało ją rozerwać.
– Jestem córką właściciela. Nazywam się Klara Anastazja Lisiecka.
Spojrzały sobie w oczy. Chociaż to wyznanie wydawało się absurdalne, Sonia nie miała podstaw, aby jej nie wierzyć. Nie teraz, gdy utknęły razem w centrum tak dramatycznej sytuacji.
Kolejny huk sprawił, że usłyszały pisk w uszach. Schyliły się, jakby to miało je uchronić przed nieznanym zagrożeniem. Obie zaczerpnęły kilka głębszych oddechów. Sonia zobaczyła, jak na białych bufkach koleżanki osadza się popiół. Wiedziała, że jeśli się nie wycofają, mogą zobaczyć coś, co w przyszłości zostanie ich największym sennym koszmarem. To jej nie zniechęciło. Jak zwykle wygrała ciekawość.
– Chodź. – Sonia mocniej chwyciła rękę Klary.
Tym razem nie zamierzały się zatrzymywać. Dotarły do długich schodów, uznawanych za jedną z granic górnego i dolnego miasta. Z ich podnóża rozciągał się widok na ulicę, na której końcu wznosiła się huta. Sonia dobrze znała ten obiekt. Bardzo często go mijała.
Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że to właśnie tam pracuje Emanuel Kravny. Ojciec z dumą opowiadał o wypełnianych w niej obowiązkach. Sonia zawsze wierzyła, iż robi on coś naprawdę ważnego. Budynek dotychczas stanowił dla niej symbol pracy. Czegoś, co zapewnia byt jej samej, matce i braciom. Tym razem jednak ten obraz się zatarł. Przed nimi płonęła wielka pochodnia, oglądana przez zgromadzony tłum gapiów.
Cichy szloch Klary mieszał się ze szmerami rozmów i trzaskami ognia. Przeraźliwe odgłosy wybuchów ucichły. Dziewczynki podbiegły bliżej, a wtedy zobaczyły, że kolejne elementy kondygnacji budynku zapadają się pod naporem szalejących płomieni.
– Idźcie do domu. To nie miejsce dla dzieci – zwrócił się do nich jakiś podrostek.
– Sam idź – fuknęła szorstko Sonia.
Zaraz potem przez gwar przedarły się dźwięki syren. Na miejsce przyjechało kilka karetek i wozów strażackich.
– Myślisz, że to ugaszą? – zapytała cicho Klara.
– Nie ma czego gasić.
To jedno zdanie sprawiło, że Lisiecka zaczęła głośno łkać. Mimo to wciąż mocno trzymała swoją towarzyszkę za rękę.
Podeszły pod bramę. Była otwarta. Większość osób bała się podejść bliżej budynku. Kilku śmiałków się odważyło i pomogło wyprowadzić pracowników, którzy nie mogli iść o własnych siłach. Sonia od razu rozpoznała znajomą odzież roboczą. Ojciec chodził w identycznych brązowych spodniach ze znakiem zakładu. Chociaż w każdym ocalałym szukała jego twarzy, wiedziała, że te nadzieje są płonne. Huta była ogromna i zatrudniała masę ludzi. Przez bramę wyszła jedynie garstka.
– Gabinet ojca był na górze – mruknęła Klara.
Wyciągnęła bladą dłoń, aby wskazać skrzydło, w którego oknach skakały płomienie. Czerwone iskry tańczyły w powietrzu. Sonia czuła ciepło. Przyjemne, ale złowrogie. Wiedziała, że nie oznacza niczego dobrego.
– Mój pracuje w kotłowni – przyznała w końcu Sonia.
Zszokowana Klara spojrzała jej prosto w oczy. Z zaskoczeniem odkryła, że Kravna nie płacze. Sprawiała wrażenie sztywnej niczym posąg. W jej zielonych oczach odbijał się ogień.
Nagle usłyszały czyjś wysoki głos:
– O mój Boże! Klaro!
Praktycznie w tym samym momencie obróciły się w jego stronę i zobaczyły zadbaną kobietę w kapeluszu i granatowej sukience. Nie pasowała do tego miejsca. Zbyt elegancka. Zbyt czysta. Zbyt bogata.
– Matko! – krzyknęła w jej stronę przerażona Klara i puściła rękę koleżanki.
Sonia obserwowała, jak nieznajoma podbiega do dziewczynki i ujmuje drobną twarz w dłonie.
Tuż za kobietą dreptał jakiś mężczyzna w kapeluszu.
– Proszę pani! – zawołał.
Po jego ubiorze i sposobie, w jaki się do niej zwracał, Sonia wywnioskowała, że musiał być podwładnym. Właściciele huty byli bogaczami. Wszyscy o tym wiedzieli. Nawet sam ojciec wspominał, że mają służbę. Widział, jak kiedyś po Lisieckiego przyjechał samochód. Tylko nieliczni mogli sobie na nie pozwolić.
– Dziecko drogie, co ty tu robisz?! Powinnaś być teraz w szkole! – Kobieta przycisnęła Klarę do piersi w sposób, w jaki nikt nigdy nie przytulił Soni.
Kravna przyglądała się tej scenie zaskoczona i próbowała zaakceptować, że jej świat właśnie runął. Czy naprawdę ojciec nie wróci dziś do domu? Nie przepyta ich? Nie zasiądą wspólnie do stołu?
– Byłam ciekawa… – załkała Klara.
Sonia miała wrażenie, że czas się zatrzymał. W spowolnionym tempie obserwowała, jak pani Lisiecka wyprowadza córkę z tłumu. Klara zdążyła obejrzeć się przez ramię. Jej usta drgnęły. Chyba chciała coś powiedzieć, lecz po spotkaniu z matką opadła z sił. Opuścił ją dawny hart ducha – najwyraźniej zaczynała rozumieć, że tego dnia także dla niej nastała nowa rzeczywistość.
Sonia mocniej zacisnęła dłoń na torebce z gruszkami. Chciała, aby i ją ktoś zabrał z tego strasznego miejsca. Wiedziała jednak, że jej życie rządzi się innymi prawami. Musiała przetrwać ten koszmar i wrócić do domu sama.