-
nowość
-
promocja
To, co w nas dojrzewa - ebook
To, co w nas dojrzewa - ebook
Dawno, dawno temu pewna dziewczyna znalazła szczeniaka obdarzonego magicznymi zdolnościami i jej życie już nigdy nie było takie samo.
Nina Popoca potrzebuje pomocy.
I to nie byle jakiej.
Jedynym miejscem, gdzie może ją otrzymać, jest rozległe ranczo w Kolorado – teren skrywający w sobie coś znacznie więcej niż tylko społeczność pełną magicznych istot, starających się wieść spokojne i bezpieczne życie. Ta wioska może pozwolić znaleźć odpowiedzi na pytania nurtujące Ninę przez całe życie.
A jeśli to ranczo należy do przystojnego kuzyna jej najlepszego przyjaciela?
…cóż, na świecie istnieją gorsze rzeczy niż konieczność mieszkania w pobliżu Henriego Blackrocka.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-659-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Powinniśmy jeszcze raz omówić plan?
Trzymając ręce na kierownicy, zerknęłam przez ramię i zobaczyłam Siennę oraz Duncana wtulonych w siebie na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Przyjaciółka trzymała w ręku czerwony gryzak, którego wcześniej nie widziałam, a szczeniak zawzięcie go gryzł. Najsłodsze w tym wszystkim wydawało się to, że razem wyglądali tak, jakby nie chcieli znajdować się nigdzie indziej. Kilka godzin temu to Matti siedział z tyłu, a Duncan leżał rozciągnięty na jego klatce piersiowej – obaj spali, głośno chrapiąc. Sienna nagrała ich wtedy telefonem, chichocząc pod nosem.
Wyjątkowo mnie to rozczuliło. Dunky kochał znajdować się w centrum uwagi i uwielbiał, gdy okazywano mu miłość, a moi przyjaciele odwzajemniali jego uczucia. Istniało takie powiedzenie, że do wychowywania dziecka potrzeba całej wioski, i w pewnym stopniu uświadomiłam sobie, jak dużo dało się odnaleźć w tym prawdy.
Dlatego właśnie tego samego wieczoru, kiedy się do nich udaliśmy, oznajmiłam, że chciałabym zabrać swojego pupila na ranczo. Sam fakt, że nie zaprotestowali ani nie zaproponowali, żebym przeprowadziła się bliżej i wychowywała go wraz z nimi, świadczył sam za siebie. To nie miało prawa się udać, nie bylibyśmy bezpieczni. Nie zdziwiło mnie więc, kiedy Sienna szturchnęła mnie w ramię, a Matti oświadczył:
– Napisałem już do Henriego.
Dwa dni później wpakowaliśmy się w czwórkę do pickupa i ruszyliśmy w drogę przez kolejne stany, ciągnąc za sobą przyczepę kempingową. Jechaliśmy przed siebie, co kilka godzin zmienialiśmy się za kierownicą i pokonywaliśmy kolejne mile między Chicago a miejscem w Kolorado, dokąd zmierzaliśmy. Matti wprowadził do nawigacji współrzędne geograficzne. Skoro ta społeczność rzeczywiście pozostawała tak cicha i odizolowana, jak twierdził, to dlaczego posiadała prawdziwy adres?
Ku mojemu zaskoczeniu fakt, że mieszkańcy tego miejsca podejmowali tak ekstremalne środki bezpieczeństwa, sprawił, że od razu poczułam się dużo spokojniejsza.
Nie miałam pojęcia, jak im się to udawało, ale uznałam, że dowiem się wszystkiego, gdy dotrzemy do celu… za piętnaście minut, jeśli wierzyć aplikacji. Nie zamierzałam się denerwować. Pozwolą nam zostać albo nie, a jeśli tak się stanie, to zawsze mogę znaleźć kogoś, kto pragnął rodziny na tyle, by poślubić nieznajomą… kogoś takiego jak… albo nie.
Matti przypomniał, że to nie pierwszy ani ostatni raz, gdy ktoś zrobił coś takiego tylko po to, by tam zamieszkać.
Jeśli istniało miejsce na świecie, gdzie poślubienie praktycznie nieznajomej osoby nie budziło żadnych zastrzeżeń, to z pewnością było to ranczo jego kuzyna.
Ale w miarę jak przydrożne drzewa rosły coraz gęściej, a ich wiecznie zielone korony stawały się coraz wyższe i szersze, wszechobecny zapach magii wypełnił kabinę z taką intensywnością, że pomimo włączonej klimatyzacji zaczęłam się zastanawiać, dokąd właściwie jedziemy. Przyjaciel ostrzegał, że tutejsza magia jest wyjątkowo silna, ale myślałam, że jak zawsze przesadzał. Przecież to ten facet opowiadał mi o pająku znalezionym w męskiej toalecie na stacji benzynowej, rozkładając ręce na szerokość trzech stóp. Z trudem skupiałam się na prowadzeniu, powstrzymywałam się, żeby nie zjechać na pobocze i nie wystawić głowy przez okno.
Jeśli zauważył, jak mocno ściskałam kierownicę, to nie dał tego po sobie poznać.
– Nina? – Głos przyjaciela wyrwał mnie z zadumy i odciągnął uwagę od magicznej scenerii za oknem.
Siedział na przednim siedzeniu pasażera od czasu ostatniego postoju, kiedy to zamieniliśmy się miejscami, żeby mógł zjeść hot doga – pomimo tego, że wręcz błagałam jego oraz Siennę, by ich nie kupowali, to i tak to zrobili.
Samo patrzenie na ten posiłek sprawiło, że czułam się tak, jakbym miała za chwilę zwymiotować.
Poluzowałam uścisk na kierownicy.
– Nie, nie musimy znów omawiać planu. Wszystko pamiętam. – Rozmawialiśmy o nim już dwa razy, ale miałam świadomość, że to może być nasza jedyna szansa. – Gdy dotrzemy już na miejsce, to ty z nimi porozmawiasz. Zostawię bransoletkę na nadgarstku, dopóki nie poproszą, żebym ją zdjęła, i tak samo zrobimy z obrożą Duncana.
To nie wydawało się aż tak skomplikowane, ale… dość ważne. To, czy zostaniemy zaakceptowani, zależało od wielu czynników, na które tak naprawdę nie miałam żadnego wpływu, co bardzo mnie irytowało.
Albo nam się uda, albo nie – nie istniała inna możliwość.
Ponownie ścisnęłam kierownicę.
– Nie odwiedziłeś kuzyna, odkąd się wyprowadziłeś? – zapytałam, nie mogąc sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wspominał o powrocie na tereny, gdzie spędził kilka nastoletnich lat.
– Nie, nie pojawiłem się tu od wyprowadzki po osiemnastce. Nic mnie tutaj nie trzymało, poza Henrim oczywiście – oznajmił. – Większość dzieciaków dorastających na ranczu w końcu je opuszcza. Niektóre wracają po czasie, ale większość już nie. Przynajmniej tak to wyglądało kiedyś. Dorastasz tutaj, chcąc zobaczyć świat, a potem wracasz lub nie.
– A ty nie wróciłeś. – Dokładnie tak samo, jak jego tata.
– Nie ma szans.
Zaśmiałyśmy się z Sienną.
– Wiem, że nie znasz udogodnień związanych z dostawą jedzenia i wysyłką następnego dnia, ale to naprawdę świetna sprawa – wyjaśnił. – Gdy Henri po raz pierwszy zabrał mnie do Denver, doznałem prawdziwego szoku.
– Dostawa następnego dnia. – Westchnęłam z rozbawieniem. – Jesteś po prostu za bardzo rozpieszczony. Tam, gdzie dorastaliśmy, najbliższa sieć fast foodów znajdowała się w odległości trzydziestu minut drogi. Nie mówiąc już o tym, że w naszym małym miasteczku znajdowały się tylko dwie stacje benzynowe.
– Tak, ale właśnie dlatego uważam, że świetnie sobie tu poradzisz – stwierdził, jakbym miała jakieś inne wyjście.
O ile tylko nie zostanę znienawidzona od pierwszego wejrzenia, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.
Matti sięgnął za konsolę i mogłam się tylko domyślać, że głaskał Duncana albo obmacywał Siennę.
– Wszystko będzie dobrze. – Brzmiał tak, jakby naprawdę w to wierzył. – A jeśli nie, to coś wymyślimy, znajdziemy inną społeczność. W tej chwili mogę wziąć tylko kilka dni wolnego, bo mam ważne spotkanie i nie mogę go odwołać, ale za dwa tygodnie możemy spróbować opracować nowy plan. Niedawno dotarła do mnie pewna plotka, że istnieje takie miejsce na Alasce…
To przebudziło w mojej głowie dawno zapomniane wspomnienie, ale pochyliłam się, zanim zdążyłam się nad nim zastanowić. Coś przemknęło w oddali, przeskakując przez jezdnię. Z całą pewnością nie wyglądało to jak jeleń.
Mrugnęłam kilka razy i spojrzałam w to samo miejsce, pewna, że sobie tego nie wyobraziłam. Po chwili coś innego przebiegło przez drogę – znacznie mniejsze i bardziej puszyste.
– Matti… – zaczęłam.
Przestał opowiadać o Alasce.
– Tak?
– Przysięgam, że właśnie widziałam małego centaura.
Przechylił się w stronę okna pasażera, skupiając uwagę na lusterku bocznym.
– Nie tam, przed przednią szybą. – Zwolniłam, zdejmując nogę z gazu, gdy obok przebiegło coś jeszcze bardziej puchatego, białego i czworonożnego. Wskazałam na to palcem. – Jestem prawie pewna, że mały centaur i dwa wilczki właśnie przebiegły przez drogę. – Sprowadziłam pickupa i przyczepę na pobocze, po czym wrzuciłam na luz.
Panował dość znikomy ruch, odkąd zjechaliśmy z drogi powiatowej. Wszędzie znajdowały się znaki informujące nas, że właśnie wjeżdżamy w ślepą ulicę i że nie prowadzi ona do lasu państwowego, ale…
Kumpel już odpinał pas.
– Pewnie nie powinny tak biegać w środku dnia, co? – zainteresowałam się, również odpinając pas.
Pokręcił głową i chwycił za klamkę.
– Nie, nie powinny.
Odwróciłam się i spojrzałam na Duncana. W dalszym ciągu leżał na Siennie, a jego długie uszy dotykały jej kolana. Sprawiał wrażenie bardzo czujnego i skupionego. Ogarnęła mnie ogromna ulga, gdy w końcu obudził się w ich mieszkaniu. Miał jasne oczy i zachowywał się jak zwykle, nie odgrywając już roli śpiącej królewny.
– Si, zostaniesz z nim, a ja pomogę Mattiemu znaleźć te dzieciaki?
Przytuliła mojego małego przyjaciela, otwierając szerzej jasnozielone oczy.
– Maluch będzie ze mną bezpieczny, ale wyjdziemy z auta i usiądziemy w pobliżu drzew. Widziałam za dużo filmów w internecie, jak ludzie zostają potrąceni przez inne samochody, kiedy parkują na poboczu. Owinę go kocem i schowam pod kurtką.
Posłałam im buziaka, chwytając za klamkę.
– Zaraz wracam.
Ale w chwili, gdy wysiadłam z auta, zamarłam.
Wow, pomyślałam, nabierając w płuca świeżego powietrza przesyconego magią. To było… wow. Uczucie łudząco podobne do gęsiej skórki, ale odczuwalne wewnątrz ciała. Odniosłam wrażenie, jakbym poczuła ulubiony zapach, tyle że znacznie lepszy.
Matti już czekał. Wziął głęboki wdech, obracając głową to w jedną, to w drugą stronę, po czym przechylił ją w lewo. Próbował znaleźć biegające maluchy, nie rozkoszował się otaczającą nas scenerią tak jak ja. Czyżby magia nie działała na niego tak samo? Przecież miał zmysł węchu sto razy lepszy od mojego…
– Pobiegły w tę stronę. – Wskazał palcem. – Jak młodo wyglądały?
Przeszliśmy przez utrzymaną w dobrym stanie drogę i zatrzymaliśmy się przy ogrodzeniu sięgającym mi do klatki piersiowej. On bez trudu je przeskoczył, choć miał na sobie nieskazitelnie czyste buty sportowe, niewyglądające na zbyt wygodne, oraz spodnie, według mnie w kolorze khaki, choć on uparcie twierdził, że mają barwę toffi, cokolwiek to oznaczało. Wzdłuż ogrodzenia wisiały tabliczki z napisem „Wstęp wzbroniony”, a jeszcze na innej widniała informacja, że teren został objęty całodobowym monitoringiem. Trudno. Obrzuciłam wzrokiem siatkę, po czym wyciągnęłam ręce w kierunku Mattiego stojącego po drugiej stronie. Chwycił mnie i wziął na siebie większość mojego ciężaru, a ja wspięłam się po ogrodzeniu, jak po chybotliwych schodach, i w końcu dostałam się na samą górę, po czym zeskoczyłam na ziemię. Na szczęście przyjaciel złagodził mój upadek.
– Ten centaur chyba wyglądał jak chłopiec? Może był wielkości małego jelonka? Nie wiem… Wydaje mi się, że miał tylko dwie nogi, ale wszystko działo się tak szybko, że nie mam pewności. A te wilki… jeden z nich był nieco większy od Duncana, a drugi wydawał mi się jeszcze większy. – Wiedziałam, że nie podałam mu zbyt szczegółowego opisu, ale wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że nie miałam szansy lepiej im się przyjrzeć. Nie spodziewałam się od razu zobaczyć biegających po okolicy magicznych istot.
Zmarszczył brwi, ale zaraz skinął głową, nadymając nozdrza.
– A to ci dopiero nieustraszone dzieciaki.
– Prawda? Kto o tej porze wyrusza na poszukiwanie przygód z dala od domu? – Posłałam mu znaczące spojrzenie, na co odpowiedział uśmiechem.
Robiliśmy tak wiele razy – niemal w każdy weekend, zanim się wyprowadził.
– Wyglądali na zbyt młodych, by błąkać się po okolicy sami… – Przerwałam i się roześmiałam. – Brzmię jak hipokrytka, ale przecież byłeś większy od nich, kiedy wyruszaliśmy na takie wyprawy, nie mówiąc rodzicom, dokąd się wybieramy.
Śmiech Mattiego należał do najbliższych mojemu sercu dźwięków na świecie.
– Gdyby tylko chcieli, mogliby nas znaleźć, a jedynym zagrożeniem w tamtym czasie pozostawały węże. Teraz można natrafić na coś jeszcze, co może zrobić tym dzieciakom krzywdę. – Spojrzał na mnie. – Tereny przylegające do osady zostały ogrodzone. Nie powinni zapuszczać się tak daleko.
Skąd ta nagła zmiana decyzji?
Ale przecież żadne miejsce nie gwarantowało całkowitego bezpieczeństwa. Nie zamierzałam się tym przejmować.
– Matti, magia tutaj jest taka… – Wzięłam kolejny głęboki wdech.
Nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, jak pachniało tutejsze powietrze ani tym bardziej, jakie wywoływało we mnie uczucie.
Przyjaciel już nieraz próbował mi wyjaśnić, w jaki sposób odbiera otaczające nas zapachy, ale brzmiało to jak próba wytłumaczenia skomplikowanych zagadnień z fizyki, kiedy w szkole z trudem radziłam sobie z jej podstawami.
– Powietrze przesycają intensywne nuty zapachowe i pachnie naprawdę bajecznie. – Włoski stanęły mi na ramionach.
Aromat pozostawał nieskazitelny i cudowny, aż dreszcz przeszedł mi po plecach.
– Niektórzy starsi mieszkańcy twierdzili, że w okolicy spadł fragment meteorytu.
Spojrzałam na niego zaskoczona, choć nie tak do końca.
– Są tu miejsca wyglądające i sprawiające wrażenie, jakby nie pochodziły z tego świata. Sama zobaczysz. – Wskazał w prawo i ruszyliśmy w tamtym kierunku.
Właśnie w tej części lasu, odczuwając wszechobecny niewidzialny wpływ… zrozumiałam, o czym mówił. Jakiś czas temu zatrzymałam się z Duncanem w Dakocie Południowej i tamto miejsce również wydało mi się wyjątkowe. Ale obecna tam magia nie dorównywała tutejszej.
Wzięłam kolejny głęboki wdech, a przez moje ciało przebiegł dreszcz.
– Podoba mi się – szepnęłam, zerkając na potężne konary drzew nad nami, a Matti szturchnął mnie w ramię.
Nie miałam pewności, jak powinnam zareagować na jego delikatny uśmiech. To uczucie towarzyszyło pewnie wszystkim bohaterom filmów science fiction, odkrywającym nową planetę – zachwyt, ostrożność i być może nutka nadziei.
Przyspieszyliśmy kroku, a ja starałam się nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów, ale okazało się to praktycznie niemożliwe, ponieważ ptaki w koronach drzew ćwierkały tak głośno, jakby chciały zagłuszyć wszystko wokół. Właśnie przekroczyliśmy wąski strumyk, kiedy Matti położył mi dłoń na ramieniu i ponownie wskazał przed siebie.
Tuż przed nami znajdowały się dwa futrzaste szczenięta i coś, co mogło być małym centaurem… albo czymś w rodzaju koziej wersji centaura. Nie mogłam sobie w tej chwili przypomnieć dokładnej nazwy, ale to nie miało żadnego znaczenia, ponieważ te trzy istotki stały w półkolu, a nad nimi górowało stworzenie wyglądające jak… no cóż… jak potwór z bagien?
Dzieci kuliły się ze strachu i nie potrzebowałam zmysłu węchu przyjaciela, żeby stwierdzić, że ogromnie się bały.
Spojrzałam na Mattiego, a on zmarszczył brwi, gdy zielony stwór warknął:
– Jesteście zbyt daleko od domu, dzieci, i zdecydowanie nie osiągnęłyście odpowiedniego wieku, żeby tak bardzo oddalać się od opiekunów, prawda? – Bestia wykrzywiła usta w przerażającym uśmiechu rodem z najgorszego koszmaru dentysty, odsłaniając ostre, brudne zęby, wymagające porządnego czyszczenia i prawdopodobnie aparatu ortodontycznego.
– Znajdujesz się… na naszej ziemi – odparł centaur, albo koza, głosem tak dziecinnym, jak sobie wyobrażałam.
Brzmiał niepewnie, przechodząc raz w nieco głośniejszy, raz w cichszy szept z każdym wypowiedzianym słowem. Nie wyglądał na małe dziecko jak Pączek, ale moim zdaniem nie osiągnął jeszcze nastoletniego wieku.
– Na waszej ziemi? – zapytało bagienne stworzenie, a jego złowieszczy śmiech sprawił, że poczułam się dość nieswojo.
To nie strach, ale raczej obrzydzenie i chęć trzymania się od niego z daleka. Miało ludzką sylwetkę, mierzyło co najmniej sześć stóp i posiadało coś, co uznałam za włosy – bardzo długie i prawdopodobnie od kilku lat nie widziały szczotki ani szamponu. Wyglądem przypominały wodorosty lub oślizgłą trawę i przyklejały mu się do policzków oraz ciała, a chropowata skóra bestii mieniła się różnymi odcieniami zieleni.
Czy to coś miało na sobie długą spódnicę?
Przez lata studiowałam mitologię, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć ani jednej zielonoskórej istoty.
Najmniejsze ze szczeniąt – to o białej sierści – rzuciło się w kierunku dziwnego stwora, szczerząc zęby i z warczeniem strosząc sierść wzdłuż grzbietu. Przewyższało Duncana, który wciąż nie osiągnął pełnych rozmiarów, ale, na Boga, to maleństwo zdawało się w ogóle nie przejmować, że stanęło naprzeciwko bestii około sto razy większej od siebie. Odważne wilczątko kompletnie oszalało.
Bagienna kreatura nie wydawała się jednak pod wrażeniem – pochyliła się tylko, warknąwszy w stronę napastnika z przerażającym rykiem.
Szczeniak, ogarnięty szaleństwem, w ogóle się tym nie przejął. Ponownie ruszył w stronę kreatury, obnażając jeszcze więcej zębów i wykazując się wielką determinacją. Wściekał się, a jednocześnie wyglądał naprawdę uroczo.
Miałam ochotę go przytulić i pogratulować brawury. Wykazywanie się odwagą wcale nie należało do łatwych zadań. Stawanie w obronie swojej i cudzej godności nie przychodziło większości ludzi naturalnie, w tym i mnie. Z tego też powodu nadal bolał mnie kark.
– Najpierw zjem ciebie – warknął zielony stwór.
Zszokowana spojrzałam na Mattiego. Uniósł brwi i po chwili zrobiłam to samo, gdy zielony olbrzym ryknął tak głośno, że aż się zdziwiłam, że liście nie pospadały z gałęzi, lecz uporczywie się ich trzymały. Siła tego ryku sprawiła, że aż się wzdrygnęłam. Nawet Matti podniósł ręce i zakrył wrażliwe uszy, marszcząc brwi.
Sprawa stała się jasna.
Mój najlepszy przyjaciel wskazał na siebie, a potem na mnie, gdy niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu. Ale co on miał niby zrobić? Walczyć z tym czymś na oczach dzieci? Przez większość czasu Matti pozostawał jednym z najbardziej wyluzowanych ludzi na świecie, ale pod tymi przystrzyżonymi wąsami i spodniami w kolorze khaki krył się prawdziwy drapieżnik. I podobnie jak w przypadku większości znanych mi wilkołaków, tylko kilka rzeczy mogło wyzwolić w nim tę drugą stronę osobowości, skrywaną zazwyczaj głęboko w sobie. W tej chwili jednak nosił strój odpowiedni na rejs łodzią, a nie do walki z leśnym potworem.
Nie przepadałam za krzywdzeniem innych, ale jeszcze bardziej nie lubiłam tyranów. A już na pewno nikt nie miał prawa znęcać się nad dziećmi. Prędzej umarłabym, niż pozwoliłabym na coś takiego.
Czułam jedynie lekką rezygnację, ale głównie irytację wobec tego palanta, więc uniosłam palec, w milczeniu zgłaszając się na ochotnika, na co przyjaciel posłał mi zaskoczony uśmiech.
Nie dało się ukryć, że był znacznie większy i silniejszy ode mnie. Ale mimo to miałam w sobie wystarczająco dużo siły, żeby przez dłuższy czas trzymać w ramionach dorastającego szczeniaka i zazwyczaj też bez większego wysiłku przenosiłam wszystkie torby z zakupami z samochodu do przyczepy, o ile oczywiście nie dzieliła ich zbyt duża odległość. Nie dorównywałam jednak swoim wilczym znajomym. Mierzyłam pięć stóp i sześć cali, czyli niewiele więcej od przeciętnej kobiety. Nie miałam nadludzkiej siły ani ostrych zębów i dbałam o to, by zawsze mieć krótko obcięte paznokcie. Nie znosiłam, kiedy urosły zbyt długie i przypadkowo je łamałam.
Ale… czasami do zwycięstwa nie potrzeba ostrej broni ani fizycznej siły. Musiałam przyznać, że poza dwoma incydentami z udziałem osób próbujących porwać Duncana, udawało mi się wybrnąć niemal z każdej niefortunnej sytuacji bez uciekania się do przemocy. Tak jak Herkules miał swoją siłę, a syreny piękny, choć zabójczy śpiew, ja również posiadałam odpowiednie atuty.
Bo gdyby chodziło o Duncana, miałabym nadzieję, że ktoś ochroniłby go przed niebezpieczeństwem.
I to właśnie sobie powtarzałam, zbliżając się do małej grupki.
– Cześć, witajcie! – zawołałam, choć wiedziałam, że podeszłam na tyle, że mogliby bez problemu usłyszeć chrzęst gałęzi oraz liści pod moimi stopami, i to mimo dźwięków wydawanych przez otaczające nas dzikie zwierzęta.
Zielona bagienna bestia odwróciła się nagle w moją stronę i ponownie wyszczerzyła kły. Dwoje biednych dzieci aż krzyknęło z przerażenia – mały półcentaur, półkozioł, wskoczył pomiędzy dwoje szczeniąt, podczas gdy szalony biały szczeniak warczał z całych sił, kłapiąc zębami zza pleców stworzenia przypominającego kozła. Zachował się dość niegrzecznie, ale w pewnym sensie rozumiałam, dlaczego tak się stało – wydałam im się kolejną obcą osobą w miejscu, gdzie nie powinnam się znaleźć, a one już i tak strasznie się bały.
– Spokojnie. Nie zrobię wam krzywdy, dzieci – zapewniłam je łagodnym tonem, zbliżając się do nich powoli. Poszłoby znacznie lepiej, gdyby między nimi a tym bagiennym stworzeniem znajdowało się więcej wolnej przestrzeni. Uśmiechnęłam się do zielonego stwora i odezwałam, starając się brzmieć przyjaźnie. – Jestem Nina, a ty to…?
– Nie twoja pieprzona sprawa, idiotko!
No dobrze, skoro tak stawiał sprawę…
Zacisnęłam usta, choć zapragnęłam westchnąć. Niektórzy potrafili być tak przewidywalni i rozczarowujący.
– One są moje! – ryknęła zielonkawa istota.
Zaśmiałam się, nie mogąc się powstrzymać.
– Przykro mi to mówić, ale jeśli zdecydujesz się na test DNA, możesz się zdziwić. Żadne z nich nie jest do ciebie podobne.
Stojący z tyłu Matti parsknął śmiechem, co tylko sprawiło, że uśmiechnęłam się jeszcze szerzej – miał na mnie zgubny wpływ i nie bez powodu nie sadzali nas obok siebie podczas świątecznego obiadu u rodziców Sienny – nawet gdy ten potwór wykrzywił się na tyle, że wyglądał na naprawdę rozwścieczonego.
– Pożrę wasze organy i wyssę szpik z kości, wy ludzkie ścierwa!
Auć. To brzmiało niemal przerażająco i obraźliwie… niemal.
To nie ja groziłam, że zjem dzieci, i wyzywałam innych od idiotów.
Ale on na tym nie poprzestał.
– Gdy skończę, użyję ich kości jako wykałaczek, żeby wydłubać twoje mięso spomiędzy zębów!
Matti wybuchnął śmiechem. Nie dało się z nim nigdzie pójść, żeby nie narobił wstydu.
Ale musiałam się skupić.
– Chciałam ci tylko powiedzieć, że podobała mi się twoja pomysłowość, gdy pierwszy raz się wypowiedziałeś, ale prawie mam pewność, że tę drugą część gdzieś już słyszałam. Powiesz mi, jak się nazywasz, zanim spróbujesz wydłubać moje mięso spomiędzy zębów, czy…? – Wzruszyłam ramionami.
Zielona kreatura zamarła, a jej „Co?” zabrzmiało znacznie ciszej, jakby nagle się pogubiła.
Mogłam się założyć, że rzadko ją wyśmiewano. A może wręcz przeciwnie i dlatego też była taka złośliwa. Stwierdziłam, że warto się później nad tym zastanowić.
– Nie kłopocz się! – zawołałam, po czym uniosłam rękę i zaczęłam przywoływać do siebie maluchy. – Chodźcie, dzieci! Zabiorę was do domu i przysięgam, że nie zrobię wam krzywdy ani nie pozwolę, by coś wam się stało. Obiecuję.
W jednej chwili większy wilczek zamigotał, a po sekundzie w jego miejscu pojawiło się dziecko – chłopiec. Miał na sobie szorty oraz T-shirt, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie, że to naprawdę niesamowite, iż magia działała w ten sposób. Nie wyglądało to jak w filmach, gdzie postacie pojawiały się nagle, przemieniając się z futrzastych istot w ludzi lub rozrywając na sobie wszystkie ubrania, gdy przybierały drugą postać. Magia nie marnowała się w ten sposób. Nawet widząc to na własne oczy, nie potrafiłam tego pojąć.
Wszystko, co dane stworzenie miało przy sobie, znikało od razu po przemianie. Pewnego razu Matti trzymał w ręku młotek, żeby zobaczyć, co się stanie, ale narzędzie nie przetrwało transformacji i spadło z hukiem na ziemię. Okulary, telefony, klucze – wszystkie te rzeczy ocalały… o ile tylko znajdowały się w kieszeniach.
Obserwowanie, jak magiczne istoty przemieniały się z jednej postaci w drugą, nigdy mi się nie znudziło – w przypadku dzieci wyglądało to jeszcze bardziej uroczo.
– Nie znamy cię! – krzyknął malec, a biała wilczyca wyszczerzyła kły w kierunku zielonej poczwary, a potem w moim.
Ktoś właśnie stracił kontrolę nad sytuacją i chyba jeszcze tego nie zauważył.
Wyciągnęłam w ich stronę rękę w geście powitania.
– To zrozumiałe. Jestem Nina. Mój przyjaciel ma kuzyna należącego do waszej grupy…
– Henri! – rzucił Matti.
To zabrzmiało znajomo, jak Henry, tylko w bardziej wytwornej wersji – po francusku z literą „i” na końcu. Dostał to imię po pradziadku, jeśli dobrze zapamiętałam.
– Nikt nigdzie nie pójdzie – oświadczyła bestia, prostując się do pełnej wysokości, a w jej napiętych potężnych ramionach i kwadratowej sylwetce znów dało się dostrzec gniew.
Część mnie wiedziała, że powinnam się bać. To zielone, bagienne monstrum mogło mnie rozerwać na strzępy, gdyby tylko nadarzyła się okazja. Miało paznokcie tak długie, że bardziej przypominały szpony i wyglądały równie przerażająco – bez urazy oczywiście. Ale przecież to nie ono zdecydowało się przyjść na świat jako istota niezdolna do wygrania jakiegokolwiek konkursu piękności z tą skórą pokrytą pleśnią i potarganymi włosami. Aleee… najpierw musiało mnie dotknąć, a jeszcze nie wiedziało, że nie okaże się to dla niego przyjemne doświadczenie.
Zbliżałam się powoli, aż zatrzymałam się około dwudziestu stóp od dzieci, na tyle blisko, by zobaczyć, że stwór przypominał rozkładającą się zieloną kobietę z rozczochranymi włosami, a maluchy wydały się jeszcze mniejsze niż z daleka.
Były naprawdę młode – zdecydowanie za małe, aby przebywać tu same. Żaden rodzic nie pozwoliłby dziecku w ich wieku wychodzić bez opieki.
Wiedziałam, że po powrocie do domu czekała ich straszna awantura. Ciekawe, czy ktoś już ich szukał.
Uznałam, że tym pomartwię się później. Na razie miałam do czynienia z wielką mityczną bestią, mającą problemy z opanowaniem gniewu i upodobaniem do młodego magicznego mięsa. Każdy z nas posiadał swoje preferencje, ale ten stwór naprawdę był palantem. Jeśli już zamierzał kogoś zjeść, to mógł przynajmniej wybrać tego, kto byłby w stanie walczyć o życie.
Wzruszyłam ponownie ramionami.
– One pójdą ze mną, a ty stąd odejdziesz, miejmy nadzieję, że jak najdalej. O ile oczywiście dopisze ci szczęście i ich wataha nie dopadnie cię wcześniej. Jeśli jakimś cudem uda ci się im wymknąć, to lepiej dla ciebie, żebyś mnie nie wkurzyła. – Przykucnęłam, po czym wyciągnęłam rękę w stronę dzieci i spojrzałam w ciemne oczy zielonego stworzenia.
Nie miały one tęczówek ani białka, tylko niemal czarne źrenice.
Maluchy jednak nie zareagowały na mój gest.
Bestia się zaśmiała, a potem ruchem tak szybkim, że nie zdążyłam tego uchwycić, złapała białą wilczycę za kark – ta od razu zawyła, mimo że nadal szczerzyła kły – i uniosła ją w powietrze.
– Uważasz, że powinnam się ciebie bać…? – Rozkładająca się kobieta zaczęła mi grozić.
Mam nadzieję, że to zadziała.
Zdjęłam bransoletkę i upuściłam ją na ziemię. Nie mogłabym wysłać żadnego sygnału, jeśli to coś dotknęłoby mnie w jakikolwiek sposób. Jakimś cudem, mimo że do tej pory wiatr praktycznie nie wiał – teraz cicho zaszumiał koronami drzew, niosąc mój zapach w górę, gdy nie tłumiły go już obsydianowe koraliki.
Kieruj się prosto do nozdrzy tego zielonego stwora. Niech poczuje mnie w całości, prawdziwą mnie.
– Za chwilę się wkurzę – oznajmiłam najspokojniejszym głosem, jaki tylko mogłam z siebie wydobyć. – Odłóż tego szczeniaka, zanim zaczniemy się bawić w łowcę i ofiarę, co z całą pewnością ci się nie spodoba.
Zrozumiała to w momencie, gdy mój zapach dotarł do jej nosa.
Zadziałało to dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam. Tak samo jak wcześniej, gdy miałam do czynienia z istotami obdarzonymi doskonałym zmysłem węchu, dzięki czemu bez problemu wyczuwały magię. Tylko nieliczni przetrwali tak długo, nie wykształcając w sobie biologicznego systemu ostrzegania. Myślałam, że wyłącznie ludzie tacy jak ja nie posiadają tak cennych zdolności ratujących życie.
Zdarzało mi się spotykać kogoś, komu od samego początku podobał się mój zapach. Niektóre istoty, takie jak wilkołaki, niemal zawsze wykazywały nim zainteresowanie, ale poznałam też mnóstwo istot z początku podchodzących do mnie dość nieufnie, a także takich, których mój zapach całkowicie odrzucał. Nie miałam im tego za złe, ale teraz liczyłam właśnie na tę ostatnią reakcję, mając nadzieję, że dzięki temu uniknę konieczności dotykania kogokolwiek.
Bagienny stwór natychmiast zesztywniał, a w jego oczach niemal od razu pojawił się ogromny niepokój. Otworzył pysk, ale nie szczerzył już kłów i przestał warczeć, odruchowo cofając się o krok. Założyłabym się o wszystko, że nawet nie zauważył, że to zrobił.
Część ludzi pachniała cukrem, przyprawami i wszystkim, co przyjemne. Czasami wynikało to z ich magicznej aury i pozwalało im wabić innych. Ale zdarzały się też osoby mające przyjemny zapach wynikający z ich dobroci – tak mi przynajmniej tłumaczyli to przyjaciele z doskonałym zmysłem węchu. Po zapachu dało się wyczuć kłamstwa, złość, zazdrość i miłość, a także wiele różnorodnych emocji składających się na osobowość danego człowieka.
A ja? Miałam dobre serce i postępowałam właściwie. Bardzo chciałam wierzyć, że wszyscy, którzy mnie znali, myśleli tak samo.
Ale miałam świadomość, że dla wielu istot pachniałam cukrem, przyprawami, a niekiedy wszystkim, co potrafiło w sekundę wzbudzić odrazę.
I właśnie wtedy, w tym lesie sprawiającym wrażenie oprószonego czymś cudownie odurzającym, wśród najpiękniejszych drzew, jakie kiedykolwiek widziałam, zielona bestia zrobiła coś, czego starałam się uniknąć za wszelką cenę, odkąd dowiedziałam się prawdy o jednym z moich rodziców. Bagienna kreatura wyczuła moją magię czyniącą mnie równie wyjątkową jak ona.
Nie miałam pojęcia, czego powinnam się spodziewać po dzieciach, które nigdy wcześniej mnie nie widziały, ale to, co wydarzyło się potem, nie przyszłoby mi do głowy nawet w najśmielszych snach.
Biała wilczyca odwróciła głowę i ugryzła w nadgarstek bagienne stworzenie tak mocno, że to od razu zawyło i natychmiast ją upuściło. W chwili, gdy upadła na ziemię, półcentaur, półkozioł wziął ją w ramiona i razem ruszyli biegiem w moim kierunku.
Nie uciekali ode mnie.
Pędzili tak szybko w moją stronę, jakby od tego zależało ich życie.
Chłopiec będący wcześniej większym wilkiem biegł dalej, ale półcentaur, półkozioł z białym szczeniakiem w ramionach zatrzymał się za moimi plecami, chowając się i drżąc ze strachu.
Wiedziałam, że te dzieciaki nie miały nawet dziesięciu lat, co tylko jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło.
– Na twoim miejscu bym stąd odeszła – ostrzegłam zieloną kreaturę, po czym się schyliłam, aby podnieść bransoletkę i włożyć ją z powrotem.
Gdy się wyprostowałam, bagienny stwór stał nieruchomo, a jego ciemne oczy wydawały się jeszcze większe niż przed chwilą. Oddychał szybciej i przysięgłabym, że usłyszałam cichy pisk dochodzący z jego wnętrza.
– Teraz – rozkazał stojący z tyłu Matti, brzmiąc tak, jakby zbliżył się bardziej, i przemawiał z taką stanowczością, jakiej nigdy dotąd nie słyszałam u tego beztroskiego faceta.
Stworzenie pochodzące z nieznanego mi folkloru cofnęło się o krok, a potem o kolejny, po czym spojrzawszy uważnie w naszą stronę, rzuciło się do ucieczki, gdy Matti stanął obok mnie z wilczym chłopcem w ramionach.
Mój najlepszy przyjaciel uśmiechnął się tak samo, jak to miał w zwyczaju robić przez całe życie – figlarnie, serdecznie i przyjaźnie. Tylko że teraz miał wąsy i nawet pozwolił mi za nie pociągnąć podczas jednego z postojów po tym, jak go oskarżyłam, że przykleił sobie zarost do twarzy, bo ten wyglądał na bardzo gęsty.
– Sprawiłaś, że aż popuścił ze strachu.
Wzruszyłam ramionami i lekko wygięłam usta, a on odpowiedział jeszcze szerszym uśmiechem.
– Pachniesz jak Henri – odezwało się nagle dziecko w jego ramionach, gdy pochyliło się w stronę szyi Mattiego i nabrało głęboko powietrza.
– To mój kuzyn – wyjaśnił, przechylając głowę, aby chłopiec mógł go lepiej obwąchać.
Tak właśnie wyglądało życie w ich świecie.
Maluch wyczuł zapewne wystarczająco znajomy zapach, aby zdać sobie sprawę, że ci dwaj byli spokrewnieni. Spojrzał na mnie miodowozłotymi oczami, po czym uniósł palec i wskazał na mój nadgarstek, potwierdzając w ten sposób słowa przyjaciela.
– Co to jest?
– To? – Dotknęłam bransoletki.
Czyżby nigdy takiej nie widział?
– Tak – rzucił maluch, po czym szeroko otworzył oczy, a jego nozdrza się rozszerzyły. Miał ciemne włosy i skórę niemal w takim samym brzoskwiniowobrązowym odcieniu jak moja. – Pachniesz…
Nie zamierzałam się stresować, ale okazało się to silniejsze ode mnie.
Brzydko, niebezpiecznie, odpychająco. Słyszałam te słowa znacznie częściej, niż bym tego chciała, gdybym tylko miała wybór… ale wyłącznie w obecności pewnych istot.
– …smacznie. – Westchnęło podobne do kozy dziecko, stojące po mojej drugiej stronie, brzmiąc… czy ono właśnie zachwyciło się moim zapachem?
Podeszło bliżej, choć tego nie zauważyłam.
– Smacznie – zgodził się z nim chłopiec w ramionach Mattiego. Miał znacznie słodszy głos, niż mogłabym się spodziewać.
Mrugnęłam w tej samej chwili, gdy przyjaciel posłał mi takie spojrzenie, jakby chciał mi powiedzieć „a nie mówiłem?”. Mały wilkołak miał rację. Wiedziałam, że wilki od zawsze mnie lubiły, ale stworzenie będące półcentaurem, półkozłem… to dla mnie zupełna nowość.
– Naprawdę? – Nie podobało mi się, że zabrzmiałam tak niepewnie, ale skłamałabym, twierdząc, że się nie spodziewałam, iż powie mi coś obraźliwego.
Maluch przypominający kozła przysunął się jeszcze bliżej i bez wahania przycisnął nos do mojego biodra.
– Mhm – szepnął.
No dobrze.
– Myślę, że pachniesz bimbrem – stwierdził dzieciak w ramionach Mattiego.
Durny facet parsknął śmiechem, a ja musiałam na moment zacisnąć usta, po czym zmrużyłam oko.
– Czyżby chodziło ci o blask księżyca? – podsunęłam, nawiązując do bimbru.
Chłopiec wzruszył ramionami.
Uśmiechnęłam się do niego, ignorując jeszcze głośniejszy śmiech przyjaciela, podczas gdy milcząca do tej pory wilczyca o białej sierści postanowiła warknąć.
Ledwo powstrzymałam się od uśmiechu. Wyglądała jak mechaniczna pluszowa zabawka, jakby samojed i niedźwiedź polarny doczekali się w końcu potomstwa – biała i niezwykle urocza, z wyjątkiem tego nieustannego warczenia i szczerzenia kłów. Z bliska wcale nie wyglądała na tak małą, jak mi się wydawało.
– Okazałaś się bardzo dzielna, mała wilczyco. Powinnaś być z siebie dumna – pochwaliłam ją, mając nadzieję, że zrozumie, iż trzymałam jej stronę.
Niestety moje słowa nie przyniosły żadnego skutku. Szczeniak zawarczał ponownie, a chłopiec przypominający kozła westchnął.
– Przestań, Agnes.
Miała na imię Agnes? Zapragnęłam ją przytulić i pocałować delikatnie w czoło. Może i straciłabym przy tym palec, ale to mogło okazać się tego warte.
Ona nawet nie zamierzała go słuchać, ale to nie miało znaczenia. I tak chciałam ją przytulić. Mogłabym się założyć, że to uczucie przypominałoby obejmowanie delikatnej chmurki.
Matti poprawił ułożenie chłopca w ramionach, którego w normalnych okolicznościach nie nosiłby już na rękach.
– Gotowa wracać i odprowadzić ich do domu?
Im szybciej dotrzemy na miejsce i się dowiemy, co z moją sytuacją, tym lepiej, prawda?
– Jasne – zgodziłam się.