Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

To, co zasiane - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
E-book: EPUB,
49,90 zł
Audiobook
49,90 zł
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

To, co zasiane - ebook

Najgroźniejsze rany to te, których nikt nie zauważył.

Nie każda trauma kończy się wraz z dzieciństwem. Są historie, które dojrzewają przez lata, aż w końcu upominają się o uwagę z siłą, której nie sposób zatrzymać.

Justyna Janik Videira zabiera czytelnika w mroczną podróż przez dzieciństwo naznaczone krzywdą, dorastanie w cieniu niewypowiedzianego bólu i dorosłość, w której przeszłość wciąż domaga się sprawiedliwości.

To poruszająca opowieść o konsekwencjach przemocy, o milczeniu, które rani równie mocno jak zadawane ciosy, i o ludziach, których można było ocalić, gdyby ktoś spojrzał na nich uważniej.

Mocna, przejmująca i pozostająca w pamięci historia, która przypomina, że największe tragedie często zaczynają się od obojętności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8364-220-8
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Ciemność miała fakturę smoły. Była lepka, gęsta, niemal dałoby się ją kroić nożem. Dziewczyna leżała nieruchomo na zimnej podłodze, czując, jak wilgoć wnika w ubranie i przenika aż do kości. Głowa pulsowała tępo, niby próbując przypomnieć sobie coś ważnego, coś, co urwało się w pół zdania.

Nie wiedziała, gdzie jest ani jak się tu znalazła. Ostatnim obrazem, który miała w głowie, była mokra ulica i nagłe poczucie zagrożenia. Ktoś wyrwał ją z rzeczywistości jednym gwałtownym ruchem. Potem tylko czerń. Szarpnięcie. Bezsilność.

Teraz była tutaj. W miejscu bez czasu i bez końca. Każdy dźwięk – kapanie wody, zgrzyt metalu – był jak uderzenie w serce. Powietrze cuchnęło rdzą i stęchlizną. Gdzieś w oddali słyszała cichy, przytłumiony oddech, może dwóch, może trzech osób. Nie była sama, ale to nie przynosiło ulgi. Raczej pogłębiało lęk.

Bała się poruszyć. Nie wiedziała, kto ją obserwuje, czy w pomieszczeniu jest porywacz, czy drzwi są otwarte czy zamknięte.

Czas nie płynął. Nie było punktu zaczepienia. Bez światła nie dało się odróżnić godzin od minut. Umysł próbował się bronić, przywoływał obrazy – pokoju, książek, kubka z herbatą stojącego na stole w kuchni, dłoni mamy na czole, ale wszystko to było jak z innego życia.

Leżała w bezruchu, starając się nie robić hałasu, gdy coś trzasnęło w głębi. Później usłyszała otwierane drzwi i kroki. Wtedy poczuła, jak ogarnia ją bezkresna panika…JEDEN

Deszcz zacinał w szyby, wydawało się, że chce dostać się do środka. W domu było cicho, zbyt cicho jak na piątkowy wieczór. Julia Maj siedziała w salonie, kurczowo trzymając w dłoni telefon. Ekran był czarny. Zegar wybił dwudziestą pierwszą czterdzieści dwie. Kalina powinna być w domu już ponad godzinę temu. Ponownie wybrała jej numer, ale bez skutku. Zamiast dzwonić po raz piąty, zjechała w kontaktach niżej i kliknęła w „Jagoda”.

– Halo? – odezwał się dziewczęcy głos, lekko niepewny.

– Jagoda, tu Julia, mama Kaliny. Przepraszam, że tak późno dzwonię… Kalina wracała z tobą po treningu?

– Nie… Rozstałyśmy się pod halą. Ona poszła na przystanek, a ja wracałam na rowerze. Dlaczego?

– Nie ma jej jeszcze w domu. Telefon nie odpowiada, jakby była poza zasięgiem.

Po drugiej stronie zapanowała chwila ciszy.

– Ale… to niemożliwe. Wyszła może piętnaście po siódmej.

– I była sama?

– Tak. Miałyśmy jeszcze chwilę pogadać, ale się spieszyła.

– Dziękuję, Jagoda. Gdybyś się czegoś dowiedziała, dzwoń do mnie natychmiast, dobrze?

– Tak, oczywiście.

Julia poczuła, że niepokój rozlewa się w niej jak trucizna i mrozi jej serce. To nie było do Kaliny podobne. Córka zawsze pisała, dzwoniła, informowała. A dziś – cisza. Tylko jedna wiadomość o dziewiętnastej dwanaście: „Zaraz będę”.

Jeszcze kilka godzin temu była tutaj, rozmawiały o wszystkim i o niczym. Kalina jak zwykle poprawiała włosy, przesuwając palcami po gładkich pasmach, aż wyglądały jak lśniąca tafla. Błysk musiał być idealny, żaden włos nie mógł odstawać. W tym ruchu był pewien rodzaj uporu, który mówił: to ja decyduję, jak wyglądam. Julia patrzyła na nią i po raz kolejny złapała się na tej samej myśli: „Gdzie podziała się ta mała dziewczynka z rozwichrzonymi kucykami, która kiedyś biegała po domu w za dużych skarpetach, przewracając się o każdy dywan?”. Teraz stała przed nią niemal dorosła. Nie tylko przez to, jak wyglądała, ale przede wszystkim przez to, jak potrafiła spojrzeć, krótko, pewnie, z cieniem ironii w oczach. W jednej chwili Julia widziała w niej tamtą małą dziewczynkę, a w drugiej – młodą kobietę, której nie dało się już zatrzymać.

Z rozmyślań wyrwał ją Marek, który właśnie wszedł do salonu, niosąc na rękach ich pięcioletniego syna Szymka. Chłopiec był już w piżamie, zmęczony i ziewający, z głową opartą na ramieniu ojca.

– Kalina jeszcze nie wróciła? – zapytał mąż, zerkając na zegar ustawiony na komodzie. Wskazówki nieubłaganie zbliżały się do dziesiątej.

Julia stała przy oknie z telefonem w dłoni. Odwróciła się gwałtownie, w jej oczach malował się strach, który narastał z każdą minutą.

– Nie – odparła cicho. – I zaczynam się bardzo niepokoić. Dzwoniłam do Jagody. Powiedziała, że wracały osobno. Ponoć Kalina spieszyła się do domu.

Marek westchnął i postawił Szymka na podłodze, po czym dał mu lekkiego szturchańca w plecy.

– Idź do siostry, Szymciu, dobrze?

Chłopiec, nie do końca rozumiejąc napiętą atmosferę, pomaszerował powoli w stronę pokoju Poli.

– Uspokój się. – Marek próbował załagodzić sytuację. – Może autobus się zepsuł. Albo Kalina po prostu się spóźnia. Zaraz spróbuję do niej zadzwonić.

– Dzwoniłam już ze dwadzieścia razy! – Julia podniosła głos, po czym przygryzła wargi. Ścisnęła komórkę tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. – Na pewno coś się stało. – Jej głos zadrżał. – Jadę jej szukać.

– Mam jechać z tobą? – zapytał natychmiast i sięgnął po kluczyki z półki.

– Nie. – Pokręciła głową. – Zostań z dziećmi, na wypadek gdyby Kalina wróciła… – Zawahała się. – Jeśli coś się wydarzyło, nie możemy zostawić ich samych.

Marek zbliżył się i delikatnie ujął jej dłoń.

– Spokojnie, Julcia. Może się tylko zasiedziała u kogoś albo nie ma zasięgu. Bez paniki.

Julia skinęła głową, choć tętno skoczyło jej jak szalone, dudniąc aż w skroniach. Oderwała się od okna, niemal przewracając krzesło. Drżącymi dłońmi wsunęła stopy w buty, które stały krzywo przy drzwiach, po czym narzuciła kurtkę, nie zważając na to, że zamek się zaciął. Kiedy wybiegła na zewnątrz, trzasnęła drzwiami.

Wiatr uderzył w nią z ogromną mocą. Smagał jej twarz bezlitośnie, targał włosy i szarpał poły kurtki. Liście, które przez cały dzień zalegały w kątach chodników, teraz wirowały w szaleńczym tańcu w blasku ulicznych latarni. Miasto wydawało się obce, jakby pojawiło się w nim coś nieznanego i przerażającego. Zatrzymała się na moment zdezorientowana. Dopiero wtedy zrozumiała, że nie ma planu. Nie wiedziała, gdzie zacząć. Stała na schodach przed domem, bezradna, a w jej głowie dźwięczało jedno pytanie: „Gdzie jesteś, Kalina?”.

Ruszyła w stronę przystanku, na którym córka zazwyczaj wysiadała. Kroki odbijały się głuchym echem od pustych, mokrych chodników. Przemierzała znajome ulice, teraz ciche i niepokojąco puste. Miasto zapadało w głęboki, mroczny sen. Czuła, jak niepokój narasta w niej z każdą sekundą, niczym ciężar przygniatający klatkę piersiową.

„Nie wierzę, że nam się to przytrafiło… – myślała gorączkowo. – Tyle razy ich ostrzegałam. Mówiłam: nie rozmawiajcie z obcymi, nie klikajcie w nic podejrzanego, uważajcie na siebie…” A jednak coś poszło nie tak.

Deszcz przybrał na sile. Spadał z hukiem na dachy samochodów, chlupał pod butami i ściekał z kaptura wzdłuż karku. Julia nie czuła zimna, adrenalina odcinała ją od wszystkiego poza jednym – strachem.

Światło latarni migotało niczym przestraszone. Drzewa szeleściły złowrogo.

I wtedy zobaczyła go pod wiatą przystanku. Leżał tam samotny, ledwo widoczny w półmroku. Plecak.

Podeszła wolno, jak gdyby zbliżała się do krawędzi urwiska. Wzór biało-czarnej kraty. Breloczek Hello Kitty przy zamku. Znała go zbyt dobrze. Widziała, jak Kalina zapinała go codziennie rano przed wyjściem do szkoły.

Jej serce łomotało w piersi jak szalone.

„To niemożliwe…”, przeszło Julii przez myśl, ale nie było miejsca na wątpliwości. Wzięła plecak w ręce. Był mokry i ciężki od deszczu. Zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć. Czuła, jak łzy napływają jej do oczu, nie pozwoliła im jednak wypłynąć. Jeszcze nie teraz.

– Kalina… – Zdawało się, że szepcze jakąś modlitwę. Głos jej zadrżał, ledwo słyszalny w szumie deszczu.

Nie miała już czasu na myślenie. Instynkt przejął kontrolę. Wyciągnęła telefon z kieszeni kurtki, jej palce były mokre i śliskie, ale jakoś udało jej się trafić w ekran. Wpisała 112 i przycisnęła zieloną słuchawkę.

– Proszę, odbierzcie szybko… – szepnęła, czując, że teraz liczy się każda sekunda.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij