Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

To jej szept - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2026
51,21
5121 pkt
punktów Virtualo

To jej szept - ebook

Nie każda ucieczka oznacza koniec koszmaru.

Malin zrobiła to, na co wielu kobietom brakuje sił – odeszła od przemocowego męża i postanowiła zawalczyć o siebie oraz o przyszłość swojej córki. Nowy początek, który miał być obietnicą spokoju, staje się początkiem koszmaru. Gdy pewnego dnia, podczas zabawy w parku, córeczka Malin znika, rozpoczyna się bezwzględna gra, w której stawką jest nie tylko bezpieczeństwo dziecka, ale i psychiczna wytrzymałość matki. Czy rodzic może wykorzystać własne dziecko jako narzędzie zemsty?

Edda Nord pracuje w fundacji wspierającej kobiety w najtrudniejszych momentach ich życia. Przyzwyczajona do cudzych dramatów, teraz sama mierzy się z nową rzeczywistością – jako początkująca samotna matka. Wyjazd, który miał jej pomóc odzyskać siebie, nie pozwala jednak zapomnieć o pracy.

To jej szeptjest trzecim tomem serii, której bohaterką jest Edda Nord. To trzymające w napięciu thrillery psychologiczne o mrocznych stronach relacji, o manipulacji ukrytej pod maską troski i cienkiej granicy między miłością a kontrolą.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-213-5382-1
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

SZTOKHOLM, WRZESIEŃ

Kiedy przechodzą przez ulicę, Malin trzyma Juno za rączkę. Dotyk dziecięcych paluszków napełnia ją ciepłem. Przez ostatni tydzień bardzo brakowało jej córki, tęskniła za nią tak mocno, że nie mogła się skupić na niczym innym.

Schodzą z chodnika, skręcają do parku. Choć jest dopiero połowa września, drzewa już zaczynają gubić swoje żółte liście. Juno nie może przestać rozprawiać o nowej zabawce – prezencie od Malin. To kucyk My Little Pony, którym Malin sama bawiła się jako dziecko. Dziewczynka zdążyła już stworzyć kucykowi cały wyobrażony świat: są przyjaciele, jest przyjęcie, tort malinowy i złota stajnia.

– Kocham go! – mówi Juno, a Malin ściska z czułością jej małą rączkę.

Plac zabaw jest zupełnie pusty. Na jeden ze stołów piknikowych Malin wykłada przyniesiony w plecaku podwieczorek: kawę, gorącą czekoladę, kanapki i bułeczki cynamonowe. Wyciąga telefon i robi zdjęcie. Córeczka z pełną buzią uśmiecha się do aparatu.

Juno je tylko troszkę i zaraz biegnie na huśtawki. Malin ze śmiechem goni za nią, pomaga jej się wspiąć i rozbujać.

– Szybciej! Wyżej! – piszczy Juno.

W pogodzie zapowiadali deszcz, ale póki co nie pada. Ciężkie, ciemnoszare chmury majaczą na horyzoncie dobry kawałek stąd. Kilka opadłych kolorowych liści poderwanych podmuchem wiatru wiruje nad ziemią.

Malin zerka na zegarek. Czemu czas płynie tak szybko? Zostały im jeszcze tylko trzy godziny. Próbuje cieszyć się wspólnym czasem, ale trudno jej przestać myśleć o tym, że ten zaraz dobiegnie końca.

– Pogramy w klasy? – pyta Malin.

Juno schodzi z huśtawki i w podskokach biegnie do namalowanych na asfalcie linii. Tuż obok, w ubytku w asfalcie, zebrała się spora kałuża. Juno już chce do niej wskoczyć, ale zatrzymuje się i niepewnie zerka na Malin.

– Mogę pochlapać? – pyta, a Malin aż coś ściska się w piersi. Czy jakiekolwiek inne dziecko zatrzymałoby się i z niepokojem spytało, czy może pobawić się w kałuży?

– Jasne! Przecież masz kalosze! – odpowiada i sama wskakuje do kałuży. Woda rozpryskuje się wysoko na nogawki, ale Malin tylko się śmieje.

– Jak Świnka Peppa! – cieszy się Juno i wskakuje obiema nóżkami w najgłębsze miejsce kałuży.

Malin podskakuje jeszcze raz. Ma fatalną kondycję. Za nią dopiero trzydzieści trzy lata życia, ale ciało już jest zniszczone. Dobrze wie, czego to skutek, ale nie ma siły o tym myśleć. Teraz chce po prostu spędzić czas z Juno.

Z leżącego na stole plecaka dochodzi dźwięk telefonu.

– Zaczekaj chwilkę, zaraz wracam – mówi Malin i drobnym krokiem podbiega do telefonu. Ma nadzieję, że to nie opieka społeczna.

Kiedy dopada do plecaka, telefon już nie dzwoni, a na wyświetlaczu pojawia się napis: „Nieodebrane połączenie: nieznany numer”. Wsadza telefon do kieszeni i odwraca się do Juno.

Ale Juno nie ma.

– Juno? – nawołuje Malin w stronę parku. Poza niską ścianką wspinaczkową i łodzią do zabawy jest tu głównie pusty trawnik. Malin omiata wzrokiem plac zabaw, biegnie na drugą stronę, znów woła.

Przez pierwsze minuty nie jest szczególnie zaniepokojona. Córka powinna zaraz się znaleźć. Przecież odwróciła głowę tylko na moment, Juno nie mogła zajść daleko. Ale wraz z upływem czasu ogarnia ją coraz większa panika.

Szuka pod ścianką wspinaczkową, za krzakami, przy huśtawkach. Raz za razem nawołuje imię córki, coraz głośniej i głośniej.

Wiatr przybiera na sile. Liście szeleszczą na drzewach. Trochę dalej w parku znajduje się płytka sadzawka. Malin biegnie tam przerażona. Może Juno tam wpadła i leży teraz poturbowana, bez świadomości, na dnie?

Ale w sadzawce również jest pusto. Tak jak w całym parku.

To musi być ON, myśli Malin. On musiał ją zabrać.

Właśnie zaczyna padać. Malin zatrzymuje się, zdyszana, i woła imię córki.2.

SZTOKHOLM, GRUDZIEŃ

Edda wchodzi do terminalu piątego na lotnisku Arlanda i z walizką w ręce zatrzymuje się na środku. Jest piąta rano, nie pospała wiele. Nie mogła zasnąć, a przez kolejne kilka godzin co chwilę się budziła.

„W co ja się, do cholery, wpakowałam?” było pierwszym, co przyszło jej do głowy, gdy godzinę temu zadzwonił jej budzik.

Edda pierwszy raz podróżuje sama. Kiedy tego lata rezerwowała bilety na tę wycieczkę, planowała wyjechać tylko na parę dni przed świętami Bożego Narodzenia, na przedłużony weekend na plaży. To miała być tylko niewielka przygoda, ale kiedy się okazało, że Rasmus chce zabrać ich córkę na święta w Alpy, Edda szybko przebukowała podróż. Ostatnie, czego teraz chciała, to przez dwa tygodnie kisić się w domu w pierwsze święta, których nie spędzi razem z Ilse.

Ale teraz jest kompletnie spanikowana.

Dwa tygodnie. Zupełnie sama. Unieruchomiona na wyspie na północnym Atlantyku. Nikogo, do kogo można by się zwrócić i kto mógłby odwrócić jej uwagę od narastającego niepokoju i wirujących w głowie myśli.

Hala odlotów jest pełna ludzi, którzy tak samo jak ona zepchnęli swój wstyd przed lataniem¹ na tył głowy. Przepychając się bliżej pod tablicę informacyjną, wmawia sobie, że wykorzysta teraz swój przydział dwutlenku węgla, zaoszczędzony przez te wszystkie lata, kiedy nigdzie nie wyjeżdżała.

Na tablicy widnieje napis „Gate 4”, więc Edda podchodzi do stanowiska, żeby nadać bagaż. Stękając, ładuje walizkę na taśmę. Jest tak ciężka, że ledwie mieści się w dopuszczalnej wadze. Edda cieszy się w duchu, że dwie najgrubsze książki włożyła do bagażu podręcznego.

W kolejce do kontroli bezpieczeństwa próbuje sobie przypomnieć, co w zasadzie spakowała wczoraj wieczorem. Kostium kąpielowy – miejmy nadzieję. Kilka letnich sukienek, szorty i T-shirty, ciepły sweter na wieczór. Sporą garść sportowej bielizny – żadnego jedwabiu i koronek. Nie ma dla kogo się stroić, a ostatnio najbardziej ceni sobie komfort. Wybranie butów przekroczyło jej możliwości – włożyła do walizki chyba z pięć, może sześć par. Nie jest za to pewna, czy spakowała kosmetyczkę. Miała taką nerwówkę, że podczas pakowania głównie krążyła po mieszkaniu, zakręcona jak słoik.

Decyzja o wyjeździe na dwa tygodnie zupełnie samej może była trochę impulsywna, ale przecież ona zawsze działa spontanicznie. Teraz, kładąc plecak na taśmie i przechodząc przez bramkę przy kontroli bezpieczeństwa, żałuje, że nie ma z nią Sanny albo Bei. Żadna nie chciała zostawiać rodziny na święta. Sanna była trochę zawiedziona, że Edda nie chciała spędzić Bożego Narodzenia u niej, ale za to Bea szczerze zachęcała ją do wyjazdu.

– _Good for you_ – powiedziała Bea. – Naprawdę dobrze ci to zrobi.

Tak też wtedy myślała. Odrobina przygody. Trochę czasu dla siebie, odpoczynku. Okazja, żeby w końcu złapać oddech po rozstaniu, przetrawić jakoś ten chaotyczny rok i wypłakać to, co zostało po związku z Rasmusem. Ale teraz wcale nie ma wrażenia, żeby to miało jej pomóc.

Nigdy wcześniej nie zostawiała Ilse na dłużej niż tydzień. Ma nadzieję, że będzie na tyle zajęta podróżą, że tęsknota za córką nie pochłonie jej całkowicie. W najgorszych momentach boi się, że Ilse zupełnie o niej zapomni. Chociaż wie, że to irracjonalne, umówiła się z Rasmusem, że będą do siebie dzwonić z włączoną kamerką każdego wieczora.

Wie też, że dla Ilse to świetny wyjazd. Edda nie mogła odmówić, kiedy rodzice Rasmusa zaprosili małą do swojego domu w Chamonix. Ilse uwielbia śnieg – zaczęła jeździć na nartach, gdy miała ledwie rok. Piszcząc ze śmiechu, stawała między nogami Rasmusa i razem zjeżdżali z dziecięcej górki w Åre.

A teraz Ilse zaraz skończy trzy lata. Jutro po raz pierwszy będzie leciała samolotem. Edda chciałaby siedzieć obok niej, trzymać ją za rękę przy starcie, patrzeć na chmury i pola przypominające z góry patchworkową narzutę. Ale to Rasmus będzie dzielił z nią ten moment – Rasmus i jego nowa dziewczyna, Venke.

– Buty też – rzuca opryskliwie strażniczka przy bramce. Edda posłusznie zdejmuje adidasy i wkłada je do pojemnika na taśmie.

– Jakieś płyny? – pyta kobieta, a Edda zaprzecza ruchem głowy. Strażniczka spogląda znacząco na nieotwartą butelkę wody, którą Edda trzyma w dłoni.

– Sorry – mówi Edda i wyrzuca butelkę do kosza na śmieci. Już ma na końcu języka, że zapomniała jeszcze wyjąć bombę z walizki, ale w porę się powstrzymuje. Strażniczka nie wygląda, jakby miała poczucie humoru.

Edda odbiera swój plecak i z powrotem wkłada kurtkę. Patrzy na hordy ludzi w lotniskowych restauracjach i na bezcłówce. W większości to pary albo grupy znajomych. Wszyscy inni samotni pasażerowie to raczej biznesmeni w garniturach i z aktówkami w dłoniach.

Przy wejściu do kawiarni, ciasno objęta, stoi jakaś para. Całują się namiętnie, zupełnie bez żenady, mimo że Edda przechodzi niedalej niż metr od nich.

– Przepraszam – mówi, przeciskając się koło nich do lodówki po nową butelkę wody. Para odrywa się od siebie i patrzy na nią zdezorientowana.

Po raz pierwszy w życiu rozumie tych ludzi, którzy o wpół do piątej rano zamawiają duże piwo, bo „w końcu są na wakacjach”. Sama nie zjadła jeszcze śniadania, a już ma nieziemską ochotę na kieliszek wina. Może gdyby wzięła croissanta z brie i kieliszek prosecco, to mogłaby udawać, że robi to dla przyjemności, a nie dlatego, że ma kryzys?

Z drugiej strony po wydarzeniach ostatniego lata obiecała sobie przystopować z alkoholem. Sprawia tylko, że Edda czuje się jeszcze gorzej. Mimo że wydawało jej się, że skoro całą jesień przepracowywała rozstanie, to musi być z nią już całkiem nieźle, czasami fala paniki nadal zalewała ją z szokującą wprost siłą.

Wprawdzie to nie ona odeszła, ale kiedy najgorszy sztorm emocjonalny już się uciszył, dotarło do niej, że Rasmus wcale nie był dla niej odpowiedni. Mimo to czuje żal, że jej marzenie o stworzeniu rodziny legło w gruzach. Ma nadzieję, że któregoś dnia obudzi się bez tego znajomego ucisku w żołądku, że jej życie znów nabierze kolorów, a ta ciemna mgła, która zaległa pomiędzy nią a światem, wreszcie zniknie.

Musi na chwilę się odsunąć, żeby zyskać nową perspektywę i zacząć swoje życie od nowa. A przynajmniej tak sobie wmawiała do tej pory, choć teraz nie jest już taka pewna.

Bez Ilse, bez Bei, bez Sanny i koleżanek z pracy w fundacji. Jak ona sobie poradzi? Przecież trudno jej wytrzymać choćby jeden wieczór we własnym towarzystwie.

Edda z pośpiechem wchodzi do toalety i znajduje wolną kabinę. Wciska się do niej z plecakiem i siada na klapie od sedesu. Próbuje powstrzymać hiperwentylację i się uspokoić. W końcu panika ustępuje i Edda bierze kilka głębokich oddechów.

„Ogarnij się” – myśli. „Masz wypoczywać. Basen, dobre jedzenie, słońce. Na tym się skup”.

Klepie się po policzkach, otwiera drzwi, znajduje wolną umywalkę i myje ręce. Napotyka własne spojrzenie w lustrze.

– Dasz radę – szepcze sama do siebie.

Jakaś kobieta w kolejce do toalety rzuca jej pełne współczucia spojrzenie. Edda pośpiesznie wychodzi z płonącymi policzkami.3.

SZTOKHOLM, WRZESIEŃ

Malin woła córkę, dopóki zupełnie nie ochrypnie. Ale Juno nie odpowiada. Podbiega do mężczyzny idącego ścieżką rowerową.

– Nie widział pan gdzieś małej dziewczynki? – pyta. – Ciemne włosy, pięć lat. Miała ciemnozieloną kurtkę.

Mężczyzna wpatruje się w nią i do Malin dociera, że jej przerażenie go odstrasza. Zostawia ją, odchodząc w kierunku centrum Högdalen.

Malin dalej przeszukuje park, sprawdza znów te same miejsca, mając nadzieję, że Juno nagle magicznie się tam zjawi. Niczego bardziej nie pragnie, niż żeby Juno nagle pojawiła się na huśtawce, na której jeszcze przed chwilą siedziała, wołając: „Nabrałam cię!”.

Ale nic takiego się nie dzieje.

Kobieta z wózkiem zatrzymuje się nieopodal miejsca do grillowania i poprawia osłonę przeciwdeszczową na wózku. Teraz pada już całkiem solidnie, ale do Malin ledwie to dociera. Biegnie i łapie kobietę za ramię.

– Widziała pani małą dziewczynkę w ciemnozielonej kurteczce? Ma na imię Juno.

Kobieta zsuwa kaptur płaszcza przeciwdeszczowego i się rozgląda.

– Uciekła?

Dziecko w wózku podnosi wzrok na Malin. Chłopczyk nie może mieć więcej niż rok. Ma wielkie, okrągłe oczy i małe usteczka. Jego broda jest cała obśliniona.

– Ktoś ją zabrał – odpowiada Malin.

Kobieta blednie.

– O Boże. Ile ma lat? I od jakiego czasu jej nie ma?

Oddech Malin jest krótki i urywany.

– Pięć lat. I nie wiem, może z dziesięć minut.

Chłopiec zaczyna narzekać, mama podaje mu mus w tubce – truskawka i banan. Juno też je uwielbiała, kiedy była malutka.

– Dzwoniła pani na policję? – pyta nieznajoma.

Malin wyjmuje z kieszeni telefon i wybiera 112. Ma wrażenie, że czekanie trwa w nieskończoność. Gdy wreszcie łączy się z centralą, trudno jej cokolwiek wydusić.

– Moja córka została porwana!

Siada na ławce przy piknikowym stole. Deszcz przesiąka przez materiał spodni, ale Malin nie wstaje. Boi się, że zemdleje, jeśli spróbuje się podnieść. Świat wokół niej nie przestaje wirować.

– Jak to się stało? – pyta dyspozytorka.

– Byłyśmy tylko na placu zabaw – mówi Malin. – Ale teraz jej nie ma. Moje dziecko zniknęło!

Ma świadomość, że to się dzieje naprawdę, ale wszystko jest tak nierzeczywiste, że wydaje jej się, że śni.

Dyspozytorka zadaje pytania: ile Juno ma lat, jak długo jej nie ma... Malin jękliwie odpowiada.

– Gdzie pani teraz jest?

– Na placu zabaw przy centrum Högdalen. Nie wiem, jak się nazywa! – Jej głos przechodzi w falset.

– Ma pani telefon z GPS-em?

Drżącymi dłońmi Malin otwiera mapy i podaje adres.

– Wysyłamy patrol, w pobliżu jest radiowóz – mówi kobieta po drugiej stronie.

Malin się rozłącza, czując, że cała się trzęsie.

W czasie jej rozmowy z dyspozytorką kobieta z wózkiem zdążyła zatrzymać kilku przechodniów. Malin nie jest w stanie opowiedzieć, co się stało, ale tamta już im wszystko wyjaśniła.

– Ma pani jakieś zdjęcie córeczki? – pyta.

Malin wyciąga fotografię Juno, którą zrobiła chwilę wcześniej, gdy jadły razem podwieczorek. Siedziały przy tym samym stole, przy którym Malin siedzi teraz sama. Czuje obezwładniającą pustkę, choć od zniknięcia córki minęła zaledwie chwila.

Pokazuje zdjęcie wszystkim, którzy się zatrzymali, aby pomóc w poszukiwaniach.

– To było dosłownie kilka minut temu – mówi tak cicho, że muszą się pochylić, żeby ją usłyszeć. Kobieta z wózkiem kładzie dłoń na jej ramieniu.

– Ja i ta pani zrobimy kółko dookoła parku, zechcą państwo spojrzeć na ten obszar tutaj? – Zatacza krąg ręką.

Malin chciałaby wyrazić, jak bardzo jest jej wdzięczna za pomoc, ale nie może wydusić ani słowa.

Już wkrótce niewielka grupa ludzi krąży po parku i nawołuje Juno. Kilkoro znika w zagajniku po drugiej stronie parku.

Starsze małżeństwo, każde ze swoim czerwonym parasolem, idzie do centrum Högdalen sprawdzić, czy Juno nie pobiegła do sklepu z zabawkami, a dwudziestoparoletni chłopak dzwoni do drzwi domów wokół parku.

Malin raz za razem dzwoni do ojca Juno, ale bez skutku.

Kiedy radiowóz wjeżdża na trawnik, Malin biegnie naprzeciw i dopada do policjantów wysiadających z auta.

– To pani córka zaginęła? – pyta policjant, zerkając w niebo. Deszcz się nasila, więc otwiera drzwi samochodu, żeby Malin mogła usiąść na tylnym siedzeniu na czas rozmowy.

Malin powtarza wszystko, co już mówiła przez telefon: jej córka ma na imię Juno, ma pięć lat, ciemne włosy do ramion, była ubrana w dżinsy i zieloną kurtkę.

– A o której mniej więcej zniknęła?

Malin nie ma pojęcia, ile minęło czasu. To mogły być minuty albo całe godziny. Wtedy przypomina sobie, że ktoś do niej dzwonił, i zerka na telefon.

– Zniknęła w momencie, kiedy pobiegłam odebrać telefon. To było czterdzieści pięć minut temu.

Policjant patrzy na nią uważnie.

– A więc zostawiła ją pani bez opieki?

– Maksymalnie na pół minuty – odpowiada Malin z drżeniem. – On pewnie do mnie zadzwonił, żeby odwrócić moją uwagę od dziecka. To pewnie część planu.

Policjanci spoglądają na siebie.

– On ją porwał.

Kiedy Malin wypowiada te słowa, modli się w duchu, żeby istniało jakieś inne wytłumaczenie, że Juno po prostu odeszła na chwilę, ale jest w okolicy.

Rozlega się trzask krótkofalówki. Malin ciągnie dalej:

– Musicie się pospieszyć. Boję się, że on coś jej zrobi. Musicie ją zaraz znaleźć.

Policjant odchyla się do tyłu z przedniego siedzenia i kładzie dłoń na kolanie Malin. Ten gest miał ją zapewne uspokoić, ale sprawił tylko, że zaczęła ją ogarniać coraz większa panika.

– Mówi pani, że ktoś ją porwał?

– Arvid. Mój były. Ojciec Juno.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij