Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

To przez nich stałem się mordercą - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 sierpnia 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

To przez nich stałem się mordercą - ebook

To historia człowieka, który zabija kobiety, ale prawdziwym potworem był jego ojciec. Wychowany w cieniu tyrana nie potrafi uciec przed przeszłością, która zmienia mężczyznę w mordercę kobiet. Zabójca działa profesjonalnie i z niewiarygodnym okrucieństwem. Miejscem, gdzie dokonuje okrutnych zbrodni jest mała wyspa, znajdująca się na jeziorze w środku lasu. Morderca nie zostawia po sobie żadnych śladów i jest nieuchwytny. Czy policji uda się powstrzymać mordercę?

18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-138-5
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Lato 2020 roku dało się mieszkańcom małej wsi Rogwel porządnie we znaki. Wiatr wiał tak mocno, że łamał konary drzew, a nawet przewracał drzewa korzeniami do góry. Stare albo prowizoryczne budynki pozbawiane były dachów, ogrodzenia budynków i zagród wykonane ze słabego materiału też ulegały zniszczeniu. Deszcz lał jak z cebra przez cały tydzień, ludzie prawie nie wychodzili z domów. Straż pożarną ciągle wzywano do usuwania wiatrołomów, wypompowywania wody z posesji i do wypadków drogowych. Pogotowie energetyczne działało przy naprawie zerwanych linii. Cały tydzień było słychać alarmy syreny wołającej o pomoc. Wieczorem nikogo nie było widać na ulicach małej miejscowości, nawet jeże, myszy i inne zwierzęta skryły się w zaroślach i krzakach, a żmije wpełzły głęboko do jam pod ziemią.

Mało kto wychodził, ale tej nocy parę minut przed dwunastą z domu wybiegła Eliza, żona hydraulika seksoholika, który męczył ją co noc w sypialni.

Tej nocy kobieta nie wytrzymała — mimo pogody wydostała się z domu w samej koszuli nocnej. Nie czuła zimna, deszczu, strachu. Czuła złość, upokorzenie — te wszystkie zboczone pozycje, na które musiała się godzić, to, co z nią wyprawiał, przerosło jej umysł i ciało. Wybiegła na ulicę i szła przed siebie, a jej czarne, długie włosy posklejały się od deszczu. Wiatr rozwiewał je na różne strony, ale mimo strasznej pogody podążała główną ulicą wsi.

Po przejściu czterystu metrów kobieta poczuła, że jest jej zimno, i postanowiła zawrócić. Trochę ochłonęła, ciało zaczęło się trząść, oczy bolały ją od deszczu i wiatru, a gołe stopy drętwiały. Gdy chciała zawrócić, ujrzała w oddali mężczyznę — stał na środku drogi, lampa ledwo oświetlała dziwną postać. Kobieta przetarła oczy mokre od łez i deszczu i przyglądała się nieznajomemu. Zegar na kościele wybił godzinę dwunastą i wtedy jakby zrobiło się jaśniej. Mężczyzna ciągle stał na środku drogi, na głowie miał wielki, czarny kapelusz. Dziwny człowiek ubrany był w czarny, długi płaszcz, na nogach miał czarne buty długie po kolana. Stał i przyglądał się kobiecie, która znieruchomiała ze strachu.

Zawył jak pies i ruszył w pogoń za nieznajomą. Eliza oprzytomniała i zaczęła uciekać, skręciła w zaułek, zaczepiła o kamień i upadła. Szybko się podniosła, wpadła rozpędzona do ogródka, potem biegła ścieżką przez podwórko do swojego domu i szybko zamknęła za sobą drzwi.

DRUGIE ZAGINIĘCIE LENY

Ceglany dom, w którym mieszkała Lena, miał w sobie coś szczególnego i przyciągał uwagę. Stare okna, pomalowane białą farbą olejną, były masywne i trzymały się stabilnie w murach. Ten dom wybudował dwieście lat temu człowiek o nieznanym pochodzeniu, posługując się czerwoną cegłą, która teraz porosła zielonym mchem. Dach pokrywała stara dachówka, wypłowiała od słońca, a komin ledwo się trzymał podstawy strzechy, widać było pęknięcia i odpadające cegły, nawet z daleka. Drzwi wejściowe okazywały się niewielkie, z ledwością można było się przez nie przecisnąć, pokonując mały schodek przed nimi. Tuż obok domu, z lewej strony, to jest od południa, znajdował się sad, w którym rosły trzy jabłonie porośnięte wysoką trawą i dziką różą. Drzewa nigdy nie owocowały. Była to odmiana nieznana właścicielce, która nawet nigdy nie próbowała się tym zainteresować. Dębowe ogrodzenie pomalowane zieloną farbą jeszcze się trzymało.

Podwórze było wielkie, wyłożone dużymi kamieniami przylegającymi blisko do siebie, tworzącymi przyjemny widok.

Niedaleko rósł stary las. Drzewa swoim pięknem wprawiały w osłupienie. Przy sprzyjającej pogodzie drzewa delikatnie drżały, a liście cichutko szumiały i potrafiły uspokoić nawet rozszalałego wilka. Z przyjściem silnego zimna płakały, żaląc się sąsiadom.

W dole, przy drodze, tuż przy lesie, znajdowało się bagno w kształcie trójkąta przyozdobionego zieloną rzęsą, w której roiło się od skrzeczących żab. Po bokach zbiornika rosły wielkie paprocie, skrywało się tam mnóstwo różnokolorowych ślimaków. Gdyby ktoś chciał umyć dłonie w tym bajorku i przytrzymał je tam przez chwilę, momentalnie przyciągnie pijawki. Przy tym pięknym, bagnistym miejscu roiło się od turkuci podjadków, które miały tu swoje królestwo i rządziły roślinami. W słoneczne dni wychodziły ze swoich podmokłych schronów i wygrzewały się w słońcu. Niektóre były olbrzymie, mierzyły nawet kilkanaście centymetrów, a ich ohydny wygląd odstraszał ludzkie oczy. Każdy, kto spotkał to stworzenie, omijał je szerokim łukiem, chociaż było niegroźne.

Leny nie cieszył już widok łąk ze ścieżkami wydeptanymi przez dzieci bawiące się w chowanego i kryjące się wśród długiej trawy i kwiatów polnych ani wielki dąb, który rósł na wzgórzu i pod którym spotykały się zakochane pary.

Nie spoglądała już w tamtą stronę, nie chciała patrzeć na las, na łąki i pagórki ani na piękno, które ją otacza… i na te roześmiane dzieciaki. Tak naprawdę to już nic jej nie cieszyło.

Przygnębienie dopadało ją coraz częściej, traciła sens życia. Kobietę nawiedzały ciągle te same sny, w których widziała martwe, śmierdzące już, zgniłe kobiety, widziała w tych nocnych koszmarach swoją mękę od porwania do ucieczki.

Wszystkie jego wypowiadane słowa, zadawane rany, wszystko to, co się wokół niej działo, to, jak cierpiała — widziała to co noc w swoich koszmarnych snach.

Oblana zimnym potem, wzięła głęboki wdech i usiadła na krawędzi łóżka. Przejechała rękoma po nogach i wyczuła mokrą, ale przyjemną w dotyku czarną koszulę, która osłaniała jej ciało. Miała omamy. Spoglądała na kołdrę i widziała, jak morderca w czarnym płaszczu podchodzi i unosi ją, następnie zdejmuje płaszcz i kładzie się koło niej, otula ją delikatnie swoim płaszczem. Kobieta zamykała i otwierała oczy, a on znów się pojawiał i znikał. Ponownie zamknęła powieki, po chwili otworzyła — i już go nie było. Wiedziała, że ma zwidy, ale nie chciała skorzystać z pomocy żadnego lekarza.

Wyszła z pokoju i poszła prosto do łazienki, spojrzała w lusterko: jej oczy były zmęczone, powieki — spuchnięte, blizny na twarzy były bardziej wyraziste po nocy niż w dzień. Codziennie z samego rana maskowała je pudrem, by nie rzucały się w oczy aż tak bardzo, ale i tak było je widać.

Tym razem nie pojawił się w lustrze. Spoglądała, a nadal go nie było, odkręciła korek z wodą, szybko przemyła twarz i poszła do kuchni zrobić sobie śniadanie. Zaparzyła kawę, posmarowała kromkę chleba masłem, otworzyła serek i z ledwością przełykała swój pierwszy poranny posiłek.

Lena nigdy nie rozstawała się z czarną odzieżą, ciągle miała na sobie ubrania w tym kolorze, bluzki nosiła z długimi rękawami, bo pod nimi chowała okaleczoną dłoń… Długie spodnie maskowały jej okaleczone nogi, buty też nosiła czarne.

O tym, co spotkało Lenę, o tym, co przeżyła przez dwa miesiące uwięzienia, wiedzą tylko ona i nieżyjący już zwyrodnialec morderca.

Minęło tyle lat, a ona ciągle żyje tą historią, która ją prześladuje. Ten strach dopada ją w każdym zakamarku jej domu, na ulicy, w parku czy w sklepie. Nie ma chyba takiej chwili, kiedy byłaby sobą. Jej oczy są smutne, nie są takie jak kiedyś — błyszczące i lśniące, kryją w sobie przerażenie. Jej cera stała się szara, a włosy z lśniących zmieniły się w matowe. Tylko jej figura pozostała taka sama, dalej jest szczupłą i zgrabną kobietą. Z tej piękności uszły jednak zdrowie i życie, a zgotował jej to ten bydlak.

Dopiła kawę i opuściła swój dom, nie oglądając się za siebie. Teraz nie jechała rowerem — szła pieszo. Zatrzymała się na chwilę, widząc żuka leżącego na plecach. Przewróciła go małym patyczkiem na brzuch, a on umknął, szczęśliwy, w trawie. Zawsze pomagała im, gdy wiedziała je w takiej sytuacji — wiedziała, że nie poradzą sobie same.

Nie wiedziała, dokąd idzie. Słyszała, jak ktoś ją woła, więc podążała ku jego głosowi. Dotarła nad jezioro i pomału wchodziła do wody, gdzie czekał na nią Igor. Szła coraz dalej i dalej, aż zniknęła w ciemnej toni.

Kobiety nigdy nie odnaleziono.

PIERWSZE ZAGINIĘCIE LENY

28 września 2020 roku Lena jak zwykle wstała wczesnym rankiem — to był jej ostatni dzień urlopu i chciała go wykorzystać na maksa. Szybko zabrała się za sprzątanie, umyła podłogi, przemyła zlewy, wannę i sedes, niedbale wywiesiła pranie na połamanej suszarce (zawsze powtarzała, że trzeba kupić nową, ale żal jej było rozstawać się z metalowym prezentem, który dostała od męża).

Zupa już była gotowa, ale jak zwykle niestarannie doprawiona — zawsze w domowej szafce brakowało jak nie soli, to pieprzu czy majeranku. O godzinie dziewiątej wszystko miała już zrobione i, szczęśliwa, zaczęła przygotowywać się do swojej rowerowej wyprawy.

Zaparzyła kawę w termosie i włożyła ją do jednej z kieszeni plecaka, do drugiej schowała baton, kanapkę i sok w kartonowym opakowaniu.

— Gdzie są moje dresy, gdzie je znów wsadziłam? — mruczała sama do siebie.

Nigdy nie trzymała porządku w szafkach z odzieżą, nie lubiła układać rzeczy w kostkę, a co dopiero mówić o prasowaniu… Denerwowało ją to. Wrzucała łachy, jak popadnie, popychając je nogą.

Znalazła długą bluzę i spodnie (wymiętolone jak stara gazeta) na drugiej półce swojej nowej komody.

Szybko wskoczyła w strój sportowy, wcisnęła szare adidasy na nogi i, zabrawszy ekwipunek na plecy, pobiegła pędem do piwnicy po rower. Wsiadła na swój pojazd i popędziła jak błyskawica, kręcąc pedałami ile sił w nogach.

TEGO SAMEGO DNIA WIECZOREM

— Znów pojechała na tę swoją wyprawę, jak zwykle nie powiedziała gdzie, dodzwonić się nie mogę, pewnie w tym cholernym lesie nie ma zasięgu. Niech tylko wróci, to już ja jej powiem do słuchu — mruczał sam do siebie Marek, mąż Leny.

Dzwonił i dzwonił i nic, zero jakiegokolwiek sygnału w telefonie, a co tu mówić, żeby oddzwoniła… Dochodziła godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści.

— To niemożliwe, zawsze wracała przed dziewiątą, musiało się coś stać.

Po niedługiej chwili udał się w poszukiwaniu Leny. Objeżdżał wszystkie miejsca, które odwiedzała, ale bez skutku.

ZAGINIĘCIE

Zaginęła kobieta lat czterdzieści siedem. Szukają ją wszyscy jej znajomi, straż, policja wojsko — nikt nic nie słyszał i nie widział, jakby rozpłynęła się w powietrzu czy zapadła pod ziemię.

Komendant policji Tomasz Pręga stał i palił papierosa z posterunkowym Pawłem, na którego wszyscy wołali Trawa. Przełożony był zmęczony i wściekły, że zaginęła następna kobieta i nie mieli żadnego tropu. Już nie mówił normalnie, tylko darł się i spoglądał spod byka na Trawę.

Trawa stał pokornie i przytakiwał, nie chciał wypowiadać się w tej sprawie i jeszcze bardziej go denerwować.

Śledczy Filip zwany Pikot i Wiktor zwany Śliski pracowali nad zaginięciami. Niestety nie mogli ustalić nic konkretnego, bo nikt nic nie wiedział i nie słyszał, a prowadzili już dwie podobne sprawy. Wawrzynowa zaginęła trzy miesiące temu, jakby zapadła się pod ziemię, nie odnaleziono jej do tej pory. Poszukiwania Leny trwały ponad tydzień i też nic. Przeszukano po parę razy pobliskie lasy, jeziora, łąki i bagna — bez rezultatu.

Tylko mała, grząska wysepka wołała swoim bagnistym szumem. Nikt nigdy nie odważył się postawić na niej nawet jednej nogi, żeby nie stracić życia w moczarach. Przyzywała, ale nikt nie złowił jej błagalnych odgłosów, a jeśli nawet, to i tak nic nie zrozumiał.1

Porwanie

Tego dnia Lena pojechała nad jeziorko Czarne, które znajdowało się w środku lasu. To było jej miejsce, mało kto tam zaglądał, gdyż krążyły o nim złe legendy. Ale kobieta nie bała się zmarłych dzieci spoczywających rzekomo w jeziorze, na dnie, w ciemności… Jako mała dziewczynka często wymykała się z domu do lasu, więc wiedziała, gdzie się znajduje lisia góra, znała każdą norę jenotów, wszystkie bagna, gdzie rosną największe owoce i grzyby, i te straszne żwirownie z ludzkimi czaszkami. Wszystkie drogi główne i boczne miała w jednym palcu, dotarłaby w każdy punkt z zamkniętymi oczami. Czuła się tam jak w raju, wolna i szczęśliwa jak nigdzie.

Unikała tylko jednej części lasu — z lewej strony łąki, rosły tam wysokie sosny. Starała się nie spoglądać w tym kierunku. Na jednym z tych drzew stracił życie jej kolega. Nie widziała jego ciała, nie była tam, gdy go znaleźli. Na drugi dzień poszła, żeby zapalić znicz, i wtedy poczuła zimną dłoń, która głaskała jej ramię… a przynajmniej chyba się jej tak wydawało ze strachu. Jej ciało oblało się zimnym potem i czym prędzej uciekła. Sama nie wie, czemu poszła tam bez żadnego towarzysza, była odważna, ale wtedy, w ten wietrzny dzień, jej bohaterstwo osłabło… A znicz ktoś później zapalił, jak podsłuchała na pogrzebie.

Tego dnia kobieta siedziała nad brzegiem jeziora i wpatrywała się w promienie słońca odbijające się od tafli wody, podziwiała ryby i zaskrońce podpływające pod brzeg, przy którym siedziała. Jej uwagę skradły jednak bobry grające w chowanego pod wodą. Bawił ją widok futrzanych zwierząt. Gdy siedziała i popijała kawę z plastikowego kubka, poczuła dziwny powiew wiatru, lodowate zimno na plecach… Usłyszała jakieś sapanie — to dziwne uczucie sprawiło, że jej ciało zesztywniało i zamarła ze strachu.

Obróciła się przez ramię — za jej plecami stał mężczyzna, wysoki, nawet przystojny, o ładnej i szczupłej twarzy, z lekkim zarostem. Przyglądał się kobiecie. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że on pragnie jej cierpienia, jej krwi, zmasakrowanego ciała i znęcania się w nieskończoność.

Lena zerwała się na równe nogi, kubek z całą zawartością runął na ziemię porośniętą mchem. Chciała uciec, ale nie zdążyła, bo powalił ją kopniak potężnego i masywnego buta. Krew tak trysnęła, że zalała jej twarz.

— Nie ruszaj się, szmato! Masz tu leżeć, bo cię zabiję! — I pokazał ręką na nóż przypięty do cholewy buta pod skórzanym przykryciem kabury. — Dawaj telefon, suko! — krzyknął.

Kobieta wyjęła urządzenie z kieszeni i podała je mężczyźnie.

W tym czasie on podniósł też kubek i termos, wetknął je do jej plecaka, przewiązał paskami tornistra kierownicę roweru i z rozmachem rzucił pojazd w głąb jeziora. Z telefonu wyjął baterię i schował wraz z urządzeniem do kieszeni swojego płaszcza.

Kobieta z przerażeniem pożegnała wzrokiem swojego dwukołowego przyjaciela.

— Wstawaj, znajdo, bo jeszcze ktoś nadejdzie.

Szarpał Leną jak szmatą do podłogi, pluł na jej zakrwawioną twarz. Dopiero teraz dostrzegła jego ciemnozielone oczy, które patrzyły na nią z pogardą. Jego zęby były wielkie i białe, twarz ładna, lecz ponura. Na sobie miał długi, czarny płaszcz, a na głowie duży, ciemny kapelusz. Jego buty sięgały po kolana, chyba skórzane, z klamrą na boku. Szarpał i kopał ją, gdzie popadnie, aż zemdlała.

Gdy Lena się ocknęła, nie wiedziała, co się stało. Nagle zrozumiała, że ma do czynienia z niebezpiecznym, nienormalnym człowiekiem. Do jej ucha docierały szepty jakiejś kobiety, która mówiła:

— Już po tobie, zginiesz jak ja.

Lena nie widziała, czy jej się wydaje, czy naprawdę ktoś do niej mówi.

— Wstawaj, zeszmaciała padlino! — Krzyczał tak głośno, aż że ptaki zamilkły, wydawało jej się, że wiatr zaczął mocniej wiać, wydawało się, że słyszy jakieś głosy w oddali, wołające „Tu jesteśmy, musisz nas dogonić, bo zaraz odjeżdżamy”.

Lena udawała, że nadal jest nieprzytomna. Czuła, że jej zimno, że jest cała mokra. „To chyba łódka, w której było sporo wody, chyba jest stara i nieszczelna” — pomyślała, gdy próbowała zorientować się w sytuacji.

— Wstawaj, suko! — znów krzyknął.

I wtedy złapał Lenę za włosy i zaczął ją szarpać, w ręku trzymał coś, co przypominało tasak. Położył jej rękę na siedzeniu łodzi i próbował celować tym żelastwem w jej palce.

— Błagam, puść mnie, proszę, nie rób mi krzywdy, zostaw mnie! — Szarpała się, ale to nic nie dało. Swoimi potężnymi rękami chwycił ją tak mocno, że nie miała żadnych szans, nie miała siły, jej palce jeden po drugim spadały na kil. Śmiał się głośno, oblizując krew kapiącą z palców, jego zęby zmieniły kolor. Poobcinał wszystkie palce w prawej ręce i wrzucał je do wody jeden po drugim, wyjąc przy tym jak pies.

Była przytomna, sama nie wie czemu nie zemdlała z bólu. Jakieś to dziwne — była silna, a może słaba, chyba ze strachu nie czuła nic.

Po niedługiej chwili dopłynęli do wyspy. Wyciągnął ofiarę z łodzi, następne popchał nogą łajbę do wcześniej przygotowanej jamy. Jedną ręka trzymał kobietę mocno za włosy, a drugą przykrył otwór krzakami. Następnie wlókł ofiarę po grząskim błocie na zalesioną i pokrytą krzakami ostrowę.

— No podnieś się, znajdo, już niedaleko. Twoje palce już przełykają ryby, a resztę twojego ciała ulokuję w studzience, he, he! — Śmiał się jak dziecko. — Jeszcze tylko kawałek. Daj, obwinę ci rękę, bo się wykrwawisz i ominie cię tak wiele.

Wyjął gazę z kieszeni płaszcza i owinął niechlujnie jej dłoń. I znów się roześmiał, ale tym razem inaczej — jego śmiech przypominał śmiech bezdomnego człowieka znajdującego złotówkę albo niedopalonego peta.

Lena pewnej niedzieli siedziała na stacji kolejowej i czekała na pociąg. Często przyglądała się nędzarzom, którzy włóczyli się w tę i z powrotem w poszukiwaniu jedzenia i żebrali. Współczuła im, a raz obstała za jednym przybłędą. Leżał na ławce skulony i brudny, nie robił nikomu krzywdy, a w pewnym momencie podeszły do niego dwie młode dziewczyny. Zaczęły mu dokuczać, wyśmiewać się z niego, rzucały w niego niedopałkami papierosów, które walały się koło ławki. A on je grzecznie prosił żeby przestały.

Lena zwróciła im uwagę, ale one tylko jej napyskowały, więc odpuściła, zrezygnowana. W końcu ten biedny człowiek nie wytrzymał i powiedział do nich:

— O kurwa, jakie wy brzydkie.

Po tych słowach chyba zrobiło im się głupio i zmyły się szybko, mrucząc coś pod nosem.

— Puść mnie, proszę, nikomu nie powiem — mówiła błagalnym głosem.

Rozżalone oczy napełniły się łzami i czuła, jak serce jej wali. Bała się, że ją zabije. Dalej wlókł ją za włosy.

Jej ubrania były mokre od krwi, w ustach miała pełno czarnego piasku. Oprawca ciągnął ją przez jakieś krzaki po błocie, a może to było torfowisko… Dokoła pachniało lasem, trawą i leśnymi kwiatami. Ptaki zamilkły, tylko w oddali gdzieś znad jeziora dochodziły głosy kormoranów.

— Jakaś ty ciężka, a wyglądasz mizernie. No podnieś się w końcu, bo zaraz cię tu zostawię i nie doczekasz jutra, wykrwawisz się i zdechniesz.

Poczęstował ją pięścią, tym razem w brzuch, tak mocno, że kobieta zwymiotowała już nie tylko resztkami pokarmu, ale i krwią, a raczej skrzepami krwi.

— Cóż za przyjemny widok! O, jak miło popatrzeć na ciebie, och, jak mnie podniecają twoje cierpienie, twoja bezradność i ta krew, jak cudownie! — Mruczał pod nosem sam do siebie.

Lena, cała zakrwawiona, z obciętymi palcami, obita jak stary gar liczący z pięćdziesiąt lat, wyglądała jak wrak okrętu leżącego na dnie oceanu, a może jak psia, obgryziona kość czy padlina… a na niej pełno sępów żywiących się resztkami.

Lena

Obudziłam się na starym i śmierdzącym krwią materacu, było straszne duszno, śmierdziało tak bardzo, że nie da się opisać, nie wiedziałam, gdzie się znajduję, wyglądało mi to na jakąś piwnicę albo raczej bunkier powojenny. Widziałam duże, metalowe drzwi. Wewnątrz pomieszczenia, na jednym z mniejszych pieńków, znajdowała się siekiera wbita do połowy ostrza, na drugim, większym, było dużo palących się świec. Na krześle siedziała naga kobieta, a na niej — mnóstwo białych, wijących się robali, które jadły jej ciało. Jej oczy, co dziwne, nie były jeszcze pokryte tymi małymi istotami — były szeroko otwarte, przerażone i martwe. Na brzuchu miała ranę, bardzo głęboką, z której wychodziły i do której wchodziły czarne żuki. Nigdy nie widziałam tak olbrzymich istot. Mrówki wędrowały po niej w górę i w dół, a nad nią kłębił się rój much. Na klepisku leżały szczury, ale nie ruszały się — zdechły. Robaki spadały ze szczurów i wchodziły ponownie.

Obudziła się przerażona, dopadł ją bezwład, ale rozglądała się dalej. Było cichutko i chyba nie przebywał tu nikt żywy. On musiał gdzieś wyjść, pomyślała w duchu, ale jak miała myśleć o ucieczce, jak nie mogła się nawet poruszyć. Tylko jej oczy miały jeszcze siłę, patrzyły z przerażeniem na to okropne miejsce, w którym znalazła tyle cierpienia i zła.

Wiedziała, co ją czeka, co to przerażające bydle z nią zrobi. Liczyła się z tym, patrząc na kobietę, która jakby spała. Czuła, że się nie wywinie.

Przypomniało jej się rodzeństwo. Brata wspomina bardzo dobrze, był starszy o dwa lata i opiekował się nią. Zimą bawili się w Eskimosów, robili duże, śnieżne domy, wiosną bawili się nad stawem i robili domki z kory, a latem, po wielkich ulewach, kąpali się w kałuży i taczali się w błocie. Lubiła brata. Jako dorośli ludzie zawsze opiekowali się sobą i pilnowali się nawzajem.

Siostra była starsza od Leny o sześć lat. Zawsze jak coś z bratem przeskrobali, stawiała ich w kącie i kazała tam stać, aż za jej pozwoleniem mogli opuścić to wstrętne miejsce. Później, gdy były już starsze, zaczęły dobrze się dogadywać i… teraz tak bardzo chciałaby stać w tym kącie, byłaby w nim bezpieczna.

Najmłodsza z rodzeństwa, dziewczynka, która urodziła się dziewięć lat po Lenie, była oczkiem w głowie wszystkich. Lena ją lubiła, chociaż czasami grała jej na nerwach, była trochę rozpieszczona.

Pamiętała, jak troje wyjechali do Ameryki. Chcieli ją też zabrać ze sobą, ale Lena nie chciała z nimi jechać. Nie chciała zostawić grobów rodziców i teściów.

Gdy pewnej niedzieli rodzice i teściowie wracali samochodem z kina, wpadli w poślizg. Ich samochód roztrzaskał się na drzewie. Wszyscy zginęli na miejscu.

Wtedy Marek i Lena mieli po dwadzieścia parę lat. Marek z rozpaczy pił dwa miesiące, dzień i noc. Gdyby nie pomoc Emila, to zapiłby się na śmierć. To on wtedy pomógł Markowi.

Na początku Lena prosiła męża, żeby przestał pić, potem błagała, ale on nie słuchał.

Później znikał na całe dnie i spał po krzakach, pijany. W końcu Lena poprosiła Emila o pomoc i odnaleźli go, i przywieźli do domu. Emil siedział przy nim trzy dni, aż kolega wytrzeźwiał i doszedł do siebie. Marek ogarnął się i odstawił alkohol.

Minęło już trzydzieści lat, odkąd jej rodzeństwo wyjechało. Bardzo rzadko dzwonili do Leny, raz na parę lat, a ona też się nie wychylała.

Sami nie mogli przyjechać, bo przebywali w Stanach nielegalnie. Wiedziała, że mają tam swoje rodziny, ale nigdy nie chcieli za dużo opowiadać o sobie, a co dopiero o swoich dzieciach.

Świece powoli dogasały, robiło się coraz ciemniej, jej ciało przeszył dziwny dreszcz. Próbowała się podnieść, ale nie bardzo jej to wychodziło, zesztywniałe ciało odmówiło posłuszeństwa. Wiadro na odchody stało na drugim końcu betonowego pomieszczenia, kobieta z ledwością dotarła do metalowego przedmiotu. Jej oczy spoglądały na kobietę, która już nigdy nie zobaczy swojej rodziny. Zrobiło jej się bardzo żal tej osoby i siebie zresztą też. Zapadła ciemność, świece straciły swój płomień. Musiała chyba zasnąć, bo obudziła ją przyjemna melodia. Wydawało jej się, że jest gdzieś w parku, że to jakieś dzieci nucą sobie piosenkę. To jednak nie dzieci — to był on, to ten zbir podśpiewywał radośnie.

Nie słyszała, jak wszedł. Pozapalał nowe świece, było ich znacznie więcej niż przedtem. Lena spoglądała, jak żongluje dwoma wielkimi tasakami. Chyba myślał, że jest na scenie przed ogromną widownią. Popisywał się, ale oklasków nie było. Jeden nóż wypadł mu i uderzył go w nogę. Mężczyzna zaczął wyć, wrzeszczeć i wyklinać. W końcu zamilkł, schylił się, podniósł narzędzie z betonowej podłogi, po czym zaczął nim uderzać kobietę siedzącą na krześle.

Zakryłam rękoma oczy, nie chciałam widzieć, jak ją masakruje i bezcześci jej zwłoki. Jak dobrze, że to nie byłam ja, że to ona, ta kobieta zostanie drugi raz zabita. Czułam, jak jej mózg i krew tryskają na mnie, zaczęłam krzyczeć i rzuciłam się do ucieczki. Wyjście było tylko jedno — przez drzwi, których może nie zamknął, ale nic nie mogłam zrobić, nie miałam żadnych szans, bo on już stał naprzeciwko mnie. Dzieliły nas może dwa metry, patrzył na mnie tymi rozszalałymi nienawiścią oczami, jakby mnie miał pożreć. Zapał za krzesło, myślałam, że będzie nim we mnie uderzał, ale on otworzył drzwi i wyrzucił mebel, po czym wrócił i podszedł do pieńka. Wyciągnął siekierę, podniósł tasaki i też cisnął za drzwi.

Podszedł do mnie, a ja skuliłam się w kłębek i zaczęłam się kołysać jak kiedyś, gdy byłam mała. Kołysałam się tak, gdy było mi smutno i się czegoś bałam, to mnie uspokajało.

A on chyba stał i przyglądał mi się. Nagle schylił się i mnie objął. Zaczęłam krzyczeć i osunęłam się na ziemię, straciwszy przytomność.

Leżałam na czystym materacu, na którym było rozpostarte niebieskie prześcieradło. Płomień świec był tak jasny, że od razu rzuciło mi się to w oczy. Byłam przykryta miękkim kocem, nawet nie śmierdział mocno. Moja ręka okazała się starannie zawinięta czystym bandażem, chyba mnie przebrał, bo miałam czyste ubrania, inne niż przedtem, i chyba mnie umył.

Metalowe drzwi otworzyły się i wszedł, kulejąc delikatnie z powodu rany od tasaka. Uważnie go obserwowałam. Zauważyłam, że nie zamykał drzwi od środka. W ręku trzymał igłę i strzykawkę, klucza chyba nie miał, musiał zostać z tamtej strony drzwi. Widziałabym, gdyby chował go do kieszeni.

— Teraz zrobię ci zastrzyk, żebyś nie dostała zakażenia po amputacji palców — powiedział łagodnym i spokojnym głosem.

Uśmiechnął się do mnie, jakbym była kimś dla niego ważnym, ale ja nic nie odpowiedziałam, nie protestowałam. Było mi już wszystko jedno, mogłam już nawet umrzeć. Taką miałam nadzieję, ale najwidoczniej tak się nie stanie.

Zrobił mi zastrzyk i wyszedł, po chwili powrócił z jedzeniem.

— Przyniosłem ci przepyszny obiad.

Postawił go na betonowej posadzce i kazał się częstować. Udało mi się usiąść. Nie patrzyłam na zawartość metalowego talerza, który był przykryty pokrywką. Skupiłam wzrok na obitym kubku, gdyż byłam bardzo spragniona. Wzięłam go w dłonie, przechyliłam do ust i wypiłam łyk, po którym mnie zemdliło. To, co było w środku, miało dziwny smak… zajrzałam jednym okiem w głąb kubka i wiedziałam już, że to krew. Na pewno ludzka, tej kobiety, a może innej… Na talerzu leżało serce, a przy nim oczy, chyba jako ozdoba… Naliczyłam trzy i każde zdawało się inne.

Moje gardło się zaciskało, nie mogłam oddychać i przełykać śliny, myślałam, że zaraz się uduszę, ale on tylko popatrzył i odszedł, zamykając drzwi za sobą. Przekręcił klucz, który wydał przy tym straszny huk. Udało mi się nabrać powietrza, powoli duszności i ucisk w gardle mijały, a ja siedziałam jak opętana i patrzyłam na talerz i kubek, zastanawiając się, co to musi być za człowiek, skoro posuwa się do takich strasznych czynów… Co tkwi w jego głowie i co ma w niej uszkodzone…

Moje usta były popękane i spierzchnięte, delikatnie sączyła się z nich krew.

Nie było go chyba dwa dni, tak mi się wydawało, i nagle zjawił się jak widmo. Tym razem cichutko otworzył drzwi, skradał się jak złodziej. Był nagi do pasa, w ręku trzymał swój czarny płaszcz. Miał imponująco umięśnione ciało. Wiedziałam, co mnie czeka. Podszedł do mnie, podniósł koc, strzepnął ręką robaki i żuki, które dobierały się do mnie, czując słodką, zaschniętą krew na moim ciele. Przykrył nas swoim płaszczem i delikatnie zaczął się do mnie dobierać, jakbym była jego żoną lub kochanką od lat.

Odjęło mi mowę, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie wyrywałam się, wiedziałam, że to tylko pogorszy sytuację. Zaczął rozpinać mi bluzkę, która miała duże, błyszczące guziki. Na pewno musiała należeć do jednej z jego ofiar… Stanika nie próbował zdjąć. Całował moje usta. Jego spocone ciało miało dziwny zapach, jego krótkie włosy z przedziałkiem na lewy bok lepiły się od potu.

Zdjął mi spodnie i wsunął się między moje nogi. Robił to delikatnie, zapierając się o materac swoimi skórzanymi butami. Chyba wtedy na krótką chwilę zmienił się w innego człowieka.

Gdy skończył, pozbierał naczynia z podłogi i po prostu sobie poszedł. Zniknął za metalowymi drzwiami, przekręciwszy klucz.

Szybko znalazłam spodnie i wciągnęłam je pod same pachy. Moja ręka zaczęła krwawić, musiał poluźnić się bandaż. Robactwo znów powróciło, wyczuwszy krew. Chyba miały już mało pożywienia, bo dojadały resztki kobiety nieżyjącej już od wielu dni.

Po paru minutach od jego wyjścia poczułam ucisk w klatce piersiowej tak mocny, jakby ktoś położył mi tam ogromny kamień ważący ładnych parę kilo. Czułam, jak serce zaczyna mi szybko bić, a raczej walić. Dostałam dreszczy tak mocnych, że ręce zacisnęły się na mojej klatce piersiowej i nie mogłam nimi poruszyć, szczęki zacisnęły się tak bardzo, że przygryzałam język. Rzucało mną, jakbym miała padaczkę.

Boże, mój Boże, pomóż mi, prosiłam, a raczej błagałam. W tym strasznym bólu modliłam się, bo tylko modlitwa mogła mi pomóc. Trzęsło mną tak chyba z pół godziny, powoli moje ciało zaczęło wracać do normy.

Świece dogasały, już prawie nic nie było widać, i tak dziwne, że tak długo dawały światło.

Drzwi nie otwierały się, nie wracał. Byłam bardzo głodna, żywiłam się białymi, tłustymi robalami, które wciąż pchały się na moje legowisko… Dzięki nim jeszcze żyłam.

Nie było go cały dzień i nagle wtoczył się, pozapalał nowe świece. Wyszedł ponownie i po paru sekundach znów wrócił. W ręku trzymał pieczonego kurczaka. Postawił jedzenie na materacu i zniknął za metalowymi drzwiami, zostawiwszy jeszcze wodę w plastikowej butelce. Dorwałam się do jedzenia jak szaleniec, gryzłam i szybko przełykałam. Myślałam, że się zadławię, ręce i broda lepiły mi się od tłuszczu, moje zęby wbijały się głęboko w mięso. Czułam, jak odzyskuję siły. Zjadłam wszystko, a niedopitą wodę wsunęłam pod materac.

Poczułam się lepiej, moje nogi już nie drżały, mogłam stać stabilnie na betonowej podłodze, nie wywróciłam się i poruszałam swobodnie. Spacerowałam w tą i z powrotem, pod gołymi stopami wyczuwałam zaschniętą krew i te małe stworzenia pełzające, gdzie tylko popadło. Żuki chyba poginęły w szczelinach murów, tylko much było jeszcze dużo.

Głowa kobiety znajdowała się tuż przy pieńku, blask świec pozwalał Lenie dostrzec jej białe zęby. Kości policzkowe były bielutkie, nie został już nigdzie nawet kawałek ciała i ani kropla krwi. Tylko w czaszce wrzało jak we wrzątku od białych, podskakujących, owalnych żyjątek. Z oczodołu wypadały te same istoty. Szkielet zabitej kobiety leżał w kącie, przypominał połamane i zepsute koło od roweru z pogiętymi i sterczącymi szprychami, ręce i nogi leżały trochę dalej, przygotowane jakby na rozpałkę w kominku. Nawet gryzonie spały tu wiecznym snem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij