Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Todeskandidatenzelle. Historia skazanego przez III Rzeszę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 lutego 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Todeskandidatenzelle. Historia skazanego przez III Rzeszę - ebook

Książka ta, to wstrząsające świadectwo pokolenia, którego młodość przypadła na czas między dwiema wojnami, a dorosłość – na brutalną rzeczywistość niemieckiej okupacji. Autor, oczekując w berlińskiej celi śmierci na wykonanie wyroku, odtwarza świat II Rzeczypospolitej: szkolne spory światopoglądowe, organizacje młodzieżowe, przysposobienie wojskowe, patriotyczne wychowanie i atmosferę narastającego konfliktu. Książka ukazuje napięcia narodowościowe na Śląsku, dramat września 1939 roku oraz konsekwencje działalności uznanej przez okupanta za „zbrodnię”. To nie tylko biografia, lecz sugestywny obraz mechanizmów hitlerowskiego terroru i psychologii człowieka skazanego na śmierć – opowieść o utraconej młodości, honorze i cenie wierności ojczyźnie. Na tle osobistych losów autor pokazuje klimat narastającego zagrożenia, napięcia narodowościowe na Śląsku i Zaolziu oraz dramat pokolenia wchodzącego w dorosłość tuż przed wybuchem II wojny światowej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Maria Teresa Pietrzak

Todeskandidatenzelle

Historia skazanego przez III Rzeszę

(wspomnienia Stanisława Gajdzicy)

Czechowice-Dziedzice

2002

Czy też pamiętasz stary mój zegarze,

Jak w słońce twojej tarczy patrzył żak

I marzył o tym, o czym ja dziś marzę?

Pamiętasz jeszcze?

O, tak, o tak, o tak!

Ode dnia do dnia, od chwili do chwili

Żyliśmy życiu mądremu na wspak,

Godziny marły, a myśmy liczyli

Szczęście na wieczność

O, tak, o tak, o tak!

/…………………../

O, jak to dawno, Sokratesie stary!

Złamanym skrzydłem tłucze ślepy ptak…

Serca się psują, psują się zegary,

Wszystko umiera…

O, tak, o tak, o tak!

Ale raz jeszcze przypomnijmy wzloty,

Wracajmy myślą na gwiaździsty szlak!

Cofnij wskazówki i lećmy w wiek złoty…

Niech żyje młodość!

O, tak, o tak, o tak!

/K. Makuszyński/

„Moje osiemdziesiąt lat życia powodują, że z narastającą intensywnością i wzruszeniem wspominam wydarzenia lat, które już dawno minęły, a były jakimś wyznacznikiem mojego dorastającego życia. Są to lata mojej najwcześniejszej, bo zaledwie chłopięcej młodości i lata późniejsze, lata szkoły. Przesuwają się one w mojej pamięci, czy nawet jaźni, jak obrazki z kolorowego filmu (…)”

Stanisław Gajdzica

Spis treści

I
DZIECIŃSTWO

Samotny pobyt w pojedynczej celi berlińskiego więzienia ( tzw. Todeskandidatenzelle) ma inny, niesamowity wymiar. Oczekiwanie na śmierć, która niechybnie musi nastąpić nie jest sprawą łatwą.

Czas nieskończenie długi, ciągnie się i ciągnie- dni… tygodnie… miesiące!

Godziny nie mają już żadnego znaczenia.

Całe życie, jak kolorowe obrazki na celuloidowej taśmie przesuwa się stopniowo przed oczami: narodziny, dzieciństwo i młodości fragment nieduży.

Młodość, jej właśnie żal najbardziej. Czy ta wspaniała młodość, która dopiero, co przed nim się otworzyła, poczęła roztaczać swoje uroki, uśmiechać się do niego, kusić swoją niewinnością, nakłaniać do grzechu ma się tak bezsensownie zakończyć? Tak wpół istnienia i wpół oddechu?

Aż wierzyć się nie chce, że życie potrafi tak o sobie przypomnieć, dać znać, że przecież było, że wzrosło w człowieka, wżarło się w niego aż do bólu…

Puste ściany, wysoko w oknie krata metalowa, na wprost drzwi zamknięte na głucho.

Czy tak ma już pozostać aż do skończenia świata? Tego jednego, jedynego świata, który dla niego się zaczął i z nim zakończyć się musi?

A tam, za tą przebrzydłą, odrażająca kratą, pogrążony w ciemnościach nocy jest świat wspaniały, jest życie swobodne, są ludzie, którzy się do siebie uśmiechają…

I jest wojna!...

Co tam wojna! Przymrużył oczy, zbolałe kości na pryczy rozciągnął.

Słońce nad górami zapłonęło blaskiem wspaniałym. Wiatr od hal zawiał, przyniósł ze sobą zapach górskich potoków i ptaków śpiew o poranku…

Był rok 1919. Zaledwie skończyła się wielka wojna. Polska, po długich latach niewoli oddychała z ulgą, rozkoszowała się pierwszymi chwilami, dopiero, co odzyskanej wolności. Rodziło się nowe życie i nowa nadzieja.

Pierwszy, jakże nietrwały oddech wolności naszego narodu i pierwszy krzyk nowego życia, życia Stanisława Gajdzicy zbiegły się w jednym, radosnym rytmie. Wszystko zaczynało się od początku. Wraz z małym Stasiem, z gruzów i popiołu, z wojennej pożogi powstawał nowy świat.

A małe oczka z wielką ciekawością na ten świat spoglądały. Chłonęły i w duszy zapisywały, nieświadomie jeszcze, widok tych gór ogromnych, tych potoków rwących, tych hal nieprzebytych i wierchów szumiących. I świat ten był piękny.

A najpiękniejszy, gdy matka trzymała go w swoich ramionach, gdy czuł ciepło jej ciała i tę pewność, że w jej rękach krzywda żadna go nie spotka.

Jednak ramiona matki nie były w stanie objąć całej tej ziemi rodzinnej, na której życie swoje rozpoczął. Rok zaledwie przyszło mu mieszkać tam, gdzie początek swój wzięły jego korzenie. Świat wolny, nie do końca wolnym się okazał.

Już wkrótce Czesi, wykorzystując słabość Polski zajęli tereny Zaolzia. Kto czuł się Polakiem i pragnął mieszkać w Polsce, czym prędzej uchodził z tej ziemi.

Wyjście z domu rodzinnego to sprawa dla niego obca, nie pamiętał tego. Ale zapamiętał zapach, jaki tam pozostał…

Potem był obóz przejściowy w Oświęcimiu, przeznaczony dla reprezentantów z Zaolzia. Krótki pobyt w Sosnowcu, gdzie mieszkali w domu przy ulicy Żytniej, niedaleko piekarni pana Kiepury. Ale tych czasów również nie pamiętał. Jedynie z opowiadań rodziców dowiedział się, że właśnie tam, w tym odległym Sosnowcu po raz pierwszy jego natura trampa i obieżyświata dała znać o sobie. Wtedy właśnie, ledwo jeszcze na nogach drepcząc zniknął nagle z domu. Powędrował nie wiadomo, dokąd i po co, w poszukiwaniu nieznanej przygody. Przerażona matka wybiegła z mieszkania by odnaleźć swojego pierworodnego syna, nie wiedząc, gdzie powinna go szukać. Na szczęście ujrzała go siedzącego niemal na samym końcu ulicy, a nad nim pochylał się wielki pies. Wyglądało to tak, jak gdyby pies pragnął powstrzymać małego wędrowca, wytłumaczyć mu, że dalej wędrować nie powinien.

Pierwsza eskapada, pierwsze doświadczenie. Potem były następne. Wcześniej jednak, gdy tylko nadarzyła się okazja przeprowadzili się do Dziedzic, by być, jak najbliżej swoich ukochanych gór i swojej ziemi rodzinnej. Zamieszkali wówczas w wynajętym pokoju,
w domu przy obecnej ulicy Klasztornej, u krawca z Zaolzia. Teraz bardziej przyjazne duszy małego Stasia widoki przed jego oczami się roztaczały. I znowu zapragnął wędrować.

Przeogromne Lesisko, trawa prawie pod brodę sięgająca. Brnął przez tę trawę w nieznane, w bezkresną pustkę, która roztaczała się dookoła. Maleńkie dziecko. Człowiek, który dopiero się rozpoczynał. Wiatr szeleścił kępkami traw, dmuchał delikatnie w rozwianą czuprynę. Świat ogromny, nieznany odkrywał przed nim swoje tajemnice. I tak bardzo chciało się ten świat poznawać. Jednak lęk przed tą bezkresną pustkę, przed wiatrem, który wiał tajemniczo i szeleścił wysokimi trawami przypominał mu, że należy wracać do domu.

Mimo to znów powędrował w nieznane. Znowu przywołała go przestrzeń. Tym razem powędrował dalej i w przeciwnym kierunku; od ulicy Klasztornej, ścieżka w dół, w stronę Kłaptoczowych stawów, Minął potoczek, do którego chodził wraz z mamą po wodę do prania i pomaszerował dalej, wzdłuż stawów, aż do mostu kolejowego nad rzeką Iłownicą. Wdrapał się na nasyp i tu, chroniony poręczami mostu usiadł, opuszczając dyndające nogi poza jego krawędź. Wtedy już spokojnie mógł zabrać się do zabawy, która polegała na wrzucaniu do wody, z dużej wysokości, zebranych wcześniej kamieni, których na torach było pod dostatkiem.

Po kilku godzinach zabawy dostrzegł upływ czasu. Wracał przerażony do domu, oczekując należnej mu kary, która, jak sądził zakończyć się mogła jednie płaczem. Jednak to nie on płakał, ale matka z przeogromnej radości, że jej jedyny syn nie wpadł do chłodnej wody i nie utonął. Bo już oczyma wyobraźni widziała go leżącego na dnie stawu.

Innym zaś razem powędrował na wiadukt, przerzucony nad torami, przed stacją kolejową
w Dziedzicach. Kiedy rozsiadł się na nim i usiłował wcelować kamieniem w komin nadjeżdżającej lokomotywy nie myślał o konsekwencjach swojej nierozważnej zabawy.

Bardzo trudno było obliczyć najodpowiedniejszy moment na rzucenie kamieniem tak, by trafił tam, gdzie powinien, czyli prosto do komina. Pech sprawił, że wycelowany tak precyzyjne kamień sprzeniewierzył się jego zamiarom i wpadł do wnętrza lokomotywy, wprost na stanowisko maszynisty. Nie to jednak, nie w tej niemądrej zabawie było najgorsze. Maszynista nie był zachwycony faktem, iż ktoś usiłował uszkodzić jego głowę.

Stanisław Gajdzica z rodzicami

I siostrą Janeczką

Około 1924 roku

Doprowadził zatem pociąg do stacji w Dziedzicach i pozostawiwszy pojazd pod opieką pomocnika pieszo udał się na wiadukt i przyłapał winowajcę na miejscu przestępstwa. Rozsierdzony mężczyzna doprowadził wystraszonego chłopca do domu, który okazał się być jednocześnie posterunkiem miejscowej policji.

Młody, leżący na pryczy człowiek uśmiechnął się na to wspomnienie. Ależ musiał się ten maszynista zdziwić, że niezamierzonego zamachu na jego życie dokonał syn komendanta dziedzickiej policji. Nie pamiętał, czy nastąpiła wówczas tak zwana kara cielesna, ale chyba nie, bo do wszystkiego szczerze i otwarcie się przyznawał. Tłumaczył, że przecież celował w otwór komina, nie w człowieka. To kamień nie zrozumiał jego intencji.

Przypadkiem, być może od ojca dowiedział się, że przed Domem Robotniczym
w Dziedzicach ma się odbyć przedwieczorny capstrzyk pierwszomajowy z udziałem Związkowej Orkiestry Kolejarzy. Jakże mógł opuścić taką imprezę? Toż było by to grzechem! Jak to się stało, że udało mu się dostać pomiędzy chłopców niosących pochodnie, tego nie był w stanie sobie przypomnieć. Pamiętał tylko, że powędrował wraz z muzycznym korowodem, zupełnie nieznaną mu drogą, poprzez przejazd kolejowy, aż do kopalni na Żebraczy, gdzie, na przykopalnianym placu rozpoczął się wiec, a raczej rodzaj manifestacji. Orkiestra zagrała „Czerwony sztandar”, po czym nastąpiły długie i niezrozumiałe dla młodego człowieka przemówienia, którym nie było końca.

Nareszcie pojawili się, w kaskach na głowach i cali umorusani na twarzach górnicy
z drugiej zmiany. Jeden z nich zabrał głos. Mówił o sprawach zapewne dla tych ludzi ważnych, jednak jego przemowa znów ciągnęła się w nieskończoność.

Nareszcie powiedział wszystko, co miał do przekazania swoim towarzyszom i w powodzi skandujących niezrozumiałe dla młodego człowieka hasła demonstrantów orkiestra ponownie odegrała „Czerwony sztandar” i wiec niespodziewanie został rozwiązany, a jego uczestnicy poczęli rozpływać się w ciemnościach nocy. A noc zaczynała się robić czarna i nieprzyjemna. Mały Staś był przerażony. Jak ma w środku nocy dojść do domu zupełnie nieznanymi mu drogami, mając na dodatek w perspektywie minięcie dwóch cmentarzy? Otaczająca go zewsząd ciemność i perspektywa samotnej wędrówki wywołały niesamowitą wręcz tęsknotę za jasną i bezpieczną kuchnią. Tak! Ale, co czeka go w domu? Jak zareagują rodzice na jego, tak późny powrót?

Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że orkiestra nie zniknęła w ciemnościach nocy, jak uczynili to górnicy, lecz ustawiła się w kolumnę i przygrywając sobie do marszu wróciła tą samą drogą do dworca kolejowego. Od dworca drogę do domu znał. Tutaj czuł się już pewnie i bezpiecznie. Około godziny 24:00 znalazł się szczęśliwie w domu rodzinnym. Ojca jeszcze nie było. Jako policjant musiał pilnować, by wiece, które tego dnia odbywały się w różnych częściach Dziedzic i Czechowic ni przerodziły się w niespodziewane zamieszki. A mama? Mama była po prostu na plotkach u sąsiadki.

I znów nierozważna eskapada zakończyła się pełnym sukcesem, jeżeli tak to można określić: strachem ogromnym i szczęśliwym lądowaniem we własnym łóżku. Rano rodzice znaleźli go tam, gdzie znaleźć powinni.

Jednak tęsknota za ogromną, otwartą przestrzenią, potrzeba wędrowania, oglądania świata, poznawania go codziennie i od nowa, przymus wewnętrzny nakazujący penetrowanie coraz to nowych miejsc i okolic, to wszystko pchało Stasia do wędrówek, do wymykania się z domu, narażania na strach i gniew rodziców.

Ale ta potrzeba, potrzeba małego odkrywcy poznawania wielkiego świata była w nim silniejsza, przerastała lęk i obawę, które przypominały o sobie dopiero w chwili powrotu do domu. Dopiero wtedy nogi się pod nim uginały, a dumne i odważne serce, jak ptak przelękniony, w piersi poczynało łopotać i nazbyt późno tłumaczyć „Nie trzeba było… Mogłeś w domu pozostać…”. Ale dom, chociaż tak ważny i tak potrzebny, zapewniający spokój i bezpieczeństwo nie dawał tej wolności ogromnej, jaką dawał bezkres łąk, bezdroża pośród pól malowanych i rzeki szum z rybami chlupoczącymi o wodę.

A teraz, w tej ponurej celi dokąd pójść? Jak wędrować od drzwi do okna, od jednej ściany do drugiej? Gdzie znaleźć tę przestrzeń ogromną?

Żeby, chociaż słońca promienie twarz mu oświetlały, żeby zaszumiał potok srebrzysty…

Szczęk zasuwy, skrzypienie zawiasów. Podano jedzenie. Jak to dumnie zabrzmiało, prawie jak „podano do stołu”. Tylko gdzież ten stół i gdzie jedzenie? A jeść trzeba rozsądnie. Teraz, kiedy skończyły się przesłuchania, kiedy darowano mu tak wiele „wolnego” czasu, ciągle pusty żołądek nazbyt często dopominał się swoich praw, z którymi walczyć było nie sposób. Ból głodnego żołądka, który powoli zaczynał trawić samego siebie, to przerażające uczucie. Nie do opisania i nie do opanowania. Wszystko było dobre dla oszukania pustego żołądka, który nie dawał o sobie zapomnieć i na każdym kroku przypominał, że jest, że działa i że potrzeba mu wsparcia. Surogatem mógł być podniesiony ukradkiem i schowany za pazuchę kłąb brukselki, znaleziony podczas spaceru po przywięziennym podwórku, częściowo zaadoptowanym na ogródek dla pracowników więzienia, lub też, dostępny w celi papier celofanowy, który można było żuć powoli i z rozmysłem. Można było oszukać czas i żołądek.

A wspomnienia wracają. Ciągle i od nowa. I przypominają, że życie jeszcze trwa. Jak przez mgłę przypominają się te najdawniejsze, niby zamazane, a jednak wyraźne.

Ojciec ciągle w służbie, wszak komendant policji czasu wolnego nazbyt dużo nie ma. Bywały jednak t chwile szczęśliwe, kiedy na obiad do domu powracał, kiedy razem przy stole zasiadali. Wcześniej jednak Staś, bardzo przecież niecierpliwy wychodził z domu, wdrapywał się na usypaną, nie wiadomo, przez kogo „kupę szplontu” i wypatrywał nadejście ojca.

Z czasem stało się to pewnego rodzaju rytuałem, a ojciec cieszył się z faktu, że syn na niego codziennie oczekuje.

Były to czasy, kiedy zajmowali już ogromne salony, to znaczy pokój i kuchnię, wynajęte w domu u pana Moli. Stasiu, jak król mieszkał samotnie w kuchni, gdzie między oknem a piecem kuchennym stało łóżko żelazne, jego raj przeogromny, jego własny kąt. Zaś rodzice, razem ze Stasia siostrami zajmowali przyległy do kuchni pokój. W tym też czasie jego rodzice kupili parcelę i rozpoczęli budowę wymarzonego domu, zatem czasu wolnego mieli coraz mniej.

Ale zdarzały się i takie radosne dni, kiedy ojciec zabierał Stasia na polowanie. Nie było to takie prawdziwe polowanie na grubego zwierza, o jakim Stasiu słyszał z opowiadań dorosłych. Najczęściej celem polowania były zwykle gawrony i kuropatwy, których wiele gnieździło się pomiędzy wysokimi, zarastającymi okolice trawami. Ale dla młodego człowieka nawet polowanie na tak małego zwierza było ogromnym i niepowtarzalnym przeżyciem. A upolować kuropatwę wcale nie było łatwo.

Ojcowska flinta kusiła Stasia bardzo. Nawet schowana w szafie wołała do niego, nakłaniała do tego, by wziął ją w swoje ręce, obejrzał z bliska, przyłożył do policzka i wycelował. Paf!

A może spróbować z prawdziwym nabojem, tak jak ojciec? Skoro ojciec potrafi, to i Staś nie będzie gorszy. Jednak nabój był uparty, nie bardzo chciał zmieścić się w lufie. Chłopiec nazbyt długo się nie zastanawiał. Skoro nabój jest za duży, to znaczy, że należy go zmniejszyć. Wziął młotek i obstukał dookoła upartą łuskę. Przykładając do tego nieco siły wcisnął nabój do lufy. Teraz można było spróbować. Oparł strzelbę o parapet okna, przymrużył jedno oko i strzelił w drzewo rosnące po przeciwnej stronie ulicy, na tak zwanym wałku, na przytorzu linii kolejowej. Był z siebie dumny. Udało mu się trafił prosto w cel – w miejsce po obciętej gałęzi, czyli dokładnie tam, gdzie zamierzał. Jednak łuska we flincie pozostała. Żadnym sposobem nie udało się jej wyciągnąć. Zatem nierozważny czyn młodego człowieka został już wkrótce odkryty przez ojca. I reprymenda była. Bo gdyby, daj Boże trafił młotkiem w spłonkę? Aż strach pomyśleć…!

Pić się chce. To, co dają mu do zaspokojenia pragnienia nie należy do najsmaczniejszych płynów. Jednak wyboru nie ma żadnego. Dlatego teraz z wielkim rozrzewnieniem przypomniał sobie wino, które jego matka robiła z owoców dzikiej róży.

Co prawda wina tego nigdy nie próbował, ale dzisiaj z wielką przyjemnością wypiłby całą szklankę czerwonego, schłodzonego płynu.

A jednak nie prawda. Raz zdarzyło mu się spróbować. Zapamiętał to wydarzenie na całe życie.

Wino w wielkim gąsiorze stało zawsze w kuchni i wydawało dziwne, a zarazem śmieszne dźwięki: Bul, bul! Gadało do niego w nocy, kiedy układał się do spania. Bul, bul! Przypominało o sobie rankiem.

Jego rodzice nie byli bogatymi ludźmi, mimo to przyjęli do siebie na służbę ubogą dziewczynę z gór o imieniu Rózia. Jej rodzina była jeszcze biedniejsza, dzieci w domu było mrowie, zatem kąt do spania, wyżywienie i skromna pensja w wysokości 10 zł. miesięcznie były dla biednej dziewczyny prawdziwym darem niebios. I ta właśnie Rózia, uczciwa skądinąd dziewczyna, sama nie mając odwagi naruszać własności swoich chlebodawców namówiła Stasia, by pod nieobecność rodziców uciągnął nieco wina z gąsiora. Ponieważ jednak chłopiec nigdy wcześniej tego nie robił i nie miał żadnej praktyki w tym kierunku, najpierw nałykał się sfermentowanego powietrza, następnie spłukał je niewielką ilością płynu, którego smaku dotąd nie znał. Zaskoczony wyjątkowo niemiłymi efektami swojej działalności prędko zrezygnował z dalszego uciągania napoju. Jednak ten nieprzyjemny smak i zapach pozostały w jego pamięci na cale życie, co skutecznie zniechęciło go do napojów alkoholowych. Ale dzisiaj chętnie by się tego wina napił.

Noc również nie przynosi ukojenia. Sen, tak bardzo potrzebny młodemu organizmowi nie spieszy się z nadejściem. W celi jest ciągle jasno. Pod sufitem świeci się bez przerwy uprzykrzona żarówka. Ach! Mieć teraz ojcowską flintę, zrobi Paf! Żarówka zgaśnie.

Dookoła cisza głucha, a przecież jeszcze tak niedawno świat był pełen głosów rozmaitych; ludzkiej mowy, ptaków śpiewu, odgłosów z ulicy…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij