-
nowość
-
promocja
Torres część 1 - ebook
Torres część 1 - ebook
Późnym wieczorem do obozujących nad brzegiem Jeziora Solińskiego studentów dołącza tajemniczy przybysz. Zaczyna on snuć niesamowitą opowieść o dziejach doliny Solinki z początku XX wieku. Jak się rychło okazuje prawdziwe korzenie mrocznej historii sięgają odległych ziem Nowego Świata sprzed kilku wieków:
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788378534969 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JEZIORO SOLIŃSKIE, 2000 R.
Lekki, ciepły jeszcze wiatr muskał coraz to spokojniejsze szarozłote wody Jeziora Solińskiego. Powierzchnia akwenu połyskiwała refleksami zachodzącego powoli za górami słońca. Panował spokój. Sezon turystyczny chylił się ku końcowi, dając nieco wytchnienia zmęczonej intensywnym latem przyrodzie. Żółkniejące z wolna konary obszernych drzew bujały się leniwie w rytm słabnących szkwałów.
Powietrze nad jeziorem było niemalże krystalicznie czyste, jedynie gdzieniegdzie na rozległych obszarach z kominów stojących samotnie domów leniwie unosił się dym. Zapach palonego drewna przypominał, że wieczory stawały się coraz chłodniejsze, dni zaś coraz krótsze.
Południowa, górzysta kraina Polski przygotowywała się na nadejście jesieni. Jej świeży oddech był już wszechobecny, zdawał się on wypraszać ludzi, którzy po spędzonym tu urlopie ruszyli do swych odległych domów krętymi, samotnymi drogami.
Słońce jeszcze nie zaszło, gdy na niebie zaczęły się pojawiać najjaśniejsze gwiazdy. Powietrze, które zatrzymało się w miejscu, przeistoczyło powierzchnię wody w niemalże idealne zwierciadło. Jeszcze niedawno poprzecinane żaglami jezioro emanowało teraz kojącym ducha spokojem. Tylko przy jednym z brzegów, na który wdzierał się wczesnojesienny las, przycumowana była żaglówka. Nieopodal niej, gdzieś spomiędzy ciemnych konarów unosiła się w powietrze półprzezroczysta kolumna dymu. Patrząc na przybrzeżne kamienie, można było dostrzec, że poziom wody był wyjątkowo niski.
Pomiędzy drzewami płonęło ognisko. Wokoło niego krzątały się cztery młode osoby, które kończyły rozbijać namioty. Były to dwie pary – dobrzy znajomi ze studiów, którzy tego roku ukończyli Politechnikę Rzeszowską. Młodzi inżynierowie absolwenci.
– Piwo jest!? – krzyknął Piotr, kończąc rozbijać namiot.
– Jest! – odparł Tomek, wznosząc w powietrze jeden z sześciopaków.
– A gitara? – spytała Monika, dziewczyna Tomka.
Cała czwórka zaczęła rozglądać się wokół siebie.
– Cholera… – Renata, dziewczyna Piotrka, pokręciła głową. – Musiała zostać na łodzi. – Spojrzała w stronę oddalonego o jakieś sto metrów brzegu.
– Nic nie szkodzi. – Piotrek pokłonił się lekko Renacie. – Ja pójdę.
– Ty lepiej przygotuj z Tomkiem kijki na kiełbasę – odparła Renata. – Ja przyniosę gitarę.
– A więc mamy już plan – uśmiechnął się Tomek, otwierając puszkę piwa, a następnie rzucając kolejną koledze.
– A ja co mam robić? – spytała Monika, tuląc się do Tomka.
Jej facet potarmosił ją po głowie.
– Ty pij i bądź zabawna.
Renata tymczasem ruszyła szybkim krokiem do przycumowanej do brzegu łódki.
Dzień chylił się ku końcowi, wokoło zaczynało się ściemniać. Pomiędzy pniami drzew na dobre zadomawiał się brunatny, nieprzyjemny mrok. Jedynie od strony krótkiego kamiennego brzegu lśniło słabnące, szarawe już światło nieba. Od boru biła jakaś przytłaczająca, nieprzyjemna cisza, która zdawała się pożerać głosy bawiących się przy ognisku ludzi. Renata nie należała do osób strachliwych, jednak ten nienaturalny bezgłos, który poprzez śmiechy i krzyki przebijał się na pierwszy plan, napawał ją niepokojem.
Dziewczyna wyszła z lasu i wspięła się na bujający się na wszystkie strony dziób żaglówki. Przeszła po burcie. Opierając się o maszt i stając na głównym pokładzie wyjęła kluczyk do kajuty. Gdy zdjęła właz z dachu kabiny, weszła do środka. Gitara leżała na jednym z materaców. Kiedy Renata chwyciła gryf, łodzią zakołysał nagły podmuch silnego wiatru. Do wnętrza wdarło się lodowate powietrze, które przeciskając się przez maleńkie szczeliny oraz pomiędzy wantami, wydało nieprzyjemny dla ucha gwizd. Po krótkiej chwili wiatr ustał równie nagle, jak się pojawił. Renata była zaniepokojona niecodziennym zjawiskiem. Potok zdenerwowanych myśli przerwał dźwięk poruszonych na brzegu kamieni. Ktoś zbliżał się do łodzi.
Dziewczyna wyjrzała z kajuty, ale nikogo nie zobaczyła. Na zewnątrz znów było cicho.
– Hm… – westchnęła, rozglądając się wokoło.
Chwyciła gitarę i zamykając właz na klucz, zeskoczyła niezgrabnie na brzeg. Miała już ruszyć w stronę namiotów, gdy kątem oka zobaczyła stojącą w znacznej odległości od niej postać, która nagle wolno odwróciła się w jej stronę. To, co ujrzała Renata, sprawiło, że poczuła nieprzyjemną lekkość w żołądku.
Około trzydziestu metrów od niej stał starszy, potężnie zbudowany mężczyzna. W prawym ręku trzymał siekierę. Budowa jego ciała wskazywała na to, że był on niebywale silny. Renata, nie odzywając się do niego, ruszyła szybkim krokiem w stronę swoich znajomych. Gdy tylko minęła linię drzew, jej chód zamienił się w bieg.*
– Facet poważnie nie wiedział, gdzie jest? – spytał Piotrek, zanosząc się przy tym śmiechem.
– No przecież ci mówimy – odparła wesoło Monika.
– Był tak upity, że kolesie napisali mu na czole niezmywalnym markerem wielkimi drukowanymi literami słowo „penis” – dodał Tomek.
Wszyscy się głośno śmiali.
– Ale to nie wszystko – wtrąciła dziewczyna, trzymając się za brzuch. – Przez następny tydzień przychodził na uczelnię z bandażem na głowie. Wszystkim wokoło wmawiał, że miał wypadek na nartach. Potem się okazało, że nie mógł zmyć tego dziadostwa…
Ledwie skończyła to zdanie, gdy podbiegła do nich blada ze strachu Renata. Znajomi, zobaczywszy ją, nagle spoważnieli.
– Przy naszej łodzi kręci się facet z siekierą.
– Z siekierą? – spytał z niedowierzaniem Piotrek.
Wszyscy momentalnie spojrzeli w stronę brzegu.
– Kurde, tam mamy część naszych rzeczy – powiedział Tomek, drapiąc się po głowie.
– Że o żaglówce ojca nie wspomnę – dodał drugi chłopak. – Wyglądał na jakiegoś zbira? – Spojrzał na Renatę.
– Nie zdążyłam mu się przyjrzeć… – zaczęła z ociąganiem Renata. – Był masywnej postury, chyba starszy koleś.
– Wypadałoby pójść sprawdzić, co jest grane – rzekł Tomek. – Pewnie się okaże, że to nic takiego.
– Okej. Zabierzcie portfele i inne cenne rzeczy – zakomenderował Piotrek.
– Po co? – spytała Monika.
– Wolisz je tu zostawić? – odparł młodzieniec. – A jeśli gość to złodziej? Nikt tutaj nie zostanie. Wszyscy pójdziemy do łodzi, zobaczymy, co jest grane, i wrócimy. – Rozejrzał się po znajomych, wśród których zapanowała konsternacja, po czym klaszcząc, dodał żywo: – Ruchy!
Znajomi pozbierali wszystkie cenne rzeczy i ruszyli w milczeniu w stronę żaglówki. Drogę oświetlali sobie latarkami halogenowymi, które z trudem odpędzały przytłaczający mrok lasu. Ciemnobrązowe pnie drzew majaczące w ciemni wchłaniały niemalże całe światło. Pomiędzy koronami widniało ciemnogranatowe niebo, które zdawało się wspierać na szpiczastych gałęziach.
Grupka młodych ludzi nie znalazła nikogo w pobliżu łodzi. Piotrek dla pewności wspiął się na pokład i dokładnie go przeszukał. Nikogo nie znalazłszy, sprawdził zamek drzwi kajuty, który był nienaruszony. Młodzieniec stanął na dziobie i przy pomocy latarki przeszukał raz jeszcze głuchy brzeg, na który wdzierały się drzewa.
Parująca powierzchnia oddającej ciepło wody w znaczący sposób rozrzedziła światło. Mglisty podłużny snop załamywał się w gęstym lesie.
– Nikogo tu nie ma – powiedział do Piotrka Tomek.
– Na to wygląda. – Drugi młodzieniec zeskoczył z łodzi. – Siekiera w lesie niby nie jest niczym nadzwyczajnym. A gdyby chciał nas okraść, już by to zrobił. To pewnie był jakiś turysta.
Po tych słowach wszyscy ruszyli z powrotem w stronę namiotów.
– Ale nam stracha napędziłaś! – rzuciła Monika, śmiejąc się.
– Moja Renatka ma naprawdę bujną wyobraźnię – odparł Piotrek, obejmując swoją dziewczynę.
– Pewnie dlatego jeszcze jesteśmy razem – odparła Renata uszczypliwie.
Wszyscy zaczęli się śmiać, gdy nagle dziewczyna spoważniała i wskazując ręką obóz, rzuciła ciszej:
– To on.
Tyłem do ogniska stał wysoki, postawny mężczyzna. Jego twarz nie była widoczna, ogień jej nie oświetlał. Było jednak wiadomo, że przybysz patrzy w stronę migających między drzewami latarek.
Piotrek, odzyskując rezon, podszedł jako pierwszy do mężczyzny i z uśmiechem, lecz pewnie rzekł:
– Nieźle nam pan nastraszył koleżankę tą siekierą. – I wystawił rękę, aby się przywitać.
Mężczyzna uścisnął dłoń chłopaka. Jego ręce były szorstkie niczym papier ścierny.
– Musicie mi wybaczyć. Zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć, wasza znajoma uciekła. Nazywam się Gabriel. – Mężczyzna zmierzył młodych wzrokiem. – Mam namiot rozbity jakieś pięć minut drogi w tamtą stronę. – Wskazał ręką kierunek – Siekiera, którą miałem ze sobą, służy mi do rąbania drewna. – Uśmiechnął się i spoglądając na Renatę, dodał: – I tylko drewna.
– Ja nazywam się Piotrek – wtrącił młodzieniec, przerywając krótką ciszę. – Ta młoda pani, którą pan nastraszył, to Renata, moja dziewczyna. Obok mnie stoją Tomek i jego dziewczyna Monika.
– Miło mi poznać.
Mężczyzna uścisnął rękę Tomkowi, a następnie z torby, którą miał na ramieniu, wyjął butelkę taniego wina i gestem zaproponował reszcie odrobinę trunku.
– Nie, dziękuję – odparł Tomek, wyciągając w powietrze dłoń z puszką piwa.
– Jest naprawdę dobre – rzekł przyjaźnie Gabriel.
– Ja się skuszę – jako jedyny wyłamał się Piotrek i chwycił butelkę. – O kurde, smaczne. To nie smakuje jak bełt – powiedział, oddając szkło Gabrielowi.
– To jest domowe wino. – Przybysz również wychylił odrobinę z butelki. – Mogę chwilę z wami posiedzieć, aż sen mnie nie zmoże?
Grupce znajomych średnio widział się ten pomysł, jednak zgodzili się bez zawahania.
– Mam trochę kartofli. Wrzucimy je do ognia Miałem je zjeść samemu, jak co wieczór. Nie spodziewałem się nikogo tutaj spotkać.
– My mamy kiełbasę – odparł Tomek. – Porozdzielamy to wszystko i będzie dobrze.
Gdy Gabriel zbliżył się do ognia, ponownie zerwał się lodowaty wiatr, który świszcząc między drzewami, porwał iskry w głąb ciemnego boru. Wicher równie nagle jak się pojawił, tak ucichł. Nieprzyjemny świst zdawał się pomknąć dalej w stronę wszechogarniającego mroku.
– To już drugi raz dzisiaj – powiedziała Renata, tuląc się do swojego faceta.
– Co? – spytał Piotrek.
– Ten dziwny wiatr.
– Tak jest tutaj ostatnio co wieczór. – Gabriel usiadł przy ogniu i zasypał ziemniaki w żarze.
Młodzi ludzie rozsiedli się wokół z kiełbasami na patykach i piwem. Piotrek podał jeden z kijków Gabrielowi.
– Co was tutaj sprowadza w czasie, kiedy wszyscy się stąd wynoszą?
– Koniec uczelni. Nasz wyjazd jest celebracją obrony tytułu magistra – odparł Tomek, patrząc w ogień.
– A pan pochodzi z tego rejonu? – spytała Monika, spoglądając na Gabriela.
Twarze zebranych ludzi mieniły się ciepłymi od ognia barwami.
– I tak, i nie – odparł zagadkowo przybysz. – Nie byłem w tym miejscu od wielu, wielu lat, choć urodziłem się tutaj, w Podleszczynach.
– W Podleszczynach? Gdzie to jest? – spytał Piotrek, przeszukując mapę w swojej głowie.
– Jakieś pięćdziesiąt metrów pod wodą – uśmiechnął się Gabriel. – Na dnie zalewu, nieopodal Polańczyka.
– Kiedyś próbowałem odnaleźć w internecie mapę doliny, żeby się dowiedzieć, jak wyglądała przed budową zapory… niestety bezskutecznie. A teraz siedzi tutaj z nami osoba, która żyła w tej zapomnianej już okolicy.
– Przepięknej okolicy… – przytaknął przybysz. – Legenda tego rejonu… ziem znajdujących się teraz na dnie… jest, można by rzec, dość niezwykła. – Spojrzał na studentów i spytał: – Słyszeliście o niej?
Zebrani przy ognisku ludzie, spojrzawszy po sobie nawzajem, pokręcili przecząco głowami.
– W zamierzchłych czasach te przepiękne, tajemnicze góry były ziemią niczyją. Nikt tu nie mieszkał. Przez większą część roku spowijały je mroczne chmury, których deszcze zmieniały górskie potoki w mknące szerokimi pasami kipiele. Słońce nie miało tu dostępu, lasy zaś roiły się od wygłodniałych wilczych watah i samotnych niedźwiedzi. Ludzie powiadali, że jakaś tajemnicza siła sprawiała, że zwierzęta te rosły do nadnaturalnych rozmiarów, a ich głód krwi miał nie mieć sobie równych. Przez ciągłe ulewy ziemia pomiędzy drzewami zmieniła się w bagno, którego wyziewy unosiły się szarawą mgłą pomiędzy ciemnobrązowymi pniami.
Gabriel ściągnął gorącą kiełbasę z kijka i zawinął ją w chleb, który wyjął wcześniej z torby. Wziął gryza i pociągnąwszy łyk wina, kontynuował opowieść.
– Mówi się, że ziemia w końcu namokła na taką głębokość, że sięgnęła samych piekieł. Powstała w ten sposób brama między dwoma światami natchnęła zwierzęta ponadnaturalną siłą i niebywałą agresją. Tutejsze stworzenia, podobnie jak ludzie, zaczęły zabijać dla zabawy. Wkrótce nie było już tutaj niczego żywego. Bestie się wyzabijały, drzewa zaś zgniły w namokniętej glebie. Ludziom, którzy zaczęli się tutaj zapuszczać, nie groziła już śmierć, lecz szaleństwo. Na bagnach utworzył się naturalny grób, który otaczał bramy do piekieł. Pewnego dnia jednak z nieznanych przyczyn zgnilizna zaczęła się cofać. Wezbrane rzeki ze śmiercionośnych kipieli zmieniły się ponownie w krystaliczne, kojące swym szumem potoki. Ziemia wyschła, zasklepiając powstałą tu ranę, a drzewa się zazieleniły. Nie minęło kilka lat, gdy w rejony te zaczęli ponownie przybywać ludzie. – Mężczyzna spojrzał na zgromadzonych przy ogniu studentów i dodał: – Tak przynajmniej głosi legenda.
– Coś musi w niej być – odparła Renata, która zrobiła się bardziej ufna wobec przybysza. – Każdy, kto przybywa w te góry, czuje niesamowitą aurę tego miejsca.
Gabriel pokiwał głową.
– Czyli przybył pan tutaj, aby odwiedzić rodzinne strony? – Tomek lekko uciekł od tematu.
– Bardzo chciałbym, aby tylko to było celem mojego pobytu tutaj. Niestety jest inna rzecz, która przykuła moją uwagę i mnie zaniepokoiła. – Gabriel spojrzał w kierunku brzegu. – Nie wiem, czy czytaliście o tym, że w ostatnich tygodniach z dna zalewu zaczęły wypływać najróżniejsze przedmioty: stare narzędzia, kawałki domostw, a nawet dwie trumny.
– Trumny? – spytała z obrzydzeniem Monika, obejmując się ramionami.
– Na dnie zalewu znajduje się przecież pięć cmentarzy: soliński, sokolski, teleśnicki, wołkowyjski i chrewski. Co jest najdziwniejsze, to to, że wody zalewu wciąż i wciąż opadają. Tak niskiego poziomu nie było, odkąd skończono zalewanie zbiornika.
– Jak tak dalej pójdzie, to będzie pan w stanie odwiedzić swój dom – uśmiechnął się Piotrek.
– Ten w Podleszczynach? Wolałbym nie. Widzę, że nie wiecie nic na temat tego, co się tutaj wydarzyło, ale niby dlaczego mielibyście wiedzieć? Nazywam się Gabriel, zaś początek tej historii datuje się na tysiąc dziewięćset dwudziesty drugi rok. Byłem wtedy dzieckiem… My wszyscy byliśmy dziećmi…1
We śnie o istnieniu na straży tysięcy opinii
Tkwiliśmy w swoich iluzjach
Gdyśmy się budzili z naszych żyć
Ze zdumienia przecieraliśmy oczy
I umieraliśmy wtedy prawdziwie
Nie oglądając się za siebie
By nie widzieć co żeśmy zrobili…
Dolina Solinki – marzec 1922 r.
Podleszczyny – wieś położona w malowniczej dolinie rzeki Solinka. Jej senny, pastelowy krajobraz często skrywała lekka mgła, która schodziła nad drewniane domostwa z bujnie porastających zbocza gór lasów.
Ludzie zamieszkujący te tereny w 1922 roku byli w większości ubodzy. Mało kto słyszał tutaj o wielkim świecie i jego nieustających problemach. Niedawno zakończyła się pierwsza wojna światowa, a zaraz po niej na młodziutkiej ziemi Drugiej Rzeczpospolitej pojawiły się buty marszowe czerwonoarmistów. Idea rewolucji proletariatu miała zostać wniesiona na bagnetach do zachodniej Europy i zatrzymać się nad Atlantykiem. Bolszewicy nigdy jednak nie ujrzeli brzegu Atlantyku, ponieważ zostali zatrzymani nad brzegiem Wisły.
Wielkie szczęście narodu okupione zostało wielkim cierpieniem jednostek. W Podleszczynach mało było chat, na których wojna nie odcisnęła swego piętna. Choć zewnętrznie panował spokój, w duszach ludzi zagnieździł się olbrzymi ból. Ktoś stracił syna, ktoś męża, ktoś inny „zwyczajną” miłość. Pobożni ludzie tych rejonów jak nigdy dotąd potrzebowali Boga. Przyświecała temu idea: „Rozstajemy się po to, aby znów się połączyć”. Ta prosta, dziecięca wręcz wiara rozświetlała nieprzeniknione mroki ludzkiego ducha, była latarnią i schronieniem wszystkich tych, którzy pierwszy raz ujrzeli, jak głęboka potrafi być otchłań rozpaczy po stracie najbliższych.
Niektóre zdarzenia przynoszą nieodgadnione rezultaty. Wielka miłość do Boga wyniosła niemal pod niebiosa niedoskonałego człowieka, często omylnego w swych osądach. Człowieka, który z taką łatwością zachłysnął się władzą, która nań spadła po 1920 roku. Człowiekiem tym był ksiądz Jerzy – proboszcz teleśnickiego kościoła. Ludzie traktowali go jak wyrocznię. Niebawem ksiądz zaczął zajmować się nie tylko sakramentami i nabożeństwami, lecz również sądzeniem ludzi i wydawaniem wyroków. Tak oto prawo ustanowione przez duchownego stopniowo stawało się jedynym obowiązującym prawem w dolinach rzek Solinki i Sanu. Jerzemu niemalże nikt się nie sprzeciwiał… Niemalże.
W Podleszczynach żyła wraz ze swoją rodziną osoba, którą wszelkie nieszczęścia zdawały się omijać wielkim łukiem. Działo się tak za sprawą jej egoizmu oraz zdolności adaptacyjnych. Człowiekiem tym był Zenon – głowa jednej z dwóch tutejszych szajek zajmujących się nielegalną produkcją i przemytem bimbru. Przed wojnami i po wojnach posiadał on duży majątek; nie rzucał się jednak przy tym nikomu w oczy. Ksiądz Jerzy szczerze nie lubił Zenona ze względu na to, że tamten gardził nim, a co więcej, nie pojawiał się na mszach i pomimo pokaźnego majątku nie płacił ofiar.
Przeciwieństwem Zenona była głowa drugiej szajki bimbrowniczej – Władek, który mieszkał w znajdującej się w dolinie Sanu wsi Polana, na północny zachód od Podleszczyn. Była to najzamożniejsza postać w tej okolicy. Różniącą go od Zenona cechą było obnoszenie się ze swym bogactwem oraz przesadna, udawana pobożność.
W nielegalnych interesach, tych dwóch łączył kruchy rozejm. Władek okazywał wielką uprzejmość w kontaktach z Zenonem, Zenon jednak nie był głupcem. Znał on Władka od dzieciństwa i wiedział, że jego uprzejmość jest tyle samo warta co jego pobożność.
Do wymienionych wyżej barwnych postaci z całą pewnością należałoby jeszcze dodać rodzinę Kalistów, która mieszkała w okazałym kamienno-drewnianym domu w lesie, na zachód od Podleszczyn. Ich przybycie w te okolice było owiane tajemnicą. Nikt dokładnie nie pamiętał, kiedy ci ludzie osiedlili się na tych terenach. Krążyły słuchy, że przybyli oni z odległych ziem znajdujących się na południu.
Dom zamieszkiwała Alma Kalista wraz ze swoimi rodzicami Darvasem i Mandolą oraz jedynym dzieckiem Gabrielem. Nieślubny syn był obiektem żywego zainteresowania pobożnych i poukładanych ludzi z Podleszczyn. Jego matka dolała jeszcze oliwy do ognia, gdy dwa lata wcześniej nie przyjęła księdza Jerzego, który chciał poświęcić dom. To właśnie od tego momentu ksiądz regularnie na każdej mszy szkalował rodzinę Kalistów, podsycając wciąż niegasnące spekulacje, że ludzie ci parają się okultyzmem i jedynym powodem, dla którego nie chcieli przyjąć księdza do siebie, była obecność w ich domu samego diabła.
Opowieści o magicznych umiejętnościach Kalistów zdawały się nie być do końca bajką. W rzeczy samej wielu wierzyło, że Alma posiada zdolności parapsychiczne. Miała wokół siebie garstkę osób, które przychodziły do niej po wróżby, na seanse spirytystyczne czy też w poszukiwaniu otuchy.
Wszystko zaczęło się początkiem marca 1922 roku, choć korzenie tej historii sięgają bardzo odległej przeszłości.*
Był mroźny, szary poranek, gdy stary pan Darvas wybrał się do lasu, aby narąbać drewna na opał. Wszędzie dookoła panowała głucha cisza. Zdawało się, że wszelakie dźwięki pochłaniał śnieżny puch, który zalegał grubą warstwą na ziemi oraz na uginających się pod jego ciężarem gałęziach drzew.
Nogi starca grzęzły głęboko w wysuszonym przez mróz śniegu. Każdemu krokowi towarzyszyło skrzypiące chrupnięcie, które świadczyło o tym, jak niebywale niska temperatura panowała. Ciężkie od ołowianych chmur niebo zastygło w bezruchu, podobnie jak czająca się pomiędzy drzewami mgła. Ścięta chłodem dziewicza przyroda przypominała namalowany gdzieniegdzie szklistymi, a gdzieniegdzie matowymi farbami obraz.
Mężczyzna ciągnął za sobą masywne sanie na drewno. Powietrze zdawało się osiadać coraz bliżej ziemi, okalając las niewidzialnym, lecz możliwym do wyczucia puchem.
Darvas nie mógł się już doczekać powrotu do domu. Paręset metrów od posiadłości przystanął i zaczął się żywo rozglądać po otaczającej go głuszy. Jego uwagę przykuła średniej wielkości sosna, pod którą spoczywał, jak mu się wydawało, nienaturalnej wielkości głaz.
Mężczyzna zdjął topór z sań i podszedł do owego drzewa. Zaciekawiony, zgarnął nogą śnieg z owalnej skały. Z wrażenia wypuścił z ręki toporek. Skała okazała się miękka.
Pan Darvas klęknął i zaczął rozgarniać zalegającą pod drzewem zaspę. Pod jej powierzchnią leżała zawinięta w gruby futrzany płaszcz dziewczyna. Jej twarz była sinobiała. Gdy mężczyzna ujrzał jej spokojne, młodziutkie oblicze, odruchowo zasłonił ręką usta i przymknął zachodzące łzami oczy. Klęczał tak chwilę w śniegu. Nie mógł się pogodzić z tym, że tak młodą osobę spotkał tak okrutny los.
Po chwili wstał i z opuszczoną głową podprowadził sanie pod drzewo. Jego pierwszą myślą było zabranie dziewczyny do Podleszczyn. Był więcej niż pewny, że właśnie stamtąd pochodziła.
Gdy Darvas przykucnął, aby ją podnieść, zauważył, że z ust jej wydobywają się maleńkie obłoczki pary.
– Panienka żyje! – wyrwało się mimowolnie z jego piersi.
Mężczyzna objął ją mocno i zarzucił na nią swój płaszcz.
– Zabiorę panienkę do domu! Wszystko będzie dobrze! – Uniósł ją w powietrze, aby ułożyć na saniach.
Dziewczyna powoli otworzyła nieobecne już od zimna oczy i delikatnie odpychając się go rękami, szepnęła:
– Zostaw mnie…
Darvas zdawał się nie reagować na jej zachowanie. Pewnym ruchem położył ją na saniach i najszybciej, jak tylko mógł, ruszył w stronę domu.
Dopiero wtedy ciężkie szare chmury poruszyły się na niebie, roztrzepując nad niemą okolicą biały puch. Wydawało się, że stagnacja i napięcie opuściły ten skuty lodem, mroźny las. Nie tylko Kalista, lecz także i cała przyroda zdawały się odetchnąć z ulgą. Mężczyzna dopiero w tym momencie zaczął zadawać sobie to jedno oczywiste pytanie: kim była dziewczyna, która omal nie skonała w tej lodowej głuszy?*
Darvas wparował do domu jak burza. Na rękach trzymał zawiniętą w futra dziewczynę. Nie zzuwając obuwia, wszedł do kuchni, gdzie przy ciepłym kaflowym piecu siedziały Alma i Mandola. Mały Gabriel bawił się zabawkami na drewnianej podłodze.
– Zagotujcie wodę! – krzyknął do oniemiałych kobiet.
– Chryste, tato, kto to jest?! – rzuciła Alma, podbiegając do ojca.
– Nie wiem – odparł Kalista – Znalazłem ją na wpół zamarzniętą w lesie.
Mandola postawiła duży garczek z wodą na rozgrzanej blasze. Alma w tym czasie zaścieliła łóżko stojące koło okna w kuchni.
– Gabrielku, nie kręć się teraz tutaj – powiedziała w pośpiechu do synka. – Stań koło stołu. – Spojrzała na ojca. – Tato, połóż ją tu.
Mężczyzna ułożył dziewczynę na łóżku. Alma bardzo szybko zdjęła z niej wilgotny płaszcz i okrywając ją kołdrą, zaczęła energicznie trzeć jej dłonie.
– Co z tą wodą, mamo?
– Ledwie, ledwie letnia… – odparła pani Kalista, patrząc w stronę nieprzytomnej dziewczyny.
– Nie musi być gorąca – powiedziała Alma.
Chłopczyk stał przy stole, trzymając się kurczowo jednej z nóg. Nerwowa atmosfera panująca w kuchni wyraźnie mu się udzieliła. Zerkał dużymi oczami to na mamę, to na młodą kobietę.
Alma spojrzała na syna i pogłaskała go wolną ręką po głowie.
– Nie bój się, szkrabie… – Uśmiechnęła się, a następnie zwróciła się do swojego ojca: – Tato, zabrałbyś go do drugiego pokoju?
– Chodź, maluchu. – Darvas wziął go na ręce i zabrał z kuchni.
– Dziadziu, co się stało pani? – Kobiety usłyszały z przedpokoju pełne troski pytanie chłopczyka.
– Pani troszkę zmarzła… – Głos oddalającego się mężczyzny rozmył się za zamkniętymi drzwiami.
– Myślisz, że będzie żyła? – spytała Mandola, podstawiając garczek z ciepłą wodą pod łóżko.
– Nie wiem, mamo. – Alma odkryła nogi dziewczyny i ułożyła ją w poprzek łóżka tak, aby wstawić je do wody. – Nie wyczuwam w niej woli życia. Umysł się poddał, zobaczymy, co zrobi ciało. Myślę, że wszystko rozstrzygnie się w ciągu najbliższych godzin.
– Jesteś pewna, że wiesz, co robisz? – Mandola spojrzała na zanurzone w garnku z ciepłą wodą nogi.
– Nie mam pojęcia… – szepnęła Alma. – Chcę ją tylko zagrzać.
Następne godziny ciągnęły się w nieskończoność. Obie kobiety ani na chwilę nie spuszczały z oczu dziewczyny, która zdawała się coraz to bardziej uciekać ze świata żywych.
Nikt nie zauważył, że pogoda się pogorszyła. Płatki śniegu, które jeszcze rano z niepowtarzalną finezją opadały na ziemię, były teraz chaotycznie rzucane o dom Kalistów. Wszędobylski wiatr, gwiżdżąc w szczelinach i tłukąc się całą swą mocą o okna, próbował się wedrzeć do środka niczym nieproszony gość. Droga do Podleszczyn, którą Darvas miał wyruszyć, aby zawiadomić ludzi o swoim znalezisku, została odcięta.
Mrok nadchodzącego wieczoru wniknął pomiędzy targane zamiecią drzewa. W kuchennym oknie pojawiło się ciepłe migoczące światło dwóch lamp naftowych, które zapaliła Mandola.
– Czuję śmierć kręcącą się wokół domu… – powiedziała do mamy Alma, patrząc przez okno na ciemny las.
– Zatem to już tylko kwestia czasu – odparła staruszka i złapała chłodną rękę umierającej dziewczyny.
W tym samym momencie gwiżdżący coraz mocniej wiatr wyłamał jedno z okien na górze. Kobiety usłyszały głośny trzask drewnianych framug dochodzący z któregoś z pokoi na pierwszym piętrze. Chwilę później do kuchni wdarł się nieprzyjemny chłód.
– Pójdę zamknąć – powiedziała Alma, chwytając jedną z lamp naftowych stojących na stole.
Kobieta wyszła na przedpokój i udała się na schody. Mrok odpędzało rdzawe światło chyboczącego na wszystkie strony płomienia lampy. Barierki przy stopniach rzucały na klatkę schodową rozgałęzione niczym pajęcza sieć cienie. Przesuwając się w przeciwną do Almy stronę, próbowały uciec w swój ukochany mrok, jak najdalej od światła. Przez cały dom mknął lodowaty, zwiastujący nieszczęście wiatr. Miarowe skrzypienie drewnianej podłogi przenikało puste pomieszczenia.
Alma stanęła przed zamkniętymi drzwiami, spod których wydostawało się z zawodzącym jękiem lodowate powietrze. Gdy nacisnęła klamkę, silny podmuch zgasił jej lampę naftową. W niemalże kompletnych ciemnościach ujrzała tańczące kontury zasłon oraz trzaskające o ramę okno. Kiedy podbiegała, aby je zamknąć, oprócz płatków śniegu ocierających się o jej rękę poczuła coś jeszcze. Kobieta zatrzymała się i odwróciła, jednak nie zobaczyła nikogo.
– To nie był wiatr… – szepnęła do siebie, znalazłszy lukę w przyspieszonym oddechu.
Dziwne szturchnięcie wydawało się zbyt mocne.
– Alma! – usłyszała krzyk matki z dołu.
– Już biegnę! – odkrzyknęła, zamykając okno.
Gdy zeszła z powrotem do kuchni, ujrzała uśmiechniętą Mandolę.
– Ocknęła się! – powiadomiła ją mama. – Na chwilę, ale się ocknęła.
– Ona tu była… na górze… Sama śmierć weszła do naszego domu… czułam ją.
– Ale to nie mogła być ona. – Mandola pokręciła głową. – Przecież dziewczyna żyje. Nie zabrała jej.
Alma, nic nie odpowiadając, ruszyła stanowczym krokiem do pokoju obok, do którego rano udali się Darvas z Gabrielkiem. Obaj leżeli w ciemnościach na łóżku. Gdy podeszła bliżej, uspokoiła się. Ojciec z jej synem spali. Wróciła do kuchni.
– Czego tutaj szukała? – spytała Alma, zamykając drzwi pomieszczenia.
– Jesteś pewna, że to była ona? Praktycznie nikt z żyjących nie jest w stanie jej dostrzec.
– Już raz ją widziałam. – Kobieta się zamyśliła. – Ona nigdy nie zwiastuje dobrych rzeczy.
– Nie widziałaś jej… – zripostowała matka – Tylko ją czułaś. Pamiętaj, że nasze odczucia potrafią nam płatać figle. Ty najlepiej powinnaś wiedzieć, że nie zawsze można im zaufać.
– Mamo, ty nie rozumiesz! – Alma podniosła głos. – Choćby nie wiem jak niedorzecznie to brzmiało, śmierć przeszła przez nasz dom. – Spojrzała na tajemniczą dziewczynę i dodała szeptem: – I nikogo nie zabrała. Ona nie odwiedza żywych bez powodu. – Usiadła bezsilnie na krześle. Po chwili uniosła głowę do góry i wyraźnie ożywionym głosem spytała: – Słyszysz?!
Mandola rozejrzała się po kuchni, po czym odparła:
– Nie.
– No właśnie. Śnieżyca ustała…2
Następnego dnia słońce zajrzało intensywnymi snopami do kuchni, w której ubiegłego wieczoru dwie kobiety walczyły o życie młodej dziewczyny. Obie spały na krzesłach z głowami opartymi na stole. Spokój i cisza nie potrafiły oddać tego, co się tutaj działo przed kilkoma godzinami. Kaflowy piec niemalże już zupełnie wystygł, lampy zaś, zjadłszy całą zawartą w nich naftę, zgasły nad ranem.
Almę obudził dźwięk przewróconego garnka. Podniosła głowę i gdy przetarła oczy, ujrzała kierującą się do drzwi młodą dziewczynę. Widok ten w momencie poderwał ją na równe nogi.
– A dokąd to się wybierasz?!
Dziewczyna się zatrzymała i ze zrezygnowaniem odwróciła się w stronę Almy. Poruszenie obudziło również Mandolę.
– Do domu – odparła zachrypniętym głosem.
– Nie w tym stanie. – Alma pokręciła głową. – Po śniadaniu mój ojciec wyruszy do Podleszczyn, tam ktoś po ciebie przyjdzie.
Słysząc to, dziewczyna odwróciła się w stronę przedpokoju i uderzyła bezsilnie ręką o ścianę.
– Kiedy ja nie chcę wracać… – Trzęsącą się dłonią przetarła łzę płynącą po jej policzku. – Posłuchajcie… – odwróciła się przodem do kobiet – dziękuję wam za wszystko… Nie chodzi o to, co zrobiłyście, ale o to, że zaliczacie się do wąskiego grona dobrych ludzi. Uratowałyście mnie pomimo tego, jak wiele nieżyczliwości spotyka was od okolicznych mieszkańców. Musicie jednak zrozumieć jedną rzecz. – Zapanowała chwilowa cisza, którą po chwili przerwał szept: – Ja nie chciałam zostać uratowana. – Dziewczyna pokręciła głową, a z jej oczu popłynęły grube łzy.
– Co ty wygadujesz, dziecko?! – rzuciła z troską Mandola, podrywając się z krzesła.
– Nie jestem już dzieckiem – szepnęła chłodno.
– Straciłaś kogoś… – rzekła Alma, patrząc uważnie na dziewczynę.
Ta przytaknęła, po czym odparła:
– Czternastego sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego roku pod Radzyminem dosięgła go bolszewicka kula… – Przetarła dłonią twarz i dodała z trwogą: – Boże, to już drugi rok leci. Mój mąż był dzielnym, pełnym idei człowiekiem. Nie chciał przyglądać się biernie temu, jak nasz kraj ponownie popada w rosyjską niewolę. W ślad za innymi mężczyznami z tego rejonu zgłosił się na ochotnika do armii tylko po to, aby niecały miesiąc później jedna z milionów wystrzelonych kul przecięła nasze życia. Obcy czerwonoarmista jednym strzałem położył nie jedno, lecz dwa istnienia. Od tamtej pory moje życie przypomina jakiś zły sen, z którego nie mogę się wybudzić. Moi rodzice próbowali już wszystkiego… Bezskutecznie. Tęsknota oraz beznadziejność sytuacji stały się nie do zniesienia. I tak wczorajszej nocy wypiłam dużo wina i wyszłam do lasu, aby się zdrzemnąć…
– Chciałaś zamarznąć… – powiedziała delikatnie Alma.
Dziewczyna przytaknęła.
– Jak się nazywasz, dziecko? – spytała Mandola.
– Jadwiga Łukowska.
– Jesteś córką sołtysa Podleszczyn, prawda? – ciągnęła dalej matka Almy.
– Tak. – Skrzywiła w grymasie twarz. – Wiem, że ojciec, podobnie jak większość tutejszych ludzi, nie darzy was sympatią. Musicie jednak zrozumieć… on jest dobrym człowiekiem. Jego głowę zatruł nasz proboszcz. To on jak nikt inny was nienawidzi. – Zapanowała krótka cisza. – Nie wiem, gdzie mam się podziać – dodała na koniec Jadwiga, uciekając od tematu.
– Czy masz jakąś rzecz należącą do męża? – Alma przerwała chwilową konsternację.
– Tak – odparła dziewczyna. Była zaskoczona pytaniem. – Różaniec, który dałam mu przed wyjazdem. Miał chronić jego życie.
Podała go Almie.
– Jest zniszczony – oceniła kobieta, biorąc go do ręki.
– Na niewiele się zdał. Nie wiem, czemu go noszę. – Jadwiga uśmiechnęła się nerwowo. – Może chciałam, aby mnie również przyniósł pecha.
Alma zamknęła oczy i przez chwilę przekładała w palcach ciemnoróżowe korale. Nagle odezwała się nieco zmienionym głosem:
– To się przyda.
– Przyda? – spytała Jadwiga, nerwowo spoglądając to na jedną, to na drugą rozmówczynię.
– Czy chciałbyś porozmawiać z nim ten jeden jedyny raz?
– Z kim? – spytała, mimo że wiedziała, o kogo pyta kobieta.
Alma spojrzała na nią wymownie.
– O Boże! – Jadwiga wybuchła nienaturalnym śmiechem. – A więc to prawda, co o was mówią ludzie. Wy naprawdę potraficie zakłócać spokój zmarłych.
– Spokój zmarłych? – Młodsza Kalista podniosła brwi do góry, po czym chłodnym oraz jakby przyciszonym głosem dodała: – Zmarli doświadczają wielu, wielu rzeczy, lecz spokój rzadko kiedy jest jedną z nich.
Ledwie skończyła to mówić, a otworzyły się drzwi do kuchni. Do środka wszedł Darvas z zaspanym Gabrielem na rękach.
– Musicie mi wybaczyć, ale nie mogłem go już dłużej utrzymać – rzekł serdecznie mężczyzna. – Ciągle o panienkę pytał.
– Pani nic nie jest. – Chłopczyk uśmiechnął się lekko i przetarł zaspane oczy.
Jadwiga podeszła do nich i łaskocząc po brzuchu malca, spytała:
– A ty jak masz na imię?
– Gabriel – odparł, przytulając się mocniej do dziadka.
– Gabriel. – Jadwiga zabawnie zmarszczyła brwi. – Takie poważne imię dla tak słodkiego maluszka? Będę ci mówić Gabryś, dobrze?
Gabryś pokiwał głową, po czym spytał:
– Czemu pani płacze?
Dziewczyna uśmiechnęła się najszczerzej, jak tylko mogła, i rzuciła pierwszą naiwną myśl, jaka jej przyszła do głowy:
– Ze szczęścia.
– Dość już tych pytań, szkrabie – wtrąciła Alma i wzięła syna od dziadka. – Pora zjeść śniadanie.
Mocno przytuliła chłopca do siebie.*
Jadwiga początkowo bardzo sceptycznie podeszła do propozycji Almy. Kotłowały się w niej sprzeczne odczucia: z jednej strony był to brak wiary, z drugiej zaś lęk przed konsekwencjami. Siedziała samotnie w ciemnym salonie i wsłuchiwała się w miarowe tykanie zegara. Nikogo nie było w domu. Darvas pojechał do Podleszczyn po jedzenie, Alma z Mandolą i Gabrielem wyszli zaś na zewnątrz, żeby się pobawić.
Ciche kamienno-drewniane domostwo zdawało się żywą częścią rodziny. Co chwilę można było usłyszeć jakieś tajemnicze dźwięki, które z echem rozchodziły się po jego mrocznych pomieszczeniach. Meble i ściany wydawały z siebie dziwne trzaski, które zabierał ze sobą głuchy świst wiatru. Miało się nieodparte wrażenie, że to miejsce zamieszkuje coś lub ktoś jeszcze.
Jadwiga chodziła po salonie, patrząc na stare zakurzone obrazy olejne przedstawiające portrety rodzinne. Bogato zdobione malunki mówiły o tym, jak starym i zamożnym rodem byli Kalistowie.
Uwagę dziewczyny przykuł wizerunek kapitana okrętu z 1520 roku. Pod spodem widniało nazwisko: Jacinto Kalista. Na obliczu postaci rysował się spokojny, przesiąknięty dziwną pustką uśmiech. Jego oczy pomimo tylu wieków wyraźnie emanowały życiem – były ostre i szkliste. Miało się wrażenie, że mężczyzna mógłby się zaraz poruszyć. Jadwigę aż przeszedł dreszcz. Odwróciła się i krzyżując ręce na piersi, zaczęła wolno masować się po ramionach.
– Czy podjęłaś już decyzję? – spytała Alma, która od dłuższego czasu stała w drzwiach.
– Tak – odparła Łukowska. – Zanim jednak odpowiem, chciałabym zapytać, kim był ten człowiek. – Wskazała ręką portret Jacinta.
– To nasz odległy przodek, nie znamy dokładnie jego biografii. Jedyne, co wiemy, to to, że w szesnastym wieku był kapitanem okrętu na Karaibach. Służył hiszpańskiemu królowi Karolowi I. Później z niewiadomych przyczyn przybył na te ziemie, gdzie dokonał żywota. – Kobieta wyjrzała za okno, po czym dodała: – Wierzymy, że ten dom stoi w miejscu, gdzie został on pochowany.
Jadwiga wyczuła, że Alma nie jest z nią do końca szczera i nie mówi jej wszystkiego.
– Ciekawe, co nim kierowało… Przebyć taki szmat drogi, aby ugrzęznąć tutaj – powiedziała w zadumie dziewczyna, spoglądając na obraz.
– Jak już wspomniałam, słabo orientujemy się w tej materii. Miałaś mi dać swoją odpowiedź. – Młoda Kalista uciekła od tematu.
– Wiem – przytaknęła dziewczyna. – Chcę, żebyśmy spróbowali.
– Dobrze. Poczynię zatem przygotowania. – Alma skłoniła lekko głowę i opuściła pomieszczenie.*
Pośrodku piętrowego domu Kalistów usytuowana była niewielka kwadratowa wieżyczka. Jej cztery okna zorientowane były według czterech kierunków geograficznych. W owej wieży znajdowało się małe pomieszczenie, gdzie Alma przyjmowała nielicznych bliższych i dalszych sąsiadów, którzy pojawiali się w poszukiwaniu wróżb lub leczenia.
Słońce już dawno zaszło za horyzont i rzuciło na mroźny las głuchy całun ciemności. Postrzępione szaro-śnieżne obłoki mknęły po niebie w bladym świetle dużego księżyca. Do wnętrza mrocznego domu wdzierały się niebieskie refleksy nocy.
Była godzina jedenasta. Gabriel spał już z babcią na parterze, gdy Darvas z Almą i Jadwigą otworzyli właz w suficie na przedpokoju i opuścili drabinę prowadzącą do pojedynczego pomieszczenia w wieży. Po oświetlonym jedną lampą naftową przedpokoju rozszedł się zapach kurzu i wyschniętego drewna.
Cała trójka wspięła się na wyższą kondygnację. Mężczyzna, wciągając do góry drabinę, zamknął właz, a następnie postawił na stole lampę, która promieniście rozświetliła mały pokój. Nie było tu żadnych ozdób. Ściany, niegdyś białe, zdołały już pożółknąć od upływu czasu. W jednym z kątów stał żelazny piecyk, w którym Darvas zaczął rozpalać ogień. Obok niego znajdował się kubełek węgla. Sklepienie miało kształt wklęsłego ostrosłupa. W stronę wierzchołka wspinała się po ścianie pordzewiała, powykręcana rura będąca kominem.
Jadwiga przysiadła na jednym z czterech parapetów i wyjrzała przez okno. Jej oczom ukazał się piękny widok na porastający okoliczne wzniesienia las. Pomimo panującego mroku pejzaż ten był powleczony tysiącem chłodnych barw. Po nierównej ziemi leniwie pełzły cienie obłoków. Kontury chmur świeciły srebrnobiałym blaskiem. Gdzieś w odległej dolinie Solinki majaczyły ciepłe światła ukrytych w ciemnościach domów.
W pokoju panował mróz, więc wszystkie czynności były wykonywane w pośpiechu. Alma porozstawiała cztery krzesła i nakryła okrągły stół płóciennym białym obrusem, który wyjęła ze skrzyni. Na samym środku blatu postawiła pojedynczą czarną świeczkę, a obok niej niewielką ozdobną miskę wykonaną z poczerniałego już srebra. W niej umieściła różaniec męża Jadwigi. Następnie spojrzała na dziewczynę i powiedziała:
– Poczekamy chwilę, aż pomieszczenie się nagrzeje.
Dziewczyna skinęła głową. Jej małomówność spowodowana była strachem, który odczuwała.
Po chwili Darvas rzucił krótko:
– Gotowe.
Przymknął klapkę małego piecyka, a następnie podszedł do lampy naftowej i ją zgasił.
Pokój w momencie wypełniło słabe, intensywnie czerwone światło rozpalającego się węgla, które uciekało z niewielkich szczelin w piecu. Blask ten chwilę później nabrał żywożółtego odcienia.
Alma podeszła do paleniska i otworzyła małe wieczko. Po pomieszczeniu rozszedł się zapach palonego węgla oraz kojący ducha syk ognia. Przeniosła płomień na jedną trzaskę i przy jej pomocy zapaliła stojącą na stole świeczkę.
– Usiądźmy – powiedziała do reszty.
Każdy zajął swoje miejsce, jedno krzesło pozostało puste. Alma wyjęła ołówek oraz kajet, które położyła przed sobą.
– Proszę teraz o ciszę. Gdy będę gotowa, ojciec da ci znać, abyś mogła zacząć zadawać pytania.
Po tych słowach kobieta wyprostowała plecy i opuszczając nieznacznie głowę, zaczęła niewzruszenie patrzeć na znajdujący się w srebrnej misce różaniec. Jej twarz nie przedstawiała teraz żadnej emocji.
Zapanowała cisza. W pokoju słychać było jedynie trzask ognia. Jadwiga rozglądała się nerwowo wokoło, wyraźnie udzielał się jej stres. W pewnym momencie zamarła i wolno spojrzała na jedyne puste krzesło, które wyraźnie zatrzeszczało.
Po chwili na pustej kartce papieru Alma napisała dwa słowa: „Witaj, Kochanie”. Kobieta, pisząc, cały czas patrzyła przed siebie na srebrną miskę. Choć siedziała tuż obok, jej umysł był daleko stąd.
– Witaj, Kochanie – przeczytał z kartki Darvas.
Jadwiga zrozumiała, jak będzie wyglądał ów tajemniczy seans. Wiedziała już, że nie zobaczy żadnych zjaw czy duchów. Wszystko zaczęło jej trącić szarlataństwem. Powaga i strach odeszły, a w ich miejsce pojawił się sceptycyzm. Uśmiechnęła się lekko i odparła:
– Witaj, najdroższy.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo mi ciebie brakuje. – Na kartce pojawił się kolejny napis.
– Mnie ciebie również… Dlaczego mnie zostawiłeś?
Jadwiga mówiła bez emocji, bo przeczuwała, że tak naprawdę rozmawia z Almą.
– Przecież wiesz…
– Nie wiem – odparła. – Nie wyjaśniłeś mi tego.
Na kartce przez dłuższą chwilę nie pojawiał się żaden napis. Grafit ołówka przyciskał papier w jednym punkcie i gdy Jadwiga zaczęła już się rozglądać wokoło, ruszył leniwie.
– Jak możesz tak mówić? Przecież mówiłem ci tyle razy… Nie chciałem, aby Bartek wychowywał się w zniewolonym kraju… Nie chciałem, aby dzielił los naszego dzieciństwa, by był czyimś niewolnikiem. Czemu mnie o to obwiniasz?
Jadwigę przeszedł dreszcz. Poczuła niemiłą lekkość w żołądku. Cała masa wspomnień uderzyła ją w jednym momencie. Zdania wypisane na pożółkłym papierze były zdaniami wypowiedzianymi przez jej męża za życia. Na tej lichej kartce pojawiły się słowa, na które czekała od niemal dwóch lat.
– Bartek… – wykrztusiła z płaczem. – Pamiętasz…
Było to jedyne imię dla chłopca, dla ich niepoczętego syna, na które się razem zgodzili.
– Tę jedną noc, która mogła odmienić nasze życia… – Grafit zaskrzypiał na kartce. – Byłem głupcem, Jadziu, powinienem był cię wtedy posłuchać, powinienem…
Po pojawieniu się ostatniego słowa Almą wstrząsnął dziwny spazm. Czytelne litery zmieniły się w bazgroły, a płomień świecy z niewyjaśnionej przyczyny znacząco przygasł. Ze stawianych chaotycznie na papierze znaków zaczęły się przebijać pisane dużymi literami słowa:
UCIEKAĆ… MUSICIE UCIEKAĆ… UCIEKAĆ… MAMO, MUSICIE UCIEKAĆ… MUSICIE… MAMO…
Słowa te wypełniły całą kartkę, a po chwili Alma bezwiednie zaczęła pisać je po obrusie. Z jej nieobecnych oczu zaczęły płynąć łzy.
– Córko!
Darvas poderwał się, podszedł do niej szybko i delikatnie zdjął z krzesła. Jej bezwiedne ciało położył na podłodze. Po dłuższej chwili kobieta zaczęła dochodzić do siebie.
Jadwiga spojrzała na kartkę. Widziała ostatnie słowa, które zostały zapisane tak gwałtownie, że w niektórych miejscach przecięły papier. Obok odciśniętych liter leżały kawałki pokruszonego grafitu.
– „Mamo”? – szepnęła ze zdziwieniem Jadwiga w stronę mężczyzny.
Ten, patrząc wciąż na swoją córkę, odparł:
– Po tamtej stronie kręci się dużo ludzi. Oni tylko czekają na okazję, aby ktoś mógł ich wysłuchać. Na twoim miejscu nie zaprzątałbym sobie tym głowy.
Seans zakończył się nieoczekiwanymi wydarzeniami i Jadwiga nie potrafiła zasnąć do rana. Pierwszy raz od niemalże dwóch lat poczuła zalewające ją lawinowo szczęście. Jej dusza była jak wyschnięta ziemia, która zaczęła spijać każdą kroplę wody. Wszystko znów odnalazło swój sens. Jej mąż w dalszym ciągu na nią czekał… Nie była to już tylko kwestia tak chwiejnej w chwilach smutku wiary, lecz widzenia. W dziwny, niewytłumaczalny dla siebie sposób zaczęła czuć jego obecność. Była więcej niż pewna, że był przy niej i że nigdy już jej nie opuści.*
– Czy to mógł być on? – spytał córkę z wyjątkową powagą Darvas, gdy znaleźli się sami w salonie.
– Nie jestem pewna… za dużo emocji – powiedziała Alma, siadając na fotelu. – Nalałbyś mi setkę?
Ojciec nalał trunku z karafki do dwóch kryształowych kieliszków. Jeden podał córce, drugi wziął dla siebie.
– Tyle lat i nic. – Pokręciła głową i wzięła płytki łyk wódki. – Byłam pewna, że ruszył już w swoją drogę. – Spojrzała na ojca i rzekła z grymasem bólu: – Czemu akurat dzisiaj?
Darvas podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.
– Z zachodu ciągną ciemne chmury – westchnął zmartwiony. – Czy to mógł być Rajka?
– Nie… – odparła bezsilnie. – Zawsze myślałam, że rozpoznam go bez trudu… aż do dzisiaj. To równie dobrze mógł być ktoś inny. Sam dobrze wiesz, że takie rzeczy często się zdarzają.
Ojciec Almy pokiwał tylko głową.*
Po tych mrocznych wydarzeniach w Podleszczynach nastąpiła odwilż. Rodzina Kalistów stała się doceniana przez okolicznych mieszkańców po uratowaniu ciała i ducha córki sołtysa. Wąziutka samotna droga mknąca przez głuchy las do domu Darvasa zaczęła się poszerzać za sprawą ludzi, którzy w coraz większych gromadach przybywali do Almy, aby się z nią zobaczyć i skorzystać z jej daru. Jedynie ksiądz Jerzy w dalszym ciągu pozostawał sceptyczny. Niemniej jednak rodzina Kalistów przestała już występować w jego kazaniach.
Tymczasem zdawało się, że jedynie przyroda dostrzegła zbliżającą się z południa tak wyczekiwaną wiosnę.5
Na skraju Podleszczyn znajdował się samotny drewniany dom, wokół którego rozciągał się spróchniały już w wielu miejscach płot. Obszerna działka w większości porośnięta była zieleniącym się z wolna sadem. Za zabudowaniami, tuż przed wzniesieniem stały ule. Zaraz za nimi w cieniu lasu znajdowała się niewielka ziemianka.
Właścicielem tej ziemi był stary Rafał. To on jeszcze za czasów zaborów założył w dolinie szajkę zajmującą się produkcją i sprzedażą bimbru. Bardzo szybko dołączyli do niego Zenon oraz Władek, którzy w tym czasie byli chłopcami. Obaj nie mieli rodziców. Żyli z drobnych kradzieży, wszystkim się dzieląc. Rafał traktował tych dwóch wyjątkowo – jak synów, których nigdy nie miał. Pomimo tego, że profesja, którą się zajęli, była nielegalna, uczył ich szacunku do życia, do ludzi oraz do otaczającego ich świata.
Chłopcy dzięki Rafałowi bardzo szybko nabrali cech przywódczych i stali się najważniejszymi po nim postaciami w grupie. Każdy liczył się z ich zdaniem, mimo że niejednokrotnie brakowało im doświadczenia.
Istnienie jednej szajki dawało gwarancję pokoju. Taki stan rzeczy utrzymałby się niewątpliwie dłużej, gdyby nie młodszy brat Rafała, który poległ na froncie w 1914 roku. Był to cios, który zranił mężczyznę bardzo głęboko. Tamtego lata coś w nim pękło; poczuł odrazę do siebie i do tego, co do tej pory robił. Kruchość życia, która zajrzała mu głęboko w oczy, obnażyła jego sumienie i z jasnością, jakiej nigdy nie zaznał, wskazała nowy kierunek. Tak oto szajka straciła swojego przywódcę, który zapragnął odnaleźć siebie.
Rafał starał się pociągnąć za sobą dorosłych już Zenona oraz Władka, ci jednak nie chcieli porzucać rozrastającego się interesu na rzecz jakże ulotnych wartości duchowych.
Tych dwóch bez swojego opiekuna nie potrafiło tak jak kiedyś pozostać ze sobą. Dopiero wówczas dane im było odkryć, że Rafał był siłą, która ich jednoczyła. Zenon z Władkiem podzielili się więc wszystkim po połowie i rozeszli w przyjaźni. Żaden z nich nie spodziewał się jednak tego, że niemożność patrzenia sobie nawzajem na ręce zrodzi spekulacje, lęk, a co za tym idzie… agresję. Chwiejny pakt z roku na rok zaczynał trącić sztucznością. Mężczyźni coraz bardziej unikali otwartych rozmów na temat interesów, co rodziło nieufność.
Bardziej niestabilny w tym młynku okazał się nadpobudliwy Władek, który miał osobowość skłonną do neuroz. Do 1922 roku był przekonany, że Zenon zamierza się go pozbyć i zjednoczyć szajkę, aby przywrócić jej świetność sprzed wojny. Strach ten pochłonął w całości jego serce i umysł. Nie dysponując żadnymi dowodami, zapragnął wyprzedzić – jak mu się wydawało – nieunikniony cios.