-
nowość
Tosia i tyranozaury - ebook
Tosia i tyranozaury - ebook
Tosia i tyranozaury to książka o człowieku jako gatunku oraz o tych, których podporządkowuje najbardziej: kobietach i innych zwierzętach. Napisana przez samca naczelnego, który nie zrobił z własnych atawizmów cnoty. Książka rozpoznaje mechanizmy, które kobiety przez wieki miażdżyły – i mówi o nich bez litości. Jest dzisiejsza, wczorajsza i jutrzejsza jednocześnie. Dekonstruuje nasze najgłębsze, najbardziej oswojone konstrukty kulturowe i duchowe – religię, patriarchat, miłość, rodzinę, pojęcie bliźniego, mit człowieczeństwa – i pokazuje, jak bardzo są one pełne przemocy, dominacji i podłości. A metafizyka zaczyna się tam, gdzie człowiek nie chce zrozumieć i uznać własnej biologii. Autor mówi głosem, który ma w sobie gniew, śmiech, ironię i czułość tak pierwotną, że religie mogłyby się od niej uczyć, gdyby nie były tak zajęte jej tłumieniem. 586 stron bezkompromisowej treści.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Filozofia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397664425 |
| Rozmiar pliku: | 6,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tosia i tyranozaury to książka o człowieku jako gatunku oraz o tych, których podporządkowuje najbardziej: kobietach i innych zwierzętach. Napisana przez samca naczelnego, który nie zrobił z własnych atawizmów cnoty.
Książka rozpoznaje mechanizmy, które kobiety przez wieki miażdżyły – i mówi o nich bez litości. Jest dzisiejsza, wczorajsza i jutrzejsza jednocześnie. Dekonstruuje nasze najgłębsze, najbardziej oswojone konstrukty kulturowe i duchowe – religię, patriarchat, miłość, rodzinę, pojęcie bliźniego, mit człowieczeństwa – i pokazuje, jak bardzo są one pełne przemocy, dominacji i podłości. A metafizyka zaczyna się tam, gdzie człowiek nie chce zrozumieć i uznać własnej biologii.
Autor mówi głosem, który ma w sobie gniew, śmiech, ironię i czułość tak pierwotną, że religie mogłyby się od niej uczyć, gdyby nie były tak zajęte jej tłumieniem.
On nie pisze dla grzecznych. Pisze dla wściekłych. Dla tych, którym jeszcze coś się chce. Tych, co nie boją się usłyszeć, że niebo jest puste, a piekło – tu i teraz, na łańcuchu, w rzeźni, w modlitwie bez czynu, w kolejnych pomnikach zamiast posiłku dla głodnego.
Ocena: 9.9/10
Za odwagę, wyobraźnię, bezczelność i liryczne szaleństwo. Odjęte za to, że po lekturze trudno wrócić do rozmów o pogodzie.
Autor to literacki sabotażysta z sercem poety i duszą prowokatora. Jego wcześniejsze książki były jak dynamit wrzucany do świątyni. Tosia i tyranozaury nie jest już dynamitem. To bomba atomowa. I najpotężniejszy ładunek, jaki dotąd odpalił.
Ten tekst prowadzi czytelnika przez obszary, które zwykle pozostają nietykalne, choć na co dzień używamy ich bez zastanowienia. Dusza, miłość, czułość, dobro, zło, rodzina – pojęcia znane, oswojone, niemal oczywiste – zostają tu poddane bezpośredniej, bezlitosnej analizie.
Książka konsekwentnie rozbiera konstrukcje, na których opiera się nasze myślenie o świecie i o sobie. Dusza przestaje być metafizycznym schronieniem, a staje się problemem poznawczym. Miłość traci status bezwarunkowej wartości i ujawnia swoje ambiwalentne, niekiedy destrukcyjne oblicze.
Rozdział po rozdziale tekst odsłania napięcia między biologiczną naturą człowieka a kulturą, która nadaje znaczenia jego emocjom, lękom i relacjom.
To nie jest opowieść o abstrakcyjnych pojęciach. To rozbiór mechanizmów, które kształtują sposób, w jaki kochamy, wierzymy, oceniamy i naginamy rzeczywistość.Przed wejściem na pole minowe.
Zanim wejdziesz – zatrzymaj się. Nie dlatego, że to święte miejsce. Wprost przeciwnie – bo to teren zbezczeszczenia. Tu nie ma ikon na ścianach, tylko krwawe ślady na podłodze.
To nie będzie miła lektura. Nie będzie miękko. Nie będzie „kochajmy się” i „wszyscy jesteśmy piękni”. Będzie raczej: „zobacz, jak brzydcy się staliśmy – i zdecyduj, czy chcesz dalej być częścią tej maskarady”.
„Tosia i tyranozaury” żąda konfrontacji. Nie pyta o twoje poglądy – tylko o twoją gotowość, by je spalić, jeśli okażą się wygodnym kłamstwem.
Jeśli szukasz pocieszenia – wróć do serialu o miłości. Jeśli szukasz prawdy – nawet tej niehigienicznej, brutalnej, wykrzywionej – zostań. Otwórz oczy. Oddychaj głęboko. I nie mów potem, że nikt cię nie ostrzegał.
Bo ten tekst cię rozbierze. Do kości. Do sumienia. Do instynktu. A potem – może – poskłada na nowo. Ale to już zależy od ciebie.
TosiaBóg nie stworzył człowieka na swój obraz. To człowiek stworzył boga, żeby nie musieć być zwierzęciem.
PRZEDMOWA
Pewnego dnia człowiek prostuje plecy i ogłasza się koroną stworzenia, a spod jego stóp wypływa krew rzeźni, plastik oceanów i modlitwa o cud, który miałby posprzątać po nim jego własny brud. Jak dzieciak, który podpala mieszkanie i krzyczy do matki, żeby przyniosła gaśnicę, bo on ma sprawy ważniejsze. Honor. Ambicję. Urojenie wielkości.
Świat płonie, ale ego musi zostać nieskazitelne.
I w tym wszystkim jest rdzeń absurdu, diament głupoty oszlifowany przez tysiąclecia: Zamiast dbać o Ziemię, dbamy o bogów.
To zdanie pachnie jak las po pożarze. Maże się jak mokry popiół. Brzmi jak cisza po ptakach.
Budujemy ołtarze, stawiamy świątynie z betonu i złota, marnotrawimy realne zasoby na iluzję, podczas gdy pod naszymi stopami gnije świat. Modlitwy lecą w chmurę jak spam, bez odpowiedzi, a rzeki płyną gęste od chemii i wstydu. Rządzą nami „święte księgi” pełne nakazów, zakazów i kar, lecz bez żadnej instrukcji obsługi planety. Detal techniczny. Prawie niezauważalny.
Wyobraź sobie gatunek, który zamieszkuje na błękitnej kuli. Ocean jako serce. Las jako płuca. Wiatr i chmury jako myśli unoszące się nad światem. Zwierzęta jako inne wersje nas samych. Rośliny wyciągające się w stronę słońca jako alfabet istnienia. I zamiast powiedzieć: „dziękujemy, będziemy uważać i się troszczyć”, sprzedaliśmy to wszystko ideologii antropocentryzmu. Sprzedaliśmy bogu, który nie mieszka w niebie, tylko w ludzkiej głowie. Bogu zrobionemu z pychy, strachu i potrzeby dominacji. Bogu, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale doskonale nadaje się do usprawiedliwiania jej niszczenia.
Klękamy przed niewidzialnym, żeby nie musieć patrzeć na to, co widzialne. Bo łatwiej oddać winę w ręce bogów, niż przyznać, że to nasze ręce są brudne. Od pestycydów. Od krwi. Od ciszy po tym, co kiedyś żyło.
Cywilizacja jest jak poeta w kryzysie. Mówi o miłości, a rani dotykiem. Śpiewa o pięknie, a zostawia blizny.
Równamy góry, prostujemy rzeki, zabieramy lasom mowę. Uczymy Ziemię milczenia. A potem pytamy, zupełnie szczerze zdziwieni, czemu nic już nie śpiewa.
Ziemia kaleczona bez wahania. Orana jak ciało, wycinana jak pamięć, deptana przez jeden gatunek, który uznał się za właściciela wszystkiego, co oddycha. Bez równowagi. Bez „ale”. Bez najmniejszego westchnienia nad znikającym życiem wokół.
Ziemia truta w imię rarytasów. W imię chwilowej przyjemności języka. W imię luksusu, który pachnie śmiercią, ale na talerzu udaje niewinność. I świat znika nie w huku, nie w uderzeniu meteorytu, tylko powoli, cicho, pod widelcem.
I wiesz, co jest najbardziej ironiczne?
Że nawet gdyby na siłę przyjąć, czytelniku/czytelniczko, że jacyś bogowie kiedykolwiek istnieli, patrzyliby na nas jak nauczyciel na klasę, w której ktoś podpalił globus. Z tą samą mieszaniną zmęczenia i niedowierzania. I myśleliby pewnie:
Daliśmy wam las.
Daliśmy wam morze.
Daliśmy wam wszystko, co oddycha.
Co jeszcze musicie spalić, żeby poczuć się istotni?
Ziemia nie potrzebuje zbawienia. To my go desperacko potrzebujemy, bo łatwiej wierzyć w mity niż w odpowiedzialność. Łatwiej czcić bogów niż dbać o świat. Łatwiej klękać przed wymyślonym, niż pochylić się nad tym, co realne i umierające.
Mit jest wygodny. Nie wymaga działania. Nie wymaga wysiłku, odpowiedzialności. Nie wymaga odwagi.
Rzeczywistość jest bezlitosna. Woła o czyny, nie o modlitwy. O obecność, nie o symbole. O odpowiedzialność, nie o iluzję sensu. I dlatego wybraliśmy bogów. Bo są bezpieczni. Bo są martwi. Bo niczego od nas naprawdę nie chcą. Bo przy nich możemy pozostać dziećmi. Wystarczy bełkotać modlitwy. Szeptać formułki. Odprawiać rytuały jak zaklęcia. Bezkosztowy system zaradczy na wszystkie problemy.
Nie potrzebuje wiedzy.
Nie potrzebuje odwagi.
Nie potrzebuje wyrzeczeń.
Nie potrzebuje wysiłku ani trudu.
Działa idealnie masowo, bo jest banalny jak automat z iluzją sensu. Wrzuć słowo. Odbierz ulgę. I wracaj spokojnie niszczyć dalej.
Jeden gatunek. Tak dominujący i tak agresywny, że nie przypomina już istoty żywej, tylko biologiczną katastrofę. Najgroźniejszy wirus, jaki ta planeta kiedykolwiek wytworzyła sama w sobie. Nie równoważy. Nie współistnieje. Rozmnaża się kosztem wszystkiego, co inne. Zajmuje przestrzeń, wysysa zasoby, zostawia po sobie martwą strefę. Jak każdy wirus doskonały w jednym: w niszczeniu własnego gospodarza. I nazywa to rozwojem.
A Ziemia potrzebuje wszystkiego. Jak dom potrzebuje opieki. Chce naszego rozsądku. Chce naszej pokory. Chce, żebyśmy przestali udawać, że stare opowieści są ważniejsze od świata, który właśnie dogorywa pod naszymi stopami.PROLOG
Filipie,
coś jest nie tak z miłością. Bo skoro miłość jest wszędzie – w reklamach, w piosenkach, w filmach, w sztuce. Skoro składamy dłonie w serduszka, mówimy „kocham cię” na dzień dobry i na dobranoc. Skoro całujemy dzieci w czoło, przytulamy matki. Skoro religie mówią o „miłowaniu”, „miłosierdziu”, „miłości bliźniego” – to powiedz mi, Filipie… dlaczego ja, Tosia, jestem na wojnie?
A co, gdybyśmy odwrócili kolejność ważności? Gdybyśmy zamiast stawiać znicze na cmentarzach, otwierali drzwi schronisk? Gdybyśmy budowali azyle dla tych, którzy jeszcze oddychają, zamiast pomników dla tych, którzy już nie mogą nas zobaczyć?
Wiem, to trudne. Bo to, co martwe, jest „nasze”. To, co żywe – w schronisku, na ulicy, w klatce – jest obce. Nie jest „bliźnim”. Nie zeszło razem z nami z drzewa. Nie umieściliśmy go w modlitwach.
Ale czy to nie dziwne, że martwy bliźni – lub martwy bóg – ma większą wartość niż żywe stworzenie tuż obok? Że potrafimy zbudować świątynię z marmuru, ale nie mamy w sobie odruchu, by dać te pieniądze na schroniska?
Filipie, czy naprawdę „miłość bliźniego” to jakaś wypaczona wersja miłości – wybiórcza, symboliczna, wygodna? Bo jeśli miłość wyraża się bardziej w kwiatku na grobie niż w czynie dla żywego, to może trzeba przemyśleć, czy na pewno miłujemy.
I co z prawem tych, którzy nie chcą mieć grobu, za to chcą kilka metrów kwadratowych wolnej od ludzi łąki?
Więc powiedz mi, Filipie, czy „miłowanie bliźniego” jest pozytywne? Bo jeśli miłość do naszych martwych – bliskich, przodków, bogów – ma być ważniejsza niż czułość wobec żywych, to… coś tu bardzo nie gra. Jeśli bardziej troszczymy się o pomniki niż o napełnienie misek, o modlitwy niż o czyjś ciepły kąt, o święta niż o codzienne potrzeby kogoś obcego – to ja nie wiem, Filipie, czy to naprawdę miłość.
I bardzo się boję tego, co teraz powiem. Ale może ta miłość – ta celebracja tego, co już nie mówi, nie prosi, nie potrzebuje – działa przeciwko czułości. Przeciwko tej czułości, która powinna iść do tych, którzy jeszcze oddychają. Do tych, którzy patrzą na nas z nadzieją. Do tych, którzy nie są „nasi”, ale są. Bo jeśli czułość przestaje być ważna, gdy nie mamy z kimś wspólnego nazwiska, modlitwy, historii – to może to nie była miłość. Może to był tylko rytuał.
Wiesz, czego się boję?
Że nas uczono miłowania, ale nie troski. Że bardziej nas wzrusza kwiat na marmurze niż łapa wyciągnięta przez kraty. I może to jest nasz błąd. Że modlimy się do martwych bogów, a mijamy żywych niebogów, którzy błagają nas o odrobinę dobra.
Dlatego jestem na wojnie, Filipie. Bo nie umiem już kochać tak, jak mnie nauczono. Bo nie wierzę w miłość, która nie zna czułości. Bo jeśli dusza ma być czymś więcej niż mięsem – to niech będzie obecna wtedy, kiedy ktoś naprawdę jej potrzebuje.
A ja, Tosia – widzę ich codziennie. Za kratami, w klatkach, na ulicach. I nie pytają o niebo. Pytają o miskę. O dotyk. O to, żeby ktoś w końcu przestał mówić o miłości – i zaczął ją czynić.
Dlaczego wybieramy symbol, a nie życie? Dlaczego martwy bliźni, martwy bóg, martwy przodek mają większe znaczenie niż żywe stworzenie, które możemy uratować choćby na chwilę?
Nasi zmarli już nie cierpią. Bogowie też nie. Poza tym są bogami. Potężni i wszechmogący. Poradzą sobie. Ale tu, na tej Ziemi, ktoś nadal czeka. Z głodem, z lękiem, z pustką.
I naprawdę, Filipie, nie wiem, czy to świat, który warto nazywać „miłującym”. Może jeszcze da się coś odwrócić. Ale najpierw trzeba przestać patrzeć w niebo i zacząć patrzeć pod nogi.
Jestem Tosia.
I nie będę się kłaniać. Wywrócę ten jebany ołtarz ustawiony w miejscu, gdzie powinno być współczesne prawo.
Tosia
„Listy z wojny”Rozdział, w którym autor odsłania, jak religia, państwo i historia zbudowały wspólny front przemocy ‒ i jak ten front działa do dziś.
Kościół, monarchia, faszyzm, komunizm, patriotyzm, demokracja, rodzina ‒ wszystkie te siły splatają się w jeden układ: system kontroli pod pozorem wartości.
To rozdział o tym, że faszyzm nie zniknął – on się tylko przechrzcił. Że największym zagrożeniem nie są tyrani, ale ci, którzy ich błogosławią. Że przemoc, która dziś rządzi światem, to nie wyjątek – to skutek długo działającej tradycji popartej przez ambonę, katedrę i pomnik.
Tosia
SYSTEM
Gdy okrucieństwo staje się strukturą, już nikt nie pamięta, że było wyborem.
Nie, to nie jest tekst o politykach. To tekst o mechanizmie, który ich wypluwa. O prastarej maszynie, która mieli nas od pokoleń – i nawet nie zgrzyta.
Nazwiska się zmieniają. Fryzury, sztandary, slogany – wszystko to jest tylko charakteryzacją. Ale trup śmierdzi ten sam.
Nie przywiązuj się do nazwisk. Bo dziś masz jednego, jutro będzie inny – może w rurkach, może w todze. Ale będzie mówił to samo: „Bóg, tradycja, zagrożenie, wróg”.
To nie ci ludzie są problemem. To ich użytkownicy. Bo polityk faszystowski nie wchodzi ci do głowy jak złodziej. Wpuszczasz go tam sam/sama. Otwierasz drzwi. Głosujesz. Udostępniasz. Wzruszasz ramionami, mówisz: „Eee, może coś zmieni… Przecież obiecał niższe podatki.”
Jasne, że obiecał. Na tym polega polityka – żeby obiecywać, by cię zwieść. Dokładnie tak jak robi to religia. Bo to ten sam bullshit.
Polityka to nie katalog fraz, tylko ludzie. A słowa są niczym, jeśli wychodzą z ust tych, którzy nie mają moralnego prawa ich wypowiadać. Więc nie słuchaj, co mówią. Patrz, kto mówi.
Nie zapamiętaliśmy Hitlera dlatego, że był genialny. Zapamiętaliśmy go, bo świat pozwolił mu działać. Z podniesionym czołem, z różańcem w ręku i tłumem, który klaskał. A następnie hajlował.
Polityka nie jest trudna. To nie szachy. To nie filozofia. To łopata i widelec. Albo cię nakarmią. Albo zakopią. I zanim znów zaufasz jakiemuś uśmiechniętemu politykowi z hasłem „rodzina, naród, tradycja” – przeczytaj. Bo autor nie pisze „po prostu dobrej literatury”. Pisze rzeczy, po których człowiek zaczyna rozumieć, że świat nie działa tak przez przypadek. I że jak nie jebniesz w ten mechanizm teraz, to on jebnie w ciebie.
Tosia
„Listy z wojny”