TOSIA - ebook
Jedna bezczelnie inteligentna dziewczyna. Jeden cyniczny pisarz. Za dużo napięcia, by nazwać to przyjaźnią, i za dużo wolności, by zamknąć ich w zwykłym romansie. Wokół nich Polska w pełnej krasie: dziewczyny w bikini, rowery, radiowóz, protest rolników i festyn patriotów. Absurd goni absurd, ironia ciśnie mocniej niż traktor na blokadzie, a Tosia przejeżdża przez ten świat tak, jakby każda społeczna świętość była tylko kolejną przeszkodą do ominięcia. „Tosia” to zmysłowa, błyskotliwa i nieprzyzwoicie zabawna opowieść o pragnieniu, wolności i relacji, w której spojrzenia znaczą więcej niż wyznania. Książka jak kraj: absurdalna, śmieszna i trochę niebezpieczna. Pierwszy tom nowego powieściowego uniwersum Filipa Krzemienia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397664463 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dom stał na skraju wsi, dokładnie tam, gdzie kończyły się równe rzędy płotów i zaczynał się przyjemny chaos dzikich łąk.
Sugar właśnie siedział w swoim ulubionym fotelu, pisząc coś z namaszczeniem na laptopie. Tosia podejrzewała, że mogło to być wszystko: kolejny manifest przeciwko systemowi, poemat o bezsensowności miłości albo przepis na idealną sałatkę z awokado. Nigdy nie była tego do końca pewna, a pytać – nie miała odwagi. Nie dlatego, że się bała; po prostu wolała pozwalać sobie na odrobinę tajemnicy.
Stała teraz w kuchni, oparta biodrem o drewniany blat, trzymając w dłoni swój ulubiony ceramiczny kubek pełen gorącego kakao z mlekiem roślinnym. Miało lekko orzechowy smak i pachniało dzieciństwem – tym trochę wyidealizowanym, które być może nigdy się nie wydarzyło, ale w które czasem chciała wierzyć. Patrzyła przez okno na łąkę za domem, na której wiatr bawił się wysoką trawą i rozrzuconymi gdzieniegdzie kwiatami rumianku. Świat za szybą wyglądał jak ilustracja w książeczce dla dzieci, której nigdy nie przeczytała, ale o której zawsze podświadomie marzyła.
– Tosia – głos Sugara dobiegł z werandy, odrywając ją od rozmyślań.
– Mhm? – mruknęła, nie odwracając wzroku od malowniczego widoku.
– Chyba znowu zostawiłem gdzieś okulary. Albo ktoś mi je ukradł.
Uśmiechnęła się mimowolnie, dobrze znając tę rutynę. Zawsze „ktoś” był winny: tajemniczy złodziej, kosmici, ewentualnie kapitalistyczny spisek, który kradnie okulary ludziom niewygodnym dla systemu. Najczęściej jednak okulary znajdowały się na nosie Sugara, ewentualnie wciśnięte na głowie między rozwichrzone kosmyki jego włosów.
– Sprawdź najpierw na własnym czole – odkrzyknęła, upijając łyk kakao.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana stuknięciem kubka i ledwie słyszalnym mamrotaniem Sugara. Tosia westchnęła lekko, rozciągając usta w kolejnym uśmiechu. Uwielbiała te dni, kiedy świat zdawał się istnieć tylko po to, żeby cieszyć ją drobnymi absurdami, jak Sugar poszukujący własnych okularów czy trawa, która uparcie rosła tylko tam, gdzie nie powinna.
To miał być kolejny zwyczajny dzień, w którym najważniejszą przygodą było pilnowanie, żeby Sugar przypadkiem nie podpalił domu przez swoją nieuwagę. I Tosia była z tym całkowicie pogodzona – w końcu wielkie przygody zwykle zaczynają się właśnie od takich pozornie zwyczajnych chwil.NIELEGALNE JABŁKO, LEGALNE SPOJRZENIE.
-
ta kropla soku spływająca po brodzie powinna mieć ostrzeżenie 18+
– Tosia, naprawdę nie wiem, o co chodzi z tymi okularami – mruknął Sugar z pełną powagą, siadając przy kuchennym blacie i spoglądając na nią lekko urażonym wzrokiem. – To nie jest normalne. Powinniśmy to zbadać.
Tosia kiwała głową z pewnym pobłażaniem, zerkając na niego znad swojego kakao. Siedział tuż naprzeciw niej, jego włosy, jak zawsze lekko rozczochrane, opadały na czoło, nadając mu wygląd kogoś, kto właśnie przebiegł przez huragan. To spojrzenie spod przymrużonych powiek, niby przypadkowe, ale zdecydowanie zbyt celne, by było niewinne. Wiedziała, że Sugar uwielbia prowokować rozmowy o rzeczach absolutnie absurdalnych, tylko po to, by sprawdzić, jak daleko może się posunąć, zanim ona zacznie protestować. W jakimś sensie była to ich ulubiona gra.
– Kosmici? – zapytała obojętnie, biorąc powolny łyk napoju. – To zawsze byli oni.
– Kosmici – potwierdził, kręcąc głową z pozornym smutkiem. – Są wszędzie. Na przykład ostatnio ukradli mi długopis. Ten niebieski, pamiętasz go?
– Ten, który leży na komodzie w salonie?
– O, właśnie – skinął głową z powagą. – Znowu go podrzucili. Żebym oszalał.
– Chyba nie mają już dużo do roboty na tej swojej planecie – Tosia uśmiechnęła się lekko, odstawiając kubek. – Pewnie dlatego tak uparcie próbują doprowadzić cię do szaleństwa.
Sugar spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, choć próbował ukryć to za udawanym oburzeniem.
– To nie byłby zbyt ambitny cel. Już dawno powinni wiedzieć, że jestem nie do złamania – odparł, przeglądając swoje notatki, które przyniósł ze sobą do kuchni. Na chwilę zamilkł, zastanawiając się nad czymś poważnym. – Myślisz, że powinienem zacząć pisać o kosmitach?
Tosia zerknęła na niego, próbując nie śmiać się zbyt otwarcie. Sugar zawsze mówił z takim przekonaniem, że przez chwilę naprawdę mogła uwierzyć w istnienie pozaziemskich cywilizacji, kradnących przedmiociki biurowe tylko po to, by uprzykrzyć mu życie.
– O kosmitach, patriarchacie i niesprawiedliwości społecznej? Brzmi jak bestseller – powiedziała z przekąsem, wstając, by odstawić kubek do zlewu.
Sugar spojrzał na nią przeciągle, z tym dziwnym, enigmatycznym błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, kiedy patrzył na nią odrobinę zbyt długo. Tosia udawała, że tego nie zauważa, choć serce biło jej wtedy nieco szybciej niż powinno. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, zbyt krótką, by mogła znaczyć coś więcej, ale dostatecznie długą, by oboje poczuli ten sam, znajomy, delikatny dreszcz. Tosia uśmiechnęła się lekko, odwracając wzrok w stronę okna, za którym świat znów wydawał się spokojny, pozbawiony wszelkich komplikacji.
– To skoro już wyjaśniliśmy zagadkę okularów, kosmitów i twojego długopisu – zaczęła Tosia swobodnym tonem – może w końcu opowiesz mi, co naprawdę dzisiaj piszesz?
Sugar rozważał, czy powinien zdradzić sekret swojego wielkiego dzieła. W końcu wzruszył ramionami z przesadną nonszalancją, próbując zamaskować dziwną niepewność.
– To absolutnie tajne – powiedział cicho, pochylając się lekko w jej stronę. – Mógłbym ci powiedzieć, ale wtedy musiałbym cię…
– Zabić? – Tosia uniosła brwi w teatralnym zdziwieniu.
– Nie dramatyzuj – westchnął, wywracając oczami. – Po prostu musiałbym cię zamknąć gdzieś w piwnicy. Albo przynajmniej w schowku na miotły.
– Nie mamy schowka na miotły – zauważyła sucho Tosia.
– W takim razie jednak zostaje piwnica.
Znów spojrzała na niego, a Sugar spróbował ukryć uśmiech, który rozświetlił mu twarz. Ta dziwna rozmowa o niczym była dla nich obojga czymś więcej niż tylko sposobem na zabicie czasu. Była grą, rytuałem, subtelnym testem granic, których żadne z nich nie chciało jak dotąd przekraczać.
– No dobrze – skapitulowała w końcu Tosia, udając rozczarowanie. – Zachowaj swoje tajemnice. Ja i kosmici poczekamy.
Sugar zaśmiał się cicho, a dźwięk ten był dla Tosi dziwnie kojący.
– Wiedziałem, że w końcu zaczniesz traktować ich poważnie – powiedział z satysfakcją, sięgając ponownie po kubek z kawą.
Tosia spojrzała przez okno, uśmiechając się do siebie. Czuła się bezpiecznie w tym absurdalnym świecie, który stworzyli we dwoje. Nawet jeśli nie miała pojęcia, dokąd ich to wszystko zaprowadzi. Ale na razie, pomyślała, to jej w zupełności wystarczało.
Tosia była dziewczyną, którą trudno było przeoczyć – nie tylko ze względu na sposób, w jaki patrzyła na świat, ale także przez jej wyrazisty wygląd. Miała krótkie, ciemne włosy, które zawsze wydawały się artystycznie rozczochrane, jakby celowo lekceważyła wszelkie zasady dotyczące fryzur. Była typową alternatywką, świadomie igrającą ze stereotypami i konwenansami. Jej twarz zdobiły drobne piegi, które subtelnie kontrastowały z ciemnymi brwiami i intensywnym, pewnym siebie spojrzeniem. Charakterystyczne kolczyki – jeden w lewym płatku nosa i drugi w chrząstce – nadawały jej twarzy pewien buntowniczy urok, który przyciągał i równocześnie nieco onieśmielał ludzi. Miała wysportowaną sylwetkę, którą zawdzięczała długim latom spędzonym na sali gimnastycznej w szkole. Nawet teraz, choć treningi były już tylko wspomnieniem, Tosia poruszała się z lekkością i naturalną gracją, charakterystyczną dla osób świadomych możliwości własnego ciała. Zazwyczaj nosiła jasne, luźne ubrania – t-shirty z przewrotnymi hasłami, przetarte jeansy, wygodne trampki lub lekkie workery – ale niezależnie od tego, co założyła, zawsze sprawiała wrażenie, że styl był dla niej czymś absolutnie naturalnym, jak oddychanie czy ironiczny uśmiech, którym obdarzała Sugara zawsze wtedy, gdy sądziła, że na nią nie patrzy. Ale Sugar patrzył i to o wiele częściej niż Tosia mogłaby przypuszczać. I widział w niej o wiele więcej, niż chciał przyznać sam przed sobą.
Sugar siedział na werandzie. Teraz spokojnie sączył kawę, patrząc gdzieś przed siebie. Tosia wyszła z domu i przysiadła na schodkach werandy, podciągając kolana do brody. Objęła je rękami, przechylając głowę lekko na bok.
– Zawsze się zastanawiałam – zaczęła bez wstępu – jakim cudem ktoś, kto jest tak rozczarowany światem jak ty, z taką regularnością wstaje rano z łóżka.
Sugar spojrzał na nią z rozbawieniem, po czym upił kolejny łyk kawy. Jego spojrzenie, przenikliwe i inteligentne, zawisło na niej na moment, zanim odpowiedział.
– Prawdziwy cynizm polega na tym, że widzisz świat dokładnie takim, jakim jest, a mimo to bierzesz udział w tej całej farsie – odpowiedział spokojnym, nieco szorstkim głosem.
Tosia uśmiechnęła się lekko. Lubiła, gdy mówił w ten sposób – bez ogródek, bez ciepłych banałów, bez zbędnych emocji.
– Czyli po prostu wstajesz z czystej złośliwości wobec świata? – zapytała, zerkając na niego kątem oka. – Piękna motywacja. Prawie wzruszająca.
– Wzruszenia są przereklamowane – odparł krótko, z ironią, obserwując ją uważnie. – O wiele bardziej praktyczna jest zdrowa niechęć. Utrzymuje cię w dobrej formie intelektualnej i nie pozwala za bardzo się rozczulić nad sobą.
Rozmowę przerwał nagły tupot łap – na werandę wbiegł Mango, pies Tosi. Mango był mieszaniną wszystkiego ze wszystkim, średniej wielkości, w kolorze cappuccino, z futrem wiecznie zmierzwionym jak włosy Sugara po porannej kawie. Widać było, że pies zdążył już dokładnie zbadać cały teren i teraz, z typową dla siebie nonszalancją, zdecydował, że czas zająć się filozoficznym wsparciem swojego ulubionego – poza Tosią – człowieka. Bez żadnych wstępów podbiegł do Sugara i bezpardonowo wsadził mu wilgotny nos pod rękę. Sugar drgnął lekko, zerkając w dół.
– Mango, mieliśmy umowę. Zero intymnych gestów przy świadkach – powiedział z pełną powagą, choć kąciki ust już zdradzały lekkie rozbawienie. Pogłaskał psa po głowie z czułością, której zwykle starannie unikał w stosunku do ludzi. Mango zareagował natychmiast, wtulając łeb w jego dłoń.
Tosia patrzyła na nich ze schodów werandy, przygryzając lekko dolną wargę. Nie mogła nie zauważyć, jak dłonie Sugara z łatwością uspokajają psa. Mimowolnie przyszło jej na myśl, że właśnie tak samo skutecznie mogłyby uspokoić ją, gdyby kiedykolwiek pozwoliła sobie na tego rodzaju eksces jak zdenerwowanie. Ciepło, które nagle ją ogarnęło, nie miało nic wspólnego z jej filozofią, zwłaszcza z cynizmem, a Tosia uznała, że najwyższa pora coś powiedzieć, zanim myśli wymkną jej się całkiem spod kontroli.
– Zaczynam być zazdrosna – powiedziała, wzdychając teatralnie. – Przychodzi pies i nagle cała twoja uwaga należy do niego. Jakby filozoficzne dyskusje ze mną nic już nie znaczyły.
Sugar spojrzał na nią poważnie, przesuwając dłonią po Mango.
– Nie przesadzaj. Nadal wolę ciebie, gdy chodzi o złośliwe riposty i ironię – skwitował czule. – Chociaż Mango przynajmniej nie wypomina mi wieku i nie sugeruje, że mógłbym być eksponatem muzealnym.
– Przecież wiesz, że ty jesteś jak stare wino. Drogi, stylowy, lekko cierpki, czasem nieznośny, ale ogólnie wart spróbowania – rzuciła Tosia z rozbawieniem.
Sugar milczał przez chwilę, obserwując ją uważnie. W jego oczach pojawiło się coś nowego – mieszanka ironii i zainteresowania, a może nawet pewnego rodzaju wyzwania.
– Czy ty właśnie nazwałaś mnie „wartym spróbowania”? – spytał powoli, niemal leniwie, opierając głowę o oparcie fotela. – Nie sądziłem, że tak szybko przejdziemy od filozofii do degustacji.
Tosia zorientowała się nagle, że lekko się zarumieniła, co natychmiast postanowiła zignorować. Chrząknęła siląc się na obojętny ton.
– Czysto teoretycznie – wybrnęła szybko. – Zresztą Mango tu jest i wszystko słyszy. Potem trzeba byłoby mu to wyjaśniać.
Mango szybko znudził się filozofią i czułymi pieszczotami Sugara. Po chwili truchtając wesoło zszedł z werandy, by znów zająć się ważniejszymi psimi sprawami – zapewne patrolowaniem terenu przed potencjalnym atakiem motyli i zbłąkanych liści.
Tosia spojrzała za psem, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i swoimi emocjami, które niespodziewanie znalazły się niebezpiecznie blisko powierzchni. Zerknęła ukradkiem na Sugara – ten już ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu, obserwując ją z wyrazem lekkiego rozbawienia.
– Nie patrz tak na mnie – powiedziała z teatralną powagą. – Wyglądasz, jakbyś właśnie doszedł do jakiegoś bardzo nieprzyzwoitego wniosku.
W kuchni panował lekki półmrok, pachniało świeżym drewnem, kawą i czymś jeszcze – czymś ciepłym, domowym, czego Tosia nigdy do końca nie potrafiła nazwać. Otworzyła ceramiczną misę stojącą na kredensie i sięgnęła po jedno z jabłek – ciemnoczerwone, błyszczące, tak idealne, że aż podejrzane. Wzięła kęs, jabłko chrupnęło głośno a ona poczuła słodko-kwaśny sok rozlewający się po języku. Przeszła przez tylne drzwi i ruszyła powoli przez ogród. Przejście między domem a końcem działki było jak miękki, zarośnięty tunel, zbudowany z traw, chwastów i półdzikich drzewek. Tosia lubiła, że wszystko tu rosło trochę, jak chciało. Szła w sandałach, trawa łaskotała ją w kostki, jabłko w jednej dłoni, druga – luźno opuszczona – co chwilę muskała końcówki wysokich traw. Czuła ciepło słońca na karku i lekki wiatr, który wciskał się pod materiał jej koszulki. Ugryzła kolejny kęs jabłka i zaczęła myśleć o rzeczach, o których nie powinna. O Sugarze, oczywiście. O jego dłoniach. O jego głosie, trochę chropowatym, trochę za niskim, ale wystarczająco niebezpiecznym, by robić z jej sercem rzeczy absolutnie nieakceptowalne. I o tym jego spojrzeniu – tym „wiem, że wiesz” – które rozwalało jej całą fasadę chłodnej, nieprzystępnej alternatywki w kilka sekund.
Ciekawe, czy on wie, że jego głos brzmi jak miękkie, brudne myśli – przeszło jej przez głowę, aż zachichotała na głos i potarła czoło, chcąc wymazać ten obraz. Nie. Nie. Tego nie ma w regulaminie opiekunki domu ekscentrycznego czterdziestopięciolatka. Na pewno nie było tego w umowie.
Minęła starą jabłoń, przy której kiedyś Sugar tłumaczył jej teorię absurdalnego buntu Camusa. Westchnęła ciężko, bowiem sam krajobraz ją prowokował do głupich myśli. W końcu dotarła na skraj działki, gdzie leniwie płynęła niewielka rzeczka. Woda szemrała cicho, odbijając światło słońca jak porozrzucane kawałki szkła. Usiadła na trawie, zsunęła sandały i włożyła stopy do chłodnej wody. Jej skóra zadrżała, ale nie cofnęła nóg – lubiła kontrasty.
– Nie zakochuj się, idiotko – powiedziała do siebie półgłosem, gryząc jabłko, które nagle wydało jej się podejrzanie metaforyczne. Ale w jej głowie już buzowało: obrazy dłoni na biodrach i wyrazu twarzy, tego spojrzenia, którego używał tylko wtedy, gdy myślał, że nie patrzy. Nie, to nie było zakochiwanie się. To było… coś w rodzaju obsesji poznawczej. Eksperyment myślowy z elementami pożądania. Tak. Brzmiało naukowo. Bezpiecznie. Prawie niewinnie.
Sugar oparł łokieć o parapet werandy i patrzył przez szyby, nie udając nawet, że robi cokolwiek innego, gdy Tosia wychodziła z kuchni z jabłkiem w dłoni. Jej sylwetka zniknęła na chwilę za framugą drzwi, po czym wynurzyła się ponownie – z tą samą nonszalancką pewnością siebie, która zawsze wprawiała go w coś na pograniczu irytacji i zauroczenia. Szła przez ogród w swoim rytmie – miękko, spokojnie, trochę tak, jakby ta ziemia należała do niej. Krótkie spodenki odsłaniały nogi, zgrabne, sprężyste, lekko muskane słońcem. Sugar nie był człowiekiem, który zachwycał się łatwo i często. Ale patrzenie na nią… to było coś innego. Zmysłowość Tosi nie była nachalna – przeciwnie, nosiła ją jak coś, czego w ogóle nie była świadoma. A może była – i właśnie dlatego tak działała. Jej ruchy miały w sobie coś z gimnastyczki, którą kiedyś była: dyscyplinę, siłę, kontrolę – ale równocześnie coś niedbałego, dziewczęcego, bezpretensjonalnego. Gdy odchodziła, jego spojrzenie nieuchronnie zatrzymało się na jej biodrach. Na linii kręgosłupa, która niknęła pod koszulką, na miękkim ruchu pośladków – idealnym, nieprzyzwoicie wręcz
proporcjonalnym.
Sugar, choć był człowiekiem słowa, przez chwilę nie potrafił znaleźć ani jednego. Patrzył, jak przechodzi przez ogród, z jabłkiem w dłoni, jakby była bohaterką obrazu, który ktoś malował pędzlem nasączonym światłem, upałem i czymś jeszcze – czymś zdecydowanie mniej duchowym.
– Oto idzie niebezpieczeństwo – mruknął do siebie bez ironii, co było u niego rzadkością.
Nie chodziło tylko o pożądanie. Choć nie zamierzał ukrywać, że pragnął jej bardziej, niż wypadałoby w ich… jak by to nazwać… „układzie”. To była ta mieszanina: sposób, w jaki potrafiła być bezczelna i całkiem bezbronna zarazem. Jej język – ostry jak brzytwa. I ciało, które zdawało się mówić: nie ruszaj mnie, chyba że wiesz, co robisz.
Tosia siedziała na trawie, stopy wciąż miała w wodzie. Czuła przyjemny chłód napływający z rzeki i ciepło słońca, które ogrzewało jej uda, brzuch i fragment dekoltu. Myśli miała chaotyczne, jak to zwykle bywało po rozmowach z Sugarem – jego słowa zostawały z nią długo, wibrowały w głowie jak ostatni bas na koncercie. Zamknęła oczy. W myślach miała jego twarz. Nie tę z codziennych ironicznych uśmiechów, ale tę sprzed chwili – skupioną, intensywną, z tą cichą pewnością, która nie potrzebowała słów. Przez ułamek sekundy poczuła coś więcej niż dreszcz. To było fizyczne. W tej samej chwili usłyszała cichy szelest trawy. Nie poruszyła się. Tylko kącik ust uniósł się lekko.
– Nie wiedziałam, że tak szybko zaczniesz mnie śledzić – rzuciła z udawaną obojętnością, nie otwierając oczu.
Sugar milczał. Usiadł na ziemi obok niej, z westchnieniem, które brzmiało jak kapitulacja.
– Uspokój się. To był zwykły spacer w kierunku najbliższego źródła wody. Zachciało mi się pić. Ewentualnie kąpieli – powiedział sucho, ale Tosia bez trudu wyczuła ten cień rozbawienia, który zawsze pojawiał się, gdy był blisko niej. Ten jego urok był niebezpieczny. Jak błąd logiczny, którego nie da się naprawić, bo sam staje się sednem argumentu.
– Pić? – mruknęła, nadal z zamkniętymi oczami.
– Pić. Takie coś, co gasi pragnienie – odpowiedział bez zawahania.
Tosia otworzyła oczy i spojrzała na niego. Wiatr rozwiewał mu koszulę, a promienie słońca wpadały w jego włosy, które zawsze wyglądały, jak celowo rozczochrane przed lustrem.
– Mówisz tak, bo właśnie patrzyłeś mi na tyłek – rzuciła bezceremonialnie.
Sugar nie zaprzeczył. Przez chwilę między nimi zapadła cicha pauza, która miała więcej napięcia niż niejeden krzyk.
– Patrzyłem – przyznał.
Zamilkli. Gdzieś dalej z terenu posesji zaszczekał Mango. Sugar nadal patrzył na nią uważnie. A Tosia poczuła, że serce w niej zaczęło walić z tą specyficzną mieszanką ekscytacji i strachu, której nie da się pomylić z niczym innym. Niektóre sytuacje wcale nie krzyczą. Czasem po prostu patrzą ci prosto w oczy i pytają: Na pewno chcesz?
Koszulka zsunęła jej się lekko z jednego barku. Nie poprawiła jej. Rzeka szumiała, słońce tańczyło na liściach, a między nimi powoli zaciskała się niewidzialna nić. Już nie flirt. Nie gra. Coś, co czekało na odpowiedni moment. Zacisnęła usta na jabłku, tak, aby Sugar to obserwował. Kropla soku z jabłka spłynęła jej po brodzie, ale nie przejęła się tym ani trochę. Wręcz przeciwnie, celowo oblizała usta, chcąc sprawdzić, ile jeszcze wytrzyma jego pseudoascetyczny stoicyzm.
– Słuchaj, skoro nie zamierzasz mnie dziś uwieść, to przynajmniej zrób coś pożytecznego i popilnuj moich sandałów.
Wstała i bez cienia wahania zsunęła spodenki, zostając w bieliźnie i luźnej koszulce, która miała potencjał do przeistoczenia się w transparentną deklarację grzesznych intencji.
Sugar nawet nie drgnął.
– Widzę, że jesteś fanką samodestrukcji. Przynajmniej estetycznej.
– Ty z kolei jesteś fanem biernego patrzenia. Jak starzy faceci w muzeach, co gapią się na rzeźby nagich bogiń i udają, że chodzi im o symbolikę – rzuciła przez ramię, wchodząc do wody.
Zanurzyła się do pasa, wciągając powietrze przez zęby.
– Okej, okej, to było głupie. Ta woda jest lodowata. Mam cię zaskarżyć, Sugar? – krzyknęła z rzeki. – Jako właściciela działki?
– Jeśli zamarzniesz, mogę opisać to w nekrologu jako metaforyczny akt buntu wobec patriarchatu i klimatycznej apatii – odparł, nadal siedząc na brzegu. – Ale żadnych heroicznych ratunków. Mam na sobie lnianą koszulę. Nie została stworzona do dramatycznych scen w wodzie.
– Ty nie zostałeś stworzony do lnianych koszul – warknęła Tosia, ocierając wodę z ramienia.
– A ty jesteś stworzona do nieustannego balansowania między intelektualną prowokacją a zupełnie nieprzemyślanym magnetyzmem.
– Brzmi jak oferta pracy – rzuciła, unosząc brwi. – Może zostanę twoim eksperymentem. Obiektem badawczym. Pięknie się prezentuję w notatkach, wiesz?
– Już jesteś – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej.
A potem po prostu patrzył. Na nią. Jak rozbija dłonią taflę wody, jak przesuwa się w słońcu, jak śmieje się do samej siebie. I nagle zrozumiał, że nawet jeśli nie chciał, nawet jeśli się pilnował, nawet jeśli udawał… to i tak było już za późno.ROWER, KRÓTKIE SPODENKI I LOKALNE ZAMIESZKI.
-
w których główną bronią jest tyłek, a ofiarą – Zenek
Nadmorskie miasteczko wyglądało jak z pocztówki. Drewniane budki z magnesami w kształcie ryb, emeryci z kijkami, dzieci w sandałach i panie z kolorowymi włosami, które robiły selfie na tle kutrów, krzycząc Mirek, daj tu znak, że żyjesz! Nad wszystkim unosił się zapach smażonego oleju, morza i ambicji, które dawno uciekły gdzieś za horyzont.
Tosia siedziała na ławce w cieniu platanów, z lodem pistacjowym w jednej dłoni i okularami przeciwsłonecznymi wsuniętymi na czubek nosa. Obok niej – z jednej strony rower, na którym przyjechała, by zrobić zakupy, z drugiej Karina, jej lokalna partnerka in crime, dziewczyna o głosie zbyt donośnym jak na tak małe miasteczko.
– No więc, uwaga, teraz najlepsze – powiedziała Karina, oblizując loda z manierą lekko niestosowną jak na miejsce publiczne. – Ten cały Jarek z monopolowego? Zostawił żonę. Dla tej dziewczyny z kebaba. Tej rudej. Co mówi „dzień dobry”, jakby ci robiła łaskę.
– Cudownie – mruknęła Tosia, zerkając na przechodzących turystów. – Uwielbiam lokalne tragedie.
– No właśnie! – Karina aż uderzyła ją w ramię z ekscytacją. – I wyobraź sobie, że matka Jarka przyszła do tej kebabiary i zrobiła jej awanturę na cały lokal. Ludzie stali w kolejce i dostali dramat rodzinny gratis.
– I po to właśnie przyjeżdżam do miasta – westchnęła Tosia teatralnie. – Żeby przypomnieć sobie, że gdzieś tam istnieje świat, w którym moje wewnętrzne burze są niczym wobec kebabowych konfliktów klasowych.
Karina zlustrowała Tosię wzrokiem.
– A ty co taka zamyślona dzisiaj? Znowu Sugar? – rzuciła, trafiając dokładnie tam, gdzie Tosia nie chciała być trafiona.
Tosia zamilkła na ułamek sekundy, wgryzając się ostentacyjnie w wafelek.
– Nie – odparła z pełną buzią. – Po prostu miałam dziś rano filozoficzną rozkminę egzystencjalną. Wiesz. Standard.
– Egzystencjalną? Czyli widziałaś go bez koszuli?
– Karina.
– No co? Przecież nie udawaj, że nie. Ten twój Sugar to taki typ, co wygląda, jakby znał wszystkie pozycje z Kamasutry i cytaty z Nietzschego i używał obu naraz.
Tosia westchnęła.
– On jest… skomplikowany.
– Czyli ci się podoba. Bardzo – Karina uśmiechnęła się zwycięsko. – I pewnie za długo patrzyłaś na jego dłonie.
– Może.
– I mówił coś cynicznego, co brzmiało jak wyznanie miłości.
– Możliwe.
– I nie pocałował cię tylko dlatego, że wie, że jak to zrobi, to już po tobie.
Tosia zamilkła. I znowu gryzła loda.
– Brzmi jak dramat – powiedziała Tosia.
– Bo to jest dramat. I dlatego musisz to zrobić.
Tosia uśmiechnęła się szeroko.
– Karina, jesteś moją lokalną boginią rozsądku.
– Ja wiem. Tylko nikt mnie nie słucha. A teraz chodź, pójdziemy po frytki i będziemy oceniać przechodzących mężczyzn jak krytycy sztuki współczesnej.
– Wiesz, że nie mam moralnych oporów.
– Wiem. I właśnie dlatego cię lubię.
I ruszyły, Tosia z rowerem, Karina z resztką loda w dłoni i ręcznikiem przewieszonym przez ramię, gotowe zmierzyć się z kolejną falą lokalnych absurdów.
Spacer przez centrum był jak złożony z żywych memów. Oto pan w koszulce z napisem „Jestem gruby, bo cię noszę w sercu”, zaraz za nim chłopak w krótkich spodenkach, które były bardziej teorią niż praktyką.
– Ktoś powinien to wszystko skatalogować – mruknęła Tosia. – Antropologia estetyki nadmorskiej.
– Patrz, ten typ idzie w crocsach i skarpetach. I nie, to nie są ironiczne skarpetki. To są takie… autentyczne. On w to wierzy.
– I to jest właśnie odwaga – powiedziała Tosia z powagą. – Myślisz, że Sugar nosiłby crocsy?
– Sugar to by napisał esej o dekadencji współczesnej cywilizacji – parsknęła Karina. – Albo zrobił z nich metaforę upadku wartości w postmodernistycznej Europie.
– Czyli dokładnie to, co zrobił z moimi ulubionymi butami. Pamiętasz te różowe trampki z cekinami?
– Te, co wyglądały jakby Barbie zwymiotowała disco?
– Te właśnie. Porównał je do złych decyzji z liceum i kapitalizmu zakorzenionego w wizualnym kiczu.
– No cóż – Karina wzruszyła ramionami – trudno nie kochać gościa, który rozkłada ci buty na czynniki filozoficzne. Dosłownie.
Karina nie była jak typowa Karina. To znaczy, z zewnątrz – owszem. Długie paznokcie jak z katalogu do „modnego solarium 2009”, fryzura w odcieniu „truskawkowy blond z ambicjami” i dresowa nonszalancja podszyta przekonaniem, że nikt jej nie powie, co ma robić z własnym życiem (ani z eyelinerem). W skali społecznej – bliżej polskiej Karyny z osiedla niż aspirującej poetki z małego miasteczka. Ale wystarczyło ją poznać, posłuchać przez pięć minut, żeby zrozumieć, że to tylko zewnętrzna warstwa. Bo Karina miała mózg, który działał szybko i sprawnie. Czytała więcej niż sugerowały jej tipsy. I mówiła tak, że nawet jeśli gadała o dramie z kebabem, to gdzieś między wierszami przemycała analizę relacji klasowych w społeczeństwie późnego kapitalizmu. Była to zapalona studentka pierwszego roku filozofii, która chodziła na wykłady tylko po to, żeby kłócić się z prowadzącym. Miała w sobie tę energię: hałaśliwą, dowcipną i kompletnie nieprzejednaną. Uwielbiała chaos. I ludzi, którzy próbowali go zrozumieć. Dla Tosi była jak antydepresant w ludzkiej formie. Taki, który nie próbował leczyć, tylko pomagał przeżyć. Karina potrafiła jednym zdaniem rozbroić cały dramat, a drugim – sprowadzić Tosię na ziemię w stylu: No dobra, może jesteś zakochana, ale to jeszcze nie znaczy, że masz mu
myć kubki.
Nie znała pojęcia „za głośno”. Uważała, że cisza jest przereklamowana. Plotkowała z klasą i moralnym systemem opartym na zasadzie: Każdy ma prawo do błędów, ale nie każdy ma prawo do takiego dresu.
Dotarły w końcu do ulubionej budki z frytkami, której właściciel wyglądał jak były perkusista punkowego zespołu i prawdopodobnie miał więcej historii w sobie niż większość bibliotek po ostatniej powodzi.
– Frytki to jest prawdziwa baza emocjonalna każdej kobiety – oznajmiła Karina z namaszczeniem. – Mężczyźni przychodzą i odchodzą. A ziemniak cię nie zawiedzie.
– Chyba że na wadze – zauważyła Tosia.
– Nie przerywaj mi, kiedy jestem w trybie terapeutycznym – odburknęła Karina. – Zresztą, ty jesteś chuda jak przekleństwo. Jeśli jeszcze trochę posiedzisz w tym domu Sugara, to ci się metabolizm zsynchronizuje z jego stylem życia i zaczniesz funkcjonować tylko na kawie, bananach i teoriach poststrukturalizmu.
Tosia parsknęła śmiechem i sięgnęła po frytkę.
– Brzmi jak śmierć, ale intelektualnie błyskotliwa.
– Jak wszystko, co z nim związane. On jest jak puzzle. Tylko że ktoś zgubił część obrazka, a reszta to same ciemne kolory.
– I oczywiście w zestawie nie ma instrukcji – dodała Tosia. – Trzeba zgadywać, czy to melancholia, cynizm, czy po prostu poniedziałek.
– Albo libido – dopowiedziała Karina, wkładając frytkę do ust. – Tego też nie da się u niego odróżnić.
Tosia zamilkła na chwilę, patrząc gdzieś w przestrzeń między frytką a palmą z plastiku, która chwiała się przy pobliskim barze.
– On tak patrzy, wiesz? Jakby widział cię całą. Ale też jakby dokładnie wiedział, w których miejscach jesteś rozbita. I nie zamierzał tego naprawiać. Tylko obserwować.
Karina przełknęła i spojrzała na nią z uwagą.
– I właśnie dlatego, Tosiu, masz przejebane.
Tosia się roześmiała, mocno, szczerze, aż prawie zakrztusiła się frytką.
– Dzięki. Naprawdę budujesz mnie jako kobietę.
– To moja misja. A teraz jedz. I nie zakochuj się do poniedziałku. Bo w poniedziałki wszystko wygląda gorzej. Nawet Sugar. Może.
– Wątpię – mruknęła Tosia, gryząc frytkę. – W poniedziałki wygląda jeszcze bardziej jak zakazany owoc i błąd w systemie.
– I jak mężczyzna, przez którego będziesz pisać wiadomość „to skomplikowane” do wszystkich potencjalnych facetów – dodała Karina.
Po frytkach Karina zarządziła spacer w stronę plaży, co w jej przypadku oznaczało: idziemy oceniać ludzi, przewietrzyć ego i ewentualnie przemyśleć swoją egzystencję w stroju kąpielowym.
Plaża była pełna. Rodziny z parawanami budowały prowizoryczne fortyfikacje, dzieci taplały się w wodzie, a influencerki pozowały do zdjęć w „spontanicznych” pozach z jogurtami proteinowymi. Karina rzuciła się na piasek, jakby miała za sobą dziesięć godzin pracy fizycznej w kamieniołomach.
– Bosko – jęknęła, wyciągając się jak kot. – Słońce, piasek i zero perspektyw. Czego więcej chcieć od życia?
Tosia usiadła obok, poprawiając opadające ramiączko od stanika bikini. Miała na sobie czarne, sportowe, dwuczęściowe, bez falbanek, bez serduszek – minimalistyczne, praktyczne i absolutnie zabójcze. Wiedziała, że wygląda dobrze, ale nie miała zamiaru się tym chwalić. To był raczej ten typ pewności siebie, który mówił: Nie patrz, jeśli nie jesteś gotowy na konsekwencje.
– Wiesz, że gdyby Sugar cię teraz zobaczył, dostałby jakiegoś egzystencjalnego rozstroju? – rzuciła Karina, zakładając okulary i obserwując plażę zza przyciemnionych szkieł. – Pewnie musiałby napisać esej pt. Współczesna Ewa i zagłada mężczyzny myślącego.
– On by to najpierw pomyślał, potem przemilczał, a potem powiedział coś w stylu: ładna linia łopatki – mruknęła Tosia. – A ja bym potem trzy godziny analizowała, czy to był komplement, czy aluzja do upadku zachodniej kultury.
– Kochana, jeśli facet mówi ci o łopatce, to albo jest ortopedą, albo próbuje nie patrzeć ci w dekolt. W obu przypadkach: chce.
Tosia zaśmiała się, poprawiając włosy. Patrzyła na morze, które w jej głowie zawsze było czymś więcej niż wodą – metaforą, ucieczką, przyciskiem reset.
– A ty co, żadnego dramatu miłosnego ostatnio? – zapytała z czystej zemsty.
Karina westchnęła.
– Był jeden. Ale uciekł, jak tylko powiedziałam, że nie wierzę w horoskopy i lubię płacić za siebie.
– Czyli miał alergię na niezależność.
– Albo na mój sposób mówienia „nie” z uśmiechem. Nieważne. I tak miał brodę jak ciasto francuskie po czwartej kawie.
Tosia zaśmiała się tak głośno, że obróciła się do niej jakaś kobieta z książką Coelho. Dla bezpieczeństwa udawała przez chwilę, że szuka czegoś w torbie.
– Wiesz co? – powiedziała Tosia, podnosząc się na łokciach. – Tak sobie pomyślałam, że powinnam kiedyś przyjechać tu z Sugarem. Tak dla eksperymentu. Posadzić go wśród parawanów, dać gofra z marmoladą i zapytać, co sądzi o „dupie Maryny” na ręczniku.
– To byłby akt sabotażu intelektualnego – Karina spojrzała na nią z podziwem.
– Ale jaki piękny.
Zamilkły na chwilę, pozwalając słońcu pieścić skórę i piaskowi wchodzić wszędzie, gdzie nie powinien. Tosia zamknęła oczy i uśmiechnęła się sama do siebie. Bo prawda była taka, że w tej chwili czuła się dobrze. Z lodami, frytkami, plotkami, piaskiem i pomysłem na filozoficzny zamach stanu w bikini. I to, kurwa, też było życie.
Po plażowym rozdziale z życia, Tosia uznała, że pora zająć się czymś bardziej przyziemnym. Na przykład zakupami. Takimi całkiem banalnymi: mleko roślinne, hummus, płatki owsiane.
– Idziesz ze mną? – rzuciła do Kariny, która leżała bez życia jak martwa syrena na piasku.
– Nie. Jestem w trybie żuję powietrze i myślę o życiu.
Tosia pokiwała głową i ruszyła w stronę miasteczka. Po zejściu z plaży odparkowała swój rower, stylowy, biały, z wiklinowym koszykiem z przodu. Klasyka. Jeśli ktoś nie widział nigdy filmów Tinto Brassa, w których bohaterki przejeżdżają przez włoskie wsie na podobnym rowerze, to nie miał prawa zrozumieć, dlaczego „Tosia i rower” to nie było zwykłe połączenie. To był performance. Seksualna metafora w ruchu. Pornograficzna kompozycja niewinności i czystej prowokacji. Jej ruchy, gdy wsiadała, miały w sobie coś z baletnicy i czegoś jeszcze… zupełnie nielegalnego. Jakby przypadkiem siodełko wiedziało, gdzie dokładnie się zatrzymać, a spodenki – jak napiąć się idealnie w tym jednym, jedynym miejscu, które sprawiało, że mijani panowie gubili rytm oddechu i monogamię. I kiedy odjeżdżała, wyglądała jak postać z filmu, który trzeba by jednocześnie zakazać i analizować na zajęciach z estetyki. Bo Tosia na rowerze nie była dziewczyną jadącą po bułki. Tosia na rowerze była… aktem wizualnym, który mógł zburzyć porządek dnia.
W sklepie zrobiła ekspresowe manewry między półkami, z gracją łączącą byłą gimnastyczkę z osobą, która doskonale wie, czego chce i nie zamierza pytać o nowości. Chwyciła paczkę jaglanki, przeszła obojętnie obok półki z alkoholem, zatrzymała się przy warzywach tylko po to, by wziąć dwa awokado – twarde jak jej cierpliwość do męskich opinii o feminizmie. Wszystko trafiło do koszyka, a potem – już na zewnątrz – do rowerowego bagażu. Wskoczyła na siodełko z wprawą kogoś, kto przez lata ćwiczył przewroty w przód. Miała na sobie luźny t-shirt i szorty, które – kiedy tylko usiadła – napięły się w sposób absolutnie nieprzewidziany w przepisach ruchu drogowego. I wtedy właśnie się to wydarzyło.
Przy wejściu do sklepu stało dwóch panów w wieku kupiłem sandały, bo były na promocji i nikt mi nie powiedział, że są okropne. Rozmawiali o czymś bardzo ważnym – najpewniej o silniku, pogodzie, albo o rwie kulszowej. I wtedy jeden z nich spojrzał. A potem drugi. A potem pierwszy znowu, bo nie był pewien, czy dobrze widział.
Tosia pedałowała powoli, niespiesznie, jakby jechała przez włoską prowincję, a nie parking pod spożywczakiem. Wiatr rozwiewał jej włosy, koszyk lekko podskakiwał, a jej szorty… no cóż, mówiły do świata: „Patrz jak leziesz, baranie”.
Pierwszy z panów, nadal zapatrzony, pchnął swój koszyk nieco zbyt silnie. Nie trafił. Metalowy wózek odbił się od framugi drzwi i z hukiem zatrzymał się na ścianie.
– Serio, Zenek?! – huknęła jego żona. – Co, ty wzroku nie masz?!
Zenek, z miną faceta przyłapanego na podglądaniu sąsiadki przez lornetkę w Dzień Matki, próbował odzyskać resztki godności.
– No ale… no popatrz, jak ona… znaczy… w sensie rower… dobrze wygląda… rama.
Żona Zenka nie kupiła tej narracji, więc pacnęła go torbą w łeb.
Tosia nie widziała tej sceny. Ale czuła ją. Bo każda kobieta czuje, kiedy jej tyłek powoduje zakłócenia w lokalnym układzie społecznym. Zresztą, usłyszała ten metaliczny brzdęk i delikatne „auć” dobiegające zza pleców. Uśmiechnęła się pod nosem. I ruszyła dalej.
Czasem, aby poczuć, że się żyje, nie trzeba wiele. Wystarczy rower, dobre spodenki i odpowiedni moment, by przypomnieć światu, że kobieta na dwóch kółkach może być absolutną siłą natury.
Jechała przed siebie małą asfaltową drogą, wijącą się między polami i domkami letniskowymi o wdzięcznych nazwach typu „Willa Kasia” albo „U Janusza, ale ładnie”. Koszyk lekko podskakiwał, Tosia podrygiwała biodrami na siodełku w rytm lekkich nierówności nawierzchni. W głowie Tosi zaczęły się pojawiać myśli z kategorii „niezorganizowane, ale uparte”. Typowe dla późnego popołudnia i lekkiego udaru słonecznego. Ciekawe, czy Sugar teraz pisze. Czy może siedzi na tej swojej werandzie z miną filozofa, który wie, że wszystko już było i nic nie ma sensu… poza może jedną osobą w spodenkach. Na rowerze. Z awokado w koszyku.
Zachichotała do siebie. Gdyby Karina to słyszała, już by wygłaszała wykład o tym, że obsesje na tle starszych mężczyzn to ewolucyjna reakcja na brak prawdziwych partnerów w generacji Tinder.
Przyspieszyła. Wiatr łapał ją za koszulkę, słońce rzucało długie cienie, a droga zaczęła prowadzić lekko w górę. Na zakręcie minęła starszego pana z kijkami do nordic walkingu, który spojrzał na nią, jak na objawienie: młoda, bez makijażu i z nogami do nieba. Osobnik aż stanął, jakby miał zapytać: A co to za model anioła?.
Zbliżała się do domu. Znajomy dach wyłaniał się zza drzew. Słychać było już szczekanie Mango, który najwyraźniej wyczuwał jej powrót z odległości kilometra. Zatrzymała się przed furtką, opierając się nogą o ziemię. I wtedy, jak na zamówienie, na werandzie pojawił się Sugar. Stanął oparty o framugę drzwi, z kubkiem kawy, mimo że była siedemnasta. Koszula rozpięta pod szyją, rękawy podwinięte, oczy zmrużone od słońca, a twarz… no cóż, ta twarz była dokładnie taka, jakiej spodziewała się Tosia. Czyli: właśnie przemyślałem upadek cywilizacji i nadal wyglądam jak nielegalna fantazja literacka.
Spojrzał na nią bez cienia pośpiechu, z tym swoim półuśmiechem, który był jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem każdej kobiety z impulsem do komplikowania sobie życia.
– Pewnie srogie zamieszanie w ruchu lądowym zostawiłaś za sobą – powiedział, sącząc kawę.
– Parę koszyków nie trafiło w drzwi. Jeden pan zapomniał, jak się chodzi. Dwa skutery skręciły w krzaki.
Tosia zsunęła okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa i spojrzała na niego spod rzęs. Patrzył wymownie na jej uda, napięte w pozycji półsiad. Na pośladki, które z siodełkiem tworzyły duet tak nieprzyzwoicie harmonijny, że należałoby go zgłosić do jakiejś etycznej komisji ds. transportu. Na koszulkę, która po przejażdżce zdawała się całkowicie pogodzić z rolą ekspozycyjną, nie broniąc już nawet pozorów. Na piersi, które podskakiwały w rytmie opadania jej oddechu – lekko, równomiernie, jakby kierownica służyła tylko temu, by było co podkreślić.
– Nie będę kłamał – dodał wolno. – Był moment, że miałem ochotę wystawić przed dom tabliczkę: „Uwaga, odcinek erotyczny”.
W kuchni panował lekki bałagan – czyli klasyczny styl Sugara: artystyczny chaos podszyty przekonaniem, że porządek to narzędzie opresji. Tosia postawiła koszyk na stole i zaczęła wyciągać zakupy, mrucząc pod nosem.
– Okej, mamy mleko roślinne. I hummus. Cztery złote więcej za dodatek „z duszą”. A „dusza” to, kurwa, oliwka.
Schyliła się do dolnej szafki, wkładając rzeczy do szuflady, i w tym samym czasie Sugar nieco nieprzypadkowo uniósł brwi, wlepiając wzrok w to, co akurat idealnie układało się w linii jego widzenia: pośladki Tosi.
– Cudownie – powiedział cicho. – Teraz nie tylko świat nie ma sensu. Teraz nie mogę bezpiecznie spojrzeć nawet w stronę lodówki.
Tosia zerknęła na niego przez ramię.
– Zawsze możesz zamknąć oczy i udawać, że jestem po prostu częścią wystroju. Jak ta waza, którą trzymasz tylko po to, żeby nie wyglądać jak ktoś, kto trzyma kawę w słoiku po musztardzie.
– To nie jest waza. To jest postmodernistyczna krytyka przestrzeni domowej – rzucił Sugar, nie przestając na nią patrzeć.
Wyprostowała się i zbliżyła do niego na ten irytująco niejasny dystans, który był zbyt intymny na przyjaźń, a zbyt luźny na romans. Oparła dłonie o stół, nachylając się lekko.
– To może ci pomoże: jestem głodna, spocona i gotowa na sandwich. Ale jeśli będziesz dalej tak patrzył, zrobimy z tego trzydaniowy posiłek z interpretacją poetycką.
Sugar zamrugał.
– Zawsze mnie fascynowało, jak potrafisz połączyć pożądanie z analizą literacką.
– Uwaga, powstaje kolacja – oznajmiła, rozkładając na blacie składniki z gracją szefa kuchni w berlińskiej knajpie. – Mamy chleb razowy, pastę z bakłażana, rukolę, pomidory z lokalnego źródła – czyli od dziadka spod sklepu, który sprzedaje je z bagażnika golfa – i, oczywiście, hummus. Z duszą. Nie zapominajmy o duszy.
– Brzmi jak danie z menu o nazwie „Wolność wyboru i gluten opcjonalny” – skomentował Sugar, siadając przy stole i zakładając nogę na nogę. – Brakuje tylko chwili kontemplacji przed posiłkiem, jakiejś modlitwy do bóstw roślin strączkowych.
Tosia rzuciła mu spojrzenie typu: Uważaj, bo zamienię ci awokado na sałatę z Biedry i nie powiem, która jest która.
– U nas nie ma modlitw, tylko manifesty – oznajmiła, smarując chleb pastą z bakłażana z zaangażowaniem, jakby pisała na nim hasło protestu. – Jedzenie to polityka. Każdy kęs to deklaracja. Ten tost mówi: Nie finansuję cierpienia i jestem sexy.
– A twój tyłek w tych szortach mówi: Nie jestem częścią twojej kultury konsumpcyjnej, ale możesz popatrzeć – zauważył Sugar z kamienną twarzą, choć w oczach błysnęło coś groźnie figlarnego.
– A twój głos mówi: Mam czterdzieści pięć lat, tatuaże i czterdzieści cztery lata tłumionych emocji, które teraz próbuję przykryć dystansem i kawą.
– A ty jesteś dokładnie taka, jak się boisz, że jesteś – mruknął, sięgając po pomidora.
– Cóż – odparła Tosia, nalewając wody z cytryną do dwóch szklanek – brzmi jak materiał promocyjny na mój profil randkowy. Albo na tablicę ostrzeżeń w klasztorze.
Po kolacji Sugar wyjął butelkę kombuchy z lodówki. Oczywiście, była to jego własna produkcja. Oczywiście, nikt nie miał pojęcia, co tam dokładnie fermentowało. Tosia przyjęła szklankę z lekkim grymasem.
– To jest ten moment, w którym zaczynam się bać, że wciągasz mnie w jakąś sektę.
– Jeśli to sekta, to tylko taka, w której nie musisz się zapisywać, bo i tak już tu mieszkasz – odparł spokojnie, siadając naprzeciwko.
To zdanie zawisło między nimi dziwnie długo. Bo właśnie tak było. Mieszkała tu. Od miesięcy. Bez kontraktu, bez zobowiązań, bez żadnych „zostań” i bez „czy możesz”. Po prostu tu była. I nikt nie planował inaczej.
Sugar ją dostał w prezencie. Dosłownie. Jako gospodynię z jego nowym domem. W tamtym czasie wyglądała jak ktoś, kto przegrywa w życiu zbyt wcześnie. Włosy krótsze, spojrzenie ostrzejsze. Brudne trampki, rozdarte dżinsy, telefon wiecznie rozładowany i serce jak szafa po przeprowadzce – puste, porysowane i pełne cudzego kurzu. A niezbyt długi czas później Sugar orzekł:
– Wiesz co? Wyjeżdżam. Motocykl. Azja. Potrzebuję kogoś, kto przypilnuje mi domu.
A potem zniknął. Po prostu. I nagle miała dach, ściany dla siebie i psa i kilka książek z adnotacjami, których nie rozumiała, ale które brzmiały mądrze.
Nie chciała wracać do domu, w którym się wychowała. I nie wróciła. Bo wyrosła. Tak jak się wyrasta ze starych kurtek – takich, które kiedyś dawały ciepło, ale teraz tylko cisną i przypominają o tym, kim się było, a nie kim się chce być.
Kiedy Sugar po wielu miesiącach wrócił, nie zadał pytań. Po prostu rozpakował plecak, usiadł na werandzie z kawą i powiedział:
– Dobrze, że jesteś.
I tyle. Żadnych analiz. Żadnych „co teraz?”. Po prostu ona była częścią tego miejsca. Elementem. Jak fotel z przetartą tapicerką, który mimo wszystko jest najwygodniejszy.