Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Toskański sekret - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
Audiobook
54,90 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Toskański sekret - ebook

Włochy, 1943. W Europie szaleje wojna, a nigdzie nie jest całkowicie bezpiecznie – nawet na odległych wzgórzach Toskanii. To właśnie tutaj włoscy partyzanci, w tym tysiące kobiet, ryzykują życie, aby zapewnić żydowskim uchodźcom drogę ucieczki do Szwajcarii.

Gianna Conti chce dołączyć do włoskiego ruchu oporu po śmierci swojego brata Matteo z rąk niemieckich żołnierzy. Jej ojciec ukrywał żydowskich uchodźców w rodzinnej winnicy w Chianti, ale teraz to Gianna stawia czoła wrogowi.

Dostarczając broń i informacje wywiadowcze dla partyzantów, Gianna spotyka Amerykanina pracującego pod przykryciem dla Biura Służb Strategicznych. Pomimo rosnącego ryzyka wykrycia, Gianna i jej towarzysz wykonują misje sabotowania niemieckich operacji.

Ale gdy alianci nieubłaganie przedzierają się do Florencji, niemieckie siły okupacyjne stają się coraz bardziej zdesperowane, co prowadzi do szokującego, niewyobrażalnego aktu zemsty. A los Gianny będzie zależał od jej sprytu, odporności i woli przetrwania…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384305713
Rozmiar pliku: 991 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Brooklyn, Nowy Jork – 11 czerwca 2003 r.

W dniu odkrycia, które miało zmienić jej życie, Gianna Farro, osiemdziesięciotrzyletnia wdowa i emerytowana nauczycielka sztuki, malowała z wnukami obrazki w kuchni swego szeregowca. Wyciągnęła z szafki pudełko metalowych tubek i wycisnęła niebieską, czerwoną, żółtą, czarną i białą temperę na dwie plastikowe paletki – jedna dla siedmioletniej Belli, druga dla pięcioletniego Enza. Podczas gdy Gianna przykrywała stół rozłożonymi gazetami, jej wnuki przeglądały stojące w słoiku pędzle, których włosie zesztywniało od resztek farby.

Gianna – energiczna siwowłosa kobieta w okularach bez oprawek i zwykłej turkusowej lnianej sukience – wyłowiła z koszyka poplamione farbą fartuchy i obróciła się w stronę wnuków.

– Chodźcie, trzeba założyć fartuchy – oznajmiła z włoskim akcentem, którego nigdy się nie pozbyła.

– Muszę zakładać śliniak? – Enzo, dobrze zbudowany chłopiec o pulchnych policzkach, zwiesił głowę.

– To nie jest śliniak – odparła Gianna. – To strój malarza, dzięki któremu wasze ubrania pozostaną czyste.

Bella – smukła, atletyczna dziewczynka o kasztanowych lokach i szczerbie między zębami, jako że wypadł jej mleczny ząb – bawiła się pędzlem.

– _Nonna_, nauczyciele w szkole nie każą nam nosić fartuchów, do tego trudno jest malować z tymi długimi rękawami.

– Prosimy, _nonna_ – dołączył Enzo. – Obiecuję nie poplamić się farbą.

Zakładanie dzieciom do malowania starych fartuchów malarskich było pomysłem jej córki Jenn, która nawet jako dziecko cierpiała na awersję do poplamionych ubrań. Enzo i Bella nie mieli takich obiekcji, Gianna również.

„Przecież farba się spiera”, pomyślała starsza pani, wrzucając fartuchy z powrotem do kosza.

– No dobrze. Będziemy uważać.

Dzieci uścisnęły ją w pasie, po czym wróciły na swoje miejsca.

Gianna nastawiła na staromodnym adapterze w salonie płytę z _Czterema porami roku_ Vivaldiego, po czym wróciła do wnuków.

Posługując się kołem barw, pomogła dzieciom uzyskać barwy fioletową, pomarańczową i zieloną. Rozłożyła na stole arkusze grubego białego papieru i przy imitujących wiosenne ptasie trele dźwiękach skrzypiec zasiadła z wnukami do malowania. Bella lubiła tworzyć barwne obrazy zielonych kotów i tęcz, Enzo zaś – niezależnie od tego, czy miał do dyspozycji farbę, kredę czy glinę – preferował wszelkiej maści insekty.

Czas spędzany z wnukami był najszczęśliwszym w jej życiu. Gianna rozkoszowała się słuchaniem o ich życiu, rozbudzaniem ich ciekawości świata. Uwielbiała też uczyć ich czytać, piec i tworzyć sztukę. Chociaż wciąż pracowała na część etatu jako nauczycielka w centrum rozwijania kreatywności dla dorosłych z opóźnieniami rozwojowymi, to wiele wolnego czasu poświęcała na pomaganie swej jedynej córce Jenn w opiece nad dwójką dzieci. W zasadzie to była trochę za stara, żeby mieć tak małe wnuki, ale sama jednak urodziła Jenn dość późno, a jej córka również adoptowała Bellę i Enza dopiero po latach walki z niepłodnością i poronieniami. Teraz jednak kilka razy w tygodniu starsza pani bądź to udawała się do mieszkania Jenn na Manhattanie, bądź też córka podrzucała jej wnuki.

Gianna, imigrantka z Toskanii w pierwszym pokoleniu, od blisko pół wieku mieszkała w szeregowcu w Park Slope, zielonej okolicy w zachodnim Brooklynie. Po śmierci męża, Carla, który kilka lat temu przegrał walkę z rakiem żołądka, pozostała – ku rozczarowaniu córki – w swoim domu. „Może lepiej byłoby pomyśleć o jakimś osiedlu dla seniorów”, przekonywała ją Jenn, kiedy pomagała jej opróżniać szafę z rzeczy ojca. Chociaż Włoszka szanowała opinię córki, to jednak było jej życie, którego większość, przynajmniej do teraz, poświęciła na bycie żoną, matką i nauczycielką.

Zorganizowała wyprzedaż domową, by pozbyć się wielu niepotrzebnych rzeczy, zatrudniła też pracownika, który wycyklinował parkiety, usunął starą tapetę i pomalował ściany na biało. Zamiast wieszać z powrotem poprzednie dekoracje, Gianna zniosła ze strychu swoje obrazy, które malowała jako młoda, aspirująca malarka, i rozwiesiła je w domu. Jenn nie była zbyt zachwycona, że jej rodzinny dom zmienił się w galerię sztuki, ale wnukom bardzo się podobało, że mogą umieszczać swoje prace obok obrazów swojej _nonny_.

– _Nonna_ – odezwał się Enzo, obracając swój papier. – Jak ci się podoba?

Gianna spojrzała na obrazek.

– Wspaniałe. Piękny pająk. – Uśmiechnęła się.

– To miała być biedronka. – Enzo potarł nosek.

–_ _O rany! Muszę chyba wyczyścić okulary. – Starsza pani przetarła szkła i nachyliła się bliżej. – Ach, no teraz to co innego. Wyśmienita.

Bella rzuciła okiem na pracę braciszka.

– Ma za dużo nóg. Wygląda jak pająk.

Chłopiec odłożył pędzel i zmarszczył brwi.

Gianna przysunęła się bliżej niego z krzesłem.

– Pokazać ci sposób na świetną biedronkę?

Malec pokiwał głową.

Włoszka ujęła rączkę wnuka, zanurzyła jego kciuk w czerwonej farbie i przycisnęła do papieru. Po chwili uniosła ją, a na kartce pozostał czerwony odcisk.

– Teraz domaluj czarną farbą głowę, sześć nóżek i kropki na pokrywach skrzydeł.

Chłopiec umoczył pędzel w farbie i ozdobił swoją biedronkę ogromną liczbą kropek.

– Brawo! – pochwaliła go babcia, klaszcząc w dłonie.

Enzo posłał jej szeroki uśmiech.

– Czy ja też mogę spróbować? – spytała Bella.

– Oczywiście – odparła Gianna. – Jakiego koloru zamierzasz użyć?

– Przecież biedronki są czerwone, prawda?

– No, większość tak, ale to ty jesteś artystką i ty decydujesz, jakiego będzie koloru.

Oczy dziewczynki rozbłysły. Umoczyła kciuk w zielonej farbie i przycisnęła do kartki.

Przez następną godzinę cała trójka robiła biedronki z odcisków kciuków i rozmawiała o planach wakacyjnych, które zakładały wyprawę do zoo, na Wyspę Coney i do muzeum historii naturalnej. Kiedy nareszcie całe kartki pokryły biedronki, odłożyli pędzle i podziwiali swoje dzieła.

– Twoje spodnie – odezwała się nagle Bella, wskazując na smugę czerwonej farby na oliwkowych spodniach brata.

Chłopczyk spojrzał na babcię.

– Przepraszam, _nonna_.

– Nic się nie stało. – Gianna zmierzwiła mu włoski, a jej wzrok powędrował ku zielonym plamkom na białej bluzeczce wnuczki. – Ty również nieco się pobrudziłaś.

– Ups. – Dziewczynka spuściła głowę.

– W porządku – stwierdziła babcia. – Zostawmy tu nasze prace do wyschnięcia i chodźmy coś przekąsić.

Enzo uśmiechnął się i wraz z siostrą pomaszerował za Gianną do łazienki, gdzie wypłukali pędzle i paletki oraz wyszorowali porządnie dłonie z farby.

Zjedli w jadalni kanapki z prosciutto i mozzarellą, które popijali domową lemoniadą. Przez resztę popołudnia siali kwiaty w małych doniczkach, piekli ciasteczka z kolorową posypką i grali w grę planszową o nazwie Kłopoty.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Dzieci zerwały się ze swoich miejsc i czekały przy drzwiach, podczas gdy babcia zerknęła przez wizjer.

– To wasza mama. – Gianna otworzyła drzwi i spojrzała na córkę. – Cześć, Jenn.

– Cześć. – Kobieta postawiła skórzaną teczkę i przytuliła dzieci.

– Jesteś wcześniej – stwierdziła starsza pani.

– Mam imprezę firmową wieczorem, pamiętasz?

– Musiało mi wypaść z głowy – odparła gospodyni, ogarniając wzrokiem markową granatową sukienkę córki, perłowy naszyjnik i pasujące kolczyki oraz starannie ułożone brązowe włosy.

Jenn, wzięta prawniczka pracująca dla korporacji – a także rozwiedziona matka wychowująca dwójkę dzieci – zawsze się dokądś śpieszyła.

– Możemy zostać z _nonną_? – spytała Bella.

Nowo przybyła pokręciła głową.

– Już umówiłam opiekunkę.

– Mogłyby spędzić noc u mnie – zaoferowała Gianna.

– Proszę – odezwał się Enzo, składając rączki w błagalnym geście.

– Innym razem. – Wzrok Jenn padł na plamy na ubraniach jej dzieci. – Mamo – zwróciła się do gospodyni, marszcząc brwi – czemu nie użyłaś fartuchów?

Gianna przestąpiła z nogi na nogę.

– Następnym razem użyję. Zresztą farba jest spieralna.

Enzo spuścił głowę i zasłonił rączkami plamy na spodniach.

Prawniczka rzuciła okiem na zegarek.

– Musimy już iść.

– Ale nie widziałaś naszych prac – zaprotestowała Bella.

Jenn podniosła teczkę.

– Zobaczę, jak wrócimy. Teraz musimy wychodzić.

Dzieci niechętnie pokiwały głowami i przytuliły babcię. Ta gorąco odwzajemniła uścisk i poczuła, jak wyślizgują się z jej objęć.

– Do zobaczenia w piątek – przypomniała na pożegnanie córka. – Czy mam do ciebie zadzwonić, żebyś nie zapomniała?

– Nie ma potrzeby – odparła starsza pani. – Będę pamiętała.

Stała jeszcze chwilę i patrzyła, jak córka wraz z wnukami kierują się w stronę stacji metra. Uwielbiała Jenn i wierzyła, że ona również żywi do niej ciepłe uczucia. Ale ich osobowości po prostu różniły się pod każdym względem. Kiedy cała trójka zniknęła jej z oczu, pomyślała o poplamionych farbą markowych ubrankach Enza i Belli, zapewne kupionych przez ich matkę w Saks albo Bloomingdales. Zamknęła drzwi i zaśmiała się lekko.

Zaparzyła sobie filiżankę jaśminowej herbaty i nastawiła płytę Ornelli Vanoni w nadziei, że anielski głos włoskiej śpiewaczki ukoi samotność, która zawsze towarzyszyła pożegnaniu wnuków. Umieściła prace dzieci na półce w pralni, a kiedy zbierała ze stołu chroniące go gazety, nagle zamarła, gdy jej wzrok padł na lekko poplamiony nagłówek.

Toskańscy poszukiwacze z wykrywaczami metalu znaleźli zaszyfrowaną wiadomość ukrytą w pocisku z czasów wojny światowej!

Gianna wpatrywała się w litery szeroko otwartymi oczami, po czym poprawiła okulary i przeczytała artykuł.

Rok 1944. Podczas gdy wojska aliantów walczyły o wyzwolenie Florencji spod hitlerowskiej okupacji, nieznany żołnierz zaszyfrował tajną wiadomość i umieścił ją w pustej łusce pocisku. Tak ukryta przeleżała niemal sześćdziesiąt lat, aż Aldo Ajello, poszukiwacz amator, znalazł przedmiot na bezdrożach Toskanii.

„Przeszukiwałem zbocze wzgórza z wykrywaczem metalu” – powiedział Ajello reporterom. – „Uzyskałem silny sygnał blisko stóp wzgórza, przy starym cyprysie, i zacząłem kopać. Na początku myślałem, że to tylko pusta łuska, ale kiedy ją oczyściłem, dostrzegłem, że sam pocisk został wewnątrz odwrócony”.

Wówczas pan Ajello otworzył łuskę i odkrył zaszyfrowaną wiadomość. Jej kopie zostały wysłane do kryptologów w Rzymie, Londynie i Waszyngtonie. Większość specjalistów sądzi, że użyto do niej brytyjskiego lub amerykańskiego szyfru polowego, jednak sama wiadomość pozostaje do dzisiaj nieznana.

Przed oczami Gianny przemknęły obrazy niemieckich żołnierzy plądrujących toskańskie wioski i dreszcz przebiegł jej po plecach. Przewróciła stronę gazety, gdzie widniała fotografia zaszyfrowanej wiadomości, i aż jej dech zaparło w piersi.

VQ

ZPRWX

TSPAJ

MCDWQ

BNIOR

LHTVS

NPGEW

XOKDS

VNTRE

WPHYZ

372QV/TN

–_ _O mój Boże – wyszeptała.

Z drżącymi rękami wpatrywała się w kod, który ostatnio widziała dekady temu. Rozpoznała pismo Tazia, amerykańskiego agenta, który zginął podczas wojny, i jednocześnie mężczyzny, który na zawsze pozostał w jej sercu, niezależnie od upływu czasu. Biorąc pod uwagę zawartość ostatnich dwóch listów, nie miała wątpliwości, że wiadomość przeznaczona była dla niej.

–_ _To niepodobieństwo! – Gianna opadła na krzesło, a do oczu napłynęły jej łzy.

Straszliwe wspomnienia niemieckiej okupacji wirowały w jej głowie, na nowo przywołując ból przeszłości. Nigdy nie wspominała Jenn ani swojemu świętej pamięci mężowi o tym, co przeszła w czasie wojny. Tragedię, jaką przeżyła w Toskanii, i rolę, którą odegrała w ogólnoświatowym konflikcie, zamierzała zabrać ze sobą do grobu. Jak bowiem opowiedzieć o rzeczach niewypowiedzianych?

Muzyka się skończyła, igła skrobała raz po raz o płytę.

W głowie Gianny kłębiły się myśli. Zastanawiała się, co powinna zrobić. Rozważała wszelkie za i przeciw, po czym po starannym przemyśleniu sprawy podjęła decyzję. Otarła łzy z policzków, wstała z krzesła i wyłączyła adapter. Od razu, zanim zdążyła zmienić zdanie, przewertowała książkę telefoniczną, zadzwoniła do biura podróży i zarezerwowała bilet na najbliższy lot do Rzymu. Następnie udała się do sypialni, gdzie spakowała walizkę, zastanawiając się cały czas, jak wyjaśnić wszystko córce i wnukom.ROZDZIAŁ 2

Strada in Chianti, Włochy – 19 września 1943 r.

Gianna Conti – smukła dwudziestotrzyletnia katoliczka z dołeczkiem w brodzie i falistymi włosami o barwie kawy – przekroczyła próg długiej kamiennej piwniczki wcinającej się głęboko we wzgórze pod jej rodzinną winnicą. Jej nozdrza natychmiast wypełnił przypominający suszone owoce aromat dojrzałego wina. Poprawiła chwyt na rączce koszyka, w którym niosła słój oliwek, kawałek sera, manierkę z wodą i bochenek chleba. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Mijała rzędy umieszczonych jedna nad drugą dębowych baryłek, by dotrzeć do końca tunelu, gdzie jej ojciec Beppe rozmawiał z młodą żydowską parą w znoszonym odzieniu.

– Dzień dobry – przywitała się Gianna, podchodząc do nich.

Beppe – szpakowaty mężczyzna w średnim wieku, z krótko przystrzyżoną brodą – obrócił się i poprawił uchwyt na swej drewnianej lasce.

– Kręcą się w okolicy jacyś żołnierze?

– Nie, nie widziałam nikogo ani na drodze, ani w okolicy.

– To dobrze – skwitował z ulgą.

Dziewczyna podeszła do przybyłej tu przed dwoma dniami pary – mężczyzny imieniem Dawid i jego żony Sary.

– Przyniosłam wam jedzenie i wodę.

– Dziękujemy – odezwał się Dawid.

Gianna podała kobiecie koszyk.

– To niewiele. Przyniosę więcej, kiedy wybiorę się do Florencji załatwić wam papiery podróżne.

– Niech cię Bóg błogosławi – odparła Sara.

– Dzisiaj wieczorem – wtrącił Beppe – mój syn Matteo przyjedzie z północy i przeprowadzi was przez pierwszy etap podróży do Szwajcarii. Jeszcze kilka tygodni i będziecie wolni.

W oczach Sary pojawiły się łzy, mąż objął ją ramieniem.

Gianna poczuła, jak wzbiera w niej nadzieja.

Zgodnie z włoskimi prawami rasowymi – ustanowionymi w 1938 roku przez faszystowski rząd Benito Mussoliniego – Żydom nie wolno było obejmować stanowisk w administracji, bankowości ani szkolnictwie. Wkrótce pozbawiono ich własności, ograniczono możliwość podróżowania i de facto zmuszono do banicji we własnym kraju. Również kontakty intymne i małżeństwa pomiędzy Włochami a Żydami zostały zakazane.

Gianna i jej rodzina nie znosili faszyzmu i praw rasowych. Kiedy w Europie wybuchła wojna, dziewczyna zrezygnowała ze studiów na uniwersytecie we Florencji, by pomóc ojcu, owdowiałemu winiarzowi, prowadzić rodzinną winnicę, podczas gdy jej brat Matteo – który odmówił zaciągnięcia się do wojska – dołączył do włoskiego ruchu oporu. Gianna, podobnie jak jej brat, postanowiła walczyć z włoskim autorytarnym reżimem i przekonała ojca, by wspomóc włosko-żydowską podziemną organizację zwaną DELASEM. Wspierana przez międzynarodowe organizacje żydowskie oraz członków Kościoła katolickiego, zapewniała pomoc żydowskim uchodźcom. Pomogła również wielu z nich uciec z Włoch i znaleźć schronienie w państwach neutralnych. Rodzina Conti była niewielkim, acz ważnym trybikiem w machinie florenckiej sieci DELASEM. Gianna i Beppe zapewniali żywność i schronienie w swej winnicy, zaś Matteo służył jako przewodnik i przeprowadzał uchodźców do swego stryja, jedynego brata ojca, Uberto, który był księdzem w Szwajcarii.

Na początku DELASEM działało zupełnie legalnie w Królestwie Włoch, a faszystowski rząd nie zawsze nawet egzekwował własne zasady segregacji rasowej. Ale od lipca tego roku, kiedy alianci wylądowali na Sycylii, wszystko zaczęło ulegać zmianie. Wielka rada faszystowska – przy wsparciu króla Wiktora Emmanuela III – pozbawiła władzy i aresztowała Benito Mussoliniego, premiera i jednocześnie dyktatora. Zaś na początku września, kiedy siły alianckie wkroczyły na południowy kraniec Półwyspu Apenińskiego, kraj wycofał się z działań wojennych i podpisał zawieszenie broni. Hitler zareagował na to rozkazem zajęcia północnej części Włoch, siłowego rozbrojenia włoskich sił zbrojnych i uwolnienia z więzienia Mussoliniego, by utworzyć marionetkowe państwo pod kontrolą nazistowskich Niemiec. DELASEM zostało zdelegalizowane, a jego członkowie zmuszeni do zejścia do podziemia. Teraz niemieccy okupanci mieli więc całkowitą swobodę we wprowadzaniu w życie swoich planów prześladowania Żydów – i wszystkich, którzy ich ukrywali.

– Kiedy już zjecie i rozprostujecie nogi – odezwał się Beppe – najlepiej, żebyście pozostali w ukryciu. Ja lub Gianna damy wam znać, kiedy się upewnimy, że w okolicy nie ma niemieckich żołnierzy.

Sara i Dawid pokiwali głowami.

Pannie Conti było strasznie przykro z ich powodu. Jej wzrok powędrował w kierunku ściany baryłek. Za nimi znajdowało się ukryte pomieszczenie wybudowane przez Beppego. Żeby się do niego dostać, trzeba było zdjąć obręcz i pokrywę z jednej z dolnych baryłek, po czym przeczołgać się przez pusty środek do wnętrza schronu. Nie był on duży, mógł pomieścić trzy lub cztery osoby. Oprócz tego wraz z ojcem przygotowali jeszcze jedną sekretną komórkę na strychu.

– Potrzebujecie więcej koców?

– Nie – odparł Dawid. – Mamy aż nadto, by nie zmarznąć.

– A książki i świece?

– Też mamy dosyć.

Gianna i Beppe dotrzymali im towarzystwa, podczas gdy małżeństwo jadło, po czym stanęli na czatach, kiedy tamci korzystali z pobliskiej wygódki. Potem Dawid i Sara wczołgali się do swego schronienia, a ojciec z córką zabezpieczyli wieko baryłki i opuścili piwniczkę.

Na zewnątrz poranne słońce rozświetlało toskańskie niebo odcieniami żółci i pomarańczu. Łagodne wzgórza, na których leżała winnica Contich, pyszniły się rzędami dojrzałych, pokrytych rosą winogron Sangiovese, niemal gotowych do zbioru. Oprócz winorośli rósł tu również gaj oliwny. Jako że samodzielne zajmowanie się całą winnicą było zbyt wielkim obciążeniem dla Beppego i jego córki, przez ostatnie kilka lat zatrudniali na czas przycinania krzewów i zbioru owoców pomocników, głównie starszych ludzi. Położona na uboczu, z dala od innych zabudowań posiadłość zapewniała Giannie i jej ojcu prywatność, dzięki której mogli ukrywać uchodźców. Jednak biorąc pod uwagę coraz większą liczbę niemieckich żołnierzy okupujących Florencję i jej okolice, dziewczyna podejrzewała, że było tylko kwestią czasu, kiedy zainteresują się również ich winnicą.

Teraz wracali, Beppe kulejąc i wspierając się na lasce, do piętrowego kamiennego domu o dachu pokrytym spłowiałą dachówką. Przekroczyli próg i znaleźli się w salonie, w którym po dwóch stronach okopconego kamiennego kominka stały stara zielona tapicerowana kanapa i fotel. Sufit wspierał się na sosnowych belkach, a całe pomieszczenie sprawiało wrażenie dość rustykalne i nijakie – poza ścianami ozdobionymi kilkoma kolorowymi obrazami olejnymi namalowanymi przez Giannę bądź jej świętej pamięci matkę, Luizę.

Beppe wszedł do kuchni i opadł na siedzenie przy stole.

– Jak noga? – spytała córka, przysuwając mu krzesło.

Winiarz skrzywił się, opierając na nim prawą nogę.

– W porządku. Odrobina odpoczynku i mogę wracać do pracy.

Podczas Wielkiej Wojny mężczyzna służył w piechocie na froncie włoskim, gdzie walczył z wojskami niemieckimi i austro-węgierskimi. Tam właśnie został postrzelony w nogę. Pomimo chronicznego bólu i konieczności używania laski nigdy nie narzekał i nie pozwolił, by ograniczona mobilność przeszkodziła mu w prowadzeniu winnicy, a co ważniejsze: w ukrywaniu uchodźców.

– Podgrzeję kawę – powiedziała Gianna, podchodząc do żelaznego piecyka na drewno.

– Nie trzeba – odparł ojciec. – Wypiję zimną.

Dziewczyna podniosła z płyty obity aluminiowy garnuszek na mokkę, nalała do filiżanki espressopodobną substancję – z prażonego jęczmienia – i podała mężczyźnie.

_– _Dziękuję. – Upił łyk – Niezłe.

– Wiesz równie dobrze jak ja, że smakuje jak smoła.

Beppe się uśmiechnął.

– Chodź, napij się ze mną.

– Nie, dzięki. Muszę ruszać w drogę do Florencji. – Wyjrzała przez okno na otaczające dom wzgórza i zaraz przed oczami stanęły jej obrazy toczących się na południe niemieckich czołgów. Mimowolnie zdrętwiała. – Sądzisz, że alianci są dość silni, żeby przebić się przez niemieckie linie?

– Owszem.

Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę.

– Ale nasz kraj zalały niezliczone hitlerowskie dywizje. Ich armia zdaje się niezwyciężona.

Ojciec spojrzał córce w oczy.

– Może zajmie to rok, może więcej, ale wierzę, że Amerykanie i Brytyjczycy przebiją się przez cały włoski but i wyzwolą królestwo.

Gianna złożyła ręce.

– Pewnego dnia – ciągnął dalej Beppe – Włochy uwolnią się od faszyzmu, a Żydzi nie będą musieli więcej się ukrywać.

Dziewczyna pomyślała o Sarze, Dawidzie i wielu innych uchodźcach, których ukrywali w winnicy.

– Mam nadzieję, że tak będzie.

– A kiedy wojna się skończy, dokończysz swoje studia i zbudujesz dla siebie piękną przyszłość.

– W tej chwili to ostatnie, co mam w głowie.

– To zrozumiałe – przytaknął mężczyzna. – Ale nie możesz całkiem rezygnować ze swoich marzeń.

Gianna pokiwała głową, wdzięczna ojcu za próbę podniesienia jej na duchu.

Beppe spojrzał na wiszącą na ścianie czarno-białą fotografię przedstawiającą jego świętej pamięci żonę Luizę w sukni ślubnej i z bukietem kwiatów w dłoniach.

– Chciałbym, żeby twoja _mamma_ mogła tu być, aby zobaczyć, czego dokonujecie z Matteo. Byłaby taka dumna, że jej dzieci chronią ludzi w trudnych czasach.

Gianna ścisnęła w dłoni wisiorek zawierający obrączkę ślubną jej matki z wygrawerowanym na niej _Amore Mio_, stanowiącą komplet z tą, która wciąż znajdowała się na palcu ojca.

– Z ciebie również byłaby dumna, _papà_.

Starszy człowiek potarł oczy i pokiwał głową.

Matka dziewczyny zmarła na grypę, kiedy jej córka miała czternaście lat. Była utalentowaną ogrodniczką, szczególnie dobrze znała się na winoroślach, a do tego artystką amatorką i miłością życia swego męża. Pomimo upływu lat ból po jej stracie nie zelżał w jego sercu ani trochę.

– Powinnam ruszać. – Gianna położyła ojcu rękę na ramieniu.

– Weź ze sobą więcej wina – poradził jej. – Może się przydać w razie, gdyby zatrzymali cię Niemcy.

– Dobrze.

Beppe wstał z krzesła i uścisnął córkę.

– Chwytaj chwilę.

Dziewczyna odwzajemniła uścisk.

„Chwytaj chwilę”, pomyślała. To było powiedzonko ojca wyrażające akceptację. Rzadko go używał – tylko gdy najbardziej tego potrzebowała. Zawsze wspierał jej aspiracje, wpajał jej pewność siebie, wiarę, że optymizmem i wytrwałością będzie w stanie osiągnąć, co zechce. Zawsze też zachęcał ją, by starała się wykorzystać każdą nadarzającą się sytuację, nieważne jak nieciekawe zdawałyby się okoliczności.

– Bądź czujna – przestrzegł ją jeszcze.

– Będę.

Gianna opuściła dom, zabrała z piwniczki butelki z winem, które dla bezpieczeństwa owinęła starymi gazetami. Załadowała je wraz ze słojami oliwek i butelkami oliwy do przedniego i tylnego koszyka roweru, lekko zebrała szarą wełnianą spódnicę, wsiadła na bicykl i ruszyła.

Przez kilka kilometrów jechała gruntową drogą wijącą się między wzgórzami porośniętymi sosnami piniami i cyprysami. Minęła kilka domostw i winnic, ale nie spotkała w zasadzie nikogo – poza starszą kobietą imieniem Ida, która wracała z kurnika z drucianym koszykiem pełnym jaj. U stóp wzgórza dotarła do brukowanej drogi i skręciła na północ ku Florencji.

Do jej uszu dobiegł pomruk silnika, który stawał się coraz głośniejszy i głębszy. Przyśpieszyła, co spowodowało, że zaczęły ją piec mięśnie łydek i ud. Kiedy minęła szczyt wzgórza, jej oczom ukazała się ciemnoszara ciężarówka opatrzona żelaznym krzyżem i wypełniona niemieckimi żołnierzami. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, a stopa ześlizgnęła się z pedału. Szybko odzyskała równowagę i złapała mocniej kierownicę, kiedy pojazd ją mijał. Mimo tego strumień powietrza zza pędzącego samochodu zmusił ją do zjechania na pobocze. Z paki rozległy się gwizdy i pokrzykiwania żołnierzy. Dziewczyna zignorowała je, skierowała rower z powrotem na drogę i ruszyła dalej.

Godzinę później, po minięciu kilku niemieckich ciężarówek ze sprzętem i wojskiem, na horyzoncie pojawiła się panorama średniowiecznego miasta. Dojrzała katedrę florencką i jej ogromną czerwoną gotycką kopułę. „Chwytaj chwilę”, usłyszała w głowie słowa ojca. Poczuła, jak wzbiera w niej fala determinacji. Zaczęła zjeżdżać ze wzgórza wzdłuż rzeki Arno, której wody mieniły się w porannym słońcu, potem przejechała przez średniowieczny kamienny most Ponte Vecchio.

Jechała wąskimi uliczkami Florencji, zatłoczonymi przez pieszych, których większość stanowili starsi ludzie o kamiennych twarzach. Z boku Palazzo Vacchio, miejskiego ratusza, zwisała wielka flaga ze swastyką, a z pobliskiej kawiarni dobiegały śmiechy i rozmowy po niemiecku. Minęła również trzech żołnierzy Waffen SS w szarych mundurach polowych, którzy wychodzili właśnie z hotelu, ewidentnie zarekwirowanego przez Wehrmacht. W ostatnich tygodniach liczba niemieckiego personelu wojskowego znacznie się zwiększyła. Włoskich żołnierzy praktycznie nie było. Hitlerowcy ich rozbroili, wzięli do niewoli i deportowali.

Udała się do piwnicy mieszkania starszego małżeństwa, gdzie wymieniła swoje towary – poza dwiema butelkami wina – na cukinie, pół bochenka czarnego chleba, małe podsuszane salami i kawałek sera pecorino. Reglamentacja żywności sprawiała, że wielu rzeczy, takich jak mięso, zboże czy masło, nie było łatwo dostać i Włosi często w celu nabycia lepszych produktów musieli się uciekać do korzystania z czarnego rynku. Po wymianie ruszyła dalej, uliczkami zbyt wąskimi dla jakiegokolwiek samochodu. Zeszła z roweru i pchała go, cały czas uważnie lustrując wzrokiem okolicę, aż dotarła do niewielkich podniszczonych drzwi kamiennego budynku. Upewniwszy się, że w zasięgu wzroku nikogo nie ma, chwyciła zaśniedziałą mosiężną kołatkę i zastukała.

Chwilę bawiła się naszyjnikiem z obrączką. Sekundy mijały i nareszcie wizjer z metalowej siatki się odsunął.

– Jesteś sama? – rozległ się znajomy głos.

Gianna rzuciła okiem w dół ulicy.

– Tak – odparła.

Szczęknął otwierany zamek i po chwili mogła już wprowadzić rower do środka. Drzwi natychmiast się zatrzasnęły i zostały zaryglowane. Dziewczyna obróciła się i powitał ją Natan Cassuto, trzydziestoparoletni lekarz i rabin, gładko ogolony, w okularach o okrągłych oprawkach na nosie. Brązowe włosy nosił starannie przycięte i uczesane z przedziałkiem.

– Czy istnieje ryzyko, że ktoś cię śledził? – spytał poważnie.

– To możliwe – przyznała. – Ale nie sądzę.

Doktor wsunął dłonie do kieszeni.

– Jak się mają Dawid i Sara?

– Dobrze – odparła panna Conti. – Dzisiaj ruszają z moim bratem w dalszą drogę.

– Lilla pracuje nad ich papierami podróżnymi – powiedział Natan.

Gianna obróciła się na odgłos zbliżających się kroków.

Don Leto Casini, wysoki czterdziestokilkuletni ksiądz w czarnym garniturze z koloratką, podszedł do nowo przybyłej.

– Cześć – przywitał ją.

– Dzień dobry, don Casini.

– Jak się miewa Beppe? – spytał duchowny.

– Dobrze.

– Przekaż mu, proszę, pozdrowienia i powiedz, że mamy trzech uchodźców, których chcemy wyekspediować z miasta. Sądzisz, że Beppe byłby w stanie ich przechować?

– Oczywiście – odparła dziewczyna.

Ksiądz się uśmiechnął.

– Dziękuję – powiedział. – Skontaktujemy się, kiedy będziemy gotowi ich przerzucić.

Gianna pozostawiła swój rower z duchownymi, którzy byli przywódcami florenckiej gałęzi DELASEM. Idąc korytarzem, podziwiała w duchu pracę obydwu mężczyzn. „Pod uciskiem faszystowskich władz przywódcy dwóch różnych wyznań zjednoczyli swe siły, by chronić Żydów przed prześladowaniami”.

Skryła głęboko tę myśl i zaczęła wspinać się wąskimi kamiennymi schodami do pokoju na trzecim piętrze. Pomieszczenie wypełniała woń kleju i chemikaliów. Okiennice były tu zamknięte i tylko lampa rzucała bursztynowe światło na pracującą przy długim, zastawionym przyborami piśmienniczymi stole młodą kobietę.

_– _Cześć – przywitała ją Gianna.

Lilla, dobiegająca trzydziestki Żydówka o jasnej karnacji i pięknych długich czarnych włosach, podniosła się z miejsca i uściskała nowo przybyłą.

– Dobrze cię widzieć.

– Ciebie też – odparła Gianna, wypuszczając koleżankę z objęć.

– Przepraszam – zaczęła kobieta – ale dokumenty dla Dawida i Sary będą gotowe dopiero za kilka godzin. Jestem zawalona pracą. Może wolisz wrócić później?

– Zaczekam – odparła panna Conti i usadowiła się na zapasowym drewnianym krześle przy stole, na którym stały maszyna do pisania, butelki atramentu i chemikaliów, wosk, klej, drewniane stemple, prawdziwe i podrobione paszporty i akty urodzenia, jak też mnóstwo różnych papierów. – Da nam to okazję spędzić trochę czasu razem, a do tego będę mogła przyjrzeć się pracy najlepszej fałszerki we Florencji.

Lilla uśmiechnęła się.

Gianna poznała ją, kiedy studiowała jeszcze na uniwersytecie, a tamta właśnie została wyrzucona z pracy we Florenckim Archiwum Państwowym z powodu praw rasowych. Zaprzyjaźniły się i to ona wciągnęła pannę Conti do DELASEM. Większość członków organizacji zapewniała pomoc finansową lub przechowywała żydowskich uchodźców, ale Lilla tworzyła i modyfikowała paszporty, akty urodzenia oraz papiery podróżne.

Sama dorastała w Rzymie i podczas pracy w pralni chemicznej należącej do jej rodziny nauczyła się wywabiania niezmywalnego niebieskiego atramentu za pomocą kwasu mlekowego. Teraz wykorzystywała tę umiejętność do usuwania słowa „Żyd”, które wstemplowywano w oficjalne dokumenty wszystkim osobom tej narodowości. Metodą prób i błędów Lilla stała się mistrzynią fałszerstwa: potrafiła usuwać i dobierać atramenty, podrabiać dokumenty, jak również rzeźbić narzędziami dentystycznymi gumowe repliki oficjalnych pieczęci.

– To, co robisz, jest niesamowite – odezwała się Gianna, przyglądając się, jak koleżanka nakłada na odcisk pieczęci w niebieskim atramencie warstwę jakichś chemikaliów.

– Jakbyś nabrała wprawy – skomentowała fałszerka – sama mogłabyś to robić. Widziałam twoje obrazy.

– Miło, że to mówisz – odparła dziewczyna – ale jestem dopiero początkującą malarką, która zwykła nakładać grube warstwy farby na płótno. Twoja dokładność jest niebywała. Nigdy nie zdołałabym osiągnąć takiej precyzji.

Lilla podsunęła jej papier i pióro o ostrej stalówce, po czym wskazała na akt urodzenia.

– Spróbuj odtworzyć litery z maszynopisu.

Panna Conti ostrożnie nakreśliła kilka liter, po czym zmarszczyła brwi. Żydówka trąciła ją ramieniem.

– Dobra, masz rację. Lepiej, żebyś została przy malowaniu obrazów.

Gianna prychnęła.

Jeszcze przez trzy i pół godziny siedziała i czekała, podczas gdy Lilla pracowała nad aktami urodzenia i paszportami dla Sary i Dawida. Kiedy dokumenty były gotowe, odłożyła je do wyschnięcia.

Kobieta przeciągnęła się i zatarła dłonie.

– Papiery wyglądają na autentyczne – oceniła córka winiarza.

– No, mam nadzieję – skwitowała przyjaciółka. – Muszą, jeśli mają pozwolić im przejść przez niemieckie punkty kontrolne.

Myśli Gianny powędrowały ku rodzicom Lilli, którzy uciekli z kraju po tym, jak zostali pozbawieni swej pralni.

– Rozważałaś ucieczkę i dołączenie do rodziny w Szwajcarii?

Zapytana pokręciła głową.

– Moja praca jest potrzebna tutaj. Jeszcze tak wielu Żydów musi zniknąć z oczu okupantom.

– Ale pozostawanie we Florencji jest dla ciebie niebezpieczne. Wszędzie wokół są niemieccy żołnierze. Powinnaś zostać ze mną i Beppem.

– Bardzo doceniam twoją ofertę, ale muszę podziękować.

– Pod niemiecką okupacją może być tylko gorzej.

– Możliwe – zgodziła się Lilla. – Ale nie mogę porzucić pracy. Jak inaczej uchodźcy zdobędą papiery, które będą ich chronić?

Przez kilka minut córka winiarza usiłowała przekonać przyjaciółkę, by chociaż rozważyła opuszczenie miasta, ale ta wciąż grzecznie odmawiała. Wreszcie westchnęła i założyła ręce na piersi.

– Doceniam, że myślisz o moim dobru – powiedziała Żydówka, wstając z krzesła. – Zamierzam jednak pozostać tu tak długo, jak to możliwe. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

– Rozumiem, co nie znaczy, że mi się to podoba.

Fałszerka rzuciła okiem na świeżo przygotowane dokumenty.

– Atrament już wysechł.

– Uważaj na siebie.

Dziewczęta się uścisnęły.

– Ty również.

Gianna wypuściła przyjaciółkę z objęć i zebrała dokumenty. Powróciła schodami na dół, mając w duchu nadzieję, że z czasem zdoła ostatecznie przekonać Lillę do zmiany zdania. W pobliżu wejścia spotkała rabina Natana i don Casiniego stojących przy jej częściowo rozebranym rowerze.

– Słyszeliśmy, jak schodzisz po schodach – odezwał się rabin, wyjmując z pudełka z narzędziami klucz.

– Gotowa do drogi? – spytał ksiądz.

Gianna pokiwała głową i przez chwilę zastanawiała się, czy mężczyźni słyszeli może jej rozmowę z Lillą. Podała dokumenty Casiniemu, który zwinął je ostrożnie i wsunął w pustą ramę roweru, po czym na powrót całość zmontował.

– No, wszystko gotowe – odezwał się Natan, odkładając narzędzia. – Jak wygląda?

– Doskonale.

– Jestem bardzo wdzięczny za to, co ty i twój ojciec dla nas robicie – powiedział poważnym tonem rabin.

Dziewczyna podniosła rower.

– To zaszczyt móc pomagać.

Żyd przyłożył ucho do drzwi, po czym zerknął przez wizjer.

– Droga wolna.

Casini spojrzał na Giannę.

– Niech Bóg chroni cię od niebezpieczeństw.

– Was również – odparła.

Natan otworzył, a dziewczyna wyprowadziła rower na uliczkę. Drzwi natychmiast się za nią zamknęły. Wsiadła na siodełko i ruszyła w drogę.

Jechała uliczkami Florencji i aż dwukrotnie musiała się cofać, by uniknąć niemieckich posterunków. Kiedy dotarła wreszcie do Ponte Vecchio, słońce wisiało już nisko nad horyzontem. Przekroczywszy rzekę, mogła odetchnąć z ulgą. Mięśnie nóg bolały ją ze zmęczenia, gdy pedałowała poprzez łagodne wzgórza. Osiem kilometrów od domu pękł jej łańcuch. Zjechała na skraj drogi i zbadała problem. Wyglądało na to, że z odpowiednimi narzędziami będzie można go naprawić. Nie mając innego wyjścia, zaczęła prowadzić pojazd. Kiedy usłyszała zbliżający się warkot samochodu, ukryła się w zaroślach, by uniknąć potencjalnego spotkania z oddziałem Wehrmachtu.

Gianna dotarła do winnicy już po zmroku, zmęczona i głodna. Doprowadziła rower pod drzwi i jej wzrok przyciągnęło światło świecy, które migotało poprzez szpary w zamkniętych okiennicach. Z wnętrza dobiegały stłumione głosy. „Matteo wrócił”, pomyślała, odstawiając jednoślad. Podekscytowana myślą, że za chwilę zobaczy brata, dziewczyna weszła do środka, do kuchni i zamarła.

Krzepki, brodaty partyzant w średnim wieku, Carmine Florentino, przyjaciel i towarzysz broni Mattea, poprawił przewieszony przez ramię karabin.

Beppe – z czerwonymi, podpuchniętymi oczami i zmierzwionymi włosami – chwycił laskę i wstał od stołu.

Gianna przełknęła ślinę.

– Co się stało?

– Matteo nie żyje. – Po policzku ojca spłynęła łza.

– Nie… to niemożliwe! – Dziewczyna aż cofnęła się o krok z wrażenia.

Szczęka Carminego zadrżała.

– Wracaliśmy z Matteem z Marliany, gdzie umieściliśmy w bezpiecznej kryjówce żydowską rodzinę. Napotkaliśmy niemiecki zwiad. Matteo dostał śmiertelny postrzał.

Gianna poczuła, jak robi jej się niedobrze. Nogi ugięły się pod nią i upadła na kolana.

Beppe objął ją ramionami. Oboje drżeli i szlochali. Pozostali tak razem, aż nie mieli już więcej łez, które mogliby przelać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij