-
nowość
-
promocja
Tragiczna miłość Klary - ebook
Tragiczna miłość Klary - ebook
Nie każdy upadek jest końcem wiary…
Początek XX wieku, Prusy Wschodnie. Kraina pogranicza, gdzie jeszcze niedawno współistniały różne języki, wyznania i kultury, zaczyna powoli pękać pod ciężarem rodzących się napięć.
Klara Kroll, osiemnastolatka wychowana w skromnej, chłopskiej rodzinie ewangelickiej, opuszcza wieś, by podjąć służbę w domu ordynatora ostródzkiego szpitala – doktora Deppnera.
Dziewczyna próbuje pogodzić codzienne obowiązki z praktykowaniem wiary w protestanckiej wspólnocie gromadkarskiej i budowaniem nowych relacji. Miasto kusi ją nieznanymi dotąd możliwościami, a pojawiający się w jej życiu mężczyźni sprawiają, że zaczyna wierzyć w miłość i szczęście. Niestety, jedna lekkomyślna decyzja wystarczy, by wszystko to zaprzepaścić…
„Tragiczna miłość Klary” to oparta na prawdziwej historii opowieść o graniczących z mistycyzmem duchowych doświadczeniach, uczuciach i samotności. Poruszający portret młodej kobiety, potępionej przez społeczeństwo, która nagle zostaje zupełnie sama – i nie widzi już dla siebie ratunku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8373-914-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kilka godzin później podała ojcu obiad. Po posiłku oboje ciepło się ubrali i z trudem otworzyli drzwi, które opierały się pod naporem śniegu. Choć była dopiero czwarta po południu, na zewnątrz panowała już ciemność. Wyszli na drogę, gdzie ubity przez sanie śnieg zapadał się pod ich stopami, a każdy krok wymagał wysiłku. Ojciec szedł przodem i oświetlał drogę lampą naftową, co chwila odwracając się i kierując światło pod nogi Klary. Wiał mroźny wiatr, drażniący zimnem ich twarze. Domy wyłaniały się z mroku niczym cienie.
Gospodarstwo Lewalskich, położone w środku wsi, było pełne ludzi. Przed ich domem, wzdłuż drogi i na podwórzu stały zaprzężone w konie sanie z najbliższej okolicy. Goście, wytupawszy na schodach śnieg z butów, wchodzili do środka i zrzucali kożuchy na stoły oraz ławy. W izbie, oświetlonej świecami i lampami naftowymi, na prostych ławkach zgromadziło się już około pięćdziesięciu osób. Mężczyźni zajęli prawą stronę, kobiety usiadły po lewej. Wszyscy odziani byli w proste, skromne stroje. Kobiety przeważnie nosiły czarne, zapięte pod szyję i pozbawione ozdób suknie. Niektóre miały na sobie dodatkowo ciemne bluzki. Włosy ich były schowane pod zawiązanymi pod brodami chustami. Większość mężczyzn ubrana była w białe, zapięte na ostatni guzik koszule bez kołnierzyków, wyzierające spod ciemnych kamizelek i marynarek, również skrupulatnie pozapinanych. Niektórzy na szyjach zawiązali czarne wstążki. Spodnie najczęściej wpuszczone mieli w buty z wysokimi cholewami.
W ciągu kilku minut zarówno izba, jak i kuchnia oraz sień zapełniły się po brzegi. Zamknięto drzwi do domu, bo choć był dobrze ogrzany, to wlatujący chłód stawał się bardzo dotkliwy. Chwilę później wędrowny kaznodzieja, którego nazywano kazicielem, Olschewski ze Szczytna, podszedł do ustawionego przed zebranymi stołu nakrytego białym prześcieradłem. Zbliżył się tam też Brosda z pobliskiego Elgnowa. Olschewski zaczął śpiewać _Bądź pomocą naszą_.
– Siostry i bracia w Chrystusie Jezusie, zebraliśmy się dzisiaj, aby wysłuchać i rozważyć Słowo Boże – rozpoczął kaznodzieja. – Zanim przeczytam dzisiejszy fragment Ewangelii, chciałbym powiedzieć kilka słów o tym, czym żyje wasza wspólnota. Kiedy przyjechałem do was, nie zdawałem sobie sprawy z tragedii, która was dotknęła. Helenki Pilantz nie ma już wśród nas. Nie ma już tej, która gorliwie się modliła, tej, która jak nikt inny rozmawiała z Panem. Siostry i bracia, tylko Pan wie, dlaczego powołał ją do siebie w taki sposób. Padnijmy na kolana i w ciszy wspomnijmy zmarłą Helenkę, dziękując Bogu za jej krótkie, ale jakże ważne dla nas życie. Módlmy się także o pocieszenie i pokój dla jej bliskich, którzy opłakują jej stratę. – Zamilkł, a po kilku minutach kontynuował: – A teraz, siostry i bracia, będziemy uwielbiać Boga w Trójcy Jedynego naszymi modlitwami i pieśniami. Wznieśmy serca do Pana i uznajmy, że jesteśmy grzeszni, a jako że sami nie możemy się uwolnić od naszych grzechów, prośmy go o przebaczenie.
– Spowiadam się Tobie… – zaczął Lewalski.
– Boże wszechmogący w Trójcy Świętej Jedyny… – zagrzmiało gromko z dziesiątek gardeł.
Po skończonej modlitwie Olschewski powiedział:
– Panie, otwórz nasze serca i rozum, spraw, abyśmy się nie zatwardzali na twój głos.
Następnie kaziciel przeczytał fragment z Ewangelii św. Łukasza od słów „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, po czym przez pół godziny rozważał płynącą z niego naukę. Na zakończenie powiedział:
– Chwała niech będzie Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Składamy dzięki za ubłogosławienie nas tym duchowym pokarmem. Amen.
Minęła prawie godzina i w izbie zrobiło się duszno. Pomimo panującego na zewnątrz mrozu otwarto dwa okna, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. Następnie, choć nie było to żadne święto, wszyscy zgromadzeni odśpiewali _Warowną twierdzą jest nasz Bóg_. Przez kolejne pół godziny odmawiali wspólnie modlitwy, wypełniając izbę ciszą i statyczną ekstazą.
Po powrocie do domu stary Kroll, ojciec Klary, przebrał się i poszedł oporządzić zwierzęta. Dziewczyna natomiast skierowała się do małej, wybielonej wapnem izby na górze, którą dzieliła z siostrą Emmą. Tam zapaliła świecę, zdjęła czarną suknię, a w jej miejsce włożyła domowe ubranie, zamknęła drzwi na skobel, uklękła i oddała się modlitwie. Głęboko pogrążyła się w sobie. W końcu przestała słyszeć i widzieć to, co zewnętrzne, skupiając się tylko na tym, co wewnętrzne. Trwała tak przez dłuższy czas.
Skończywszy, zeszła do kuchni, gdzie czekali już ojciec oraz troje rodzeństwa – piętnastoletnia Emma, dwunastoletni Karl i dziewięcioletnia Lotte. Klara wzięła chleb, pokroiła go i postawiła na stole razem z usmażonymi na obiad rybami. Nalała pięć kubków kawy z mlekiem, której pełny dzbanek stał na brzegu płyty kuchennej, i wszyscy usiedli do kolacji.
Posiliwszy się, ojciec powiedział:
– Klara, poprosiłem dzisiaj Klimmka, aby zaszedł w Ostródzie do państwa Deppnerów i spytał, od kiedy będzie wolna ta posada dla ciebie.
– I od kiedy? – z zainteresowaniem spytała Klara.
– Pani Deppner powiedziała, że możesz przyjechać w przyszły poniedziałek.
– Dobrze, ojcze. Odwieziecie mnie na stację?
– Klarchen, oczywiście. Po co pytać?
Dziewczyna poczuła smutek. Jeszcze tylko kilka dni spędzi w rodzinnym domu, a potem ruszy w nieznane. Kończyło się jej dzieciństwo. Niedługo miała zacząć pracę jako służąca u bogatej rodziny w Ostródzie. Nie było innego wyjścia. Mama zmarła pięć lat temu, a ojciec musiał utrzymać troje rodzeństwa. Emma była gotowa, aby przejąć część prac w kuchni i obejściu – potrafiła już gotować i sprzątać, więc da sobie radę. Ojciec musiał też wysyłać pieniądze Emilowi, który od roku służył w wojsku w Królewcu. Mimo że gospodarstwo Krollów nie było małe i nie cierpieli biedy, to jednak nie przelewało im się.
Klara miała prawie osiemnaście lat. Wyrosła na ładną, smukłą młodą kobietę, której uroda i skromność przyciągały uwagę okolicznych kawalerów. Kilku ojców młodych chłopaków przychodziło już do Krolla i pytało o plany jego córki, ale ten zbywał ich, wymawiając się jej młodym wiekiem. Klara unikała zabaw i męskiego towarzystwa, zawsze od nich stroniła. Tak niedawno była małą dziewczynką, a teraz miała wyjechać do Ostródy. Stary Kroll posmutniał, spojrzał na córkę, a ta dostrzegła w jego szarych oczach tak dobrze znane jej smutek i niepewność.
Kiedy posprzątała po kolacji, poszła do swojej izby. Emma, która już tam była, spytała:
– Jak często będziesz do nas przyjeżdżać?
– Nie wiem, ale chyba nie częściej niż raz na trzy miesiące.
– Klara, ja nie chcę, żebyś wyjeżdżała – szepnęła siostra, a łzy zaczęły jej płynąć po policzkach.
– Mnie też jest smutno, ale co robić? Takie jest życie. Nie możemy wszyscy mieszkać z tatą.
– Choć u nas nigdy się tego nie mówiło, musisz wiedzieć, że bardzo cię kocham. Będzie mi ciebie brakować.
Klara, która składała właśnie ubrania, delikatnie odłożyła bieliznę na bok.
– Ja również cię bardzo kocham, Emma. Będę tęsknić za tobą każdego dnia. I wiesz co? Wcale mi się nie spieszy do tej dorosłości – rzekła, po czym po raz pierwszy w życiu objęła siostrę. Poczuła, jak tym uściskiem wyraża całą swoją miłość i troskę. Obie wiedziały, że zostawia za sobą bezpieczeństwo i przywiązanie, a przed nią rozciąga się tylko niepewna dorosłość.
Rankiem następnego dnia Klara z ojcem ponownie uczestniczyli w nabożeństwie. Kaziciel ze Szczytna nocował u Lewalskich. W przygotowanej izbie było znacznie mniej ludzi niż poprzedniego dnia. Dziewczyna usiadła na ławce po lewej stronie, podczas gdy Paul Kroll zajął miejsce wśród mężczyzn po prawej.
Po odśpiewaniu pieśni, tym razem _Boże oświeć nas, błagamy_, i wstępnych modlitwach Olschewski odczytał fragment z Ewangelii św. Łukasza o wysłaniu siedemdziesięciu dwóch uczniów między wilki.
Wysłuchawszy nauki, Klara znowu zapadła się w siebie. Nie dostrzegała otoczenia, a jej uwaga odpłynęła daleko od tego, co działo się wokół. Nie była w tym odosobniona. Jej ojciec i kilka innych osób również „zeszli do własnego serca”.
Dwa dni później, o szóstej rano w zimny styczniowy poniedziałek, Paul Kroll zaprzągł konie i pomógł swojej córce zapakować na sanie wiklinową skrzynię. Klara spakowała do niej dwie czarne suknie, dwie brązowe, bawełniany gorset i trzy uszyte przez siebie białe fartuszki. Zabrała jeszcze letnie i zimowe buty, bieliznę, pantofle domowe i przybory do mycia. W skrzyni była też Biblia i kancjonał mazurski, który dostała w dzień konfirmacji od swojego chrzestnego – brata ojca. Wsiadła, okryła się owczym kożuchem i ruszyli na stację w Glaznotach. W mroźnej porannej mgle wóz mknął po pierzynie białego puchu, wkraczając w głąb lasu. Było jeszcze ciemno, drzewa, niczym czarne postaci, zatopione były w mroku, choć przez gęste, pochylone ku ziemi przez grubą warstwę śniegu konary przebijały się pierwsze promienie słońca. Monotonny odgłos końskich kopyt i szum sunących sań zgrywały się w jednostajną melodię. Dotarli na stację pół godziny przed zaplanowanym przyjazdem pociągu. Tak jak w czasie jazdy saniami, tak też tu, w zimnej poczekalni małej stacji, niewiele do siebie mówili.
Pięć minut przed czasem wyszli na zewnątrz i, stojąc na mrozie, wpatrywali się w puste tory. Po chwili w oddali pojawił się snop światła, a zaraz potem, w kłębach śniegu, wyłoniła się mała dymiąca lokomotywa, ciągnąca za sobą trzy wagony. „To musi być ten pociąg, pod który rzuciła się Helenka Pilantz” – przemknęło Klarze przez myśl.
Paul Kroll mocno uścisnął córkę. Choć czuł smutek, nic po sobie nie pokazywał. Klara i tak wiedziała, z czym mierzy się ojciec.
– Pamiętaj, że zawsze tu na ciebie będziemy czekać – powiedział tylko na pożegnanie.
Wagon, do którego wsiadła, wypełniony był ciszą porannego chłodu. Na obu jego końcach żółtawo paliły się lampy gazowe. Drewniane ławki zajmowało kilkanaście osób. Powietrze przesiąkło zapachem wilgoci oddechów podróżnych. Na ich twarzach malowało się znużenie – spowodowane tak wczesną porą, jak i mrozem, który doskwierał również wewnątrz. Mężczyźni kulili się w swoich szarych i brązowych płaszczach, a kobiety okrywały się szczelnie dużymi chustami. Atmosfera była zastygła i senna. Czas płynął powolnym rytmem, wyznaczanym stukotem kół na szynach. Za oknem wyłaniał się zimowy krajobraz, ukazując zalesioną pagórkowatą okolicę w surowej, niemal ascetycznej formie.
***
Punktualnie o ósmej Klara wysiadła na dworcu w Ostródzie. W informacji spytała, jak dojść na ulicę Wodną. Droga nie była skomplikowana – kilkaset metrów wzdłuż torów, a potem przy drugim przejeździe w lewo. Pierwsza kamienica za hotelem to dom państwa Deppnerów. Na jego parterze mieścił się sklep papierniczy, a dach zdobiła ponoć ładna wieżyczka – tak też opisywał drogę jej ojciec, który kilka razy był u doktora Deppnera.
Klara wyszła z dworca. Po lewej stronie stały trzy dorożki.
– Może podwiesić panienkę, taki ciężki kosz panienka dźwiga, a dzisiaj tak zimno – niepoprawną niemczyzną zapytał jeden z dorożkarzy.
– Nie, dziękuję, nie mam daleko – odpowiedziała Klara wymijająco.
– Ale ja nic od panienki nie wezmę – uzupełnił już po polsku mężczyzna.
– Nie, naprawdę dziękuję – odmówiła, również po polsku, dziewczyna.
Miasto pokryte było świeżą warstwą śniegu, który odbijał promienie porannego słońca. Ruszyła ulicą zabudowaną po obu stronach wysokimi, trzypiętrowymi kamienicami. Ludzi nie było jeszcze dużo, a ci, których mijała, wtuleni w swoje płaszcze poruszali się nieco ospale w porannym chłodzie. Klara była pierwszy raz w Ostródzie. Chociaż nie było to wielkie miasto, to jednak znacznie większe od tego, które znała do tej pory – Dąbrowna. Miasto nieznane, pełne obcych twarzy i dźwięków, wypełnione szumem porannego codziennego życia. Uczucie lekkiego niepokoju walczyło w niej z narastającą ekscytacją. Dźwigając swoją wielką wiklinową walizkę, szła wolnym, ciężkim krokiem. Po kilkuset metrach trafiła na ulicę, wzdłuż której po prawej stronie ciągnęły się pokryte warstwą szronu tory kolejowe. Z lewej zaś ujrzała zamarznięte i przysypane śniegiem jezioro, na którym kilku mężczyzn łowiło ryby w przeręblach. Klarze przypominały się rodzinne Grady. Oddychając chłodnym powietrzem, które kłuło ją w płucach, doszła do ulicy Wodnej, gdzie na lekkim łuku stała duża kamienica z wieżyczką. „To musi być ten dom. Faktycznie, tata się nie mylił” – pomyślała Klara. – „To chyba najładniejszy dom w mieście”.
Otworzywszy drzwi wejściowe, wkroczyła do wnętrza kamienicy, gdzie przywitało ją przyjemne ciepło. Jej wzrok natychmiast przykuł okazały, szeroki korytarz, na który wchodziło się po kilku schodach. Nad jej głową unosił się biały, łukowaty, krzyżowy sufit, a ściany po bokach zdobiły nowoczesne malowidła i polichromie o motywach roślinnych. Po kilku krokach po eleganckiej podłodze wyłożonej płytkami tworzącymi geometryczny wzór Klara dotarła do dwuskrzydłowych, wahadłowych drzwi. Były one przeszkolone szlifowanym szkłem o nowoczesnym wzorze. Dziewczyna uchyliła je i ukrytą za nimi klatką schodową weszła na pierwsze piętro. Nie miała problemu z odnalezieniem mieszkania państwa Deppner. Ich drzwi także były podwójne. Zewnętrzne ozdobiono oryginalną snycerką i przeszklono kolorowymi elementami z szlifowanego szkła o geometrycznych, prostokątnych wzorach. Całość prezentowała się nowocześnie, ale zarazem subtelnie. Przy pokrętle mechanicznego dzwonka widniała tabliczka „Dr. Albert Deppner – Internist”. Wewnętrzne drzwi otworzyła około pięćdziesięcioletnia kobieta, a z głębi mieszkania dochodziło szczekanie psa.
– Ty zapewne jesteś Klara Kroll z Gradów.
Klara skinęła potakująco głową.
– Tak, proszę pani – odpowiedziała cicho.
– Ja jestem doktorowa Deppner, czekałam na ciebie. Mam nadzieję, że miałaś dobrą podróż. – Pani Deppner uśmiechnęła się delikatnie.
– Tak, proszę pani. – Dziewczyna również się uśmiechnęła, choć czuła pewien niepokój.
– Cieszę się, że mogę cię u nas przyjąć.
– Jestem wdzięczna, proszę pani, za daną mi szansę. – Starała się uważnie dobierać słowa.
– Mam nadzieję, że będziesz się u nas dobrze czuła. Chciałabym, abyś znalazła tu drugi dom. Dużo dobrego o tobie słyszałam.
– To bardzo miło z pani strony. – Klara uśmiechnęła się ciepło, choć wciąż czuła się niepewnie w nowym otoczeniu.
– Ale my tu rozmawiamy, a ty na pewno jesteś głodna. Wejdź do kuchni. Na stole znajdziesz chleb, masło, ser i kiełbasę. Zrób sobie śniadanie. Potem opowiesz mi trochę o sobie, chciałabym cię lepiej poznać. Dopiero wtedy przedstawię ci twoje obowiązki.
Klara nie śmiała odmówić. Pani Deppner z życzliwością zaprowadziła ją do kuchni, a wychodząc, zamknęła drzwi. Dziewczyna znalazła się w obszernym, jasnym pomieszczeniu ze ścianami wyłożonymi białymi kafelkami. Wyjrzała przez okno. Wychodziło na podwórze i dalej na skute lodem jezioro, którego brzegiem przed chwilą szła z dworca. Dostrzegła też zaśnieżone dachy magazynów na drugim brzegu zatoki. Usiadła za stołem, ukroiła dwie kromki chleba, posmarowała je masłem, położyła ser i zjadła. Po kilku minutach wyszła.
– Dobrze, dziecko – powiedziała pani Deppner – zanim oprowadzę cię po mieszkaniu, wypuszczę naszego pudla Pako. Nie bój się go, on szybko zaprzyjaźnia się z nowymi ludźmi.
– Proszę pani, ja wychowałam się na wsi, między zwierzętami.
Pani Deppner wypuściła Pako. Piesek natychmiast podbiegł do Klary i skoczył przednimi łapami na jej kolana. Dziewczyna pogłaskała go po głowie, a czarny pudel, merdając krótkim ogonem, przyjaźnie ocierał się o jej nogi.
– Dobrze, zacznijmy od twojego pokoju. Można do niego wejść z kuchni, tymi drzwiami – pani Deppner wskazała na wąskie, pomalowane na biało drzwi obok kuchennego kredensu – albo ze schodów dla służby – dodała. Nacisnęła klamkę i weszła do małego pokoiku przeznaczonego dla służącej.
Jego ściany pomalowane były na żółto i ozdobione białym kwiatowym wzorem naniesionym dekoracyjnym wałkiem. Klara podeszła do okna i rzuciła okiem na widok. Stąd także dostrzec mogła jezioro. W rogu pomieszczenia stało metalowe łóżko pomalowane czarną farbą. Nakryte było prostym posłaniem. U wezgłowia znajdowała się mała szafka, na niej zaś świeczka w mosiężnym świeczniku. Pod oknem ustawiono niewielki stół z krzesłem, a naprzeciwko łóżka prostą, niewielką szafę.
Pani Deppner wsunęła klucz do zamka i otworzyła drugie, równie wąskie drzwi, które wychodziły na małą klatkę schodową z wąskimi, krętymi schodami.
– Te schody są dla służby i dostawców. Wejście jest od podwórza. Jadek, to znaczy pan Jadek, nasz dozorca, zamyka drzwi do tych schodów o dziesiątej wieczorem, więc lepiej się nie spóźniaj, bo możesz mieć problem. Ale jego żona, pani Jadkowa, ma dobre serce – jeśli zapukasz w ich okno i będziesz miała przygotowaną dwudziestofenigówkę, to ci otworzy.
– Nie mam zamiaru wychodzić po zmroku, proszę pani – odpowiedziała Klara.
– To dobrze, ale różnie może być. Teraz chodźmy do naszego salonu – powiedziała pani Deppner i zaprowadziła Klarę do pokoju, którego okna wychodziły na ulicę Wodną i dalej na stare miasto.
– Obok jest mój buduar, za nim jadalnia. Jak widzisz, jest naprzeciwko kuchni. Stąd przechodzi się do pokoju naszego syna, który mieszka w nim, kiedy do nas przyjeżdża. Dalej znajduje się gabinet mojego męża, a w kolejnym pomieszczeniu nasza sypialnia. Wszystkie pokoje są przechodnie, połączone ze sobą; tak że po rozsunięciu wszystkich drzwi można z salonu wyglądać przez okno gabinetu i patrzeć, co dzieje się na jeziorze. Oprócz rozsuwanych drzwi do gabinetu mojego męża pozostałych troje, jak widzisz, jest przeszklonych. Do każdego z pokojów można wejść również z korytarza – objaśniała. – Tam jest kuchnia, którą już widziałaś, dalej łazienka, a za nią toaleta. Proszę cię, abyś z toalety korzystała rano, zanim wstaniemy, lub późnym wieczorem, kiedy już śpimy. W przeciwnym razie będziemy się krępować. W szafie w twoim pokoju znajdziesz miskę i nocnik. Są też stare ustępy na podwórzu. Będziesz przygotowywać śniadania i kolacje oraz gotować obiady. My oczywiście obiad i kolację będziemy jeść w jadalni, tam będziesz nam podawać posiłki. Śniadanie natomiast przynosić będziesz około wpół do ósmej do sypialni. W niedzielę proszę podawać śniadanie około wpół do dziewiątej. W czasie wizyt wkładaj, proszę, czystą czarną sukienkę i czysty biały fartuszek, a na głowie miej mały czepek. Jeżeli będziesz podawać w bluzce, musisz mieć zakrytą szyję. No i pod spodem musi być gorset. Masz jakiś?
– Tak, proszę pani, mam bawełniany.
– A dobrze leży?
– Nie bardzo. Mam go jeszcze od konfirmacji.
– O Boże… Dam ci zaliczkę, jutro pójdziesz do sklepu Hermanna na Rynku i kupisz sobie taki, który nie będzie się rozciągał i wisiał na tobie jak worek na plecach. Pamiętaj, gorset to najważniejsza część damskiej garderoby – musi przylegać do ciała jak rękawiczka do ręki. Musisz porządnie wyglądać, ale przy tym się nie udusić.
– Dobrze, proszę pani.
– W normalne dni możesz nosić szarą spódnicę i chodzić bez czepka, nie mamy córek. No i oczywiście bez gorsetu – przy twojej figurze i tak jest ci mało potrzebny. Aha, umiesz piec ciasto?
– Tak, proszę pani.
– To dobrze, potem ustalimy, jakie i na kiedy. Będziesz również dbała o mieszkanie. Codziennie trzeba wycierać kurze, dwa razy w tygodniu myć podłogę, raz w miesiącu trzepać dywany. Trzepak jest w podwórzu. Raz na trzy miesiące muszą być umyte okna. Co trzy miesiące trzeba też polerować parkiet – raz olejem lnianym, a drugi raz woskiem. Nauczę cię tego. Wychodne będziesz miała dwa razy w tygodniu, w czwartki i w soboty od trzeciej do dziewiątej, a w niedzielę między obiadem a kolacją. Raz na kilka miesięcy będziesz mogła pojechać do Gradów, do swoich. Raz w roku, latem, jedziemy na cztery tygodnie nad morze, do Cranzu. Ty wtedy będziesz miała wolne. Będziesz mogła pomóc rodzinie przy żniwach. Oczywiście za ten czas nie będzie ci płacone. Tak jak się umawialiśmy, dostaniesz dwadzieścia pięć marek na miesiąc. Aha, i będę ci jeszcze dawała moje stare ubrania. Myślę, że po drobnych przeróbkach powinny być na ciebie dobre. – Pani Deppner nakreślała warunki. – A, o czymś zapomniałam. W związku z tym, że będziesz sama, a pracy będzie dużo, nie będziesz prała. Małe pranie będziesz zanosić do praczki, pani Hintze, tu blisko, przy Kościelnej, a na duże ona będzie przychodzić do nas. Jeżeli jednak trzeba będzie coś wyprać bez pomocy pani Hintze, to suszarnia jest na strychu, a w piwnicy mamy magiel; tam będziesz prasować duże rzeczy, takie jak pościel, obrusy. Jutro cię tam zaprowadzę. I jeszcze jedno. Jak widzisz, u nas nie ma pieców. Mamy centralne ogrzewanie. To, co widzisz tam pod oknem, to kaloryfery – one nas ogrzewają. W piwnicy jest piec, w którym pali nasz dozorca. Dla ciebie to jest bardzo ważne, bo w zimie odpada ci wnoszenie węgla, chodzenie z szufelką z rozżarzonymi węglami i rozpalanie w piecach. No i wynoszenie popiołu. Ach, i jeszcze jedna ważna rzecz – pieczywo codziennie o wpół do siódmej dostarcza nam Max, chłopak z piekarni Berga. Będzie lekko pukał do drzwi dla dostawców. Otworzysz mu, odbierzesz koszyk z pieczywem, zapłacisz i dasz kartkę z zamówieniem na kolejny dzień. Listę ustalimy razem wieczorem. Dam ci tygodniową zaliczkę na piekarza. Masz o to dbać, aby zawsze mieć odliczoną sumę, bo chłopcy od piekarza są znani z udawania, że nie mają reszty. Czasami w ten sposób udaje im się coś zarobić. Na szafce w przedpokoju zostawiłam ci odliczoną kwotę na jutro.
Po chwili pani Deppner dodała jeszcze:
– A teraz, drogie dziecko, idź do swojego pokoju, rozpakuj swoje rzeczy, odpocznij trochę i zaczynamy. Chciałam trochę się o tobie dowiedzieć, ale będziemy mieć jeszcze dużo czasu, żeby to nadrobić.
Klara przeszła przez kuchnię do swojego pokoju i położyła na łóżku wiklinową skrzynię. Powiesiła w szafie sukienki i fartuszki, poukładała bieliznę, a następnie przebrała się w brązową, roboczą sukienkę. Przejrzała się w małym lusterku zawieszonym na wewnętrznej stronie szafy. Spoglądała na nią młoda kobieta o niebieskich oczach, czarnych włosach i subtelnej, niepospolitej twarzy. Jej usta, zależnie od sytuacji, były zawsze gotowe do uśmiechu lub przyjęcia poważnej miny. Na stole położyła Biblię i kancjonał. Z Biblii wyjęła czarno-biały obrazek Jezusa modlącego się na Górze Oliwnej – prezent od cioci Minny, nieżyjącej już siostry mamy, która również była kiedyś służącą, w Olsztynie. Ustawiła obrazek na pomalowanym na biało drewnianym parapecie.
Jeszcze raz spojrzała za okno. Na środku zamarzniętej zatoki urządzono lodowisko, a za nim wędkarze łowili ryby w przeręblach – ci sami, których widziała wcześniej, idąc ulicą Wodną. Mimo wczesnej pory kilka osób jeździło już na łyżwach po odśnieżonej tafli, ogrodzonej młodymi świerkami. Klara ponownie skierowała wzrok na obrazek. Uklękła, zamknęła oczy i oddała się modlitwie. Ciepło spłynęło do jej serca. Poczuła pokój – wewnętrzny spokój, który porządkował jej myśli i prowadził ją. Po chwili otworzyła oczy i pomyślała: „Jezu, pomóż”. Zaczynał się nowy rozdział w jej życiu – została służącą.
***
Klara zapukała i weszła do salonu. Pani Deppner siedziała przy stole. Pomieszczenie było przestronne, a wszystkie meble ustawiono pod ścianami, pozostawiając środek pusty. Pod wykuszowym oknem stała mała ława obita kremową skórą, która, podobnie jak reszta wyposażenia, komponowała się z żółtymi tapetami ozdobionymi delikatnym błękitnym wzorem geometrycznym. Obok ławy znajdowała się mosiężna żardiniera z wysokimi roślinami egzotycznymi. W oknach wisiały prostokątne, gładkie firany oraz równie proste błękitne zasłony. Było to nowatorskie podejście do dekoracji, w całym mieście bowiem królowały ciemne żakardowe zasłony udrapowane w półkola i podobnie ułożone szydełkowe firany. Z dużych okien rozpościerał się widok na stare miasto, z ośnieżoną cebulkową wieżą ratusza i piramidową wieżą kościoła.
– O, już jesteś. Z tego, co mi powiedziano, to jest twoja pierwsza praca.
– Tak, proszę pani.
– Dobrze. To jutro musimy iść na policję. Trzeba cię zarejestrować. Dostaniesz książeczkę pracy. A teraz pokażę ci, gdzie są sprzęty do sprzątania.
Kobiety przeszły do szerokiej, reprezentacyjnej części przedpokoju, zwanej holem, z której wychodziło troje drzwi: do salonu, pokoju dziennego i wąskiego korytarza.
– Tu będziesz przyjmować naszych gości. W rogu stoi wieszak na ich ubrania, a tu jest stojak na parasole. Z holu wprowadzaj ich, proszę, najpierw tymi drzwiami do mojego buduaru – poinstruowała nową służącą pani Deppner.
Z holu przeszły do korytarza, który prowadził do jadalni, pokoju młodego pana Deppnera, gabinetu, sypialni, kuchni, toalety i łazienki. Trzy ostatnie pomieszczenia znajdowały się po jego drugiej stronie, a ich okna wychodziły na podwórze i dalej na jezioro.
– Te drzwi między holem a korytarzem oddzielają naszą część prywatną, rodzinną, od tej, w której przyjmujemy gości. Oprócz jadalni, do której goście wchodzą z buduaru, obcy nie mają dostępu do innych pomieszczeń – dodała pani Deppner.
– Zrozumiałam, proszę pani – odpowiedziała Klara.
Między kuchnią a toaletą znajdował się wmurowany w ścianę wysoki schowek. Pani Deppner otworzyła jego drzwiczki. Wewnątrz kryły się miotły, szufelki, wiadra i ścierki. Klarę zdziwiła ta wielość szczotek i mioteł.
– To jest miotła do dywanu przedpokojowego. Trzeba go wynieść na klatkę schodową, zamieść brudy, wysypać kapustę kiszoną, a potem jeszcze raz zamieść. Następnie musisz wyjąć miotłę do podłogi i zamieść klatkę schodową. To będziesz robić co piątek – instruowała pani Deppner. – Ta miotła z kolei jest do zamiatania podłogi w pokojach. Tam masz zmiotkę do wycierania kurzu z luster i okien. Te zmiotka i szufelka służą do zmiatania okruchów ze stołu. W rogu są trzy szczotki do szorowania podłóg i ścian w kuchni i w toalecie. Tu, na półce, leżą szczotki do ubrań, a obok do czyszczenia butów – jedna do jasnych, druga do czarnych, trzecia do brązowych. – Pani Deppner spostrzegła na twarzy Klary dezorientację. – Nie martw się, szybko wszystkiego się nauczysz – pocieszyła ją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Wszystkie nazwiska pisane są zgodnie z oryginalną pisownią niemiecką.
Wszystkie nazwy miejscowości pisane są zgodnie ze współczesnym brzmieniem polskim.
Przebieg nabożeństwa odpowiada porządkowi ustalonemu w statucie Wschodniopruskiego Ewangelickiego Zrzeszenia Modlitwy z 1888 roku.
Kantata J.S. Bacha _Eine feste Burg ist unser Gott_ jest rodzajem hymnu reformacji. Do dziś śpiewa się ją w kościele ewangelickim w czasie ważniejszych świąt (np. Święto Reformacji). Jej polska wersja należała do najpopularniejszych pieśni polskojęzycznych gromadkarzy w Prusach Wschodnich.
Pisownia wszystkich imion zgodna z ich powszechnym stosowaniem.
Forma skrócona imienia Charlotte.
Klara zwraca się do ojca w drugiej osobie liczby mnogiej, co było powszechne zarówno wobec rodziców, jak i innych bliskich dorosłych (sąsiadów i znajomych).
Ojciec używa niemieckiego zdrobnienia imienia córki.
Gromadkarze mowy kazicieli określali naprzemiennie nauką bądź kazaniem.
Częste określenie gromadkarzy na stan ekstazy.
Wszystkie nazwy ulic podane są według ich ówczesnej nazwy, ale w tłumaczeniu na język polski. W przypisach podane będą nazwy współczesne, w tym przypadku: ulica Mickiewicza.
W ortografii niemieckiej po skrócie „dr” stawia się kropkę.
Po niemiecku _Wohnzimmer_, pokój dzienny, w którym przebywała głównie pani domu, tu odpoczywała, czytała, wykonywała drobne prace i przyjmowała gości.
Bawełniane gorsety były najtańsze, kosztowały ok. 4 marki, jedwabne ok. 20 marek.
Mówiło się, że służące nosiły czepki, żeby nie mylono ich z córkami gospodarzy.
Nadmorski kurort, obecnie Zielonogradsk w obwodzie królewieckim.
Ówczesna marka miała wartość ok. dwudziestu obecnych złotych. Wynagrodzenie Klary należało do bardzo dobrych. Przeciętne wynagrodzenie służących w miastach wielkości Ostródy wynosiło nie więcej niż dwieście marek na rok.
Dziś ulica Reymonta.
Tzw. _Dienstbotenbuch_, gdzie oprócz danych osobowych wpisywano także wszystkie posady, na których służąca pracowała, łącznie z bardzo dokładnymi świadectwami pracy.