Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Transplantacje - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Transplantacje - ebook

„Transplantacje” to dokument naszej epoki — czasu, w którym medycyna przekroczyła granice wyobraźni, ale nie przekroczyła granic ludzkiej natury. Pacjenci opisani na tych stronach wciąż się zakochują, wciąż tęsknią, wciąż płaczą. Wciąż boją się śmierci i cieszą z małych rzeczy. Ich historie uczą nas, że ciało jest tylko naczyniem, a to, co w nim najważniejsze — świadomość, pamięć, miłość — może przetrwać nawet najbardziej absurdalne przekształcenia. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-053-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Książka, którą oddajemy w Państwa ręce, to dzieło wykraczające poza ramy typowej publikacji medycznej. _Transplantacje: Dwadzieścia dróg poza homeostazę_ to nie tylko katalog szokujących procedur chirurgicznych — to przede wszystkim głęboko ludzka opowieść o desperacji, nadziei i niezwykłej zdolności pacjentów do przystosowania się do najbardziej nieprawdopodobnych okoliczności. Każdy z opisanych przypadków to odrębna historia życia, w której ból, cierpienie i utrata spotykają się z odwagą, humorem i niespotykaną determinacją, by za wszelką cenę pozostać sobą — nawet jeśli to „bycie sobą” oznacza mówienie pachwiną lub smakowanie światła językiem.

To, co uderza w tej książce najbardziej, to uniwersalność ludzkich zachowań, które przebijają się przez medyczny żargon i chirurgiczne szczegóły. Czy pacjentka z wyspami trzustkowymi pod powieką, która smakiem własnych łez kontroluje cukrzycę, różni się aż tak bardzo od każdego z nas, kto codziennie sprawdza ciśnienie mankietem? Czy pacjent z przeszczepionym sercem w kości udowej, które bije w rytmie jego kroków, nie przypomina każdego biegacza, który czuje, jak jego serce pracuje na najwyższych obrotach? Autorzy — z właściwym sobie wisielczym humorem — pokazują, że potrzeba kontroli nad własnym ciałem, lęk przed śmiercią, tęsknota za utraconymi zmysłami i radość z odzyskanej sprawności są wspólne wszystkim ludziom, niezależnie od tego, gdzie akurat znajduje się ich wątroba.

Szczególnie wzruszające są portrety pacjentów, którzy mimo ekstremalnych procedur zachowują poczucie godności i dystans do siebie. Kucharz, który po utracie języka smakuje potrawy przedramieniem, nie przestaje gotować — znajduje tylko nowy, bardziej niezwykły sposób na uprawianie swojej pasji. Śpiewak operowy, który po laryngektomii mówi odbytem, nie rezygnuje z muzyki — nagrywa płyty, choć akustyka kanału odbytu pozostawia wiele do życzenia. Aktorka, która po przeszczepie śledziony do piersi czuje smutek podczas karmienia synka, wykorzystuje ten smutek w swoich rolach tragicznych. W tych wszystkich historiach widać tę samą, głęboko ludzką potrzebę sensu, twórczości i łączności z innymi — nawet jeśli łączność ta odbywa się za pośrednictwem narządu umieszczonego w zupełnie nieprzeznaczonym do tego miejscu.

Książka ta jest także niezwykłym dokumentem naszej epoki — czasu, w którym medycyna przekroczyła granice wyobraźni, ale nie przekroczyła granic ludzkiej natury. Pacjenci opisani na tych stronach wciąż się zakochują, wciąż tęsknią, wciąż płaczą (czasem żółcią, czasem insuliną, czasem zwykłymi łzami wzruszenia). Wciąż boją się śmierci i cieszą z małych rzeczy — z łyka zupy, z dotyku bliskiej osoby, ze słonecznego promienia, który dla jednego z nich smakował jak wanilia. Ich historie uczą nas, że ciało jest tylko naczyniem, a to, co w nim najważniejsze — świadomość, pamięć, miłość — może przetrwać nawet najbardziej absurdalne przekształcenia.

Polecam tę lekturę nie tylko lekarzom i studentom medycyny, ale każdemu, kto chce zrozumieć, jak daleko może sięgnąć ludzka wola życia i jak bardzo elastyczny — i zarazem kruchy — jest nasz biologiczny gatunek. Po przeczytaniu tej książki inaczej spojrzycie na własne ciało. I być może — na własne szczęście.

_Gaweł Grasica, redaktor prowadzący_ _Warszawa, 2050_Wstęp

O TYM, JAK PRZESZCZEPILIŚMY UCHO TAM, GDZIE NIE POWINNO GO BYĆ, I DLACZEGO NIKT NIE KLASNĄŁ

Drogi Czytelniku. Jeśli sięgnąłeś po tę książkę, zakładam, że masz już za sobą podstawowy kurs anatomii, nie mdlejesz na widok skalpela (a przynajmniej nie zawsze) i wierzysz, że medycyna to nie tylko sztuka przedłużania życia, ale także — a może przede wszystkim — sztuka zadziwiania natury na jej własnym gruncie. Jeśli natomiast jesteś tutaj przypadkiem, pomyliliście tomy w bibliotece i sądziliście, że to nowy poradnik ogrodniczy — również zapraszam. Róże przy transplantacji heterotopowej też mogą ucierpieć, choć nie tym się tutaj zajmiemy.

Gdy w 1954 roku Joseph Murray wykonał pierwszą udaną transplantację nerki u bliźniąt jednojajowych, świat medycyny odetchnął z ulgą. Oto kolejna granica została przekroczona: narząd mógł wędrować z ciała do ciała, niczym ptak zmieniający gałąź, i nie wywoływać przy tym burzy immunologicznej godnej armagedonu. Później przyszły wątroby, serca, płuca, a nawet — ku przerażeniu konserwatywnej części społeczeństwa — twarze. Każdy z tych zabiegów był kamieniem milowym. Każdy udowadniał, że ludzkie ciało jest bardziej plastyczne, niż śniło się średniowiecznym anatom.

A jednak przez dziesięciolecia trzymaliśmy się pewnej niepisanej zasady. Zasady, którą ja nazywam DOGMATEM MIEJSCA WŁAŚCIWEGO (łac. _dogma loci proprii_). Wierzyliśmy, że nerka powinna leżeć w okolicy lędźwiowej, serce w śródpiersiu, a płuco — no cóż — w klatce piersiowej, a nie na przykład w pęcherzu moczowym. Dogmat ten był wygodny. Był bezpieczny. Był… nudny.

W latach 30. XXI wieku, po tym jak medycyna regeneracyjna i nanotechnologia rozwiązały większość problemów z odrzutem przeszczepu (pozdrowienia dla mojego przyjaciela, dra Hideo Yamamoto, który opracował nanocząsteczki maskujące antygeny HLA — _hypocritic nanoparticles_, jak to nazwał na kacu po konferencji w Oslo), zaczęliśmy zadawać sobie pytanie: _dlaczego właściwie mamy umieszczać narząd tam, gdzie natura go sobie życzy?_ Czy natura to jedyny mądry architekt? Czy nie możemy czasem… poprawić jej planów?

Odpowiedź, jak to często bywa, przyszła z przypadkowej rozmowy w barze po kongresie transplantologicznym w Barcelonie. Pamiętam ten wieczór jak dziś. Siedziałem przy stoliku z profesor Mariną Ionescu — rumuńską lekarką chirurgiem o stalowych nerwach i jeszcze bardziej stalowym poczuciu humoru — oraz z doktorem Samuelem Okonkwo, nigeryjskim immunologiem, który potrafił wypić trzech lekarzy pod stół i zaraz potem wygłosić wykład o limfocytach T regulatorowych. Zamówiliśmy kolejną kolejkę absyntu (przyznaję, to był błąd) i dyskutowaliśmy o pewnym pacjencie Ionescu — mężczyźnie po całkowitej resekcji krtani, który błagał ją, żeby „zrobiła coś, cokolwiek, żebym znowu mógł mówić, nawet jeśli miałbym mówić dupą”.

Profesor Ionescu odstawiła kieliszek. Spojrzała na nas przez dym z papierosa (tak, wciąż paliła, mimo że była pulmonologiem z wykształcenia) i powiedziała: „A właściwie dlaczego nie?”

Dr Okonkwo parsknął śliną. Ja odczekałem chwilę, po czym zapytałem: „Marina, czy ty właśnie sugerujesz, żebyśmy przeszczepili krtań do odbytu?”

„A ty masz lepszy pomysł?” odparła. „Facet i tak nie ma zwieracza kontroli, odkąd wypadł mu dysk i uszkodził nerw sromowy. To miejsce jest puste. Czemu nie wypełnić go głosem?”

W tamtej chwili, w oparach piołunu i absurdalnej odwagi, narodziła się idea, która legła u podstaw tej książki. Przez kolejne cztery lata, w ramach projektu „NeuroViscera” (finansowanego z wątpliwej dotacji Unii Europejskiej o nazwie „Horyzont 2040: Granice ciała i poza nie”), przeprowadziliśmy dwadzieścia procedur, które przeszły do historii medycyny jako EKSPERYMENTALNE TRANSPLANTACJE HETEROTOPOWE — czyli po prostu: narządy w miejscach, które nie śniły się nawet Hieronimowi Boschowi.

Niektórzy nazywali nas szaleńcami. Inni — wizjonerami. Jeszcze inni — po obejrzeniu zdjęć pooperacyjnych — z miejsca wzywali prokuraturę. Ale nie o opinię publiczną tutaj chodzi. Chodzi o pytanie fundamentalne: CZY MOŻEMY PRZEPROGRAMOWAĆ CIAŁO TAK, BY NOWY NARZĄD W NOWYM MIEJSCU NIE TYLKO DZIAŁAŁ, ALE I WZBOGACAŁ DOŚWIADCZENIE PACJENTA? Czy dodatkowe usta w jelicie cienkim mogą stać się nowym kanałem komunikacji? Czy płuco w pęcherzu moczowym może uratować życie, nawet jeśli pacjent musi siusiać, żeby oddychać? Czy nerki w uszach pozwolą nam słyszeć własne ciśnienie krwi, zanim zabije nas udar?

Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w kolejnych rozdziałach. W tym wstępie chciałbym jednak przedstawić ci historię, która wszystko zapoczątkowała — choć nie, to nie była transplantacja krtani do odbytu, bo ten rozdział (ku uciesze mojego wydawcy) pojawi się dopiero w rozdziale drugim. Tu opowiem o pacjencie zero, o człowieku, który zgodził się na procedurę tak szaloną, że nawet ja, podpisując zgodę, czułem na plecach chłodny oddech szaleństwa. Nazwijmy go PRZYPADKIEM ZEROWYM — choć w naszej dokumentacji widnieje pod kryptonimem _Oculus Lingualis_.

PRZYPADEK ZEROWY: OKO NA JĘZYKU PANA ANDRZEJA, CZYLI JAK SMAKOWALIŚMY ŚWIATŁO

Pan Andrzej Nowak (nazwisko zmienione, jak zresztą wszystkie w tej książce, z wyjątkiem tych, którzy zmarli w sposób tak spektakularny, że ochrona danych osobowych nie ma już znaczenia) był czterdziestoośmioletnim elektrykiem z Częstochowy. Do naszej kliniki trafił w listopadzie 2041 roku z rozpoznaniem: CAŁKOWITA ŚLEPOTA KOROWA OBUOCZNA (_amaurosis corticalis totalis_) oraz ANOSMIA POURAZOWA (_anosmia posttraumatica_) po wypadku na budowie, gdy spadająca belka zdruzgotała mu okolicę potyliczną i sitową. Mówiąc wprost: nie widział, nie wąchał, a dodatkowo od dwóch lat cierpiał na przewlekłe bóle fantomowe w nieistniejącym już prawym oku (które usunięto po wypadku z powodu nieodwracalnego uszkodzenia gałki).

Pan Andrzej był pacjentem trudnym. Nie dlatego, że narzekał — wręcz przeciwnie, jego cierpliwość graniczyła z anielską. Trudnym, ponieważ po wyczerpaniu wszystkich konwencjonalnych metod rehabilitacji wzroku (stymulatory siatkówki, protezy mózgowe, trening z interfejsami wzrokowo-słuchowymi) stał się żywym dowodem na porażkę współczesnej medycyny. Był inteligentny, oczytany, a jego ulubioną książką przed wypadkiem był _Mistrz i Małgorzata_ Bułhakowa. Po wypadku książki czytała mu żona, ale — jak sam mówił — „słuchanie o Behemocie to nie to samo, co widzieć kota wiszącego na żyrandolu”.

Podczas kwalifikacji do projektu „NeuroViscera” siedział na wózku (nie dlatego, że nie chodził — po prostu nie widząc, wolał nie ryzykować) i z charakterystycznym dla siebie spokojem wysłuchał proponowanej procedury. Proponowaliśmy mu ALLOGENICZNĄ TRANSPLANTACJĘ ROGÓWKI, SOCZEWKI I FRAGMENTU SIATKÓWKI NA GRZBIETOWĄ POWIERZCHNIĘ JĘZYKA — _implantatio linguae oculi_ w naszej nomenklaturze.

— Czy pan rozumie, panie Andrzeju? — zapytałem, odchrząkując. — Przeszczepimy pana własną rogówkę (pobraną z banku tkanek po zmarłym dawcy, ponieważ pańska była zbyt zniszczona) na język. Połączymy nerw wzrokowy, a właściwie jego pozostałość, z nerwem językowym. Będzie pan… widział językiem. Smaki staną się kolorami. Światło — smakiem.

Pan Andrzej milczał przez dłuższą chwilę. Jego żona, Halina, trzymająca go za rękę, patrzyła na mnie z wyrazem twarzy, w którym mieszała się nadzieja i przerażenie — typowy _facies sperans et horrens_ w literaturze przedmiotu.

— Proszę pana doktora — odezwał się w końcu pan Andrzej. — Nie widzę od pięciu lat. Nie czuję zapachu cebuli, nie wiem, czy żona użyła perfum, a kot, który kiedyś pachniał jak suchy chleb, teraz jest dla mnie tylko miękkim, mruczącym zjawiskiem akustycznym. Jeśli pan mówi, że będę widział językiem… to co mi pan właściwie odbiera? Smak? I tak od dwóch lat wszystko smakuje jak tektura po chemioterapii, którą miałem po wypadku.

— Ale to może być dezorientujące — wtrąciła dr Ionescu, która asystowała mi przy tej kwalifikacji. — Widzieć językiem oznacza, że pański mózg będzie musiał nauczyć się interpretować bodźce smakowe jako wzrokowe. To synestezja wymuszona chirurgicznie. Będzie pan czuł w ustach kolory.

— Pani doktor — pan Andrzej uśmiechnął się, a w jego niewidzących oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia — już teraz czuję w ustach kolory, jak biorę zastrzyk przeciwbólowy. Zielony jest gorzki. Proszę mnie zoperować.

Podpisaliśmy zgodę. Procedura trwała jedenaście godzin i została przeprowadzona w aseptycznych warunkach sali operacyjnej nr 4 Kliniki Chirurgii Eksperymentalnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (która po finansowaniu z projektu zyskała przydomek „Pokój Szaleńców”).

OPIS ZABIEGU (_procedura implantatio linguae oculi_):

Po znieczuleniu ogólnym (_anesthesia generalis_ z użyciem propofolu, fentanylu i rokuronium) oraz intubacji dotchawiczej, przystąpiono do preparowania grzbietowej powierzchni języka. Za pomocą lasera CO₂ (długość fali 10,6 μm, moc 5 W w trybie ciągłym) usunięto nabłonek brodawkowaty języka wraz z brodawkami okólnymi i grzybowatymi, pozostawiając głęboką warstwę mięśniową języka (_musculi linguae intrinsici_) jako łoże biorcze. Następnie, przy użyciu mikroskopu operacyjnego (powiększenie 40x), wycięto kieszeń w mięśniu podłużnym górnym języka (_m. longitudinalis superior_), dostosowując ją wielkością do przeszczepu.

Przeszczep pochodził od dawcy pośmiertnego — 23-letniego mężczyzny, który zginął w wypadku motocyklowym, a jego rogówki i soczewki zostały zakwalifikowane do przeszczepu allogenicznego. Pobrano _bloczek rogówkowo-soczewkowo-siatkówkowy_ — czyli fragment przedniego odcinka gałki ocznej wraz z rogówką (_cornea_), soczewką (_lens crystallina_), ciałem szklistym (_corpus vitreum_) w minimalnej ilości oraz płatkiem siatkówki (_retina_) o średnicy 4 mm z okolicy plamki żółtej (_macula lutea_). Bloczek umieszczono w łożu językowym, orientując rogówkę ku górze (tak by patrzyła w stronę podniebienia) a siatkówkę ku dołowi.

Kluczowym momentem zabiegu była NEUROSENSYWNA ANASTOMOZA HETEROTYPOWA — połączenie nerwu wzrokowego dawcy (zachowanego przy bloczku) z nerwem językowym biorcy (_n. lingualis_). Nerw językowy pana Andrzeja przecięto 2 cm od jego wejścia do języka, a następnie wykonano epineuralne zespolenie terminoterminalne (_sutura nervi epineuralis_) z nerwem wzrokowym dawcy przy użyciu monofilamentu 10—0 (nylon). Aby zwiększyć plastyczność połączenia, zastosowano roztwór czynnika wzrostu nerwów (NGF — _Nerve Growth Factor_) w stężeniu 50 ng/ml, naniesiony na miejsce zespolenia za pomocą gąbki żelatynowej.

Następnie, dla zapewnienia unaczynienia przeszczepu (który początkowo miał być odżywiany wyłącznie dyfuzyjnie z płynu śródmiąższowego języka), wykonano ZESPOLENIE NACZYNIOWE pomiędzy tętnicą językową głęboką biorcy (_a. profunda linguae_) a tętnicą rzęskową krótką dawcy (zachowaną przy bloczku). Użyto techniki _end-to-side_ z użyciem szwu 9—0. Drenaż żylny zapewniono przez zespolenie żyły językowej z żyłą środkową siatkówki dawcy. Po zwolnieniu zacisków, w ciągu 12 minut stwierdzono wypełnienie naczyń przeszczepu — rogówka stała się przejrzyście różowa, co w naszej dokumentacji odnotowano jako _signum bonum_ („dobry znak”).

Rana języka została zamknięta warstwowo, pozostawiając rogówkę i soczewkę wystające ponad powierzchnię języka o około 2 mm. Aby zapobiec odruchowi wymiotnemu (łac. _reflexus vomitorius_) oraz uszkodzeniu przeszczepu przez ruchy języka, przez pierwsze 7 dni po zabiegu pacjent pozostawał w śpiączce farmakologicznej (_coma artificialis_ z użyciem midazolamu i fentanylu). Odżywiany był przez sondę dożołądkową.

PRZYPADEK — ROZWINIĘCIE FABULARNE

Obudził się dziesiątego dnia po zabiegu. Pierwsze słowa, które wypowiedział, brzmiały: „Halina, czy ty jesteś słodka?” Jego żona, która czuwała przy łóżku, spojrzała na mnie z niepokojem. Pan Andrzej miał zamknięte oczy (naturalne, te w oczodołach — puste, ale zamknięte) i wystawiony język, na którym widniało coś, co wyglądało jak maleńkie, wilgotne, przezroczyste oczko. Rogówka przeszczepu była przejrzysta, soczewka nie zmętniała, a w głębi, pod szklistką, widać było różowawy płatek siatkówki.

— Co widzisz, panie Andrzeju? — zapytałem, nachylając się z latarką (choć latarka była zbędna — on i tak nie widział swoimi oczami).

— Proszę pana doktora — powiedział powoli, z językiem wciąż wysuniętym, jakby bał się go schować. — To jest bardzo dziwne. Kiedy pan mówi, widzę… fale. Takie niebieskawo-zielone fale. Ale nie w przestrzeni. W moich ustach. Czuję pana głos jak… jakby ktoś malował moje podniebienie akwarelą. Pan ma głos o smaku mięty. Ale nie takiej ostrej, tylko takiej… spokojnej mięty.

Spojrzałem na dr Ionescu, która zapisywała to w notatniku z kamienną twarzą. Pod stołem jednak kopała mnie w goleń, co w jej języku oznaczało: _to działa, ty stary szaleńcze_.

Przez kolejne tygodnie pan Andrzej uczył się „widzieć językiem”. To była fascynująca obserwacja z punktu widzenia neuroplastyczności. Jego mózg, pozbawiony bodźców wzrokowych od pięciu lat, z niezwykłą szybkością przeprogramowywał korę smakową (wyspę, _insula_) do przetwarzania informacji wzrokowej. W ciągu pierwszego miesiąca nauczył się rozróżniać kształty: okrągły przedmiot smakował jak wanilia, kwadratowy jak kawa, a trójkątny jak cytryna. Jego żona, która początkowo bała się, że mąż powie jej, że jest „kwaśna”, okazała się smakować „jak świeży chleb z masłem” — co, jak stwierdził, było komplementem najwyższej próby.

Ale były też komplikacje. W trzecim tygodniu po zabiegu pan Andrzej poprosił o burgera. Gdy odgryzł kęs, nagle krzyknął, wypluł jedzenie i zaczął łapać się za język.

— Co się dzieje?! — krzyknąłem, wbiegając na salę.

— On jest zbyt… kolorowy! — wykrztusił pan Andrzej. — Ten burger ma smak fioletu! I to takiego naprawdę agresywnego fioletu. To obrzydliwe! Czy to normalne, żeby jedzenie było fioletowe? Gdzie jest brąz? Gdzie jest zieleń sałaty?

Szybko zrozumieliśmy problem. Ponieważ przeszczepione oko na języku nie miało powieki (nie dało się jej przeszczepić w sposób funkcjonalny), było stale wystawione na bezpośredni kontakt z pokarmem. Każdy kęs oznaczał dla pana Andrzeja nie tylko smak, ale i „widzenie” jedzenia w kolorach, które nie zawsze odpowiadały rzeczywistości. Burger — prawdopodobnie z powodu przypraw i tłuszczu — wywoływał sygnał wzrokowy interpretowany przez jego mózg jako fiolet. Ale przecież pan Andrzej nie pamiętał, jak wygląda fiolet. Dla niego fiolet stał się po prostu „smakiem burgera”.

Najbardziej wzruszający moment nastąpił w piątym tygodniu. Pan Andrzej poprosił, żeby żona stanęła przed nim i otworzyła usta. Popatrzył (językiem) na jej twarz, a potem zaczął płakać.

— Halina — powiedział cicho. — Widzę cię. Nie wiem, czy to prawdziwy kolor twojej skóry, bo ty smakujesz jak wanilia z odrobiną słonego karmelu. Ale widzę twój uśmiech. Jest okrągły i ciepły. I widzę twoje zmarszczki. Są kwadratowe. Kwadratowe zmarszczki, Halina. To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek… jaką kiedykolwiek połknąłem.

Halina również się rozpłakała. Ja również. Dr Ionescu nie, ale widziałem, jak jej ręka drżała przy zapisywaniu notatek.

Pan Andrzej żył z przeszczepem przez kolejne trzy lata. Zmarł nie z powodu odrzutu (immunosupresja działała znakomicie, a nanocząsteczki Yamamoto spełniły swoją rolę) ani z powodu infekcji. Zmarł, ponieważ w przypływie odwagi (głupoty, jak to później nazwano na posiedzeniu komisji bioetycznej) postanowił zjeść papryczkę habanero. Ostre jedzenie, jak wiemy, działa na receptory bólu (TRPV1), ale przez zespolicie nerwowe pobudziło również nerw wzrokowy przeszczepu. Pan Andrzej doznał SYNESTETYCZNEGO PRZECIĄŻENIA BÓLOWO-WZROKOWEGO — jego język zobaczył tak intensywny, palący, czerwono-pomarańczowy kolor, że jego mózg, nie mogąc tego przetworzyć, wszedł w stan _status synestheticus_, który doprowadził do rozległego obrzęku mózgu (_oedema cerebri_). Zmarł w ciągu czterech godzin.

Jego ostatnie słowa, zapisane przez żonę: „Halina, widziałem piekło. I piekło smakuje jak papryka.”

Spoczywaj w pokoju, Andrzeju. Twoja rogówka na języku przetarła szlak dla dziewiętnastu kolejnych szaleństw, które opiszę w tej książce.

CZYM WIĘC SĄ TRANSPLANTACJE HETEROTOPOWE?

Zanim przejdziemy do szczegółowych rozdziałów, pozwólcie, że zdefiniuję nasze pojęcia z należytą ścisłością. TRANSPLANTACJA HETEROTOPOWA (łac. _transplantatio heterotopica_) to procedura, w której tkanka lub narząd zostaje umieszczony w miejscu anatomicznie odległym od swojego naturalnego położenia, z zachowaniem — lub celowym przekształceniem — jego pierwotnej funkcji. W przeciwieństwie do transplantacji ortotopowej (nerka w dole nerkowym, serce w worku osierdziowym), heterotopowa nie naśladuje natury. Ona z naturą negocjuje.

Niektórzy nazywają ją CHIRURGIĄ KSENOTOPOWĄ (od greckiego _xenos_ — obcy, _topos_ — miejsce). Inni — PLASTYKĄ FUNKCJONALNĄ ABSURDU. My w projekcie „NeuroViscera” używaliśmy terminu PROCEDURA MIGRACYJNO-ADAPTACYJNA (PMA), ponieważ uważaliśmy, że narząd w nowym miejscu nie tyle jest obcy, ile _migruje_ do nowego ekosystemu i musi się _zaadaptować_ — podobnie jak ptak, który zmienia kontynent i uczy się nowych owadów.

W praktyce wyróżniliśmy trzy typy transplantacji heterotopowych:

— TYP SENSOMOTORYCZNY — narząd zachowuje swoją pierwotną funkcję, ale sygnały wejścia/wyjścia są przechwytywane przez inne drogi nerwowe. Przykład: oko na języku (funkcja wzroku przeniesiona na smak).

— TYP METABOLICZNO-WYDZIELNICZY — narząd pełni swoją funkcję biochemiczną, ale w nowym miejscu, często z przedziwnymi konsekwencjami dla sąsiednich tkanek. Przykład: wątroba w oczodole (żółć zamiast łez).

— TYP BIOMECHANICZNY — narząd działa jako element układu ruchu lub podpory, nawet jeśli jego pierwotną funkcją było coś zupełnie innego. Przykład: kręgosłup w nosie (stabilizacja głowy przez sztywny nos).

W kolejnych rozdziałach każdy z tych typów zostanie szczegółowo omówiony na podstawie autentycznych (w granicach projektu) przypadków.

O ETYCE SŁÓW KILKA — DLA TYCH, KTÓRZY MUSZĄ

Wiem, co sobie myślicie. _Czy to nie jest szaleństwo? Czy to nie jest torturowanie pacjentów w imię nauki? Czy pan, panie Krane, nie powinien siedzieć w więzieniu, a nie pisać podręczników?_

Otóż: mamy zgodę komisji bioetycznej. Mamy świadome zgody pacjentów (podpisane, nagrane, a w dwóch przypadkach — wyryte na skórze przez pacjenta, który nie ufał długopisom). Mamy też wyniki. Śmiertelność w grupie 20 pacjentów wyniosła 65%. Tak, to dużo. Ale czy wiecie, jaka była śmiertelność w pierwszych transplantacjach serca w latach 60.? Większa. A jednak dziś nikt nie pyta, czy transplantacja serca to szaleństwo. Pyta, czy dawca jest zgodny.

Poza tym nasi pacjenci — ci, którzy przeżyli — zyskali coś więcej niż życie. Zyskali nowy sposób odczuwania rzeczywistości. Płuco w pęcherzu? Pacjentka Urszula (rozdział 9) nauczyła się oddychać podczas mikcji i twierdzi, że to „najbardziej relaksujące doświadczenie od czasu akupunktury”. Nerki w uszach? Pacjentka Krystyna (rozdział 19) usłyszała swoje nadciśnienie na tydzień przed udarem i zdążyła wezwać karetkę. Czy to nie jest sukces?

Oczywiście, zdarzają się też historie tragikomiczne. Przeszczep krtani do odbytu (rozdział 2) zakończył się tym, że pacjent śpiewał tylko na sedesie. Jego żona rozwiodła się z nim, bo „miał dość odbytniczy repertuar”. Ale czy to wina procedury, czy raczej braku gustu muzycznego pacjenta?

JAK CZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ?

Każdy rozdział poświęcony jest jednemu przeszczepowi. Znajdziecie w nim:

— DOGŁĘBNE UZASADNIENIE — czyli odpowiedź na pytanie „po co to komu?”. Czasem odpowiedź jest logiczna (np. ratowanie życia), czasem jest to „bo pacjent tak chciał”, a czasem „bo mogliśmy, więc zrobiliśmy” (to ostatnie szczególnie w rozdziałach 14 i 18, które do dziś wzbudzają kontrowersje).

— OPIS ZABIEGU — pełen medycznego żargonu, który może przyprawić o zawrót głowy nawet ordynatora. Zachęcam do śledzenia przypisów, gdzie wyjaśniam trudniejsze terminy. (Przypis nr 1: _anastomoza_ — połączenie dwóch struktur rurowych, np. naczyń. Nie mylić z _anastazją_, czyli zmartwychwstaniem, choć w naszym przypadku granica bywa cienka.)

— SZEROKO OMÓWIONY PRZYPADEK — z wątkiem fabularnym, dialogami i często z tragicznym (ale nie zawsze!) zakończeniem. Imiona zmienione, ale emocje prawdziwe.

Uwaga: W książce nie używam tabel. Uważam, że tabele zabijają dramaturgię. Zamiast nich znajdziecie anegdoty, dialogi z pacjentami i fragmenty dzienników pooperacyjnych.

PODZIĘKOWANIA I OSTRZEŻENIE

Dziękuję dr Marinie Ionescu (która po projekcie wyjechała do Szwajcarii i podobno hoduje róże — choć ja podejrzewam, że hoduje coś bardziej… organoidalnego). Dziękuję dr Samuelowi Okonkwo, który jako jedyny zachował trzeźwość umysłu (i ciała) przez cały projekt. Dziękuję pacjentom, którzy zgodzili się na te procedury — nawet tym, którzy później żałowali. Dziękuję komisji bioetycznej za to, że po każdym zgonie przedłużali nam finansowanie, choć z coraz bardziej grymasem na twarzy.

Ostrzegam: ta książka nie jest podręcznikiem do naśladowania. Opisane procedury są eksperymentalne, niepowtarzalne i w większości przypadków — nielegalne poza granicami projektu. Nie próbujcie przeszczepiać krtani do odbytu w domu. Nie próbujcie tego również w szpitalu, chyba że macie odpowiednie pozwolenia, znieczulenie i kogoś, kto powie wam „stop”, zanim zaczniecie bawić się w Boga z poczuciem humoru.

A jeśli mimo wszystko chcecie spróbować… to zapraszam do lektury. Może zdążycie przeczytać rozdział o płucach w pęcherzu, zanim stracicie prawo wykonywania zawodu.

ZAPOWIEDŹ TREŚCI

W rozdziale pierwszym (który formalnie jest pierwszym po tym wstępie, ale w naszym dziwacznym systemie numeracji nazwaliśmy go Rozdziałem 1, choć wcześniej był Rozdział 0 — nie pytajcie) opowiem o OKU NA JĘZYKU. Właściwie to już to zrobiłem, w ramach przykładu. No to może w rozdziale pierwszym będzie jednak KRTAŃ W ODBYCIE. Albo może PŁUCO W PĘCHERZU. Jeszcze nie wiem. Mój wydawca kazał mi zostawić niespodziankę.

W każdym razie: trzymajcie się mocno. Będzie bolało. Będzie śmiesznie. Będzie też — wbrew pozorom — bardzo, bardzo ludzko.

_Dr hab. n. med. Elir V. Krane (fing.)_ _Łódź — Barcelona — Katmandu, 2049_

DODATEK DLA CIEKAWSKICH: W oryginalnym manuskrypcie rozdział ten był dwa razy dłuższy, ale wydawca kazał go skrócić, bo „czytelnicy mogą nie wytrzymać napięcia”. Jeśli chcesz przeczytać pełną wersję ze szczegółowym opisem przygotowań pana Andrzeja do zabiegu (w tym sesji z psychologiem, podczas której stwierdził: _„Gorzej już być nie może, więc może być tylko dziwniej”_), napisz do wydawnictwa. Odpowiedzą, jeśli jeszcze istnieją.Rozdział 1

OKO NA JĘZYKU — SMAK ŚWIATŁA (ŁAC. _OCULUS LINGUALIS_, ANG. _TONGUE EYE_)

WSTĘP: DLACZEGO JĘZYK, A NIE NA PRZYKŁAD PĘPEK?

Drogi Czytelniku, zanim twój umysł (lub twoja wyobraźnia, która w tym przypadku jest ważniejsza) zacznie kreować obraz mężczyzny z gałką oczną wwierconą w środek języka jak ozdobny klejnot w steku — pozwól, że od razu sprostuję: NIE WYGLĄDA TO TAK, JAK MYŚLISZ. Przeszczep _oculus lingualis_ nie polega na umieszczeniu całej gałki ocznej (ze spojówką, twardówką i mięśniami okoruchowymi) w mięśniu języka. To byłoby nieporęczne, nieestetyczne i, co najważniejsze, całkowicie pozbawione sensu. Język nie ma przestrzeni dla czegoś większego niż wiśnia, a poza tym — kto chciałby patrzeć na świat przez narząd, który nieustannie ociera się o podniebienie i jest oblizywany przez samego właściciela?

Nie. Nasza procedura, opracowana po ośmiu miesiącach żmudnych badań na świniach (które, nawiasem mówiąc, po przeszczepie zaczęły unikać jasno oświetlonych koryt, co było pierwszym sygnałem, że coś działa), polega na HETEROTOPOWEJ IMPLANTACJI WYSELEKCJONOWANEGO FRAGMENTU PRZEDNIEGO ODCINKA GAŁKI OCZNEJ — a konkretnie: rogówki, soczewki i cienkiego płatka siatkówki — na grzbietowej powierzchni języka. Mówiąc obrazowo: nie przeszczepiamy całego oka. Przeszczepiamy „soczewkę z kliszą” i mocujemy ją na języku tak, by mógł odbierać światło i wysyłać sygnały do mózgu przez nerw, który normalnie zajmuje się tylko i wyłącznie smakiem. To jakby podłączyć kamerę do przewodu słuchawkowego — sygnał jest inny, ale mózg, jeśli jest wystarczająnie plastyczny, nauczy się go interpretować.

Ale po kolei.

UZASADNIENIE ZABIEGU: PO CO KOMU OKO NA JĘZYKU?

Zadanie to wydaje się na pierwszy rzut oka absurdalne, i przyznaję — na pierwszy, drugi i trzeci rzut też takie jest. Istnieje jednak wąska, ale niezwykle dramatyczna grupa pacjentów, dla których ta procedura stanowi ostatnią deskę ratunku. Mówię tu o osobach z CAŁKOWITĄ ŚLEPOTĄ KOROWĄ OBUOCZNĄ (_amaurosis corticalis totalis_) — czyli uszkodzeniem kory wzrokowej w płacie potylicznym, która nie może przetwarzać sygnałów z oczu, nawet jeśli same oczy są zdrowe. Dodajmy do tego ZNISZCZENIE DRÓG WZROKOWYCH (na przykład w wyniku urazu, guza lub udaru) oraz współistniejącą CAŁKOWITĄ ANOSMIĘ (_anosmia totalis_), czyli brak węchu — co niestety często idzie w parze z ciężkimi urazami głowy, bo nerw węchowy (I nerw czaszkowy) jest wyjątkowo delikatny i lubi się odrywać przy wstrząśnieniach.

Taki pacjent — ślepy, bezwonny, często z uszkodzonymi innymi zmysłami — żyje w świecie pozbawionym dwóch podstawowych kanałów informacyjnych. Dotyk, słuch i smak pozostają. A co, jeśli moglibyśmy przekształcić SMAK w WZROK? Jeśli moglibyśmy nauczyć mózg, by to, co normalnie interpretował jako „słodkie”, interpretował jako „niebieskie”? To nie jest przywracanie wzroku w sensie dosłownym. To jest TWORZENIE NOWEGO ZMYSŁU — wzroku smakowego, jeśli można to tak nazwać.

Prof. Marina Ionescu, moja współpracowniczka, mawiała często podczas naszych burzliwych narad: „Elir, nie próbujemy dać im oczu. Próbujemy dać im _sposób na zobaczenie_, nawet jeśli tym sposobem będzie lizanie świata”. I miała rację, choć zabrzmiało to jak hasło z kampanii reklamowej dziwacznego sosu.

Pacjenci kwalifikowani do procedury _Oculus Lingualis_ muszą spełniać szereg kryteriów: ślepota trwająca co najmniej dwa lata (aby wykluczyć spontaniczną regenerację), całkowity brak czynności kory wzrokowej w fMRI (czyli „kora wzrokowa milczy, jakby ją wycięto”), a także — co kluczowe — zachowany nerw językowy (_nervus lingualis_) oraz zachowana (choćby minimalnie) wyspa (_insula_) w mózgu, bo to ona będzie nowym ośrodkiem wzrokowym. Bez wyspy — nie ma sensu. To tak, jakby podłączyć kamerę do telefonu, który nie ma ekranu.

OPIS ZABIEGU: _PROCEDURA IMPLANTATIO LINGUAE OCULI CUM ANASTOMOSI NEUROSENSORIALI HETEROTYPICA_

A teraz, drogi Czytelniku, załóż rękawiczki (wyobraźni) i przygotuj się na szczegółowy opis tego, co działo się na sali operacyjnej nr 4 Kliniki Chirurgii Eksperymentalnej w Łodzi. Zabieg przeprowadziliśmy na pani Marii T. (nazwisko zmienione, ale historia prawdziwa — w granicach naszej umowy z wydawnictwem), 52-letniej byłej pielęgniarce, która straciła wzrok w wyniku pęknięcia tętniaka tętnicy podstawnej mózgu w 2038 roku.

FAZA 1: PREPAROWANIE ŁOŻA BIORCZEGO NA JĘZYKU

Po intubacji, znieczuleniu ogólnym (propofol 2 mg/kg, fentanyl 5 μg/kg, rokuronium 0,6 mg/kg) i ustabilizowaniu głowy pacjentki w ramie Mayfield, przystąpiliśmy do eksploracji jamy ustnej. Język pani Marii wyciągnięto kleszczami Collina i unieruchomiono za pomocą dwóch szwów jedwabnych 2—0 przeciągniętych przez koniuszek języka i przymocowanych do ramy speculum (tak zwanego _wzmocnionego językowego rozwarcia_ — nasza własna konstrukcja, bo komercyjne specjale nie radziły sobie z długotrwałym dostępem).

Następnie, pod mikroskopem operacyjnym Zeiss (powiększenie 40x), wypreparowano grzbietową powierzchnię języka, usuwając laserem CO₂ (fala ciągła, 5 W) nabłonek wielowarstwowy płaski rogowaciejący wraz z brodawkami nitkowatymi i grzybowatymi. Zabieg ten, nazwany przez nas LINGUAL ABRASIO EPITHELIALIS TOTALIS, pozostawił odsłoniętą warstwę mięśnia poprzecznego języka (_musculus transversus linguae_) oraz mięśnia podłużnego górnego (_musculus longitudinalis superior_). Krwawienie było minimalne — laser jednocześnie koagulował naczynia włosowate. Po dwóch minutach uzyskaliśmy idealnie gładkie, krwawiące tylko w kilku punktach łoże o wymiarach 12 mm x 8 mm. Zapach spalonego nabłonka przypominał — jak to później określiła dr Ionescu — „grillowaną wkładkę do buta”. Nie pytać, skąd to wiedziała.

FAZA 2: POBRANIE I PREPARACJA BLOCZKAWZROKOWEGO OD DAWCY

Tkanka wzrokowa pochodziła od 19-letniego dawcy pośmiertnego, ofiary wypadku na hulajnodze elektrycznej (tak, to się zdarza — i to częściej, niż chcielibyście myśleć). Po enukleacji gałki ocznej (łac. _enucleatio bulbi_), wykonanej w ciągu 6 godzin od śmierci mózgu, preparowaliśmy w lodowatej soli fizjologicznej (4°C) BLOCZEK ROGÓWKOWO-SOCZEWKOWO-SIATKÓWKOWY. Użyliśmy mikroskalpele noża diamentowego do wykonania cięcia limbicznego (tuż przy rąbku rogówki), a następnie, za pomocą nożyczek Vannasa, wycięliśmy fragment tęczówki i ciała rzęskowego, pozostawiając tylko:

— Rogówkę (średnica 7 mm, grubość centralna 550 μm) z zachowanym śródbłonkiem,

— Soczewkę (średnica 9 mm, przezroczystą, bez zaćmy — dawca był młody),

— Ciało szkliste w minimalnej ilości (dla podparcia),

— Płatek siatkówki o średnicy 4 mm z okolicy plamki żółtej, z zachowanymi czopkami (odpowiedzialnymi za widzenie barw).

Całość umieszczono w pożywce Viaspan (temperatura 4°C, pH 7,4) i przewieziono do sali operacyjnej w ciągu 45 minut.

FAZA 3: ANASTOMOZA NACZYNIOWA

Aby przeszczep nie umarł z głodu (a właściwie z niedokrwienia), konieczne było zapewnienie dopływu krwi. W naturalnym oku krew dostarczana jest przez tętnicę rzęskową krótką i tętnicę środkową siatkówki. U nas — musieliśmy zespolić je z tętnicą językową głęboką (_arteria profunda linguae_) i żyłą językową.

Z pomocą mikroskopu operacyjnego (powiększenie 60x) oraz szwów 10—0 (nylon) wykonaliśmy ZESPOLENIE TYPU END-TO-SIDE pomiędzy tętnicą rzęskową krótką dawcy (średnica 0,8 mm) a tętnicą językową głęboką biorczyni (średnica 1,2 mm). Użyliśmy techniki ciągłej, z 12 szwami na obwodzie. Zespolenie żylne (żyła rzęskowa dawcy → żyła językowa biorczyni) wykonano analogicznie, choć tu średnice były mniejsze (0,5 mm i 0,7 mm) — to wymagało użycia szwu 11—0 i łez (moich, nie pacjentki, bo była w narkozie). Po zdjęciu zacisków, w ciągu 3 minut stwierdziliśmy przepływ — rogówka stała się lekko różowa, a soczewka pozostała przejrzysta. Dr Ionescu cmoknęła z zadowoleniem.

FAZA 4: ANASTOMOZA NERWOWA — KLUCZ CAŁEJ PROCEDURY

Najtrudniejszy etap. Nerw językowy biorczyni (_nervus lingualis_, gałąź nerwu żuchwowego V3) jest nerwem czuciowym — przewodzi smak i dotyk z przednich 2/3 języka. Nerw wzrokowy dawcy (_nervus opticus_, II nerw czaszkowy) przewodzi sygnały wzrokowe. Jak je połączyć, by sygnał wzrokowy nie był interpretowany jako dotyk, a sygnał dotykowy nie był interpretowany jako widzenie? Odpowiedź: NEUROPLASTYCZNOŚĆ I TROCHĘ MAGII (w sensie: precyzyjne szwy i czynniki wzrostu).

Nerw językowy pani Marii przecięto 15 mm od miejsca wejścia do języka, używając mikroostrza diamentowego. Następnie, nerw wzrokowy dawcy (zachowany przy bloczku, długość 8 mm) przycięto do odpowiedniej długości i wykonano EPINEURALNE ZESPOLENIE TERMINOTERMINALNE (_sutura nervi epineuralis_). Użyliśmy 10 szwów monofilamentu 10—0 (nylon) w okrążeniu. Miejsce zespolenia pokryto gąbką żelatynową nasączoną roztworem czynnika wzrostu nerwów (NGF, 50 ng/ml) oraz METYLOPREDNIZOLONEM (40 mg) dla zmniejszenia odpowiedzi zapalnej.

Dr Ionescu, która asystowała przy tej części, powiedziała później: „To jak szyć mokry makaron z nitką, mając do dyspozycji pęsetę i lupę. Ale makaron był nasz, więc się udało”. Udało się — po 20 minutach od zespolenia, stymulacja elektryczna nerwu wzrokowego dawcy (1 Hz, 0,5 mA) wywołała minimalne skurcze mięśnia języka, co świadczyło o przewodzeniu wstecznym. To był nasz _signum bonum_.

FAZA 5: IMPLANTACJA I ZAMYKANIE RANY

Bloczek wzrokowy umieszczono w łożu językowym tak, by rogówka była skierowana ku górze (w stronę podniebienia twardego), a siatkówka ku dołowi (w głąb mięśnia). Przyszyto go do mięśnia języka czterema szwami 8—0 (nylon) w rogach, a następnie pokryto cienką warstwą błony owodniowej (dla zmniejszenia ryzyka zrostów i stanu zapalnego). Błona owodniowa, nawiasem mówiąc, pochodziła z porodu fizjologicznego w łódzkim szpitalu — dziękujemy anonimowej dawczyni.

Rana języka została zamknięta szwem ciągłym 6—0 (Vicryl) w dwóch warstwach: mięśniowej i śluzówkowej. Pozostawiono jedynie niewielki otwór (średnica 3 mm), przez który wystawała rogówka przeszczepu. Aby zapobiec odruchowi wymiotnemu i przypadkowemu uszkodzeniu przeszczepu przez ruchy języka, pani Maria została wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną na 10 dni (midazolam 0,1 mg/kg/h, fentanyl 2 μg/kg/h). Odżywiana przez sondę dożołądkową.

PRZYPADEK PANI MARII — ROZWINIĘCIE FABULARNE

Pani Maria T. (lat 52, była pielęgniarka oddziału intensywnej terapii w Szpitalu Wojewódzkim w Piotrkowie Trybunalskim) straciła wzrok w 2038 roku. Przyczyna: pęknięcie tętniaka tętnicy łączącej przedniej mózgu. Przeżyła, ale po dwóch udarach niedokrwiennych w płacie potylicznym — kora wzrokowa przestała odpowiadać na bodźce. Widziała tylko ciemność. Nie ciemność z rzadkimi błyskami, jak niektórzy pacjenci. Ciemność absolutną, gęstą, macalną. „Jak być w worku foliowym” — mówiła w wywiadzie kwalifikacyjnym.

Do tego, w wyniku tego samego krwawienia, uszkodzeniu uległy opuszki węchowe (_bulbi olfactorii_). Straciła węch całkowicie. Nie czuła róż, nie czuła spalenizny, nie czuła perfum swojej córki. „Jestem odcięta od dwóch światów” — powiedziała mi podczas pierwszej rozmowy. „Nie widzę, nie wącham. Został mi słuch, dotyk i smak. A smak, proszę pana, bez węchu to jak pocałunek przez szybę — wiesz, że coś jest, ale nie wiesz co”.

Zgodziła się na procedurę bez mrugnięcia okiem (choć i tak nie miała czym mrugać). Jej mąż, Stanisław, emerytowany górnik, był przeciwny. „Nie będziesz mi lizać światła, Maria” — powiedział na zebraniu rodzinnym. Na co pani Maria odparła: „Staszek, ty nie lizałeś światła, to nie wiesz, jakie może być. A ja chcę spróbować”. Stanisław westchnął, wypił wódkę i podpisał zgodę.

PIERWSZE DNI PO WYBUDZENIU

Dziesiątego dnia po zabiegu wybudziliśmy panią Marię ze śpiączki farmakologicznej. Leżała na łóżku, z głową unieruchomioną w gorsie (żeby przypadkiem nie uderzyła językiem o podniebienie), a jej język wystawał z ust niczym u psa w upalny dzień. Na języku — maleńkie, przezroczyste oczko. Rogówka była przejrzysta, soczewka nie zmętniała. W głębi, pod szklistką, widzieliśmy różowy płatek siatkówki. Wyglądało to jak pęcherzyk po oparzeniu, ale przezroczysty. Albo jak kropla rosy, która nie chce spaść.

— Pani Mario — powiedziałem, nachylając się nad nią. — Proszę otworzyć usta. I wysunąć język. Ale powoli.

Otworzyła usta. Język wysunął się automatycznie, bo od 10 dni leżał w tej pozycji. Spojrzałem w jej naturalne oczy — puste, szare, nieruchome. Ale to nie one były ważne.

— Co pani czuje? — zapytałem.

Przez chwilę milczała. Potem jej twarz wykrzywił grymas, jakby ktoś włożył jej do ust plaster cytryny. Ale to nie był grymas odrazy — to było zdziwienie.

— Proszę pana… — powiedziała cicho, z językiem wciąż na wierzchu. — Ja… ja widzę pana głos.

— Słucham?

— Pana głos — powtórzyła. — Ma kolor. Taki… niebiesko-zielony. I smakuje jak… jak ogórek kiszony. Ale nie ostry. Taki łagodny. Dlaczego pana głos smakuje jak ogórek? Pan je dużo kiszonek?

Dr Ionescu, która stała obok, parsknęła śmiechem. Ja nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. Pani Maria właśnie opisała SYNESTEZJĘ WYMUSZONĄ CHIRURGICZNIE — jej mózg, pozbawiony sygnałów wzrokowych, zaczął interpretować sygnały z nerwu wzrokowego dawcy (które docierały teraz przez nerw językowy) jako smaki. Ale nie jako smaki jedzenia — jako smaki _światła_. Światło miało smak. Głos miał kolor. Świat był do zlizania.

TYDZIEŃ DRUGI: NAUKA PATRZENIA JĘZYKIEM

Przez kolejne dni pani Maria uczyła się „patrzeć” językiem. Proces ten, nazwany przez nas TRENINGIEM INTEGRACJI LINGWO-WZROKOWEJ, polegał na wystawianiu jej języka na bodźce świetlne o różnej intensywności i barwie, a następnie proszeniu o opisanie „smaku”. Szybko okazało się, że:

— Światło białe smakuje jak WODA Z KRANU — neutralne, ale z lekką nutą chloru.

— Światło czerwone smakuje jak TRUSKAWKI (co pani Maria skomentowała: „Nareszcie wiem, jak wygląda truskawka. Jest czerwona i słodka. Kto by pomyślał.”)

— Światło niebieskie smakuje jak MIĘTA — orzeźwiające, chłodne.

— Światło zielone smakuje jak OGÓREK KISZONY (tak, ten sam co mój głos — najwyraźniej mój głos miał w sobie zieloną składową).

— Światło żółte smakuje jak MASŁO — tłuste, rozkoszne.

— Światło fioletowe smakuje jak BAKŁAŻAN — gorzkie i nieprzyjemne. „Nie znoszę fioletu” — powiedziała. „Od teraz nie będę jadać bakłażanów”.

Największym wyzwaniem okazało się rozpoznawanie KSZTAŁTÓW. Światło punktowe (np. latarka) dawało smak okrągły — pani Maria opisywała je jako „cukierek miętowy”. Światło rozproszone (np. z okna) smakowało jak „mleko rozlane na stole”. Aby nauczyć ją widzieć przedmioty, pokazywaliśmy jej (jej językowi) sylwetki czarnych figur na białym tle. Kwadrat smakował jak KAWA — gorzki, prosty. Trójkąt jak CYTRYNA — kwaśny, ostry. Koło jak WANILIA — słodkie, łagodne.

Pewnego dnia, podczas sesji, pani Maria nagle się rozpłakała.

— Co się stało? — zapytałem.

— Pokazał mi pan kwadrat — powiedziała przez łzy. — Smakował jak kawa. Moja mama piła kawę z kwadratowych kubków. Takie z lat 70., wie pan, fajansowe, w brązowe kropki. Ja pamiętam smak tej kawy. A teraz wiem, że kwadrat jest gorzki. To… to jest piękne, panie doktorze. I straszne jednocześnie.

TYDZIEŃ CZWARTY: SPOTKANIE Z WNUCZKĄ

Najbardziej wzruszający moment nastąpił, gdy pani Marię odwiedziła jej pięcioletnia wnuczka, Zosia. Dziewczynka weszła do sali nieśmiało, trzymając w ręku pluszowego misia.

— Babciu — powiedziała. — Podobno teraz widzisz językiem. To pokaż, co widzisz.

Pani Maria wysunęła język (co wciąż robiła z przyzwyczajenia, choć mogła już go chować) i przez chwilę patrzyła (lizała? smakowała?) na wnuczkę. Potem jej twarz zmiękła.

— Zosia — powiedziała cicho. — Ty jesteś różowa. I okrągła. I smakujesz jak… jak wata cukrowa. Gdzie ty masz te różowe okulary?

— Nie mam okularów, babciu.

— To dlaczego jesteś różowa? — pani Maria uśmiechnęła się. — Nieważne. Jesteś najsłodszym widokiem, jaki kiedykolwiek… połknęłam.

Zosia nie zrozumiała, ale przytuliła babcię. Pani Maria zamknęła oczy (naturalne) i wystawiła język jeszcze dalej, jakby chciała polizać całą wnuczkę. I właściwie to zrobiła. Zosia się roześmiała, bo to łaskotało.

TYDZIEŃ DWUNASTY: KOMPLIKACJE

Nie wszystko było słodkie (dosłownie i w przenośni). W dwunastym tygodniu po zabiegu pani Maria zaczęła skarżyć się na DYSKOMFORT SMAKOWO-WZROKOWY — czyli na to, że widzi językiem rzeczy, których nie chce widzieć. Na przykład: podczas jedzenia rosołu, zobaczyła (językiem) własne wnętrze jamy ustnej — zęby, podniebienie, migdałki. Było to dla niej tak szokujące, że przestała jeść przez dwa dni.

— Widzę własne zęby — powiedziała z przerażeniem. — Są żółte. I smakują jak stara kość. Nie chcę wiedzieć, jak smakują moje zęby! To jest nieprzyzwoite!

Okazało się, że przeszczepiona siatkówka, choć umieszczona na języku, rejestrowała nie tylko światło z zewnątrz, ale także odbicia od wnętrza jamy ustnej. Pani Maria „widziała” swoje podniebienie, język (ten naturalny, zdrowy fragment), a nawet gardło. To było jak patrzenie w lustro, ale od środka. Rozwiązaliśmy problem, zakładając jej na język (a właściwie na przeszczep) MINIATUROWĄ POWIEKĘ — silikonową, przezroczystą nakładkę, którą mogła otwierać i zamykać za pomocą ruchu żuchwy. Otwierała, gdy chciała patrzeć na świat. Zamykała, gdy jadła. Działało.

ROK PÓŹNIEJ: ŻYCIE Z OKIEM NA JĘZYKU

Rok po zabiegu spotkałem panią Marię przypadkiem na ulicy (w Łodzi, na Piotrkowskiej). Szła z laską białego (ale nie dla niewidomych — dla równowagi), a jej język wystawał z ust lekko, jakby nieustannie badała otoczenie. Gdy mnie zobaczyła (tzn. polizała w moją stronę), uśmiechnęła się szeroko.

— Pan doktor! — zawołała. — Pański głos nadal smakuje jak ogórek kiszony. Ale teraz już wiem, że to dlatego, że pan ma zieloną koszulę. Zielony to ogórek. Proste.

— Jak pani sobie radzi? — zapytałem.

— Świetnie — odparła. — Widzę językiem lepiej, niż większość ludzi widzi oczami. Wczoraj rozpoznałam córkę z odległości trzech metrów po smaku jej perfum. A wie pan, co jest najśmieszniejsze? Ja nie muszę mrugać. Mam przewagę nad wami, mrugającymi. Ja patrzę cały czas. Nikt mi nie ucieknie.

Zapytałem, czy czegoś żałuje. Zamyśliła się.

— Tylko jednego — powiedziała. — Tęsknię za smakiem czekolady. Wie pan, normalna czekolada jest słodka. Ale dla mnie, przez to oko na języku, czekolada jest… brązowa. I to nie jest smak. To jest kolor. I brązowy nie smakuje dobrze. Brązowy smakuje jak ziemia. A więc tak, tęsknię za słodkim smakiem czekolady. Ale widzę ją. I to coś daje.

Pani Maria zmarła trzy lata później, ale nie z powodu przeszczepu. Zmarła na zawał serca — całkowicie naturalny, nie związany z procedurą. Jej ostatnie słowa, wypowiedziane do męża: „Staszek, twoja twarz smakuje jak chleb na zakwasie. Zawsze tak było, czy dopiero teraz?”. Stanisław, który płakał, odpowiedział: „Zawsze, Maria. Zawsze”.

DYGRESJA NAUKOWA: DLACZEGO TO DZIAŁA (I DLACZEGO NIE DZIAŁA U WSZYSTKICH)

Sukces procedury _Oculus Lingualis_ zależy od trzech czynników: NEUROPLASTYCZNOŚCI, LOSOWEGO SZCZĘŚCIA i ODPOWIEDNIEGO DAWCY. Neuroplastyczność to zdolność mózgu do przeprogramowywania swoich połączeń — w przypadku pani Marii, jej wyspa (_insula_), która normalnie przetwarza smak, nauczyła się przetwarzać bodźce wzrokowe. To tak, jakby kucharz nagle zaczął grać na skrzypcach — te same palce, ale inna melodia.

Jednak nie u każdego pacjenta to działa. Próbowaliśmy tej procedury na trzech innych osobach przed panią Marią. Dwóch zmarło w wyniku odrzutu przeszczepu (mimo immunosupresji), a trzeci — pan Kazimierz, emerytowany kolejarz — po wybudzeniu stwierdził, że „widzi językiem tylko fiolet” i że to go „wkurza”. Po tygodniu poprosił o usunięcie przeszczepu. Usunęliśmy. Jego język wrócił do normalnych funkcji smakowych, ale do końca życia unikał bakłażanów.

CIEKAWOSTKI HISTORYCZNE (DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ WIEDZIEĆ WIĘCEJ)

Czy wiecie, że pomysł przeszczepienia oka na język nie jest tak nowy, jak się wydaje? Już w 1897 roku pewien niemiecki chirurg, dr Otto Klingelhöfer (postać historyczna, choć jego prace są dziś uznawane za apokryficzne), próbował przeszczepić oko świni na język pacjenta z rakiem języka. Operacja się nie udała — pacjent wypluł przeszczep podczas kaszlu, a oko świni wylądowało na podłodze sali operacyjnej. Klingelhöfer zapisał w notatkach: _„Das Auge schmeckt nicht gut”_ — „Oko nie smakuje dobrze”. I to chyba wszystko, co wiemy.

W 2040 roku, na rok przed naszą procedurą, japoński zespół pod kierownictwem prof. Kenjiego Tanaki opublikował artykuł o przeszczepie siatkówki na język u szczurów. Szczury po zabiegu unikały jasno oświetlonych miejsc, co sugerowało, że „widziały” światło językiem. Niestety, szczury zjadały swoje przeszczepy w ciągu tygodnia. Jak mawiał prof. Tanaka: „Szczur to nie człowiek. Szczur zje wszystko, łącznie z własną rogówką”.

ZAKOŃCZENIE ROZDZIAŁU: GDZIE TERAZ JEST PANI MARIA? (W SENSIE — JEJ PRZYPADEK)

Przypadek pani Marii T. został opisany w _New England Journal of Medicine_ w 2044 roku pod tytułem _„Lingual Visual Prosthesis: A Case Report”_. Artykuł wywołał burzę — część recenzentów chwaliła odwagę, część wzywała do wykluczenia nas z towarzystw naukowych. Redaktor naczelny, dr Harold Finch, napisał w komentarzu: _„To nie jest medycyna. To jest dadaizm chirurgiczny. Ale działa. I dlatego to publikujemy”_.

Pani Maria, zanim zmarła, zdążyła jeszcze wystąpić w programie telewizyjnym „Uwaga, Nauka!”, gdzie na żywo lizała kolorowe żarówki i opisywała ich smaki. Prowadzący, Piotr S. (nazwisko znane, ale go nie ujawnię, bo nie prosił o reklamę), zapytał: „Czy tęskni pani za normalnym wzrokiem?”. Pani Maria odparła: „Nie wiem, co to normalny wzrok. Ja znam tylko smak światła. I jest całkiem smaczny”.

Na pożegnanie polizała kamerę. Obraz na moment stał się różowy. Nikt nie wiedział, czy to wina przeszczepu, czy pani Maria po prostu lubiła robić zamieszanie.

W następnym rozdziale: KRTAŃ W ODBYCIE — DEFEKACYJNA FONACJA (łac. _Larynx in ano_). Jeśli myślicie, że oko na języku było dziwne, to jeszcze nie widzieliście człowieka, który śpiewa, robiąc kupę. Zapraszam.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij