Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Triskelion - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lutego 2026
3059 pkt
punktów Virtualo

Triskelion - ebook

Tam, gdzie do głosu dochodzą zmysły, nie ma miejsca na moralność

Marta jest nieśmiałą studentką prawa, która dopiero zaczyna odkrywać uroki dorosłego życia. Gdy poznaje Macieja i Markizę, świat relacji damsko-męskich nabiera dla niej nieznanych dotąd kolorów.

Ta dwójka zachęca Martę do eksplorowania własnej seksualności i porzucenia tradycyjnych ról płciowych. Wkrótce dziewczyna zaczyna przekraczać kolejne granice. Coraz mocniej zaczyna ufać swoim przewodnikom i coraz bardziej zatraca się w zmysłowych rozkoszach.

Wszystko się komplikuje, gdy w ten idealnie funkcjonujący układ wkracza Tomasz. Marta nieoczekiwanie musi dokonać wyboru między światłem, jakie wnosi on w jej życie, a znanym już mrokiem żądz.

Wie, że każda decyzja ma swoją cenę. Ale tej, którą przyjdzie jej zapłacić, nie przewidziała nawet w najśmielszych snach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-295-8
Rozmiar pliku: 691 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Klę­cza­łam na zim­nej pod­ło­dze, czu­jąc, jak ad­re­na­li­na pul­su­je w mo­ich ży­łach. Ser­ce bi­ło mi jak sza­lo­ne, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach skó­rza­nych ak­ce­so­riów i de­li­kat­nej nu­ty wo­sku. By­łam w je­go świe­cie – świe­cie, w któ­rym wła­dza i za­ufa­nie spla­ta­ły się w jed­ną in­ten­syw­ną ca­łość.

Pa­trzy­łam na nie­go, do­mi­na­to­ra, któ­ry stał przede mną z pej­czem w dło­ni. Je­go spoj­rze­nie by­ło prze­ni­kli­we, a uśmiech na twa­rzy zdra­dzał pew­ność sie­bie, któ­ra mnie fa­scy­no­wa­ła. Wie­dzia­łam, że w tej chwi­li to on miał kon­tro­lę, ale w mo­im wnę­trzu tli­ła się iskra bun­tu.

– Cze­kasz na ka­rę? – za­py­tał, a je­go głos był ni­ski i pe­łen mo­cy.

Za­miast od­po­wie­dzieć, unio­słam gło­wę i spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy.

– Mo­że naj­pierw po­wiesz mi za co? – od­po­wie­dzia­łam, czu­jąc, jak mo­je ser­ce przy­spie­sza. Chcia­łam, by wie­dział, że nie za­mie­rzam się pod­dać bez wal­ki.

Je­go brwi unio­sły się w za­sko­cze­niu, a w po­wie­trzu za­pa­no­wa­ła chwi­la na­pię­cia.

– Nie bo­isz się, że to mo­że cię kosz­to­wać? – za­py­tał, a w je­go gło­sie wy­brzmia­ła nu­ta wy­zwa­nia.

– Nie, nie bo­ję się – od­par­łam, czu­jąc, jak ogień we mnie ro­śnie. – Wła­śnie te­go chcę; chcę po­czuć, że je­stem na skra­ju.

Z uśmie­chem, któ­ry zdra­dzał je­go za­mia­ry, zbli­żył się do mnie.

– Cie­ka­we, jak dłu­go wy­trzy­masz, za­nim po­pro­sisz o li­tość – po­wie­dział, a ja po­czu­łam, jak dreszcz prze­bie­ga mi po ple­cach.

W tej chwi­li wie­dzia­łam, że nie za­mie­rzam się pod­dać. Chcia­łam po­czuć każ­de ude­rze­nie, każ­dą chwi­lę na­pię­cia, któ­ra mia­ła mnie zde­fi­nio­wać.

Za­mknę­łam oczy, przy­go­to­wu­jąc się na to, co mia­ło na­dejść. Wie­dzia­łam, że to, co nas cze­ka, bę­dzie nie tyl­ko ka­rą, ale rów­nież od­kry­ciem – od­kry­ciem mo­ich gra­nic, mo­ich pra­gnień i te­go, co na­praw­dę zna­czy od­dać kon­tro­lę.

Wtem po­czu­łam, jak pejcz de­li­kat­nie do­ty­ka mo­ich ple­ców. Je­go do­tyk był jed­no­cze­śnie zim­ny i go­rą­cy. Każ­dy ruch wy­da­wał się prze­my­śla­ny, a ja czu­łam, jak mo­je cia­ło re­agu­je na je­go obec­ność. W tej chwi­li nie by­ło już stra­chu, tyl­ko eks­cy­ta­cja i pra­gnie­nie. Chcia­łam, by mnie pro­wa­dził, by po­ka­zał mi, jak da­le­ko mo­gę się po­su­nąć.

– Pa­mię­taj – po­wie­dział, a je­go głos był jak sze­lest li­ści na wie­trze – to, co się wy­da­rzy, jest mię­dzy na­mi. Za­ufaj mi.

I w tej chwi­li, z każ­dym ude­rze­niem, któ­re mia­ło na­dejść, wie­dzia­łam, że to za­ufa­nie bę­dzie klu­czem do od­kry­cia nie­zna­nych mi do­tąd aspek­tów sa­mej sie­bie.

Pierw­sze ude­rze­nie pej­cza prze­szło przez mo­je cia­ło jak bły­ska­wi­ca, a ja wstrzy­ma­łam od­dech. Ból był in­ten­syw­ny, ale jed­no­cze­śnie uwal­nia­ją­cy. Czu­łam, jak mo­je gra­ni­ce się prze­su­wa­ją, a w mo­im umy­śle ro­dzą się no­we my­śli. Każ­de ko­lej­ne ude­rze­nie by­ło jak me­lo­dia, któ­rej pra­gnę­łam słu­chać. By­łam go­to­wa na wię­cej.

Z każ­dym ude­rze­niem czu­łam, jak mo­je ser­ce bi­je moc­niej, a w mo­im wnę­trzu ro­dzi­ła się si­ła, któ­rej wcze­śniej nie zna­łam. To by­ła chwi­la, kie­dy mo­głam być so­bą, bez żad­nych ma­sek. W tej in­tym­nej prze­strze­ni, w któ­rej ból i przy­jem­ność spla­ta­ły się w jed­no, od­kry­wa­łam sie­bie na no­wo.

– Nie prze­sta­waj – szep­nę­łam, czu­jąc, jak mo­je cia­ło re­agu­je na je­go do­tyk.

Chcia­łam wię­cej, pra­gnę­łam tej in­ten­syw­no­ści, któ­ra spra­wia­ła, że czu­łam się ży­wa. W tej chwi­li wie­dzia­łam, że to do­pie­ro po­czą­tek mo­jej po­dró­ży – po­dró­ży, któ­ra mia­ła mnie zde­fi­nio­wać i od­kryć przede mną no­we ho­ry­zon­ty.1.

We­szłam do po­ko­ju, czu­jąc de­li­kat­ną eks­cy­ta­cję. Ma­ciej, mój do­tych­cza­so­wy do­mi­nu­ją­cy part­ner, stał obok mnie, a je­go obec­ność do­da­wa­ła mi otu­chy. Po­miesz­cze­nie by­ło przy­tul­ne, z mięk­kim oświe­tle­niem, któ­re two­rzy­ło in­tym­ną at­mos­fe­rę. Na ścia­nach wi­sia­ły róż­no­rod­ne ak­ce­so­ria, obie­cu­ją­ce wy­jąt­ko­we, nie­za­po­mnia­ne do­świad­cze­nia.

W prze­ci­wień­stwie do miesz­ka­nia, w któ­rym spo­ty­ka­łam się z Ma­cie­jem, tu za­pach skó­ry nie był aż tak do­mi­nu­ją­cy, za­stę­po­wał go aro­mat de­li­kat­nych cy­tru­so­wych per­fum Mar­ki­zy.

Do­mi­na by­ła jed­ną z bliż­szych przy­ja­ció­łek mo­je­go mi­strza, jed­nak ja nie­spe­cjal­nie za nią prze­pa­da­łam. Wy­da­wa­ła mi się zbyt pre­ten­sjo­nal­na i przy tym wszyst­kim zbyt do­sko­na­ła, jak­by co­dzien­ne pro­ble­my każ­dej ko­bie­ty wca­le jej nie do­ty­czy­ły. Nie wpły­wa­ło to jed­nak na fakt, że mia­łam do niej sza­cu­nek, wszak ma­ło któ­ry męż­czy­zna z pół­świat­ka był w sta­nie się jej oprzeć.

Ubra­na w ele­ganc­ki skó­rza­ny strój po­wi­ta­ła nas z uśmie­chem, pod­czas gdy przed nią klę­czał na­gi męż­czy­zna ma­su­ją­cy jej sto­py. Mi­mo­wol­nie po­czu­łam na­pię­cie w ca­łym mo­im cie­le, przez chwi­lę za­sta­na­wia­łam się, czy kie­dy­kol­wiek bę­dę choć w nie­wiel­kim pro­cen­cie ta­ka jak ona.

– Sia­daj­cie. – Wska­za­ła na wą­ską so­fę, tak­su­jąc mnie tym prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Jej pew­ność sie­bie by­ła przy­tła­cza­ją­ca i ema­no­wa­ła z każ­de­go ge­stu. – A więc jed­nak… – za­śmia­ła się, prze­no­sząc wzrok na Ma­cie­ja.

Rów­nież spoj­rza­łam na nie­go odro­bi­nę za­sko­czo­na, nie bar­dzo bo­wiem wie­dzia­łam, co ta ko­bie­ta ma na my­śli.

– Mia­łaś ra­cję, nie da się ukształ­to­wać ko­goś, kto wie le­piej, cze­go pra­gnie – za­śmiał się, pusz­cza­jąc do mnie oczko.

A więc roz­ma­wia­li o mnie już wcze­śniej. Nie by­łam za­sko­czo­na, Ma­ciej da­rzył Mar­ki­zę szcze­gól­nym za­ufa­niem. Kie­dyś na­wet się za­sta­na­wia­łam, czy nie łą­czy ich coś głęb­sze­go niż tyl­ko przy­jaźń…

– Po­wi­nie­neś już daw­no ścią­gnąć jej tę ob­ro­żę – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na mo­ją szy­ję, gdzie na sym­bo­licz­nej ta­siem­ce za­wie­szo­na by­ła li­ter­ka „M”. Drob­ny, nie­rzu­ca­ją­cy się w oczy sym­bol przy­na­leż­no­ści, któ­ry zdą­ży­łam na­wet po­lu­bić.

– Trud­no roz­stać się z tym, co się lu­bi. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No do­brze, chcesz o coś spy­tać? – Po­sła­ła mi chłod­ne spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu.

Za­da­wa­łam py­ta­nia, a ona od­po­wia­da­ła, jak­by zdra­dza­ła mi naj­więk­sze ta­jem­ni­ce świa­ta, jed­no­cze­śnie in­stru­ując męż­czy­znę u swo­ich stóp, w ja­ki spo­sób ma ją do­ty­kać.

– Naj­waż­niej­sze, że­byś ni­g­dy nie da­ła od­czuć, że się wa­hasz. On ma ci ufać i wie­rzyć, że je­steś pew­na te­go, co ro­bisz i mó­wisz – pe­ro­ro­wa­ła, a ja sta­ra­łam się chło­nąć każ­de sło­wo.

Czu­łam, jak w mo­im wnę­trzu bu­dzi się si­ła, o któ­rej wcze­śniej nie mia­łam po­ję­cia. By­łam pod­eks­cy­to­wa­na i za­fa­scy­no­wa­na wszyst­kim, o czym mó­wi­ła.

– My­ślę, że to ta­ka pod­sta­wa te­go, co po­win­naś wie­dzieć. Po­zwo­li­cie, że zo­sta­wię was na mo­ment… – po­wie­dzia­ła, z gra­cją pod­no­sząc się z fo­te­la.

Nie bez za­zdro­ści pa­trzy­łam, jak wraz z wpa­trzo­nym w nią męż­czy­zną opusz­cza po­kój, po­ru­sza­jąc się z wdzię­kiem ni­czym ba­let­ni­ca.

– Jak się czu­jesz, ma­leń­ka? – Szept Ma­cie­ja wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

Jak się czu­łam? By­łam oszo­ło­mio­na, to wszyst­ko dzia­ło się bar­dzo szyb­ko i dy­na­micz­nie. Za­le­d­wie dwa dni wcze­śniej roz­to­czył przede mną wi­zję swo­iste­go przej­ścia na dru­gą stro­nę, a dziś po­zna­wa­łam ar­ka­na owe­go świa­ta.

– Chy­ba do­brze. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Nie mia­łam ocho­ty te­raz o tym roz­ma­wiać.

– Chy­ba…?

– No do­brze, chodź, dzie­ci­no. Sa­ma teo­ria nie­wie­le ci da. – Na­głe wej­ście Mar­ki­zy prze­rwa­ło son­do­wa­nie mo­ich emo­cji przez mo­je­go to­wa­rzy­sza, mnie za to wpro­wa­dzi­ło w stan osłu­pie­nia.

– Do­kąd? – spy­ta­łam, kie­dy ta cho­dzą­ca kwin­te­sen­cja ko­bie­co­ści zła­pa­ła mnie za rę­kę.

Za­miast od­po­wie­dzieć, po pro­stu za­cią­gnę­ła mnie do dru­gie­go po­ko­ju.

W chwi­li, kie­dy sta­nę­łam w pro­gu, aż za­bra­kło mi po­wie­trza. Na sze­ro­kim łóż­ku, za­ście­lo­nym czar­ną sa­ty­ną, le­żał krzy­żem męż­czy­zna, ten sam, któ­ry jesz­cze chwi­lę te­mu ad­o­ro­wał sto­py Mar­ki­zy. Chło­nę­łam ten wi­dok z za­par­tym tchem, nie­zdol­na zro­bić choć­by krok.

– Po­do­ba ci się?

Py­ta­nie do­mi­ny wy­szep­ta­ne mi pro­sto do ucha nie­mal wwier­ci­ło mi się w mózg.

Nie, nie po­do­ba­ło mi się… Ja by­łam za­chwy­co­na!

Mar­ki­za sta­nę­ła przed męż­czy­zną i zmy­sło­wo prze­su­nę­ła dło­nią po je­go po­licz­ku, chwy­ci­ła je­dwab­ny sznur i przy­wią­za­ła je­go dło­nie do wez­gło­wia.

Każ­dy jej ruch był zmy­sło­wy, pe­łen gra­cji i pew­no­ści sie­bie, wprost nie po­tra­fi­łam ode­rwać od niej oczu.

– Tak się zło­ży­ło, że Piotr tu dzi­siaj jest i chce spra­wić mi przy­jem­ność, po­zwa­la­jąc ci na udział w na­szej ma­łej se­sji – mó­wi­ła, gła­dząc zmy­sło­wo je­go po­li­czek.

Z nie­pew­no­ścią, ale i eks­cy­ta­cją po­de­szłam do niej. Czu­łam na so­bie wzrok Ma­cie­ja, któ­ry sta­nął w drzwiach i pa­trzył na mnie z za­chwy­tem i cie­ka­wo­ścią, co do­da­wa­ło mi od­wa­gi. Mo­je dło­nie de­li­kat­nie śli­zga­ły się po sil­nej po­stu­rze Pio­tra, wpra­wia­jąc w drże­nie je­go skó­rę i mię­śnie. Każ­dy cen­ty­metr je­go cia­ła był dla mnie za­pro­sze­niem. Sto­ją­ca na­prze­ciw­ko mnie Mar­ki­za wsu­nę­ła mi w dłoń pejcz, a dru­gi za­cho­wa­ła dla sie­bie. Po­czu­łam de­li­kat­ne mro­wie­nie wzdłuż krę­go­słu­pa, jak­bym wła­śnie trzy­ma­ła w dło­niach daw­no za­gu­bio­ny skarb… jak­by od za­wsze bra­ko­wa­ło mi tyl­ko te­go skó­rza­ne­go ele­men­tu…

Urze­czo­na, pa­trzy­łam, jak do­mi­na z gra­cją mu­ska je­go cia­ło skó­rza­ny­mi rze­mie­nia­mi, i odro­bi­nę nie­zdar­nie na­śla­do­wa­łam jej ru­chy po dru­giej stro­nie łóż­ka, z każ­dym ko­lej­nym od­kry­wa­łam w so­bie no­we po­kła­dy pew­no­ści sie­bie. Każ­dy gest, każ­da wska­zów­ka spra­wia­ły, że czu­łam się co­raz bar­dziej swo­bod­nie. W mia­rę jak czas mi­jał, at­mos­fe­ra sta­wa­ła się co­raz bar­dziej elek­try­zu­ją­ca. Z za­par­tym tchem sma­ga­łam ba­tem mu­sku­lar­ne cia­ło męż­czy­zny, po­dzi­wia­jąc każ­dą czer­wo­ną prę­gę, ja­ką po so­bie zo­sta­wia­łam. Każ­dą ko­lej­ną de­li­kat­nie mu­ska­łam pal­ca­mi, upew­nia­jąc się, że jest praw­dzi­wa.

Mar­ki­za w tym cza­sie przy uży­ciu stra­po­nu do­pro­wa­dza­ła go na po­gra­ni­cze or­ga­zmicz­nej świa­do­mo­ści, szep­cząc mu coś do ucha, a męż­czy­zna je­dy­nie skam­lał proś­by o zgo­dę na speł­nie­nie…

Czu­łam, że ta chwi­la jest dla mnie prze­ło­mo­wa. W tym mo­men­cie mo­że bra­ko­wa­ło mi gra­cji i do­świad­cze­nia men­tor­ki, ale wie­dzia­łam, że wła­śnie te­go pra­gnę: być ad­re­sat­ką tych próśb i re­ży­ser­ką te­go ma­łe­go te­atru, ja­ki ode­grał się wła­śnie w tej nie­wiel­kiej sy­pial­ni.

Za­ru­mie­nio­na, pod­eks­cy­to­wa­na i roz­pa­lo­na, od­wró­ci­łam się do Ma­cie­ja, któ­ry ski­nął gło­wą z nie­mym uzna­niem.

– Zo­staw­my ich sa­mych – szep­nął, bio­rąc mnie w ra­mio­na.

Wy­szli­śmy z po­ko­ju, trzy­ma­łam się moc­no je­go rę­ki, czu­jąc, że na­sza re­la­cja zy­ska­ła no­wy wy­miar.

By­łam go­to­wa na no­we wy­zwa­nia, peł­na en­tu­zja­zmu i ra­do­ści, go­to­wa od­kry­wać świat do­mi­na­cji z je­go wspar­ciem…2.

– Prze­cież to nie ma sen­su – jęk­nę­łam ża­ło­śnie, rzu­ca­jąc się na łóż­ko w sy­pial­ni Mar­ki­zy.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie z przy­ga­ną.

– Jak masz za­miar tak joj­czyć, to z pew­no­ścią to nie ma sen­su – prych­nę­ła, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

Mu­szę przy­znać, że mia­ła ogrom­ny za­pas cier­pli­wo­ści do mo­ich mo­men­tów skraj­ne­go zwąt­pie­nia, któ­re prze­ży­wa­łam do­słow­nie co kil­ka mi­nut. Na­kry­łam twarz jed­ną z po­du­szek, wie­dzia­łam, że mia­ła ra­cję, jed­nak co­raz bar­dziej wąt­pi­łam, czy je­stem w sta­nie so­bie po­ra­dzić.

– O co tym ra­zem cho­dzi?

– Po­myśl sa­ma, kto bę­dzie chciał w ja­ki­kol­wiek spo­sób od­dać się w rę­ce żół­to­dzio­ba? – To był dla mnie naj­więk­szy pro­blem, brak do­świad­cze­nia zde­cy­do­wa­nie za­bu­rzał mo­ją pew­ność sie­bie.

– Dru­gi żół­to­dziób? – ro­ze­śmia­ła się, a ja, chcąc nie chcąc, po chwi­li do niej do­łą­czy­łam i po­czu­łam de­li­kat­ne roz­luź­nie­nie.

W ostat­nich dniach bar­dzo po­lu­bi­łam tę ko­bie­tę, obo­je z Ma­cie­jem by­li nie­mal jak kli­ma­tycz­ni ro­dzi­ce. Przy każ­dej oka­zji udzie­la­li mi róż­nych wska­zó­wek, sta­ra­jąc się prze­ka­zać mi wszyst­ko to, co we­dług nich by­ło naj­waż­niej­sze.

– Do­da­łaś już anons na któ­rymś z por­ta­li?

– Tak, Ma­ciej mi po­mógł.

Dzień wcze­śniej dwie go­dzi­ny spę­dzi­li­śmy na re­da­go­wa­niu od­po­wied­nie­go ogło­sze­nia o po­szu­ki­wa­niu sub­mi­syj­ne­go. Mia­ło być w mia­rę rze­czo­we i od­po­wied­nio in­try­gu­ją­ce. Przy­znam, że oso­bi­ście nie by­łam za­do­wo­lo­na z osta­tecz­nej wer­sji, jed­nak zda­łam się w tej kwe­stii na mo­je­go men­to­ra, wszak znał się na tym du­żo le­piej niż ja.

– I jak?

– Nie mam po­ję­cia, jesz­cze nie spraw­dza­łam.

Spoj­rza­ła na mnie z ta­kim wy­ra­zem twa­rzy, jak­bym co naj­mniej ukra­dła jej naj­lep­sze szpil­ki.

– I na co cze­kasz? Aż któ­ryś z nich od­naj­dzie cię ję­czą­cą w mo­im losz­ku i za­cznie bła­gać, że­byś od­czy­ta­ła je­go wia­do­mość?

Jej sar­ka­stycz­ny ton wpra­wił mnie w za­kło­po­ta­nie. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję, jed­nak czy fak­tycz­nie czu­łam się go­to­wa na ko­lej­ny krok? Nie bar­dzo, choć wie­dzia­łam, że im dłu­żej bę­dę zwle­kać, tym trud­niej bę­dzie ten krok wy­ko­nać.

Nie­chęt­nie wy­ję­łam lap­to­pa z tor­by i za­lo­go­wa­łam się do por­ta­lu zrze­sza­ją­ce­go kli­ma­tycz­ną spo­łecz­ność. Po­wo­li wer­to­wa­łam wia­do­mo­ści i pro­fi­le użyt­kow­ni­ków, przy­znam, że nie spo­dzie­wa­łam się du­że­go za­in­te­re­so­wa­nia – licz­ba wia­do­mo­ści by­ła jed­nak po­kaź­na.

Mar­ki­za przy­sia­dła ra­zem ze mną i co ja­kiś czas wy­mie­nia­ły­śmy uwa­gi na te­mat róż­nych wia­do­mo­ści – by­ły na­praw­dę prze­róż­ne. Od cał­kiem rze­czo­wych po pry­mi­tyw­ne, pi­sa­ne z tak kiep­ską or­to­gra­fią, że aż oczy bo­la­ły. Nie­któ­re się du­blo­wa­ły, in­ne z ca­łą pew­no­ścią roz­sy­ła­ne by­ły na za­sa­dzie ko­piuj-wklej.

Jed­no by­ło pew­ne: nie mia­łam po­ję­cia, na któ­re w ogó­le po­win­nam zwró­cić uwa­gę. Mar­ki­za nie by­ła zbyt po­moc­na, ale nie mo­głam mieć do niej pre­ten­sji – osta­tecz­nie to ja mia­łam zde­cy­do­wać, z kim ewen­tu­al­nie się spo­tkam i czy w ogó­le z kimś…

***

Sie­dzia­łam w nie­wiel­kiej ka­wia­ren­ce w jed­nej z bocz­nych uli­czek Sta­re­go Ryn­ku.

By­łam pod­eks­cy­to­wa­na i zde­ner­wo­wa­na, ale sta­ra­łam się kon­tro­lo­wać emo­cje, że­by te­go po so­bie nie po­ka­zać. Przez mo­ment się za­sta­na­wia­łam, czy nie za­mó­wić ja­kie­goś lek­kie­go drin­ka dla ku­ra­żu, ale osta­tecz­nie wo­la­łam za­cho­wać ja­sny umysł. Mia­łam już do­świad­cze­nie w spo­tka­niach w ciem­no z cza­sów, kie­dy szu­ka­łam do­mi­nan­ta, za­nim tra­fi­łam na Ma­cie­ja, i do­sko­na­le wie­dzia­łam, jak bar­dzo myl­na mo­że być oce­na dru­giej oso­by po­zna­nej w in­ter­ne­cie. Skry­cie li­czy­łam, że tym ra­zem jed­nak do­pi­sze mi szczę­ście.

Znu­dzo­na, za­czę­łam ba­wić się czar­ną ró­żą, któ­rą po­ło­ży­łam na sto­li­ku przed so­bą. To miał być znak roz­po­znaw­czy – każ­de z nas mia­ło przy­nieść bar­wio­ną na czar­no ró­żę. Wpadł na to Ma­ciej, któ­ry ka­te­go­rycz­nie od­ra­dzał mi wy­sy­ła­nia swo­ich zdjęć. Roz­wa­ża­łam ta­ką moż­li­wość, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łam go po­słu­chać. Wpro­wa­dze­nie au­ry ta­jem­ni­czo­ści do­dat­ko­wo pod­sy­ca­ło eks­cy­ta­cję.

Za­uwa­ży­łam go od ra­zu, kie­dy tyl­ko wszedł do ka­wiar­ni. Nie był prze­sad­nie wy­so­ki ani mu­sku­lar­ny, ra­czej nie rzu­cał się w oczy, a jed­nak do­sko­na­le wie­dzia­łam, że to on, za­nim do­strze­głam prze­klę­ty czar­ny kwiat w je­go dło­ni. Szyb­ko po­ko­nu­jąc na­gły atak pa­ni­ki, wrzu­ci­łam swo­ją ró­żę do to­reb­ki i za­nim zdą­żył od­wró­cić się w mo­ją stro­nę, nie­mal wbie­głam do ła­zien­ki. Drżą­cy­mi rę­ka­mi wy­bie­ra­łam nu­mer Ma­cie­ja, sta­ra­jąc się przy tym choć tro­chę uspo­ko­ić od­dech.

– Ma­ciej, mu­sisz mnie stąd na­tych­miast wy­cią­gnąć – wy­krztu­si­łam, za­nim zdą­żył po­wie­dzieć choć­by sło­wo.

– Co się sta­ło? – za­py­tał spo­koj­nie, choć nut­ka nie­po­ko­ju da­ła się wy­raź­nie wy­czuć w je­go gło­sie.

– Po pro­stu przy­jedź, je­stem w ła­zien­ce, w Fi­li­żan­ce na Sta­rym Mie­ście, nie mo­gę stąd wyjść – wy­szep­ta­łam, sta­ra­jąc się, że­by dwie ko­bie­ty, któ­re wła­śnie we­szły do po­miesz­cze­nia, nie sły­sza­ły te­go, co mó­wię.

– Już ja­dę, po­wiedz mi tyl­ko, co zro­bił ten skur­wy­syn? Gro­ził ci? Po­wie­dział coś? Do­ty­kał cię?

– Nic z tych rze­czy, na­wet z nim nie roz­ma­wia­łam – przy­zna­łam.

Sły­sza­łam, jak wzdy­cha, skon­ster­no­wa­ny, ale obie­cał, że za­raz bę­dzie. Roz­łą­czy­łam się i szyb­ko wło­ży­łam nad­garst­ki pod zim­ną wo­dę, że­by choć tro­chę uko­ić ner­wy. Zu­peł­nie nie mia­łam po­my­słu, jak nie­spo­strze­że­nie wyjść z ła­zien­ki, ure­gu­lo­wać ra­chu­nek i opu­ścić ten prze­klę­ty lo­kal. Tan­det­na ró­ża wy­sta­ją­cą z mo­jej to­reb­ki zda­wa­ła się ze mnie drwić, więc wście­kła po­ła­ma­łam ją i wrzu­ci­łam do nie­wiel­kie­go śmiet­ni­ka, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ko­bie­ty, któ­re tuż obok po­pra­wia­ły ma­ki­jaż, we­so­ło ga­wę­dząc.

Mia­łam wra­że­nie, że mi­nę­ła ca­ła wiecz­ność, za­nim Ma­ciej za­sy­gna­li­zo­wał mi, że jest już w lo­ka­lu.

Spa­ni­ko­wa­na, za­sta­na­wia­łam się nad tym, co zro­bić da­lej, bo­wiem ku­sa ko­ron­ko­wa su­kien­ka i wy­so­kie szpil­ki, któ­re wy­bra­ła dla mnie Mar­ki­za, z pew­no­ścią nie czy­ni­ły mnie nie­wi­dzial­ną. Wście­kła, prze­kli­na­łam w my­ślach i sie­bie, i do­mi­nę, któ­ra każ­dy z wy­bra­nych prze­ze mnie stro­jów uzna­wa­ła za sty­li­za­cję god­ną człon­ki­ni Klu­bu Dzie­wic.

Męż­czy­zna, z któ­rym mia­łam się dziś spo­tkać, był wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem mo­je­go oj­ca. Znał mnie prak­tycz­nie od nie­mow­lę­cia, nie by­ło mo­wy, że­by mógł mnie tu zo­ba­czyć – na­wet bez tej prze­klę­tej ró­ży ła­two by się do­my­ślił, co tu ro­bię…

Nie bar­dzo wie­dząc, co da­lej, za­mknę­łam się w jed­nej z dwóch ka­bin. Prze­kli­na­łam w my­ślach, że nikt nie za­ło­żył tak skraj­nych sy­tu­acji i nie po­my­ślał, że w ka­wiar­nia­nych ła­zien­kach przy­da­ło­by się ja­kieś okno…

***

– Nie wie­rzę, po pro­stu nie wie­rzę: sie­dzia­łaś dwie go­dzi­ny w tej pie­przo­nej ła­zien­ce? – Mar­ki­za nie­mal pła­ka­ła ze śmie­chu, kie­dy te­go sa­me­go wie­czo­ra w koń­cu zja­wi­li­śmy się u niej z Ma­cie­jem i wspól­ny­mi si­ła­mi re­fe­ro­wa­li­śmy to, co się wy­da­rzy­ło.

Przy­tak­nę­łam, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. By­łam wy­koń­czo­na, jed­nak mi­mo wszyst­ko i mnie ba­wił ab­surd tej sy­tu­acji.

– Gdy­byś zo­ba­czy­ła mi­ny kel­ne­rek, któ­re nie mia­ły po­ję­cia, co jest gra­ne… Dziew­czy­na zo­sta­wia płaszcz, nie­do­pi­tą ka­wę i zni­ka w ła­zien­ce na wiecz­ność!

– Na­wet nie chcę wie­dzieć, co one so­bie my­śla­ły – jęk­nę­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie za­sko­czo­ną ob­słu­gę, kie­dy w koń­cu wró­ci­łam na sa­lę i jak gdy­by ni­g­dy nic po­pro­si­łam o ra­chu­nek…

– Trze­ba mieć nie­by­wa­łe szczę­ście, że­by na sa­mym star­cie za­li­czyć coś ta­kie­go. – Mar­ki­za po­kle­pa­ła mnie po ple­cach po­krze­pia­ją­co.

Nie da się te­go ukryć: praw­do­po­do­bień­stwo, że coś ta­kie­go się wy­da­rzy, jest tak sa­mo moż­li­we jak tra­fie­nie szóst­ki w lot­to…

Mi­mo wszyst­ko nie znie­chę­ci­ło mnie to i nim wy­bi­ła pół­noc, wy­stu­ka­łam na kla­wia­tu­rze za­pro­sze­nie na spo­tka­nie do ko­lej­ne­go z li­sty po­ten­cjal­nych ule­głych…3.

– Je­steś kom­plet­nie nie­od­po­wie­dzial­na! Czy cho­ciaż przez jed­ną chwi­lę po­my­śla­łaś o tym, co ro­bisz? – Ma­ciej mio­tał się po po­ko­ju, tro­chę przy­po­mi­na­jąc wście­kłe­go ty­gry­sa.

Nie pa­mię­tam, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wi­dzia­łam go w ta­kim sta­nie. Sie­dzia­łam z opusz­czo­ną gło­wą na so­fie w miesz­ka­niu Mar­ki­zy, nie­zdol­na do choć­by naj­mniej­sze­go ko­men­ta­rza. Sta­ran­nie zro­bio­ny ma­ki­jaż spły­wał mi ze łza­mi, pla­miąc po­szar­pa­ną su­kien­kę. Ko­bie­ta po­da­ła mi lód, któ­ry przy­ję­łam z wdzięcz­no­ścią i przy­ło­ży­łam do spuch­nię­tej war­gi.

– Ma­ciej, nie krzycz na nią, prze­cież ona jest prze­ra­żo­na – upo­mnia­ła go do­mi­na, zaj­mu­jąc miej­sce obok mnie.

– Prze­ra­żo­na? Co ci strze­li­ło do gło­wy? Za­cho­wa­łaś się jak tę­pa idiot­ka.

Je­go sło­wa bo­la­ły bar­dziej niż sma­ga­nia cięż­kim skó­rza­nym pa­sem, mi­mo to nie mo­głam się z nim nie zgo­dzić.

Męż­czy­zna, z któ­rym się spo­tka­łam, spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go. Był nie­wie­le star­szy ode mnie, rów­nież nie miał du­że­go do­świad­cze­nia. Ma­ilo­wa­ło nam się świet­nie, po­dob­nie po­strze­ga­li­śmy róż­ne aspek­ty ży­cia, rów­nież te cał­ko­wi­cie nie­zwią­za­ne z kli­ma­ta­mi… To on wy­szedł z ini­cja­ty­wą spo­tka­nia w bar­dziej ustron­nym miej­scu niż ka­wiar­nia, w któ­rej za­wsze jest spo­ro lu­dzi. Nie wi­dzia­łam w tym nic złe­go, wy­da­wa­ło mi się, że bar­dziej in­tym­ne oko­licz­no­ści po­zwo­lą na więk­szą otwar­tość w roz­mo­wie, tym sa­mym przy­ję­łam za­pro­sze­nie do je­go miesz­ka­nia. Moi men­to­rzy wie­dzie­li, że mam się z kimś spo­tkać, jed­nak o szcze­gó­łach spo­tka­nia ich nie in­for­mo­wa­łam. Od nie­for­tun­nej przy­go­dy za­koń­czo­nej w ka­wiar­nia­nej ła­zien­ce mi­nę­ło tro­chę cza­su i jak do­tąd nie po­trze­bo­wa­łam ich in­ter­wen­cji.

Do­tar­łam na miej­sce przed cza­sem, ob­skur­na ka­mie­ni­ca nie ro­bi­ła do­bre­go wra­że­nia, ale by­łam tak bar­dzo cie­ka­wa męż­czy­zny i te­go, czy w re­alu rów­nież bę­dzie nam się tak ła­two po­ro­zu­mieć, że cał­ko­wi­cie to zi­gno­ro­wa­łam.

Był wy­so­ki, cia­sny T-shirt pod­kre­ślał je­go spor­to­wą syl­wet­kę i choć nie wy­da­wał mi się prze­sad­nie przy­stoj­ny, moż­na by­ło go uznać za atrak­cyj­ne­go. Po­wi­tał mnie z uśmie­chem, jed­nak mo­jej uwa­dze nie umknę­ło, że krót­ka czar­na su­kien­ka zro­bi­ła na nim od­po­wied­nie wra­że­nie…

– Za­pra­szam. Cze­go się na­pi­jesz? Ka­wy? Her­ba­ty? Drin­ka? – Mi­mo wszyst­ko za­cho­wy­wał się swo­bod­nie, jak­by­śmy by­li pa­rą zna­jo­mych, nie ty­tu­ło­wał mnie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi nor­ma­mi, co wca­le mi nie prze­szka­dza­ło i po­wo­do­wa­ło, że roz­mo­wa przy­cho­dzi­ła na­tu­ral­nie.

By­łam roz­luź­nio­na i choć spo­tka­nie cał­kiem od­bie­ga­ło od tych, któ­re mia­łam za so­bą, ba­wi­łam się do­brze…

– No, to mo­że przejdź­my do rze­czy… – za­pro­po­no­wał, po­da­jąc mi ko­lej­ne­go już drin­ka i sia­da­jąc obok mnie na nie­wiel­kiej so­fie.

Był zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko, ale sta­ra­łam się nie oka­zać, że mnie to krę­pu­je.

– Oczy­wi­ście nie do koń­ca wiem, jak to po­strze­gasz, ale chcia­ła­bym przede wszyst­kim, aby by­ła to do­bra za­ba­wa dla nas oboj­ga… – Urwa­łam, kie­dy je­go dłoń wsu­nę­ła się nie­spo­dzie­wa­nie pod mo­ją su­kien­kę.

– Dla mnie z pew­no­ścią bę­dzie to do­bra za­ba­wa – za­śmiał się bez­czel­nie.

– Prze­stań – upo­mnia­łam go, od­trą­ca­jąc je­go na­tar­czy­wą dłoń, jed­nak z mar­nym skut­kiem. Czu­łam, jak wszyst­ko wy­my­ka mi się spod kon­tro­li.

– No już, ma­ła, prze­cież te­go wła­śnie chcesz – ro­ze­śmiał się, ła­piąc mnie za kark.

Dru­gą rę­ką ze­rwał ze mnie czar­ne strin­gi utka­ne z cie­niut­kiej ko­ron­ki, któ­ra nie wy­trzy­ma­ła na­wet jed­ne­go szarp­nię­cia. Mio­ta­łam się i wy­ry­wa­łam, jed­nak wy­pi­ty al­ko­hol wca­le mi w tym mo­men­cie nie po­ma­gał, po­za tym mój na­past­nik był du­żo sil­niej­szy ode mnie.

– Zo­staw mnie! – Mo­je krzy­ki nie ro­bi­ły na nim żad­ne­go wra­że­nia, ale wie­dzia­łam, że nie mo­gę się pod­dać.

– Daj spo­kój, prze­cież o to w tym cho­dzi, ma­rzy ci się, że­by ktoś cię prze­le­ciał, dziw­ko – war­czał, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie mnie przy­trzy­mać i roz­piąć spodnie.

To był uła­mek se­kun­dy, uda­ło mi się wy­śli­zgnąć z je­go uchwy­tu i chwy­cić sto­ją­cą na sto­le szklan­kę z drin­kiem, któ­re­go za­ser­wo­wał mi wcze­śniej. Nie mia­łam cza­su na wa­ha­nie, więc po pro­stu chlu­snę­łam mu w twarz al­ko­ho­lem. Za­sy­czał, kie­dy płyn do­stał mu się do oczu, i choć zdą­żył ude­rzyć mnie w twarz, ad­re­na­li­na za­dzia­ła­ła za mnie. Ze­rwa­łam się z ka­na­py i po­bie­głam do wyj­ścia, po dro­dze chwy­ta­jąc tyl­ko to­reb­kę. Bie­głam, nie ma­jąc od­wa­gi od­wró­cić się za sie­bie, by­ło mi wszyst­ko jed­no, chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się moż­li­wie naj­da­lej…

Oczy­wi­ście na ca­łym świe­cie by­ła tyl­ko jed­na oso­ba, do któ­rej mo­głam za­dzwo­nić. Ta sa­ma, któ­ra na wi­dok nę­dzy i roz­pa­czy, ja­kie so­bą przed­sta­wia­łam, wpa­dła w ist­ną fu­rię.

***

Re­fe­ro­wa­łam im prze­bieg te­go spo­tka­nia spo­koj­nym, wy­pru­tym z emo­cji gło­sem. Tro­chę tak, jak­bym opo­wia­da­ła o czymś, co wi­dzia­łam, a nie o tym, co prze­ży­łam. Ni­by nie sta­ło się nic, a jed­nak coś…

Nie zwra­ca­łam uwa­gi na peł­ne wście­kło­ści sło­wa mo­je­go mi­strza. Miał ra­cję we wszyst­kim – by­łam tę­pą idiot­ką, któ­ra sa­ma pro­si­ła się o tra­ge­dię…

Z wdzięcz­no­ścią przy­ję­łam pro­po­zy­cję Mar­ki­zy, aby tę noc spę­dzić u niej. Ostat­nia rzecz, na ja­ką mia­łam ocho­tę, to nie­wy­god­ne py­ta­nia ro­dzi­ców.

Mi­mo że wszyst­kie emo­cje po­wo­li ze mnie wy­pa­ro­wy­wa­ły, dłu­go nie mo­głam za­snąć. Sły­sza­łam, jak moi men­to­rzy roz­ma­wia­ją w dru­gim po­ko­ju, i nie­trud­no by­ło się do­my­ślić, że je­stem te­ma­tem tej dys­ku­sji.

Nad ra­nem mia­łam już go­to­wy plan.

Ci­cho, tak że­by nie zbu­dzić do­mi­ny, po­ży­czy­łam jej dres i skre­śliw­szy kil­ka słów na kart­ce, opu­ści­łam miesz­ka­nie.

Kie­dy wy­jeż­dża­łam z mia­sta, ryt­micz­ny stu­kot po­cią­gu po­wo­li mnie uspo­ka­jał. Cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc wi­bru­ją­cy te­le­fon, za­mknę­łam oczy i de­lek­to­wa­łam się zmy­sło­wym gło­sem To­ma Jo­ne­sa w mo­ich słu­chaw­kach.

Jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, mo­ja wia­do­mość „Prze­pra­szam, że oka­za­łam się ta­ką idiot­ką…” do­pro­wa­dzi­ła Mar­ki­zę do fu­rii, któ­ra przy­ćmi­ła na­wet tem­pe­ra­ment mo­je­go by­łe­go ma­ste­ra…4.

– Uwa­żaj na sie­bie i od­zy­waj się czę­ściej… – Zu­za ści­ska­ła mnie na po­że­gna­nie.

Przy­jaź­ni­ły­śmy się od cza­sów przed­szkol­nych. By­ła je­dy­ną oso­bą, u któ­rej mo­głam po­ja­wić się o każ­dej po­rze dnia i no­cy. Ni­g­dy nie za­da­wa­ła py­tań, dla­te­go opusz­cza­jąc miesz­ka­nie Mar­ki­zy, wie­dzia­łam, że je­śli gdzie­kol­wiek bę­dę w sta­nie od­na­leźć spo­kój, to tyl­ko u Zu­zy.

– Bę­dę – obie­ca­łam, wsia­da­jąc do po­cią­gu.

Na­de­szła po­ra, by wró­cić do do­mu.

Za­ję­łam miej­sce w pu­stym prze­dzia­le i przez chwi­lę za­sta­na­wia­łam się nad tym, co po­win­nam zro­bić. Z pa­rą do­mi­na­tów nie roz­ma­wia­łam od cza­su te­go fe­ral­ne­go wie­czo­ru. Oczy­wi­ście sta­ra­li się do mnie do­dzwo­nić, wy­bie­ra­jąc mój nu­mer po kil­ka­dzie­siąt ra­zy dzien­nie, wy­sy­ła­li set­ki SMS-ów, jed­nak po­zo­sta­wia­łam je bez od­po­wie­dzi. Po­trze­bo­wa­łam ochło­nąć i od­ciąć się od te­go wszyst­kie­go, co w ostat­nim cza­sie mnie przy­tło­czy­ło. Nie mia­łam pre­ten­sji do żad­ne­go z nich – błęd­nie oce­ni­łam ry­zy­ko i sa­ma so­bie by­łam win­na. Po pro­stu by­ło mi źle z my­ślą, że w ja­kimś stop­niu ich za­wio­dłam.

– Prze­pra­szam, wol­ne?

Py­ta­nie pa­dło tak nie­spo­dzie­wa­nie, że aż pod­sko­czy­łam. W drzwiach prze­dzia­łu sta­ło dwóch męż­czyzn. Pa­trzy­li na mnie wy­cze­ku­ją­co, więc ski­nę­łam gło­wą, uświa­da­mia­jąc so­bie, że cze­ka­ją na od­po­wiedź. Roz­sie­dli się na wol­nych miej­scach i przez mo­ment o czymś dys­ku­to­wa­li. Obaj by­li wy­so­cy, mu­sku­lar­ni, aż tęt­nią­cy te­sto­ste­ro­nem. Mi­mo­wol­nie w mo­jej gło­wie roz­brzmia­ły sło­wa mo­jej bab­ci:

– Za­wsze wy­bie­raj miej­sce, gdzie są już ja­cyś lu­dzie; wy­bie­raj star­szych pa­sa­że­rów, bo sta­no­wią mniej­sze za­gro­że­nie, naj­le­piej ko­bie­ty. Ko­bie­ta nie zro­bi krzyw­dy dru­giej ko­bie­cie.

Od­go­ni­łam po­spiesz­nie te my­śli, prze­cież był śro­dek dnia, a w po­cią­gu po­dró­żo­wa­ło mnó­stwo in­nych lu­dzi – nic mi nie gro­zi­ło. Mi­mo to nie czu­łam się kom­for­to­wo. Ostat­nie do­świad­cze­nia od­ci­snę­ły na mnie więk­sze pięt­no, niż my­śla­łam. Roz­wa­ża­łam wła­śnie, czy nie opu­ścić prze­dzia­łu i nie po­szu­kać in­ne­go miej­sca, kie­dy je­den z męż­czyzn za­gad­nął:

– Nie bo­isz się tak sa­ma po­dró­żo­wać?

Mi­mo­wol­nie po­czu­łam, jak ca­łe mo­je cia­ło się spi­na, by­łam ni­czym spa­ra­li­żo­wa­na.

– Spo­koj­nie, z na­mi nic ci nie gro­zi – ro­ze­śmiał się dru­gi, ewi­dent­nie wy­czu­wa­jąc ro­sną­cą we mnie pa­ni­kę.

– Jak masz na imię? – za­py­tał ten pierw­szy.

Spoj­rza­łam na nie­go. Po­my­śla­łam wte­dy, że na­wet je­śli jest psy­cho­pa­tycz­nym mor­der­cą gra­su­ją­cym w po­cią­gach, to mi­mo wszyst­ko ma wspa­nia­łe oczy. Ich ko­lor przy­po­mi­nał so­czy­stą tra­wę po desz­czu. Czu­łam się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, to­nę­łam w wi­rze je­go spoj­rze­nia i w tym ułam­ku se­kun­dy znik­nął ca­ły strach.

– Mar­ta – wy­krztu­si­łam w koń­cu, kie­dy ła­ska­wie mo­je zwo­je mó­zgo­we za­iskrzy­ły, przy­po­mi­na­jąc o za­da­nym py­ta­niu.

– Bar­dzo ład­nie, ja je­stem To­mek, a ten dzie­ciak to mój brat Mi­chał – za­śmiał się we­so­ło ku obu­rze­niu dru­gie­go męż­czy­zny.

Te­raz do­pie­ro do­strze­głam, że jest on młod­szy, praw­do­po­dob­nie w mo­im wie­ku. Nie by­ło za­tem po­wo­dów do pa­ni­ki. Nikt tu dzi­siaj ni­ko­go nie za­mor­du­je…

Po­dróż mi­nę­ła za­ska­ku­ją­co szyb­ko, przez ca­łą dro­gę mi­ło ga­wę­dzi­li­śmy i żar­to­wa­li­śmy. Pod ko­niec ża­ło­wa­łam na­wet, że nie mo­gę je­chać z ni­mi da­lej. Nie­ste­ty, te na­głe wa­ka­cje mu­sia­ły się już skoń­czyć.

Wte­dy jesz­cze nie mia­łam po­ję­cia, że te zie­lo­ne oczy, w któ­rych uto­nę­łam, bę­dą prze­śla­do­wać mnie w snach do koń­ca ży­cia.

***

– Gdzieś ty się po­dzie­wa­ła? Zresz­tą nie­waż­ne. Tak się cie­szę, że cię wi­dzę… – Mar­ki­za nie­mal rzu­ci­ła mi się na szy­ję, kie­dy go­dzi­nę póź­niej sta­nę­łam w pro­gu jej miesz­ka­nia. Prak­tycz­nie si­łą za­cią­gnę­ła mnie do po­ko­ju, gdzie na so­fie sie­dział na­gi mło­dy męż­czy­zna. – Ko­niec na dzi­siaj, zejdź mi z oczu – rzu­ci­ła w je­go stro­nę oschle.

Męż­czy­zna chciał coś po­wie­dzieć, ale pod wpły­wem jej spoj­rze­nia chy­ba zre­zy­gno­wał i ze spusz­czo­nym wzro­kiem wy­co­fał się z po­miesz­cze­nia.

– Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie, wpad­nę kie­dy in­dziej… – Czu­łam się nie­zręcz­nie, zu­peł­nie nie wzię­łam pod uwa­gę, że do­mi­na mo­że nie być sa­ma.

– Daj spo­kój, ta mier­no­ta i tak już mnie dzi­siaj iry­tu­je, przyj­dzie in­nym ra­zem, nic mu nie bę­dzie. – Mach­nę­ła rę­ką lek­ce­wa­żą­co. – Ty zo­sta­jesz, ma­my do po­ga­da­nia…

Ma­ciej zja­wił się prak­tycz­nie pa­rę mi­nut póź­niej, do­my­śli­łam się, że ko­bie­ta mu­sia­ła go po­in­for­mo­wać o mo­jej wi­zy­cie. Sta­nął przede mną i spoj­rzał na mnie chłod­no.

– Masz szczę­ście, że nie je­steś już mo­ją… Za ten nu­mer na­le­ży ci się ta­kie la­nie, że­byś przez na­stęp­ny rok nie by­ła w sta­nie usiąść.

Wbrew wszyst­kie­mu groź­ba, bę­dą­ca po czę­ści obiet­ni­cą, wy­wo­ła­ła zna­jo­mą fa­lę pod­nie­ce­nia roz­pa­la­ją­cą mnie od środ­ka. Czu­łam, jak pa­lą­cy ru­mie­niec za­le­wa mi po­licz­ki, war­gi wy­sy­cha­ją, a od­dech przy­spie­sza…

– O nie, moi dro­dzy! Na­wet o tym nie my­śl­cie!

Głos Mar­ki­zy spro­wa­dził mnie na zie­mię i szyb­ko chwy­ci­łam szklan­kę z wo­dą, sta­ra­jąc się ukryć zmie­sza­nie, na szczę­ście zim­ny płyn ostu­dził odro­bi­nę ten na­gły wy­buch.

– Po pierw­sze chcia­łam was prze­pro­sić za to, że znik­nę­łam bez sło­wa… – za­czę­łam, kie­dy odro­bi­nę ochło­nę­łam.

– Dla­cze­go nie od­bie­ra­łaś te­le­fo­nu? Nie od­po­wia­da­łaś na wia­do­mo­ści? Czy ty zda­jesz so­bie spra­wę, co nam przy­cho­dzi­ło do gło­wy? – Mar­ki­za usia­dła obok i ob­ję­ła mnie ra­mie­niem.

– Wy­bacz­cie. Po pro­stu po­trze­bo­wa­łam ochło­nąć. Po­za tym wiem, że was za­wio­dłam…

– O czym ty mó­wisz, dzie­ci­no? Ni­ko­go nie za­wio­dłaś. – Ma­ciej kuc­nął przede mną i ujął mo­ją twarz w dłoń.

Przez chwi­lę wal­czy­łam ze so­bą, jed­nak de­li­kat­ność te­go ge­stu cał­kiem mnie roz­tro­iła, łzy za­pie­kły mnie pod po­wie­ka­mi, a ja po­zwo­li­łam im spły­nąć po po­licz­kach.

– Już do­brze, ma­ła, naj­waż­niej­sze, że je­steś ca­ła i zdro­wa.

Mie­li ra­cję, by­łam ca­ła i zdro­wa – to li­czy­ło się naj­bar­dziej. Nie by­ło sen­su za­tra­cać się w roz­wa­ża­niach, co mo­gło się wy­da­rzyć. Trze­ba by­ło się pod­nieść i iść da­lej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Kie­dy wró­ci­łam do do­mu, w mo­im te­le­fo­nie cze­ka­ła wia­do­mość od wła­ści­cie­la oczu, w któ­rych głę­bi do­strze­głam od­bi­cie la­sów, łąk i gór­skich szczy­tów… tych, w któ­rych uto­nę nie­zli­czo­ną ilość ra­zy…5.

Na­wet je­śli po ostat­nich wy­da­rze­niach czu­łam nie­chęć do ko­lej­nych spo­tkań z pre­ten­den­ta­mi na sub­mi­syj­nych, nie trwa­ło to dłu­go. Oczy­wi­ście do­ping ze stro­ny men­to­rów, któ­rzy sub­tel­nie sta­ra­li się mnie prze­ko­nać, abym nie re­zy­gno­wa­ła z za­spa­ka­ja­nia swo­ich pra­gnień, rów­nież miał na to wpływ.

W efek­cie za­le­d­wie kil­ka dni póź­niej po­wo­li zmie­rza­łam do naj­star­szej ka­wiar­ni w mie­ście, gdzie, jak to ma­wia­ła Mar­ki­za, mia­ła od­być się ko­lej­na tu­ra ca­stin­gu.

Wy­strój przy­wo­dził na myśl wcze­sny PRL, zu­peł­nie jak­by czas w tym miej­scu się za­trzy­mał. By­łam prze­ko­na­na, że me­nu rów­nież pa­mię­ta cza­sy ko­mu­ny… Miej­sce to mie­ści­ło się jed­nak na ty­le bli­sko miesz­ka­nia Ma­cie­ja, że w ra­zie kło­po­tów ten mógł zja­wić się tu w kil­ka mi­nut.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, kie­dy we­szłam do lo­ka­lu, już na mnie cze­kał mło­dy męż­czy­zna. Nie mia­łam pro­ble­mów z iden­ty­fi­ka­cją – sa­mot­ny, bar­wio­ny na czar­no kwiat był tak wi­docz­ny, że nie da­ło się go prze­oczyć. Bez więk­sze­go wa­ha­nia po­de­szłam do sto­li­ka i się przy­wi­ta­łam.

– Dzień do­bry, ma­da­me. Bar­dzo się cie­szę, że zna­la­zła pa­ni dla mnie czas. Po­zwo­li­łem so­bie za­mó­wić dla pa­ni ka­wę i kla­sycz­ny de­ser, ale oczy­wi­ście je­śli nie ma pa­ni ocho­ty… – Był zde­ner­wo­wa­ny, sło­wa wy­rzu­cał z sie­bie z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Wzrok miał roz­bie­ga­ny, ru­chy cha­otycz­ne.

Po­my­śla­łam na­wet, że za mo­ment ca­łe je­go za­mó­wie­nie wy­lą­du­je na pod­ło­dze.

– Spo­koj­nie, jest okej – uspo­ko­iłam go, choć pu­cha­rek le­gu­mi­ny nie wy­glą­dał za­chę­ca­ją­co.

Przez chwi­lę ga­wę­dzi­li­śmy zu­peł­nie o ni­czym. Chcia­łam dać mu szan­sę tro­chę się roz­luź­nić, w koń­cu nie za­le­ża­ło mi na tym, aby był ze­stre­so­wa­ny cha­rak­te­rem te­go spo­tka­nia.

Był in­try­gu­ją­cy. Miał moc­ne ry­sy twa­rzy, któ­re przy­cią­ga­ły wzrok. Ciem­ne, prze­ni­kli­we oczy wy­da­wa­ły się peł­ne wraż­li­wo­ści i nie­pew­no­ści, jak­by skry­wa­ły wie­le nie­wy­po­wie­dzia­nych my­śli.

Dwu­dnio­wy za­rost do­da­wał mu nie­co su­ro­we­go, ale jed­no­cze­śnie au­ten­tycz­ne­go wy­glą­du. Nie był ty­pem, któ­ry krzy­czy, oznaj­mia­jąc swo­ją obec­ność; ra­czej ema­no­wał de­li­kat­no­ścią, jak­by bał się zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Kie­dy się uśmie­chał, je­go twarz roz­ja­śnia­ła się, ale wciąż czu­łam, że to uśmiech pe­łen nie­pew­no­ści. Po­do­bał mi się. Pod­świa­do­mie czu­łam, że w koń­cu spo­tka­łam ko­goś, z kim mo­gła­bym swo­bod­nie roz­po­cząć po­dróż po fa­scy­nu­ją­cym świe­cie od­kry­wa­nia ko­lej­nych ho­ry­zon­tów.

– Na po­czą­tek pod­kre­ślam, że za­le­ży mi na wła­ści­wej ko­mu­ni­ka­cji, to na mnie bę­dzie spo­czy­wał cię­żar utrzy­ma­nia rów­no­wa­gi, dla­te­go waż­ne, aby­śmy po­tra­fi­li roz­ma­wiać za­rów­no o po­trze­bach, jak i gra­ni­cach – za­zna­czy­łam, kie­dy w koń­cu pod­ję­li­śmy te­mat, któ­ry nas tu przy­wiódł.

– Nie mam du­że­go do­świad­cze­nia w te­go ty­pu re­la­cjach, chciał­bym po pro­stu po­wo­li od­kry­wać sie­bie… – Po­zor­ne roz­luź­nie­nie na­tych­miast ule­cia­ło, znów spra­wiał wra­że­nie po­de­ner­wo­wa­ne­go.

Po­my­śla­łam, że to cał­kiem uro­czy wi­dok.

Sa­ma tym ra­zem po­de­szłam do te­go spo­tka­nia na chłod­no, bez nad­mier­nej eks­cy­ta­cji, ale ro­zu­mia­łam je­go emo­cje. Też wie­lo­krot­nie przez to prze­cho­dzi­łam.

Po­zwo­li­łam mu kie­ro­wać tą roz­mo­wą, słu­cha­łam te­go, co ma do po­wie­dze­nia, co ja­kiś czas wtrą­ca­jąc ko­men­tarz lub uwa­gę. Po­wo­li na­bie­rał więk­szej swo­bo­dy. Zde­cy­do­wa­nie był mi­łą na­gro­dą za wcze­śniej­sze trud­no­ści i cie­ka­wi­ło mnie, ja­ki po­ten­cjał kry­je się za tą fa­sa­dą nie­win­no­ści i de­li­kat­nej nie­śmia­ło­ści.

Te­go sa­me­go wie­czo­ru, po wy­mia­nie wra­żeń w kil­ku wia­do­mo­ściach, wspól­nie pod­ję­li­śmy de­cy­zję o ko­lej­nym spo­tka­niu. W ten spo­sób roz­po­czę­ła się na­sza eks­cy­tu­ją­ca przy­go­da.

Nie bez zna­cze­nia jed­nak po­zo­sta­wał fakt, że w tym sa­mym cza­sie zu­peł­nie in­ny męż­czy­zna za­bie­gał o in­ny ro­dzaj mo­jej uwa­gi… Nie roz­pa­try­wa­łam te­go w ka­te­go­riach wy­bo­ru, wy­da­wa­ło mi się, że da się roz­gra­ni­czać te dwie sfe­ry ży­cia w ta­ki spo­sób, że­by ze so­bą nie ko­li­do­wa­ły. Czy by­ło to uczci­we? Nie. Jed­nak mi­mo wszyst­ko nie po­tra­fi­łam zre­zy­gno­wać z jed­ne­go na rzecz dru­gie­go… Cóż, nikt ni­g­dy nie obie­cy­wał, że bę­dzie ła­two.6.

– Spo­koj­nie dzie­ci­no, dasz so­bie ra­dę. – Po raz ko­lej­ny Mar­ki­za usi­ło­wa­ła zwal­czyć mo­ją chwi­lę zwąt­pie­nia.

Zgod­nie z jej su­ge­stia­mi za­pla­no­wa­łam krok po kro­ku prze­bieg dzi­siej­sze­go wie­czo­ru, zo­sta­wia­jąc ewen­tu­al­ną prze­strzeń dla spon­ta­nicz­nych sy­tu­acji, któ­rych nie mo­głam prze­wi­dzieć.

Oczy­wi­ście żad­ne­mu z na­szej trój­ki wcze­śniej nie przy­szedł do gło­wy je­den z naj­waż­niej­szych pro­ble­mów – kwe­stia, gdzie mam za­pro­sić swo­je­go no­we­go przy­ja­cie­la. Oczy­wi­stym by­ło, że nie mo­głam za­brać go do do­mu ro­dzi­ców, a z ra­cji te­go, że to by­ły mo­je po­cząt­ki, nie po­sia­da­łam jesz­cze wła­sne­go stu­dia, w któ­rym mo­gli­by­śmy prze­żyć in­tym­ną chwi­lę na­mięt­no­ści. Roz­wa­ża­łam krót­ko­ter­mi­no­we wy­na­ję­cie apar­ta­men­tu lub zwy­kłe­go po­ko­ju ho­te­lo­we­go, jed­nak od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie go by­ło­by zbyt cza­so­chłon­ne. W re­zul­ta­cie moi men­to­rzy uzna­li, że na po­czą­tek bę­dę ko­rzy­stać z miesz­ka­nia Ma­cie­ja, a z cza­sem po­my­śli­my o in­nym roz­wią­za­niu.

Te­raz ra­zem z Mar­ki­zą przy­go­to­wy­wa­ły­śmy ka­wa­ler­kę na wie­czór, sta­ra­jąc się zła­mać jej su­ro­wy cha­rak­ter i nadać tro­chę przy­tul­no­ści. Chcia­łam zro­bić do­bre wra­że­nie, a im bli­żej by­ło do spo­tka­nia, tym wię­cej wąt­pli­wo­ści się po­ja­wia­ło. Dziś po raz pierw­szy mia­łam być re­ży­ser­ką ca­łe­go spek­ta­klu, ja­ki miał się tu ro­ze­grać.

Mar­ki­za cier­pli­wie udzie­la­ła mi rad i wska­zó­wek, sta­ra­jąc się do­dać mi otu­chy; od­nio­słam wra­że­nie, że rów­nież pod­cho­dzi do te­go z du­żą daw­ką emo­cji, jak­by i dla niej ca­łe przed­się­wzię­cie mia­ło du­żą wa­gę.

– Pa­mię­taj, mu­sisz po­ka­zać, że pa­nu­jesz nad sy­tu­acją, nie mo­żesz oka­zać, że się stre­su­jesz, na­wet je­śli tak bę­dzie – mó­wi­ła, ukła­da­jąc na łóż­ku ko­lo­ro­we po­dusz­ki.

Wie­dzia­łam, że ma ra­cję, jed­nak przy­tła­czał mnie nad­miar emo­cji. Dziś po raz pierw­szy mu­sia­łam obyć się bez czuj­nych oczu mo­ich men­to­rów, ca­łość mia­ła być wy­łącz­nie tym, co sa­ma stwo­rzę.

Nie­śpiesz­nie roz­kła­da­łam świe­ce i wy­bie­ra­łam roz­ma­ite ak­ce­so­ria, któ­rych pla­no­wa­łam użyć… To miał być mój wie­czór i chcia­łam, że­by był ide­al­ny.

Kie­dy wszyst­ko by­ło go­to­we, ro­zej­rza­łam się po wnę­trzu. Wy­szło cał­kiem nie­źle, po­czu­łam, jak na mo­je ra­mio­na po­wo­li spły­wa od­prę­że­nie. Nie by­ło opcji, że­by coś po­szło nie tak, więc nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na to, aby emo­cje wszyst­ko po­psu­ły.

Po raz ko­lej­ny uję­ła mnie je­go nie­śmia­łość. Cze­kał na mnie w umó­wio­nym miej­scu, z któ­re­go mie­li­śmy udać się do miesz­ka­nia men­to­ra. Był spię­ty, lek­ko po­de­ner­wo­wa­ny, ucie­kał wzro­kiem i od­po­wia­dał na mo­je py­ta­nia pół­słów­ka­mi. Sta­ra­łam się tak pro­wa­dzić roz­mo­wę, że­by choć tro­chę się roz­luź­nić, ale sku­tek był mar­ny. Kie­dy do­tar­li­śmy na miej­sce, wprost spy­ta­łam:

– Je­steś pe­wien, że chcesz tam wejść? Je­śli nie czu­jesz się go­to­wy, za­wsze mo­że­my zmie­nić pla­ny.

Je­go emo­cje po­wo­li od­ci­ska­ły na mnie pięt­no i sa­ma czu­łam ro­sną­ce zde­ner­wo­wa­nie. Przez chwi­lę się wa­hał, wszyst­kie te emo­cje, ja­kie nim tar­ga­ły, przez mo­ment od­bi­ły się w je­go oczach, jed­nak cie­ka­wość i de­ter­mi­na­cja wy­gra­ły.

– Chcę – po­wie­dział, a ja po­czu­łam iskry pod­nie­ce­nia roz­cho­dzą­ce się po ca­łym mo­im cie­le.

Ski­nę­łam gło­wą. A więc niech się sta­nie, przed­sta­wie­nie czas za­cząć.

Po­kój spo­wi­jał pół­mrok. Sie­dząc na so­fie, cze­ka­łam, aż mój to­wa­rzysz wyj­dzie z ła­zien­ki. Mięk­ka skó­rza­na su­kien­ka – pre­zent in­au­gu­ra­cyj­ny od Ma­cie­ja – de­li­kat­nie opla­ta­ła mo­je cia­ło, pod­kre­śla­jąc syl­wet­kę, a jej de­li­kat­ny po­łysk do­da­wał odro­bi­ny ta­jem­ni­czo­ści. Le­ni­wie są­czy­łam wi­no, wbrew wcze­śniej­szym oba­wom czu­łam się zre­lak­so­wa­na i go­to­wa na to, co mia­ło się wy­da­rzyć.

Wresz­cie sta­nął przede mną, przez mo­ment błą­dzi­łam wzro­kiem po je­go na­gim cie­le, sta­ra­jąc się nie oka­zać, czy ro­bi na mnie ja­kie­kol­wiek wra­że­nie.

Miał sze­ro­kie i umię­śnio­ne ra­mio­na, moc­no za­ry­so­wa­ną klat­kę pier­sio­wą, co nada­wa­ło mu mę­sko­ści. Brzuch lek­ko się od­zna­czał, co su­ge­ro­wa­ło, że dba o swo­ją kon­dy­cję, a jed­no­cze­śnie nie był prze­sad­nie wy­rzeź­bio­ny, co do­da­wa­ło mu na­tu­ral­no­ści. Dłu­gie no­gi z wy­raź­nie pod­kre­ślo­ny­mi mię­śnia­mi ud wska­zy­wa­ły, że ce­ni so­bie ak­tyw­ny styl ży­cia.

Na­dal był zde­ner­wo­wa­ny, sły­sza­łam to w je­go od­de­chu, wi­dzia­łam, jak mi­mo­wol­nie spi­na­ją się je­go mię­śnie.

– W mo­men­cie, kie­dy prze­kro­czy­li­śmy próg te­go miesz­ka­nia, sta­łeś się mój, tym sa­mym pa­mię­taj, że każ­dy ob­jaw nie­sub­or­dy­na­cji bę­dzie wią­zał się z ka­rą – po­wie­dzia­łam, pod­no­sząc się z miej­sca. – Czy to jest zro­zu­mia­łe? – Po­de­szłam do nie­go na ty­le bli­sko, że na­sze cia­ła nie­mal się sty­ka­ły.

– Tak, la­dy – przy­tak­nął, wy­wo­łu­jąc mi­ły dreszcz pod­nie­ce­nia tym for­mal­nym ty­tu­łem.

– Na ko­la­na – szep­nę­łam mu wprost do ucha, a on wy­ko­nał po­le­ce­nie na­tych­miast.

Chcia­łam, że­by się roz­luź­nił, w dal­szym eta­pie po­trzeb­ne by­ło mi choć tro­chę za­ufa­nia z je­go stro­ny, tak aby żad­ne z nas nie wy­szło z te­go z trau­mą, dla­te­go sta­nę­łam za nim i de­li­kat­nie, zmy­sło­wo za­czę­łam pie­ścić dłoń­mi je­go kark.

– Pa­mię­taj, że wszyst­ko, co dziś się tu wy­da­rzy, dzie­je się za na­szą obo­pól­ną zgo­dą. Je­śli po­czu­jesz, że za bar­dzo na­ru­szam two­ją stre­fę kom­for­tu, za­sy­gna­li­zuj mi to ha­słem bez­pie­czeń­stwa… – mó­wi­łam spo­koj­nym to­nem, ca­ły czas ma­su­jąc na­pię­te mię­śnie.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij