Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Trofeum z Chimery - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 września 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Trofeum z Chimery - ebook

18+ - PRZEMOC, EROTYKA, CHOROBY PSYCHICZNE Romantyczna, lecz pełna dramatyzmu i zwrotów akcji historia miłości Juliana, poety w średnim wieku oraz tajemniczej Sandry. Autor starał się, by Czytelnik nie nudził się nawet przez chwilę, wiodąc go od wzruszenia do wybuchów śmiechu. Opowieść miejscami ostra i bezkompromisowa, nie stroniąca od trudnych tematów typu alkoholizm, zbytnie uzależnienie od seksu, opłakany stan współczesnej kultury czy poziom opieki psychologicznej i psychiatrycznej w naszym kraju.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 11 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W czasach gdy miłość i seks straciły dla kochanków
całą tajemniczość i diabli biorą urok wzajemnego
odkrywania sekretów swoich ciał…
Kiedy kultura pornoplastiku uczyniła z cudownego,
intymnego aktu połączenia coś w rodzaju
podglądania rzeźnika podczas oprawiania tuszy
cielęcej…
Gdy pocałunek przypomina entuzjastyczne
przywitanie powracającego z pracy właściciela przez
zaślinionego psa, kopulacja serię pompek
wzbogaconą dźwiękami ciężkiego zatwardzenia, a
męski orgazm zbliżenie kamery na żel wyciskany z
tubki…
(tak tak, możecie spadać, w tej sali nie grają porno)
No cóż, zawsze miałem zwyczaj iść pod prąd i na
przekór narzuconym przez media modom i gustom
uważam, że miłość nie istnieje bez romantyzmu - akt
spełnienia nie jest wówczas jedynie mechanicznym,
bezdusznym procesem.
Tylko bezgranicznie kochając zdobędziecie
najwyższe szczyty rozkoszy dozwolonej przez Niebo
śmiertelnikom.P.S. Wplotłem w opowieść nienachalne podszepty
dla osób porzuconych / zdradzonych / nie chcianych.
To co przechodzicie jest kurewsko poważne, wiem.
Poczytajcie o losach ludzi podobnie jak wy
skrzywdzonych przez los, a może i Boga. Nie jesteście
jedynymi, których życie skręciło na wyboistą drogę i
niestety, czasem kończyło się to tragicznie. Bardzo
chcę wam pomóc.
Wódka pomoże przetrwać tylko pierwsze dni, później
lekarstwo niepostrzeżenie zamieni się w truciznę.
Zapraszam teraz do lektury. Może natkniecie się na
fragment opowieści, który pozwoli wam uniknąć
błędów, które popełnili jej bohaterowie?Jarosław Kończak Kutno, dn. 04.08.2026

TROFEUM Z CHIMERY

WSTĘP

Czy ktoś oprócz mnie zakłada jeszcze na siebie coś tak niedzisiejszego jak prochowiec? A kogo to obchodzi? Od czasu ciężkiego udaru zupełnie przestałem przejmować się tym, co myślą o mnie ludzie. Główną przyczyną jest prosty fakt, że ludzie zazwyczaj w ogóle nie myślą, choć są święcie przekonani, że pozjadali wszystkie rozumy. Moim zdaniem jedynie bezrefleksyjnie wchłaniają zewnętrzne bodźce i pęcznieją od nich jak przejedzony drewniany pajacyk, który naiwnie wyobraża sobie że jest chłopcem. Drugim, nie mniej ważnym powodem mojej obojętności na opinię środowiska jest podyktowane osobistymi przejściami przeświadczenie że ludzkość w znakomitej większości nie jest warta, by zawracać nią sobie głowę. Ani trochę. Być może jestem tylko zgorzkniałym piernikiem po pięćdziesiątce, który reaguje odruchem wymiotnym na propozycje niemądrych kolegów, bym spojrzał na świat przez różowe okulary. Czy hasła Adolfa Hitlera przebranego w mundur koloru łososiowego będą łatwiejsze do przełknięcia? Nie sądzę. Nie ma sensu użalanie się nad sobą, szkoda że zrozumiałem tak późno jakim byłem głupcem i że nikt nie zwróci mi dni mijających na samoumartwianiu ani bezpowrotnie utraconego zdrowia. Pokochałem samotne wycieczki po parku. Powoli jak żółw, z nasuniętym na czoło kapeluszem, odbywałem codzienne maratony Parkiem Mateusza, dzikszym i mniej zadbanym z dwóch parków którymi poszczycić się może Zdębie, urokliwe 60-tysięczne miasteczko na Pojezierzu Kaszubskim.Stokroć wolę spacerować żwirowymi alejami niż psującym bezpośredni kontakt z przyrodą szerokim, wyłożonym ażurową płytą deptakiem. Od równych szeregów drzew podobnych żołnierzom godzinami musztrowanym z postawy „spocznij”, milszy mi jest pierwotny chaos, chwile miłego zaskoczenia gdy w ulubionym zakątku niespodziewanie wykiełkuje nowy krzew lub niezapominajka uśmiechnie się do mnie na niebiesko i oczaruje słodkim aromatem. Od czasu gdy Śmierć chybiła mnie kosą o cal, moja forma fizyczna pozostawiała niestety wiele do życzenia. Mimo traktowania poważnie zaleceń lekarza by odbywać długie spacery, słabłem coraz bardziej i odległości między parkowymi ławkami wydawały mi się z upływem lat coraz trudniejsze do pokonania. Od czasu powrotu do zdrowia pożegnałem się ze wszystkimi nałogami. Dopiero kiedy poczułem na plecach lodowaty oddech Śmierci poczułem, jak bardzo pragnę żyć. Wiem że moja śmierć byłaby pięknym prezentem… a ja z całą pewnością nie zamierzam urządzać dla tej suki wcześniejszego Bożego Narodzenia. Z westchnieniem ulgi doczłapałem do częściowo zbutwiałej parkowej ławki i klapnąłem z rozmachem tyłkiem na deski. Co za ulga, poruszać się bez COVID-owej maseczki, wdychać tlen, rozkoszować się jesiennym aromatem opadłych liści! Przypatrzyłem się chyboczącym w chłodnych podmuchach północnego wiatru koronom dębów i kasztanowców, po czym odpiąłem klamerki mojej czarnej teczki i wyciągnąłem szkicownik. Prawdziwe piękno przyrody można oddać tylko za pomocą akwareli - oczywiście to moje subiektywne odczucie. Nakładanie cienkich warstw farby pozwala uzyskać cudownie delikatne, nierzeczywiste barwy tła dowolnego pejzażu. Dobrze dobrana temperatura kolorów, odpowiednia kompozycja podkreślająca obiekty na które chce zwrócić uwagę utalentowany malarz pozwala obejrzeć scenę jego oczami. Oczywiście potrzeba do tego odrobina wyobraźni i wyczucia piękna. Czy nawet najdroższa lustrzanka czy smartfon z rozdzielczością mikroskopu elektronowego zdolny jest przelać na papier uczucia targające artystą w chwili tworzenia obrazu ulotnej chwili budzącej się do życia wsi, gdy wiatr chłodzi spocone czoło rolnika i niesie na skrzydłach zapach świeżo skoszonego zboża? Kilkoma śmiałymi ruchami nakreśliłem wymiary i proporcje bliższych i dalszych drzew, nie zapominając o prześwitującym między pniami niedalekim budynku szkoły muzycznej i zorientowałem się, że zamiast obrazu wyjdzie mi nieciekawy szarobrązowy kisiel, który nie przyciągnie niczyjego wzroku na dłużej niż sekundę. Zakląłem.

- Dodałabym tu niewielką jarzębinę - dobiegł mnie stłumiony przez maseczkę kobiecy głos - pięknie spięłaby w całość drzewa z żywopłotem i skupiła na sobie uwagę publiczności. Wie pan, jak pierwszoplanowy aktor na planie filmowym. Bardziej zdumiony niż przestraszony, odwróciłem gwałtownie głowę.

- Jest pani malarką? - zapytałem. - Ależ nie - pod maseczką dało się zauważyć jej szeroki uśmiech - koneserką sztuki i potrafię rozpoznać prawdziwego artystę. Sandra Mazurek - energicznie wyciągnęła do mnie wypielęgnowaną dłoń. Nie malowała paznokci.

- Julian Zaręba - odparłem machinalnie, witając się po męsku, uściskiem dłoni - czy może pani oświecić biednego laika, na czym polega niezwykła sztuka rozpoznania talentu od pierwszego spojrzenia?- Aha, laika - roześmiała się cicho, uroczo. Ledwo słyszalne zniekształcenie głosek szumiących (sz, cz, rz) mogło, lecz nie musiało świadczyć o niewielkim przesunięciu zgryzu. - Wie pan, Julianie, to nie takie trudne. Artyści tak jakby świecą od środka. Wyglądają jak abażury w nocnej lampce. Roześmieliśmy się oboje. Nie dlatego że jej żart był szczególnie udany, ale dlatego że od pierwszej chwili poczuliśmy do siebie sympatię. Miała piękne, jasnoniebieskie oczy błyszczące inteligencją, przenikliwie, śmiało krzyżujące spojrzenie z moim. Czarne włosy opadały spod wełnianej czapki niesfornymi kędziorami, pod pachą ściskała książkę Zbigniewa Lwa - Starowicza „O rozkoszy”. Nie zauważyłem po niej śladu zażenowania, wydało mi się nawet że specjalnie eksponuje tytuł książki, sprawdzając moją reakcję. Zaimponowała mi brakiem zahamowań i odwagą, więc zapytałem z ciekawością:

- Nie wygląda pani na osobę, która boi się wirusa, panno… - Pani. Jestem rozwódką. - Pani Sandro. Prawdę mówiąc, byłbym uszczęśliwiony mogąc ujrzeć twarz pasującą do tak pięknych modrych oczu. Kobieta roześmiała się szczerze i zsunęła maseczkę.

- Trafił pan w dziesiątkę, Julianie. Nie boję się wirusa. W ten sposób studzę zapały podrywaczy i mogę w spokoju nadrobić zaległą lekturę. Kocham czytać na świeżym powietrzu, podobnie jak ty malować. Łatwo i naturalnie przeszła ze mną na „ty”, ale od kiedy zdjęła maseczkę po prostu nie mogłem wykrztusić słowa. Ja! Ja, który nauczony traumatycznym doświadczeniem na pewno nie powinienem po raz drugi wchodzić do tej samej rzeki.

ROZDZIAŁ 1

ZAPOWIEDŹ ROZKOSZYOdchodzisz na zawsze… na zawsze, powiadasz?
Nie tak prędko…
Nie skradniesz serca naiwnej dziewczynie
gdyż zdeptałeś je i porzuciłeś w progu.
Ale w zdradliwą toń twych brązowych oczu
wciągnął mnie wir fałszywych przysiąg
daremnie miotam się walcząc o oddech!
Te uroczne oczy muszą należeć do mnie!
A twoje silne, muskularne ramię?
twarde i żylaste, spracowane ręce murarza
Dłońmi potrafisz pieścić tak delikatnie..,
przesuwać po mych ustach opuszką wskazującego palca
lub gładzisz pierś, a w twoim oddechu…
żądza
Jesteśmy jednym atomem szczęścia
w pustym Wszechświecie
Łajdaku… te delikatne dłonie należą do mnie!
Gdy poszarpana przez życie
ufnie wypłakiwałam się w twoją pierś
szeptałeś „jestem przy tobie, już po wszystkim”...
Judaszowe obietnice!
Czy myślisz że pozwolę ci tak po prostu odejść?
Toś głupi.
Spójrz w dół.
Och, cóż to?
Te czarne oczy znają inny wyraz prócz fałszu?
Czyżbym dostrzegała… strach?
A może to światło pełga po ostrzu kuchennego noża
przyciśniętego do twoich jąder?
Niech twoja nowa kobieta zabierze swój łup
– pieniądze z konta i to, co za chwilę oderżnę.Reszta zostaje w tym mieszkaniu! Jest moja!

Biały wiersz Juliana Zaręby „Prawo własności” wydany w 2014 roku jako część tomiku „Kres”, stworzonego tuż po rozwodzie z ukochaną Elżbietą. Rozstanie poeta przypłacił depresją, a w konsekwencji ciężkim udarem mózgu. Kiedy wieczorem zapukałem do jej drzwi i nieco sztywno wręczyłem bukiet róż w białym kolorze symbolizującym przyjaźń zarumieniła się uroczo, przymknęła oczy i wsunęła kształtny nosek w aromatyczne kwiaty. Brakowało tylko żeby kichnęła a niejaki Julian, poeta i malarz z zamiłowania, odebrałby pierwszemu przelatującemu amorowi łuk i kołczan ze strzałami i w porywie czułości sam sobie przebił serce. Od czasu kiedy Sandra zsunęła w parku COVID-ową maseczkę czułem że jej cudna twarz wypaliła na mej siatkówce powidok, jak gdybym nieopatrznie spojrzał wprost na Słońce. Uroda tej kobiety była naturalna jak świeżość cieszącej się światłem i ciepłem dojrzałej do zerwania, mechatej i soczystej brzoskwini. W obecności Sandry miałem ochotę jednocześnie radować wszystkie wyczulone na piękno zmysły. Mój wzrok przyciągał nieskazitelny lazur tęczówek, patrząc w głąb czarnych źrenic zdawało się że wyjrzy z nich Szatan i zażąda ceny za obcowanie z doskonałością. Zapach kobiecej skóry podkreślony delikatną nutą drogich perfum, muśnięciem konwalii, cytrusa i rześkością zielonego jabłka jednocześnie odprężał i przyprawiał o drżenie. Leciutko falujące niesforne włosy i czarne, kształtne brwi o wyzywającej krzywiźnie drażniły niezaspokojony zmysł dotyku. Czułem że jestem o krok od złapania zwisającego figlarnie kosmyka między serdeczny i środkowy palec i rozkoszną zabawę jedwabistym, falującym lekko pasemkiem. Kształtny i proporcjonalny w rysunku nos dodawał Sandrze wyrazu powagi, ale w zestawieniu ze śmiałym spojrzeniem zdawał się rzucać wszystkim amantom kpiące wyzwanie. Tym jednak, co w twarzy pięknej Sandry pociągało mnie najmocniej, były usta. Pełne i zmysłowe, kusiły w pierwszej chwili nie do pocałunku, lecz do poznawania ich kształtu i faktury wzorem ślepca, milimetr po milimetrze. Lekka wada zgryzu powodowała delikatne uniesienie górnej wargi z prawej strony, co błędnie sugerowało kpiarską i cyniczną naturę właścicielki. Ta nieznaczna skaza dodawała jej indywidualnych cech i wbrew pozorom czyniła jeszcze bardziej ponętną. Sandra nie nakłada na twarz makijażu. Nie używa szminki, nie maluje tuszem naturalnie czarnych, długich rzęs. Zero różu, lakieru do paznokci i pudru. Nie poprawia się tego, co Bóg uczynił doskonałym… Z biżuterii zauważyłem jedynie złoty wisiorek w kształcie półksiężyca z wpisanym w niego pentagramem. Później Sandra wyjaśniła mi, że wygrawerowany na medalionie napis „amantes amentes” pochodzi z łaciny i oznacza ni mniej ni więcej, tylko „zakochani to szaleńcy”. Ciało skryła pod jesiennym płaszczem, który nie zdołał jednak ukryć takich cech jak zgrabna sylwetka czy pełne piersi.- Pójdziemy, monsieur? - spytała z zalotnym uśmiechem, a ja pojąłem że czyta w moim sercu z równą łatwością, jak mnie przychodzi odczytywanie łacińskiego alfabetu. Kiedy wsparła się na moim łokciu drobną dłonią, poczułem się pewniej i z galanterią sprowadziłem swą damę z pierwszego piętra. Miałem pod opieką kobietę cudownie piękną, bystrą i inteligentną, a na dodatek owianą mgłą tajemnicy. Wieczór zapowiadał się naprawdę niezwykle.

***

Mrok powoli otula zasypiające Zdębie. Alejki oświetlane staroświeckimi latarniami, ćmy krążące wokół ich przymglonego światła i mijające nas groteskowe sylwetki w pandemicznych maskach zdają się nadawać naszej randce nierzeczywistego, surrealistycznego charakteru. Czas zdaje się grzęznąć w pajęczynie absurdu, moje ruchy stają się coraz wolniejsze, jak gdybym grzązł w miodzie. Słodki ciężar uwieszony mojej ręki jest teraz nieznośny, jeszcze chwila i trzaśnie pod nim całe przedramię… z gorączkowych majaków wydobywa mnie głos Sandry, pytający czy może podać mi wody.

- Nic mi nie jest, moja droga - zapewniam - martwiłem się jedynie o technikę pocałunku przez maseczkę. Dzisiaj nasza pierwsza randka, prawda? Kto wie czym się skończy… Opuszczam lekko maseczkę i robię błazeńską minę. Kobieta chichocze i wlepia mi kuksańca pod żebro. W wybornych humorach wleczemy się noga za nogą, a Sandra obejmuje mocno moje ramię i przytula do niego policzek. Z czułością obserwuję obłoczki pary gorącego powietrza wychodzącego z jej ust i wyobrażam sobie jak to będzie, gdy nasze oddechy połączą się w jeden. Czuję się taki dumny! Dumny i szczęśliwy w roli jej opiekuna i niemal pragnę by zaatakowali nas bandyci, bym w ostatniej chwili mógł uratować porwaną przez nich Sandrę. W ostrogach i z koltami przy pasie. Wreszcie zdobywam się na odwagę i zaczynam pieścić jej czarne, gładkie włosy. Zdaje się z tego zadowolona… Modre oczy zerkają spod rzęs i żałuję, że pod cholerną maską widzę obietnicę pięknego uśmiechu. Randka mija jak sen złoty. Ani się obejrzałem, jak na wschodzie zaróżowiło się niebo i z żalem pojmuję, że najwyższy czas wracać do domu. Sandra patrzy na mnie wyczekująco. Pochylam nad nią twarz. Smakuje jak wyborny tort z leśnych owoców, jak pierwszy wiosenny podmuch muskający zwierciadło mazurskiego jeziora. Dotyk jej warg jest miękki niczym pieszczota morskich fal, a język zmysłowo poruszający się w ustach obiecuje przyszłe rozkosze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem taki wzwód. Sandra bezbłędnie domyśla się wszystkiego co dzieje się w męskim sercu, bo na pożegnanie mocno ściska moje krocze i delikatnie po raz ostatni całuje w usta, szepcząc:

- Do zobaczenia za trzy dni. Zadzwonię. Odchodzi, a ja czuję jakby odjeżdżał ostatni pociąg z Syberii, pozostawiając mnie samotnie wśród śniegów i lodów, na kompletnym wygwizdowie, bez pizzy i lemoniady. Trzy dni! Jasna cholera! Cała wieczność! Rozpuknę się! Nie wytrzymam! Dlaczego aż trzy piekielne dni?Tylko akwarela odda blask
zielonych oczu
tajemnicą wabiących i niedopowiedzeniem
Biel skóry i doskonałość figury
ponętnej jak podszepty Szatana
wykuję dłutem w marmurze
Miękki i lekko zachrypnięty głos
obietnica seksu, pamięć o rozkoszy
moją tęsknotę odda najlepiej
wirtuoz skrzypiec
Rozmowy bez tajemnic
gdy leżymy objęci, oddychając tym samym powietrzem
Zabawy, które tylko my dwoje znamy i rozumiemy
Długie spoglądanie sobie w oczy
bez śladu znudzenia
uwiecznię w poemacie
Kogo okłamuję? Każdy rodzaj sztuki
jedynie obrazi Twą doskonałość, Elżbieto.
Nie zdołam odtworzyć fascynacji urodą na płótnie
a złoto czy platyna zbyt tanie,
by oddać kształty które prócz mnie
Bóg jedynie doceni sprawiedliwie.
Nie tknę Cię pędzlem ani dłutem!
Pozostań moim prywatnym Rajem.
W roku 2010 rozkochany w żonie
i nie widzący życia poza nią Julian Zaręba
wciąż układa na cześć Elżbiety miłosne poematy.
Uczucie przybiera chorobliwie obsesyjny charakter,
co powoli zaczyna ciążyć zaniepokojonej
stanem męża nerwowej z usposobienia kobiecie.
Rozumiecie, że powróciwszy do domu po rozkosznej randce z piękną Sandrą z mniejszym
niż zwykle entuzjazmem przywitałem karesy podstarzałego jamnika Tycjana. Biedak
prawdopodobnie przypuszczał że narozrabiał i postanowiłem go za to surowo ukarać nocą w
samotności.
„Trzy dni! To dopiero pierwszy poranek!”
Tycjan ujrzawszy mnie w progu mieszkania wpadł w ekstazę i powiewając uszami niczym
kibic szalikiem wykonał szaleńcze stampede przez wszystkie pokoje, po czym przewrócił się
na grzbiet i spojrzał mi prosto w oczy. Zdawał się pytać:„Po co ci przyjaciele, telewizor czy kochanka, skoro masz MNIE? Spójrz jaki mam wilgotny nosek! Twoja nowa pupilka na pewno nie ma niczego podobnie cudownego!” Chcąc pokazać psiemu przyjacielowi że trzymamy sztamę jak dawniej, podzieliłem się z nim swoim śniadaniem - to znaczy gotowanym jajkiem i serdelkiem, na widok którego stary łakomczuch zawsze ślini się jak niemowlę. „Ciekawe, jak wspomina wczorajszą noc” Byłem pewien że godziny będą wlokły się nieznośnie, gdyż na własne życzenie odizolowałem się od dawnych przyjaciół i smartfon służył mi już tylko jako przeglądarka wiadomości ze świata. Przykuty do dwupokojowego mieszkania w po PRL-owskim dziesięciopiętrowcu latami oszukiwałem sam siebie, że do pełni szczęścia wystarczą mi moje artystyczne zainteresowania. Kochałem sztukę, lecz to nie za pięknem martwej natury ani opisami złoconych pól tęskniłem jak wariat, tylko za bliskością kobiety. Jej zapachem, dotykiem, głosem, śmiechem i płaczem. Marzyłem by budząc się z nocnego koszmaru poczuć, że ktoś uspokajająco odgarnia mi włosy ze spoconego, płonącego gorączką czoła i szepcze z czułością: „kochanie, to był jedynie zły sen”. Chciałem by kobieta ze snów ubierała się tylko dla mnie w modne dżinsy i bluzki w najdziwniejszych, wybranych przez nią fasonach. Co noc z jednakową pasją odkrywałbym na nowo drżące z rozkoszy nagie kobiece ciało i całował każdy dobrze znany pieprzyk, powieki, czubek nosa. Dawno temu miałem ten raj na wyciągnięcie ręki i powodowany chwilą słabości pozwoliłem mu odejść na zawsze z kimś, kogo nie znałem nawet z imienia. „Tik - tak, tik - tak” Po udarze pozostała mi przykra pamiątka w postaci lekko opadniętej prawej powieki, wypalonych cholernym miotaczem ognia sporych obszarów tyłomózgowia i trwałym uszkodzeniem móżdżku. Teraz schodząc po schodach musiałem trzymać się poręczy, by nie skończyć jak pechowy narciarz po wypadku na mamuciej skoczni. Neurolog doradził mi przejście na rentę i aż do emerytury dorabianie pracą dorywczą, np. sprzedażą obrazów albo wierszy. Naiwny! Omal nie straciłem do niego szacunku po takiej „poradzie”. Być może odróżnia lepiej ode mnie funkcje lewej i prawej półkuli mózgu, ale artysta bez powiązań z establishmentem może sprzedać co najwyżej kiepski dowcip w pubie. Skorzystałem jednak z rady doktorka i z żalem na zawsze porzuciłem pracę. Każdy stres czy zbyt wielki wysiłek umysłowy mogłem przypłacić kolejnym udarem lub zawałem, który prawdopodobnie zmieniłby mnie w warzywo (ciekawe w jakie? miałem nadzieję że nie w kalafior, którego szczerze nienawidzę). Kochałem swoją pracę statystyka komputerowego prawie równie mocno jak amatorskie hobby malarskie i pisarskie, potrafiłem zasiedzieć się do późna nad tabelami Excela i całkowicie stracić poczucie czasu. W takich dniach powracałem do rzeczywistości dopiero gdy przed oczami zaczynały latać mi kolorowe plamy niczym kurewsko ogromne ćmy. „Ciekawe czy dzisiaj ubrała się w ten sam płaszczyk w kratę” Tycjan zaczął zdradzać chęć wyjścia na spacer, a ja nie mając najmniejszego zamiaru sprzątać kałuży na dywanie musiałem oderwać się na pół godziny od marzeń o niebieskich oczach i czarnych rzęsach i wylądować na Ziemi.Gwizdnąłem na psa, który natychmiast teleportował się z jadalni entuzjastycznie machając krótkim ogonem i w najlepszej zgodzie opuściliśmy mieszkanie. Naszym ulubionym miejscem na spacery był park dla psów nad wąską, ale bystrą rzeką Mulką - co w kaszubskiej gwarze oznacza ukochaną, bliską osobę. Czworonogi mogły się tam wyhasać do woli, udowodnić kto tutaj, do kota ciężkiego, szczeka najgłośniej oraz pozałatwiać wszystkie potrzeby. Miałem teraz chwilę spokoju, chwilę tylko i wyłącznie dla siebie. Powróciłem wspomnieniami do swojej ostatniej kłótni z Elżbietą, po której całe moje życie posypało się jak domek z kart. Nie powinienem chwiejnej równowagi misternej konstrukcji powierzać leżącej na spodzie samotnej damie kier. Damy kier potrafią być zdradzieckie.

- Julianie, przepraszam jedynie za to, że zbyt długo z tym zwlekałam. Nasz romans z … (nie pamiętam jego imienia) trwa od roku i przez cały ten czas noszę się z odejściem. Nie miałam serca. Nie miałam odwagi. - Serca! O czym ty mówisz, Elu? Chryste, naprawdę jestem aż tak ślepy? - Po prostu już cię nie kocham. Moja Ela miała zaczerwienione i opuchnięte od płaczu powieki. Z pewnością przeżyła ciężką noc, kiedy wróciwszy wcześniej z pracy (klasyk i banał) ujrzałem ubóstwianą żonę w objęciach nagiego straszydła z czarną brodą, krzyknąłem strasznym głosem i wypadłem z mieszkania na łeb na szyję, nie wiedząc gdzie biegnę i po co. Tego samego wieczoru zaprzyjaźniłem się z butelką, która oddała mi namiętny, toksyczny pocałunek, wysysając ze zobojętniałej ofiary duszę, zdrowie i resztki sumienia. Nie wiedziałem że można cierpieć do tego stopnia. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu traciłem człowieczeństwo, zapominałem co znaczy radość i smutek, tęsknota i współczucie. Stan trzeźwości bolał tak potwornie, że myślałem jedynie o kolejnej butelce, która pozwoli zapomnieć o wszystkim choćby na jeden dzień. To nic, że budząc się rankiem we własnych wymiocinach poczuję się jak ostatnie bydlę. Zawsze można kupić kolejną butelkę… W tym stanie między życiem i śmiercią przeżyłem pięć długich lat.

***

- Dzień dobry, panie Julianie. Hhh… piękny dzionek, prawda? Rzadko pana widuję. To pan Stanisław z piątego piętra. Bardzo miły staruszek, zawsze pierwszy się przywita i ma na podorędziu miłe słowo. Pan Stanisław to emerytowany suwnicowy z pobliskiej odlewni żeliwa. Wdychając latami szkodliwy pył dorobił się jedynie astmy i wcześniejszego odejścia na zieloną trawkę w związku z restrukturyzacją, czyli masowym wypierdalaniem na bruk starych, niepotrzebnych pracowników. Patrząc na jego miłą, pooraną zmarszczkami twarz zrobiło mi się wstyd, że tak długo użalałem się nad sobą. Pan Stanisław przyjmował z fatalizmem i pogodą ducha wszystko, co przynosiło mu życie. Po śmierci żony zaszył się na kilka tygodni w mieszkaniu, ale zwalczył depresję i nie popadł w alkoholizm. Ucieszyłem się, widząc znowu jego życzliwy uśmiech.

- Dzień dobry, panie Stanisławie - odparłem, szczerze ściskając jego szorstką, spracowaną dłoń - to prawdziwa przyjemność widzieć pana w dobrym zdrowiu. Staruszek lekko zaskoczony uniósł lewą brew i chcąc pokryć zakłopotanie uchylił maseczki i zażył szybko lek z inhalatora. Jeszcze kilka dni temu odburknąłbym coś na odczepnego po jego przywitaniu i odszedł w siną dal, więc trudno było się dziwić jego reakcji.- Wygląda pan jak nowonarodzony, panie Julianie. - O tak, drogi panie Stanisławie. Dziś pierwszy dzień reszty mojego życia, wszak zna pan to przysłowie? Emeryt uśmiechnął się domyślnie i poczęstował mnie przyjacielskim kuksańcem pod żebro.

- Kobieta, co? - mrugnął okiem - cóż wart bez nich byłby świat… Gratulacje, panie Julianie i proszę mi wierzyć, że szczęście rozjaśniające pańską twarz ogrzewa moje stare kości. Gdyby nie choroby, ho ho… - wzniósł oczy pod niebo - niegdyś był ze mnie prawdziwy je… to znaczy Casanova. Roześmiałem się szczerze i uścisnąłem jeszcze raz dłoń byłego suwnicowego. Jej dotyk dziwnie uspokajał i dodawał otuchy. Pomyślałem, że starość wcale nie musi być straszna.

- Nie wątpię, panie Stanisławie - zapewniłem - do zobaczenia. Gwizdnąłem na buszującego w żywopłocie Tycjana i pogwizdując ruszyłem w stronę parku. „Tym razem posunę się dalej…”

ROZDZIAŁ 3

ALTER EGO
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij