TRON - ebook
Wypuścili z klatki dziecko. Posadzili na tronie szaleńca. Sułtan Ibrahim ma wreszcie wszystko: harem trzystu kobiet, skarby Wschodu, władzę nad trzema kontynentami. Po dwudziestu pięciu latach głodu zmysłów rzuca się na świat z apetytem, którego nikt nie potrafi nasycić. Pożąda soboli. Każdy mężczyzna w Stambule, który ma futro sobola, musi je oddać sułtanowi — albo umrzeć. Pożąda kobiet — sprowadza je z całego imperium, wzbudza zazdrość favorytki Şekerpare, zakochanej w nim.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-760-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Złote futra soboli opadały miękko z rąk niewolników, jak szepczący cień zimowego szeptu. Pachniały wilgotnym lasem i cierpkim dymem palonych żywic, który wędrował po marmurowej sali razem z sułtanem. Ibrahim siedział na miękkim, rubinowym dywanie, wokół niego rozpościerały się stosy futer — darów z dalekich rubieży imperium. Skóry miały barwę nocnego nieba, lekko zamszowe, połyskujące srebrem światła wschodzącego słońca, przez witrażowe okna kafesu.
Jego palce przesuwały się po miękkim włosiu, co chwilę zbierając chwilę wyjątkową, jakby każdy skrawek futra krył nie tyle bogactwo, co sekret — obecność, którą można było. Były to futra soboli, najbardziej szlachetne z zimowych skórek, a on, Ibrahim, uwięziony dawniej w małym drewnianym kufrze kafesu, teraz łaknął ich dotyku jak nigdy.
Szept jego eunuchów był niemal niezauważalny, jak szum źródlanej wody. „Carega’m… powiada o skórze siwy car Ibrahim, ale chyba nie rozumie, że futro jest ciałem zimy, którą zna od urodzenia” — myślał, przymykając powieki, pozwalając kłaczkom wpadać między palce, chłonąc ich chłód i miękkość. Trudno mu było oddzielić zapachy: kadzidło z mydlaną wonią róż, świdrujące aromaty piżma, rozgrzewające nuty drewna sandałowego, które przez cały ranek snuły się po marmurowych krużgankach. A jednak sobolowe futro pozostawało niezmiennie osnową jego namiętności — chłodne, śmierdzące zimnem i puszystością, bliskie jak skóra obcego stworzenia.
„Dlaczego jest tak zimne?” — pytał nieruchomo palców, podczas gdy eunuch zbliżył się ostrożnie, niosąc kolejny rulon jedwabnego brokatu, który zaraz miał obłożyć futro, niczym ciało w przepiękną szatę zagłady.
„Właśnie dlatego, Panu. Bo zimy nie da się ujarzmić, tak jak i władzy” — odszepnął eunuch, a głos jego niósł ten cichy żart, który tylko władca i jego wierni słudzy mogli rozumieć bez słów.
Ibrahim otworzył oczy. Silne światło świtu odbijało się od złotych mozaik na sufitach. Jego wzrok błądził po kątach sieni, w poszukiwaniu czegoś większego niż futra. Może wolności — ale nie było jej tu, tylko te miękkie, chłodne okrycia, które nosiły ciężar zimy i ciszy.
Drzwi z ciężkiego drzewa cedrowego zatrzasnęły się cicho, odsłaniając cień kobiecej sylwetki. Kösem weszła — jej suknia kryła się w miękkich fałdach jedwabiu, a na twarzy malował się cień niepokoju nawet pod lśniącą skórą władzy. Jej spojrzenie zatrzymało się na futrach i na jego dłoniach.
„Carega’m…” — powiedziała, a jej głos brzmiał jak wyważony rozkaz, ale i troska, zaklęta w każdej literze. — „Sobol jest zimny, ale nie o to chodzi. Twoja obsesja staje się kratą jaśniejszą niż pozostałe. Przychodzę z rady. Topkapı mówi, że sułtan dusi się sam, we własnym futrze.”
Na chwilę w powietrzu zawisła cisza, ciężka i gęsta jak ciepła para nad łzami herbaty. Ibrahim przyciągnął futro bliżej siebie, skulony otoczką zimna i miękkości.
„Nie dusię się, Kösem. Chcę… chcę zamknąć zimę w zwoju, niech dusi jej zimno razem ze mną. Nie mogę otworzyć drzwi. Nie umiem. Są futra i futra, ale każde inne. Sobol nie pozwoli mi wyjść.”
Kösem przesunęła się milimetr bliżej. „Człowiek, który nie potrafi stanąć nago, zanurzony we własnym cieniu, przestaje być sułtanem. Jeśli nie rozgrzejesz dłoni nad płomieniem — pozostaniesz tylko cieniem.”
Jego wzrok został unieruchomiony na jej twarzy, na jej ruchu — jak cicha fala gorąca, na moment przecinająca lód jego świata. Odruchowo oderwał się od futra i sięgnął po srebrny puchar. Wlał do ust słodką, gorącą wodę z różanymi płatkami —
której smak został zaprojektowany tylko po to, by rozpalać i łagodzić jednocześnie. Kropelka spłynęła mu po brodzie, lodowaty cień skórki futra kontrastował z gorącem w gardle, przypominał o różnicy między iluzją a rzeczywistością, między marzeniem a cierpieniem.
Kösem obserwowała go z boku, bez oddechu, ze wstrzymanym sądem. W jej oczach kryła się chłodna przestrzeń, w której każdy gest, każde słowo było jak szachowy ruch, wyważony, przemyślany, ale też pełen napięcia. „Ibrahimie, pamiętaj…” — powiedziała z cichością, której nie chciał odrzucić, choć brzmiała jak śnieg spadający na księgę wiecznego życia. — „Brak światła przekształca futro w kaganiec.”
Ibrahim poczuł, jak coś w nim drgnęło — nagły ruch, który jednocześnie był lękiem i echem dawno zapomnianej pamięci. Zdjął futro z ramion powoli, jakby oddzielał od siebie kawałek mgły. „Jestem tu, gdzie mogę — zamknięty, choć tron przede mną. Zimno nie pozwala ruszyć się z miejsca. Sobol jest więzieniem, które sam utkaliśmy.”
„Więzienie…” — powtórzyła Kösem, dalej stojąc bezczynnie, lecz jej oddech pulsował lekko, wyrównując rytm marmurowej ciszy. — „Pamiętasz, co mówił Murad? Że tylko ogień leczy zimno. Może nadszedł czas zapłonu, Ibrahimie. Nadchodzi czas.”
Powietrze między nimi zakołysało się nagle; kadzidło w kominku zadrżało jak płomień, który nigdy nie zginie, ani nawet nie zgaśnie. Ibrahim przymknął oczy i wyobraził sobie płomień — czerwono-żółtą zorzę, która przecina mrok jego zamknięcia, tkankę futra prześwietla od środka. Ale wtedy zimno futra zostało z nim, jak blizna nie do zagojenia.
Eunuch, który czekał w progu, wpadł cicho do sali, niosąc małe pudełko wyłożone ciemnym aksamitem, którego krawędzie zdobiły drobne wykonania z rubinów i karneoli. Przyniósł zapach czarnego kadzidła, spleciony z nutą czegoś słodkiego i nieuchwytnego — jak wspomnienie zapomnianego kąta ogrodu.
„Carega’m” — powiedział z szacunkiem, stawiając skarb obok Ibrahima. Sutanna futra, klejnoty i chłód stojący w równowadze — obraz rzeczy, które nigdy się nie łączą. W głowie sułtana zamajaczyły odgłosy basów dzwonów, stukot kroków eunuchów i miękki szept jedwabiu przesuwanego po kamieniu.
Zaprotestował tylko cichym westchnieniem: „Znów błyskotki. Złoto i kamienie, które nie nagrzewają dłoni…”.
„Ale w nich jest światło, które przetrwa twoją ciszę” — odparła Kösem, drepcząc ku miejscu, gdzie miękkość sobola i twardość marmuru stykały się w niekończącej się walce.
Ibrahim sięgnął po jeden z rubinów. Obracał go powoli między palcami, aż zrozumiał, że szorstka powierzchnia jest najbliższa temu, co boli najpierw, zanim ogrzeje.
Na zewnątrz, zza zamglonego okna, spadały pierwsze cienie Stambułu. Miasto oddychało ciszą między modlitwami, a w kafes nie było ulgi od ciężaru futer, instynktów i ślepych pragnień — jak klatka podpisana imieniem mrozu, której klucza nie widział ani on sam, ani jego stróżowie.
„Nie pozwolą ci odejść” — wyrwałe się z jego ust, niemal szeptem, ale obietnica była ciężka, zaplątana w wiatr tkany z lotnych włókien jedwabiu i rozpalonego kadzidła. — „Wiem, Kösem. Ale czasem futro musi zostać zdjęte. Choćby po to, by odkryć tronie…”
Szmer kroków odezwał się ponownie — ktoś wchodził, światło przesunęło się na czerwono i złoto. Ibrahim spojrzał ku drzwiom i mógł tylko czekać, jak lód będzie kruszył się pod cięciem gorąca.
Szmer kroków odezwał się ponownie — ktoś wchodził, światło przesunęło się na czerwono i złoto. Ibrahim spojrzał ku drzwiom i mógł tylko czekać, jak lód będzie kruszył się pod cięciem gorąca.
Wszedł Cinci Hoca.
Ibrahim znał ten chód — chód człowieka, który nosi własny ciężar tak długo, że zapomniał, iż kiedyś chodził bez niego. Cinci Hoca był szejchem i uzdrowicielem, człowiekiem, któremu przypisywano moc wypędzania duchów, przywracania potencji władcom i leczenia melancholii wywołanej przez dżinny zapomniane w ciemnych kątach pałacowych. Ibrahim przyciągnął go do siebie dwa lata temu, gdy nocne sny stały się gęstsze od dnia, a dzień — bladszy od snów. Teraz Cinci Hoca chodził po Topkapı jak ktoś, kto miał prawo chodzić wszędzie — cichy, tłusty, z oczami, które widziały więcej, niż Ibrahim chciał, by widziano.
Kösem nie ruszyła się z miejsca. Jej plecy wyprostowały się nieznacznie, tak jak wyprostowują się plecy człowieka, który widzi węża na swojej drodze i postanawia go nie pokazywać po sobie.
Cinci Hoca skłonił się nisko, twarzą ku dywanowi, a fałdy jego szaty opadły wokół niego jak wody cofającego się morza. Kiedy podniósł głowę, oczy miał spokojne, lekko przytłumione, jak świece zapalane w dzień, kiedy ich światło jest zbędne, ale obecność — obowiązkowa.
„Carega’m” — powiedział. — „Przybyłem, bo przyśniłeś mi się jako człowiek otoczony skórami, które oddychały.”
Ibrahim poczuł, jak mięsień pod lewym okiem drgnął — ledwo zauważalnie, ale Cinci Hoca na pewno to widział. Cinci Hoca zawsze widział takie drżenia.
„Oddychały?” — powtórzył Ibrahim, a jego głos zabrzmiał spokojniej, niż się spodziewał. Dotknął jednej ze skór obok siebie, jak gdyby chciał sprawdzić. Futro było martwe i zimne, jak zawsze. Jak powinno być.
„W śnie każda rzecz oddycha — powiedział szejch, a w jego głosie nie było pytania ani wyjaśnienia, tylko stwierdzenie faktu tak oczywistego jak marmur. — Dżinn może wejść przez skórę martwego stworzenia, jeśli skóra nie zostanie należycie oczyszczona przed sprowadzeniem. Pytam, Carega’m: kto oczyścił te futra?”
Cisza, która po tym pytaniu nastała, miała strukturę. Ibrahim mógł ją niemal dotknąć — gęstą, wielowarstwową, z osobnymi warstwami dla każdego z obecnych. Warstwa jego własna: niepewność, która natychmiast przykryła się czymś chłodniejszym. Warstwa Kösem: milczenie zbyt precyzyjne, by było przypadkowe. Warstwa eunuchów przy ścianie: bezruch ludzi, którzy wiedzą, że ich zadaniem jest nie istnieć.
„Czyścili je moi ludzie — powiedział Ibrahim powoli. — Jak zawsze.”
„Jak zawsze — powtórzył Cinci Hoca, kiwając głową z miną człowieka, który właśnie potwierdził to, co już wiedział. — A mimo to Carega’m śpi źle. A mimo to sny przychodzą gęste i niosą ciężar nie swój. A mimo to dotykasz tych skór nieustannie, jakbyś szukał w nich czegoś, czego nie ma w sali tronowej, ani w kobietach, ani w złocie.”
Ibrahim zamknął pięść na futrze. Poczuł, jak włosie przesuwa się między palcami — jak setki drobnych oddechów naraz. Cinci Hoca mówił to, co Ibrahim myślał o trzeciej w nocy, kiedy pochodnie przyciemniano i zostając sam słyszał własne serce uderzające odrobinę za głośno. Mówił to głośno, w jasnym świetle, przy Kösem, i Ibrahim poczuł coś, co było jednocześnie ulgą i głębokim wstydem.
„Co proponujesz” — zapytał, a nie było to pytanie, tylko forma kontynuowania rozmowy.
Cinci Hoca rozłożył ręce. „Rytuał oczyszczenia. Kadzidło z bursztynu i czarnego anyżu, wymawiane nad każdą skórą osobno. Woda różana z solą morską, przyniesioną z Bosforu tej nocy. I modlitwa — siedem razy, bo siedem jest liczbą, której dżinny nie znoszą.”
„To zabobony” — powiedziała Kösem. Jej głos był cichy, ale wyraźny, jak nóż położony na stole bez hałasu.
Cinci Hoca nie spojrzał na nią. Patrzył na Ibrahima.
„Walide Sultan nazywa to zabobonem, bo Walide Sultan nie śpi tak jak śpi Carega’m. Bo jej sny są spokojne, jak sny kobiety z czystym sumieniem.”
To zdanie zawisło w powietrzu przez chwilę dłużej, niż powinno. Kösem nie odpowiedziała. Ibrahim poczuł — bez żadnego konkretnego powodu, czysto skórą, jak futro pod palcami — że coś właśnie się poruszyło między tymi dwojgiem, coś starego, coś, co istniało znacznie przed nim i będzie istniało znacznie po nim, i że on sam jest w tym jedynie pretekstem.
„Przygotujesz rytuał — powiedział Ibrahim do Cinci Hoci. — Dziś w nocy.”
Kösem wzięła oddech, który był prawie niezauważalny. Prawie.
Eunuch przy drzwiach podszedł cicho i wziął od drugiego eunucha tacę, na której leżały dwa małe szklane naczynia z olejkami i wiązka suszonych ziół, związana czarną nicią. Ibrahim pomyślał, że Cinci Hoca musiał to przygotować przed przyjściem — że ten człowiek nigdy nie przychodził bez gotowego rozwiązania, bez czegoś, co można było zaproponować, bez instrumentu, który miał odpowiedzieć na pytanie jeszcze zanim zostało zadane. To był jego talent i jego więzienie zarazem — bo człowiek, który zawsze ma odpowiedź, nigdy nie może przyznać, że nie wie. I Ibrahim, patrząc na ziołową wiązkę i szklane flakoniki, poczuł nagle coś w rodzaju braterstwa z tym tłustym szejchem w zbyt szerokich szatach.
Obaj byli uwięzieni w swoich rolach.
Obaj tworzyli swoje własne klatki, a potem siedzieli w nich i udawali, że z własnej woli.
Ibrahim odwrócił się od Cinci Hoci i ponownie spojrzał na futra. Był ich tu tuzin — może więcej. Przychodziły od chanów krymskich, od posłów moskiewskich, od kupców z Tabryzu, którzy wiedzieli, że nic nie otworzy drzwi pałacu lepiej niż sobolowe futro odpowiedniej grubości i odpowiedniego połysku. Każde z nich było darem, ale też formą języka — języka, który Ibrahim rozumiał lepiej niż jakikolwiek inny. Futro mówiło: tu jest zimno, z którego możesz się okryć. Futro mówiło: jesteśmy poza murami, gdzie liczy się inne prawo. Futro mówiło: pamiętasz las? Pamiętasz, co znaczy przestrzeń bez ścian?
Nie pamiętał.
Miał osiem lat, kiedy zamknięto za nim drzwi kafes. Osiem lat — to wiek, w którym chłopiec wie już, że las istnieje, ale jeszcze nie wie, czym jest naprawdę. Pamiętał zapach ogrodu — ale nie wiedział, czy to był prawdziwy ogród, czy tylko wyobrażenie ogrodu, skonstruowane przez umysł, który przez siedemnaście lat miał tylko cztery ściany i okno z kratą i niebo za kratą, które zmieniało kolory, ale nigdy nie zbliżało się wystarczająco.
Futro było lasem.
Tyle tylko rozumiał. Futro było lasem — czymś, co przyszło skądś, gdzie on nigdy nie dotarł i prawdopodobnie nigdy nie dotrze, nawet teraz, kiedy jest sułtanem, bo sułtani nie wyjeżdżają do lasów po to, by dotknąć soboli w ich naturalnym środowisku. Sułtani dostają futra przyniesione, rozłożone, oczyszczone — jak powiedział Cinci Hoca, choć w innym sensie.
„Kösem” — odezwał się Ibrahim, nie odwracając głowy.
„Jestem tu.”
„Ojciec. Czy lubił futra?”
Chwila ciszy. Nie długa — Kösem rzadko pozwalała sobie na długie chwile ciszy.
„Ahmed lubił łowy. To nie to samo.”
„Ale łowy kończą się futrem.”
„Łowy kończą się powrotem do domu” — powiedziała Kösem, a w jej głosie było coś, co Ibrahim zidentyfikował dopiero po chwili jako ból. Szybko schowany, starannie złożony, jak list, który napisano ale postanowiono nie wysyłać. — „Twój ojciec zawsze wracał. To była różnica między nim a mężczyznami, którzy zostają w lesie.”