-
nowość
Tropikalna strefa uczuć - ebook
Tropikalna strefa uczuć - ebook
Tu możesz się zatracić i wygrać albo przegrać… wszystko
Wymarzony urlop Lizy, rasowej businesswoman, od początku nie przebiega zgodnie z planem. Jej przyjaciółka w ostatniej chwili rezygnuje z wyjazdu, więc kobieta leci w pojedynkę. Na domiar złego, miejsce w samolocie parę rzędów od niej zajmuje jej były narzeczony.
I nie jest sam.
Ten widok tak bardzo działa Lizie na nerwy, że w odwecie postanawia uwieść pilota, aby pokazać, że ona też cieszy się szczęściem u boku kogoś nowego. Jeszcze nie wie, że tym samym wplącze się w niebezpieczną grę.
Kapitan okazuje się powiązany z międzynarodową grupą przestępczą. Jego tropem podąża Hubert – nieustępliwy pracownik wyspecjalizowanej Agencji, który nie zwykł odpuszczać, gdy czegoś pożąda. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie.
Udawany związek Lizy sprawia, że agent skupia na niej uwagę. Wychodzi na jaw, że mieli już okazję się spotkać, a gdy ich ścieżki ponownie się przecinają, odradza się dawna fascynacja.
Wymarzony urlop Lizy, rasowej businesswoman, od początku nie przebiega zgodnie z planem. Jej przyjaciółka w ostatniej chwili rezygnuje z wyjazdu, więc kobieta leci w pojedynkę. Na domiar złego, miejsce w samolocie parę rzędów od niej zajmuje jej były narzeczony.
I nie jest sam.
Ten widok tak bardzo działa Lizie na nerwy, że w odwecie postanawia uwieść pilota, aby pokazać, że ona też cieszy się szczęściem u boku kogoś nowego. Jeszcze nie wie, że tym samym wplącze się w niebezpieczną grę.
Kapitan okazuje się powiązany z międzynarodową grupą przestępczą. Jego tropem podąża Hubert – nieustępliwy pracownik wyspecjalizowanej Agencji, który nie zwykł odpuszczać, gdy czegoś pożąda. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie.
Udawany związek Lizy sprawia, że agent skupia na niej uwagę. Wychodzi na jaw, że mieli już okazję się spotkać, a gdy ich ścieżki ponownie się przecinają, odradza się dawna fascynacja.
Wkrótce kobieta będzie musiała udowodnić swoją niewinność, a przy tym nie dać się zwieść pokusom, które czyhają na Karaibach. Nic tak bowiem nie sprzyja gorącym, uzależniającym romansom jak palące słońce, rajskie plaże… i wizja, że mogą to być ostatnie dni wolności.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-403-7 |
| Rozmiar pliku: | 961 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROZDZIAŁ I
Liza
Leciałam na wymarzony i wyczekany urlop. Przyjaciółka, z którą miałam spędzić dwa tygodnie na Karaibach, w ostatniej chwili zawiodła. Zamiast towarzystwa swojej lojalnej kumpeli wybrała notorycznie zdradzającego narzeczonego. Oszołomił ją i ogłupił jak pierwszą naiwną. Choć jako trzydziestoparolatki nie należymy już do grona kici, kurczątek czy gąsek, to jednak ów przebiegły wąż przeszedł sam siebie w manipulacyjnym kąsaniu.
Mój Boże! Czego on nie wyprawiał?! Posypywał głowę popiołem wulkanicznym z Lanzarote. Kupował setki czerwonych róż. Zamawiał kolacje w najdroższych lokalach. No i oczywiście gołosłownie zapewniał, że kocha nad życie. A zdradziecki wyskok to tylko przypadkowy incydent. No jakżeby inaczej. Przecież ta trzecia, czwarta, piąta i kolejne grzesznice same się prosiły. W końcu kusiły go bezczelnie: bujnym biustem, nogami do nieba, talią Marilyn, zapleczem intelektualnym godnym tuzów współczesnej nauki i techniki. Jednym słowem same modliszki, bestialsko wiercące dziury w umysłach biednych, ale za to porządnych, przyzwoitych, zajętych panów, czyli swoich ofiar.
Niech to szlag! Co za gatunek! Obłudnik! Bałamutnik! Kłamca! Drań! Nie cierpię takich facetów! Mają szczęście, że trzymają się ode mnie z daleka!
Ech… Nie mogłam pozwolić, aby zawładnął mną zły nastrój. Zawsze szukałam pozytywów w trudnych i niespodziewanych sytuacjach. Pomyślałam, że należy skupić się na tym, na co mam realny wpływ – na przykład na umilaniu sobie długiej podróży wizualizowaniem kurortu, który na zdjęciach w prospektach reklamowych wręcz ociekał luksusem. Liczyłam, że odnajdę tam spokój, błękitne niebo, bajecznie miękki piasek i lazurową wodę. Obsługa będzie mnie rozpieszczać do granic możliwości. A wśród prowadzących aerobik nad brzegiem basenu pojawi się jakiś seksi lokals, na którego jędrnych pośladkach chętnie zawieszę oko.
Przekierowanie myśli na ten bajeczny kontekst uzmysłowiło mi, że naprawdę nie jest najgorzej. Zmierzam do miejsca, gdzie wszystko, co złe i mało ciekawe, wyblaknie. Do tego w warunkach, o jakich inni nawet nie śnili. Dysponuję dwoma opłaconymi fotelami w luksusowych, prywatnych liniach lotniczych o obiecująco brzmiącej nazwie „Tropikalny zamęt”. Mogę się tu rozłożyć wszerz i wzdłuż. Na zmianę. Raz na jednym, raz na drugim siedzeniu.
Jedyny, malusieńki, mankament podróży polegał na tym, że posadzono mnie w pierwszym rzędzie, nieopodal wyjścia ewakuacyjnego, wejścia do kokpitu i na dodatek w okolicy toalet! Nie mogłam jednak pozwolić, aby to zepsuło mi humor. Rozważyłam za i przeciw. Bilans zysków i strat wypadał korzystnie: mam blisko do łazienki. W podróżach na długie dystanse to ważne, gdy chcemy uniknąć dreptania z nogi na nogę, aby nie posiusiać się po wymyślnych drinkach serwowanych przez załogę.
Samolot wzbijał się coraz wyżej, a kiedy osiągnął wysokość przelotową, rozpięłam pasy i wyciągnęłam się wygodnie. Oddałam się w objęcia rozrywki pokładowej. Założyłam słuchawki i zaczęłam poszukiwać na ekranie przede mną rytmów, które wprowadzą mnie w nastrój Karaibów. Nie znałam zbyt wielu wykonawców z tamtej części świata, ale kojarzyłam kilka nazwisk. Wyszukałam jedno z nich i w uszach zaszumiała melodia. Nagle jakby coś mnie zakłuło w szyi. Ból usztywnił kark. Pozbyłam się sprzętu z uszu i wstałam, by rozprostować kości. Popatrzyłam na siedzących za mną pasażerów. Okazało się, że najgorszym, co mogło się wydarzyć, wcale nie był mój urlop w pojedynkę! Kilka rzędów za mną siedział mój były narzeczony – Rafał! Towarzyszyła mu kobieta…! A przecież jeszcze pół roku temu, gdy zrywał ze mną, zarzekał się, że jest aseksualny i nie ma zamiaru wchodzić w żadne związki! Cholera jasna!
Zerknęłam na nich kilkakrotnie, najdyskretniej jak się dało. Mimowolnie wizualizowałam ich wspólne, wspaniałe życie. Porównywałam je z moją zapracowaną, samotną codziennością – typową dla kobiet, które robią tak zwane kariery. Najbardziej przybijające było to, że na jej dłoni lśnił pierścień wart fortunę, który blaskiem niemal pozbawił mnie wzroku. Pewnie nie czułabym się aż tak bardzo wdeptana w ziemię, gdyby jego nowa zdobycz posiadała cechy miłej, sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa. Ona jednak, pechowo, była piękną kobietą, na oko znacznie ode mnie wyższą, miała pewnie ze sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Wyglądała też na z dziesięć lat młodszą. Ale pierwszym, co zwracało uwagę, były jej długie, lśniące kruczoczarne włosy oraz pełne usta. Co za połączenie! Och, jakże się różniłyśmy od siebie! Wyobraziłam sobie lekceważącą minę Rafała, gdyby mnie ujrzał! Zawsze lubił kobiety „spod igły”, a ja, jak na złość, włożyłam stary dres, który zamierzałam wyrzucić po powrocie.
Rafał i jego zdobycz nie zwracali jednak uwagi na świat doczesny. Byli zaabsorbowani spijaniem sobie z dzióbków. Niestety sama obecność tych dwojga, pomimo silnego przekonania co do tego, że szklanka jest do połowy pełna, odbierała mi nadzieję na przyjemny przebieg lotu. Chyba nic nie mogłoby zrekompensować mi tej żałosnej porażki i mojej bolesnej samotności kontrastującej z ich niebiańskim szczęściem. Nie mając pojęcia, jak rozegrać tę sytuację, postanowiłam się przykurczyć. Wezwałam dyskretnie stewardessę, zamówiłam drinka, a już po chwili, „wycięta” z realu, raczyłam się ucztą duchową. Zamknęłam oczy i świat zniknął.
—
– Liza Holewicz?! – usłyszałam nagle głos Rafała i jednocześnie poczułam mocne, bezpardonowe trącenie w ramię. – Pierwszy urlop od pięciu lat? Czy wyrzucili cię z pracy i trzeba zabić nudę wyjazdami?
Podniosłam głowę. Drwiąco lustrował pusty fotel obok, a później bezczelnie omiótł wzrokiem moje dłonie w poszukiwaniu ozdoby, która wskazywałaby na zobowiązania damsko-męskie.
– Co tu robisz?! – udawałam głupią.
– To jak? Zredukowali cię? Czy wygryźli? Bo nigdy nie uwierzę, że potrafisz odpoczywać z własnej woli… – Wskazał fotel obok. – Chyba że dorwałaś jakiegoś egzotycznego absztyfikanta, który przymyka oko na twój pracoholizm, wybujałe ambicje i odklejenie od rzeczywistości pozazawodowej…
– Nigdy nie grzeszyłeś taktem, a tym bardziej kulturą osobistą – odparłam, siląc się na spokój. – Do twojej wiadomości: jestem śmiertelnie zakochana. Z wzajemnością. W Polaku.
– Znalazłaś zainteresowanego karierowiczkami? Naprawdę w naszym kraju istnieją amatorzy takich kobiet? Ewenement na skalę światową! – Zaśmiał się, po czym zatrzymał wzrok na mojej sylwetce i kpiąco dodał: – Mam podobny problem do ciebie: tyję na brzuchu.
– Za to różnimy się tym, że pewnie nadal nosisz skarpetki dziurawe na piętach. Zupełnie jak za dawnych czasów… – dolałam oliwy do ognia w najmniej wyszukany sposób, jaki przyszedł mi do głowy. – Chyba że twoja miss je zszywa i ceruje. Widać po niej, że jest biegła w rękodziele…
Nie zdążył odpowiedzieć na mój przejaw błyskotliwości. Akurat zaświeciło się zielone światło nad drzwiami toalety, co sygnalizowało, że jest wolna. Rafał odszedł równie niespodziewanie, jak się pojawił, zostawiając w mojej głowie pobojowisko.
Palant! Tępy, pusty, próżny palant! Taki się urodził i takim padnie! A tak w ogóle to czego on ode mnie chciał? Przecież jest bajecznie szczęśliwy!
Zamknęłam oczy, aby ponownie się wyciszyć. Czas płynął w jednostajnym rytmie. Posiłek. Rozrywka pokładowa. Posiłek.
Znużona trwaniem w jednej pozycji, wstałam, żeby rozprostować kości i usprawnić krążenie. Przemieszczałam się pomiędzy rzędami siedzeń o trzy tip-topki w lewo, w prawo, na północ i na południe. W końcu odwróciłam się i ponownie dostrzegłam Rafała migdalącego się z wybranką serca. Zamarłam na chwilę, pogrążając się w smutku niespełnienia. Do rzeczywistości przywołało mnie lekkie uderzenie w plecy.
– Szanowni państwo… – usłyszałam za sobą, tuż nad głową, i wykonałam zwrot w tył, stając oko w oko z kapitanem, który chciał się osobiście przywitać z pasażerami.
Zamurowało mnie. Diabelsko grzeszył urodą i elegancją. Był wysokim ciemnym blondynem o zielonych oczach i olśniewającym uśmiechu. Służbowa jasna koszula, granatowe spodnie i jakaś nuta bliżej nieokreślonej nonszalancji dopełniały boskiej całości, pozycjonując go w czołówce najprzystojniejszych facetów, jakich widziałam w wersji live.
Wszystkie oczy zwrócone były w kierunku jego i moim. W tym te najważniejsze na pokładzie: Rafała i jego pięknej lalki. Przypomniałam sobie artykuł prasowy o uwodzeniu poprzez oddziaływanie na kilka zmysłów w tym samym czasie. Zamarzyłam, że przetestuję tę teorię na pilocie i bezpardonowo omotam obiekt westchnień osiemdziesięciu procent pań na pokładzie tego samolotu. W tym także ciemnowłosej gwiazdy mojego ex.
Zerknęłam na dłonie przemawiającego: nie ma obrączki, więc przedpole czyste. Zebrałam się w sobie i zarzuciłam mu ręce na szyję. Stał, nie wykonując żadnego ruchu. Poszłam o krok dalej: zbliżyłam usta do jego policzka, pobudzając zmysł dotyku, i lekko go cmoknęłam. Niestety, to również nie zadziałało. Podjęłam ostatnią próbę: zamachnęłam włosem, by odurzyć go zapachem moich intensywnych perfum. Jednocześnie wpatrywałam się przez kilka sekund w jego oczy, spod tak zwanego łba, by w końcu szepnąć uwodzicielsko: „skarbie…”. Liczyłam, że gazetowa metoda będzie równie efektywna jak lubczyk, pełnia księżyca, piżmo i wszelkie inne sztuczki, znane czarownicom na miotłach…
Niestety, pilot stał jak słup i popatrzył na mnie jak na wariatkę. Przytrzymałam się oparcia fotela, aby nie upaść na podłogę z powodu tego spektaklu żenady, jakiego pewnie dawno nie widziano na pokładzie żadnego samolotu. Po kilku sekundach okazało się, że marazm kapitana to jedynie chwilowa konsternacja. Przyciągnął mnie spontanicznie, położywszy rękę w talii, a następnie pogładził po głowie, pozwalając się rozmarzyć. Ocknęłam się w porę, oderwałam i wypowiedziałam ledwie słyszalnie:
– Przepraszam…
Oklapłam na przypisany mi fotel, spuszczając wzrok. Spodziewałam się wszystkiego, co najgorsze, łącznie z awaryjnym lądowaniem. Chcąc uspokoić skołatane nerwy, zaczęłam bawić się pustym kubeczkiem po kawie. Zginałam go i zgniatałam, jakbym układała co najmniej jakiś wybitnie skomplikowany wzór origami.
Pasażerowie, zamiast wydać z siebie gwizdy i krzyki, zaczęli bić brawo. Najlepsze jednak nastąpiło po kilku sekundach. Skonsternowany pilot przeprosił obecnych. Wyłączył mikrofon i przysiadł się do mnie, obdarzając moje oblicze zachwyconym spojrzeniem.
– Coś się święci…? – szepnął, odkrywając w uśmiechu olśniewająco białe zęby, a ja zadrżałam jak licealistka.
– Niekoniecznie. Ale pięć rzędów dalej siedzi mój ex. Oszukał mnie, że rezygnuje z kobiet, bo przestała go interesować sfera seksualna… – Poczułam potworną suchość w ustach. – A teraz co? Świetnie się bawi z kobietą, która przypomina stworzony komputerowo ideał… A ja siedzę tutaj samotnie. Nieszczęśliwa. Bez planów na przyszłość…
– Domyślam się, że chodzi o atrakcyjną czarnulę z pełnymi ustami? Rzeczywiście, jest piękna. Rzuca się w oczy… – westchnął. – Widać, że inwestuje w siebie…
– Tak, tak. Inwestuje. Ale żeby była jasność: nie pozostaję z nimi w konflikcie. Mam żal, ale nie żywię wrogości. Nie odczuwam agresji – tłumaczyłam z drżeniem w głosie, bo przeraził mnie jego zagadkowy ton.
Uśmiechnął się porozumiewawczo i wstał. Ludzie ponownie bili brawo. Zauważyłam, że spodobał mu się aplauz. Co więcej, zaczął machać do pojedynczych pasażerów, posyłając od czasu do czasu tak zwany Hollywood kiss, niczym rasowy celebryta.
– No to jak? Wygłupiamy się? – rzucił rozochocony w moim kierunku.
– Myślę, że już wystarczy. Zasmakowałam samolotowej sławy. Przekonałam się, że chyba jednak wolę dyskrecję. – Byłam przerażona.
– Wprowadźmy pasażerów w klimat Karaibów. Gorących, grzesznych, przepełnionych namiętnością i południową pasją… – zaproponował konspiracyjnym szeptem. – Ach, co za myśl…! Proszę się nie obawiać! Proszę sobie po prostu wyobrazić, że ktoś kręci film z pani udziałem! Będzie pani zadowolona z efektu naszej radosnej twórczości! Niech pani nie mówi, że nigdy nie słyszała o szaleństwach uczuciowych na pokładach statków powietrznych?!
– Słyszałam… – odparłam równie dyskretnie, z udawanym zrozumieniem, choć coraz bardziej zaskoczona. – Ale nie jestem przekonana, czy wcielanie się w gwiazdę kinematografii, która zabawia pasażerów, to mój żywioł. Na dodatek flirtującą z pilotem, który ma nas bezpiecznie odstawić na wakacje. O ludzie, ratunku! – wyrwało mi się.
– Brawa dla mojej dzielnej…! – zdążył krzyknąć, lekceważąc moje ostatnie słowa.
Zachowując resztki przytomności, zerwałam się z miejsca i wstałam, po czym zakryłam jego usta dłonią, którą on natychmiast przejął i czule pocałował.
Zrezygnował chwilowo z przemowy, pochylił się i musnął także moje usta. Po chwili oderwał się, polecił mi usiąść i z powrotem włączył mikrofon. Opowiadał o locie i przy okazji oznajmił, że na pokładzie znajduje się osoba bliska jego sercu. Po zakończeniu pogadanki ukrył się w kokpicie. Jak gdyby nigdy nic.
Zamknęłam oczy. Przykryłam się kocem podróżnym, nie zamierzając go zdejmować do końca lotu. Zaczęłam sobie wyobrażać, że jest czapką niewidką.
– Pilota uwiodłaś?! – usłyszałam znajomy głos tuż nad głową.
– Juliusz Raj?! – krzyknęłam, wychylając głowę spod koca.
Niech to diabli!
Eksnarzeczonego Rafała przełknęłam, ale kolejny były kochanek na pokładzie tego samego samolotu?! Tego było już za wiele! Gdybym kiedykolwiek pisała jakikolwiek czarny scenariusz, takie zbiegi okoliczności nigdy nie przyszłyby mi do głowy!
– Tak, to ja, żaden sobowtór. Lecę z córką. Obiecałem, że jeśli zaliczy sesję zimową w pierwszych terminach, zabieram ją na Karaiby. Teraz spełniam obietnicę – odpowiedział.
– Naprawdę? Bardziej spodziewałabym się jakiejś mężatki, to znaczy kobiety zajętej… W sensie takiej, za którą nie będziesz musiał brać odpowiedzialności. Wiesz, w typie na romans bez zobowiązań – poprawiłam się kilka razy, mając w pamięci jego skłonności z zaprzeszłych czasów, gdy zabawiał się z zajętymi, w tym ze mną.
– Nie skomentuję, pozwolisz? – zapytał, odnosząc się do uwagi o rozwiązłości.
– Dyplomatyczny, jak zawsze. To nie antena telewizyjna. Nigdy nie wyjdziesz z roli polityka? Pewnie liczysz, że jak namierzą cię paparazzi, wzrosną twoje notowania u wyborców…? – zaatakowałam w odpowiedzi, a w duchu pomyślałam sobie, że do tego pięknego obrazka brakuje tylko fotek w magazynach i brukowcach z klasycznej kuchni, w której przyrządza włoskie potrawy (uwielbiał kuchnię włoską i naprawdę nieźle gotował).
– Liza, zapomnijmy o przeszłości. Liczy się teraźniejszość. Schowaj złośliwość do kieszeni – powiedział po chwili ze sztucznym uśmiechem, nie odrywając ode mnie wzroku. Już prawie pomyślałam, że może na coś liczy.
– Złośliwość? Popatrz, jaka jestem łagodna… – odrzekłam, trzepocząc powiekami.
– Czy on będzie z tobą na Aurora Blue? – zmienił temat, skinąwszy głową w stronę kokpitu.
– Zgadza się, jak najbardziej… Mam tuzin seksownych kostiumów kąpielowych, codziennie będę go uwodziła w innym. Do tego machnęłam tatuaż na… No wiesz, w intymnym miejscu… Już sobie wyobrażam kreatywny seks na dzikich plażach południa… – powiedziałam, wznosząc w duchu modły, abyśmy z Juliuszem nie mieszkali w tym samym hotelu, bo wszystko się wyda.
– Och! Liza, Liza… Kto cię zna, wie, że od lat wyjesz jak samotna wilczyca. Na dodatek do czterech ścian zakupionych na kredyt z horrendalnie wysokim oprocentowaniem. Ośmieszasz się tymi dziwacznymi fantazjami i wyjdzie ci to bokiem – jęknął, jakby wyczytał z mojej twarzy całą paletę kłamstw. – Choć z drugiej strony niczego ci nie brakuje… I jeszcze jedno: czy spod tych twoich seksi kostiumów będzie widać tatuaż? Czy jest tak sekretnie umieszczony, że będzie cieszył jedynie oko narzeczonego?
Po wygłoszeniu tych bezczelnie wybrzmiewających słów, pomaszerował w kierunku swojego fotela. Postanowiłam do końca lotu nie otwierać oczu, udając, że smacznie śpię. W ten oto sposób dotarłam na bajecznie piękną Aurora Blue…
—
Gdy ujrzałam hotel, ucieszyłam się, że dokonałam trafnego wyboru. Na szczęście nie byli tu zakwaterowani Rafał i jego wybranka. Znalazła się za to załoga samolotu, która miała wylecieć – jak udało mi się podsłuchać – za kilka dni. Ale, żeby nie było zbyt idealnie, ulokowano tutaj również… Juliusza i jego córkę.
Wystarczyło zerknąć na obiekt i stawało się oczywistym, że wakacje zapowiadają się luksusowo. W skład resortu wchodziło kilka budynków, rozmieszczonych wzdłuż bajecznie długiej, fikuśnie skonstruowanej fontanny. Wejścia do nich, pewnie dla zachowania intymności, pozasłaniane były bujną roślinnością. Oprócz tego na terenie znajdowały się bungalowy z małymi prywatnymi basenami. Każdy, kto w nich mieszkał, mógł prosto z salonu wskoczyć do wody. W ogrodzie porozmieszczane były klimatyczne latarnie, kolorowe lampiony i mnóstwo różnorakich, bliżej nieokreślonych światełek, które po zmroku mieniły się jak gwiazdki. Było co podziwiać.
Pokój, który mi przydzielono, był jasny i przestronny. Dzielił się na dwie części: dzienną i sypialnianą. W części dziennej umieszczono kanapę, dwa fotele i wielką komodę, nad którą wisiał telewizor. W części sypialnianej stało wielkie łoże z moskitierą, nad którym wisiał wiatrak. Ściany pomalowano na biało, a ciemne meble przypominały stare, kolonialne egzemplarze. Największym zaskoczeniem było jednak to, że po wejściu do sypialni zastałam na łóżku, tuż obok fikuśnych łabędzi z ręczników i porozrzucanych płatków róż, kartkę z numerem telefonu podpisaną jednoznacznie:
Kpt. Oskar Alfonso Douglas, PS. Lot nr 1313 z Warszawy na Aurora Blue.
Nieźle! – pomyślałam zadowolona, na wspomnienie szalonego kapitana.
Musiał wykazać się niespotykaną inwencją, skoro zdobył numer pokoju – przecież nawet nie wiedział, jak się nazywam. Zaimponował mi przebojowością i staraniami, ale jak tylko skojarzyłam, z czego słyną piloci, postanowiłam złapać dystans. Przecież jego inwencja wynikała z tego, że pewnie nie raz i nie dwa praktykował takie rzeczy na innych pasażerkach.
***
Pierwszy dzień urlopu zapowiadał się wspaniale. Zaplanowałam, że spędzę go nad basenem i na plaży, a wieczorem skorzystam z zaproszenia rozdawanego gościom hotelowym przy śniadaniu i udam się na bal przebierańców. Nie miałam, co prawda, odpowiedniego stroju, ale w drodze na plażę zrobiłam szybki rekonesans przybrzeżnej okolicy. Okazało się, że resort jest upstrzony sklepami i sklepikami, w których można znaleźć dosłownie wszystko, łącznie ze strojami na bale przebierańców. Zmysł biznesowy podpowiadał mi, co później znalazło potwierdzenie w rzeczywistości, że tematy balów i przyjęć, które ponoć odbywały się regularnie co kilka dni, zbieżne były z asortymentem, który akuratnie w tych dniach trafiał do punktów handlowych.
Hubert
Otrzymałem pilne wezwanie do fabryki, to znaczy do biura Agencji Śledztw Międzynarodowych. Przebywałem na urlopie. Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chcą. Spotkało ich wielkie szczęście, że nie byłem w rozjazdach i odebrałem telefon z wezwaniem.
Przez przeszklenia w drzwiach spostrzegłem, że w sali odpraw czeka na mnie kilka nieznanych mi osób, a poza tym szef. Nie spodziewałem się tego. Początkowo przypuszczałem, że ma to związek z moją wielotygodniową nieobecnością albo to reperkusje starych spraw, ale po chwili zrozumiałem błąd swojego rozumowania.
– Komisarz Hubert Krzycki. – Szef przedstawił mnie facetowi, który siedział obok.
– We własnej osobie – potwierdziłem.
– Urlop odwołany. Lecisz za kilka godzin na Karaiby – padło.
– Na drugi koniec świata? W celu? – zapytałem.
– Przemyt narkotyków – usłyszałem. – Przecież nie towarzysko…
– Znowu prochy? Czy wyście poszaleli? Oślepnę przedwcześnie od tych rzeczy – wkurzyłem się, bo stawało się to już nudne. – Jakieś konkrety?
– Maleńka, ekskluzywna wyspa Aurora Blue. Za trzy godziny podjedzie pod twój dom auto. Dokumenty i plan podróży do odebrania w kancelarii tajnej – doprecyzowano.
– Ja wszystko rozumiem, ale… – zacząłem.
– Bez narzekania, poproszę. Trzeba było się uczyć chińskiego, a nie angielskiego. Wtedy latałbyś do Chin zajmować się czymś bardziej inspirującym. Na przykład przemytem ciuchów i torebek… Albo, jeśli stawiasz na inne trudne języki, nielegalnym przerzutem kruszców ziem rzadkich… – usłyszałem.
– Nie cukruj. Zasłodzisz i całkiem się rozpuszczę… – odgryzłem się. – Co to za sprawa? Na jakim etapie jesteśmy?
– Na żadnym. Wiemy tylko, że na miejscu uziemiono cywilny samolot rejsowy. Co najmniej do końca tygodnia, pod pretekstem naprawy. Zgodnie z planem miał wylecieć za dwa dni. Turyści, którzy planowali wrócić nim do Polski, odbywają przymusowe przedłużone o tydzień wakacje… Trzeba zrobić rozpoznanie. Zweryfikować to, co wiemy od naszych miejscowych współpracowników, i przygotować manewry… – wyjaśniono pobieżnie.
– Jaki związek ma przemyt z uziemionym samolotem?
– Ekipa szmuglująca ma go wykorzystać do przerzutu. Robi to, zresztą dość skutecznie, od jakiegoś czasu. Na razie została zebrana w jednym obiekcie hotelowym.
– Z kim wykonuję tę robotę? – rzuciłem.
– Z Juliuszem Rajem i nowym nabytkiem… Ale oni już pracują na miejscu.
– Kogo mamy na oku? – Wyraźnie się ożywiłem na dźwięk nazwiska kumpla, z którym pracowałem już przy wielu sprawach, z tym że politycznych. Bo on był poświęcony polityce. Ciągle startował w jakichś wyborach, które przegrywał, ale kręcił się z wierchuszką jak w tyglu.
– Nazwiska nic ci nie powiedzą, ale skoro prosisz, to masz: kapitan Oskar Alfonso Douglas, stewardessa Bianca Rodriguez i świeżo dokoptowana do towarzystwa niejaka Liza Holewicz – oznajmił. – To jedyny trop. Nie wiemy, kto z miejscowych jest mózgiem interesu. Nie znamy lokalnych dostawców. Nie mamy pojęcia, kto z naszych współpracowników cechuje się lojalnością, a kto jest zdrajcą… W zasadzie to nawet nie ma jak ustalić nadawców serii donosów, które zainicjowały czynności wykrywcze i współpracę międzynarodową…
– Chwila! – krzyknąłem, zafiksowany na personaliach, które właśnie usłyszałem. – Dyrektorka w Papirusie nazywa się Liza Holewicz. Niezła z niej laska.
– …wiesz, w czym rzecz… – usłyszałem zawoalowaną wskazówkę.
– Poznaliśmy się przy innej sprawie. Ona myśli, że jestem żonatym inżynierem z firmy informatycznej. Na poprzedniej robocie nosiłem obrączkę i rozpracowywałem figurantów związanych z interesem, w którym ona siedzi od dziesięciu lat! Jak ja mam to niby odkręcić?! Sam?!
– Nie mamy ludzi. A rozterki i wątpliwości możesz zameldować koniowi na stadionie Realu Madryt – zabrzmiało kpiąco. – Masz głowę na karku? Kombinuj!
Będąc w służbach od ponad dekady, zdążyłem przyzwyczaić się do niespodzianek. Miałem świadomość, że zarezerwowane są przede wszystkim dla takich jak ja. Rozwiedzionych, bezdzietnych. Bez usprawiedliwień w postaci rodziny.
Dlatego po wyjściu z agencji wsiadłem do samochodu i bez specjalnej refleksji udałem się do domu, aby spakować walizki. Po setkach bliższych i dalszych wyjazdów otwierałem, ładowałem i zamykałem je w mgnieniu oka.
—
Od jakiegoś czasu mieszkałem wraz z rodzicami na przedmieściach Warszawy, w ogromnym starym domu, który pozostawał w naszej rodzinie od pokoleń. Rodzice byli w podeszłym wieku, a ja, jako jedynak, musiałem kilka razy w tygodniu odwiedzać ich z zakupami. Okazało się to na tyle trudne, że postanowiłem się do nich przeprowadzić. Moja matka jest emerytowaną nauczycielką matematyki i pomimo swojego zaawansowanego wieku niesamowicie aktywną osobą. Ojciec stanowi jej przeciwieństwo – to spokojny i wyważony inżynier, który całe życie spędził na placówkach, stąd nie przypadkiem posługiwałem się językiem angielskim równie sprawnie jak polskim. Nie uszło to uwadze odpowiednich służb, które zrekrutowały mnie w trakcie studiów na Politechnice Warszawskiej.
Miałem, co prawda, własne, prawie sześćdziesięciometrowe mieszkanie w Śródmieściu, które otrzymałem za szczególne zasługi dla kraju, ale od czasu rozwodu używałem go sporadycznie. Ostatnio służyło mi przede wszystkim do spotkań z kobietami. W końcu nie chciałem przypadkowych randek, których celem był seks, przenosić pod dach zacnego, rodzinnego domu. Nie chciałem, aby rodzice przywiązywali się do moich partnerek, bo żadna nie była kandydatką na coś poważniejszego.
Liza
Leżałam, słuchając szumu fal bijących o brzeg. Miałam na sobie czarny kostium kąpielowy i słomkowy kapelusz. Przykryłam się pareo tak, że cała twarz i ramiona były chronione przed upalnym słońcem. Dobiegały do mnie urywki rozmów w języku hiszpańskim i angielskim oraz śmiechy plażowiczów. Od czasu do czasu rozlegał się dźwięk przelatującego helikoptera straży przybrzeżnej. Czułam się wspaniale. Kompletnie błogo. Jak osoba umiejscowiona w cholernie odpowiednim miejscu i czasie. Jedynym, czego wymagała sytuacja, było wdychanie zapachu wiatru zmieszanego z kokosowymi olejkami do opalania. Wypoczywałam, ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała włączonego telefonu. Służbowego nie zabrałam, ale każdy najbliższy współpracownik i tak miał mój prywatny numer. Wiedziałam, że nic mnie nie ominie.
Nie byłam specjalnie zaskoczona, gdy nagle rozległ się dźwięk komórki.
– Cześć, mam nadzieję, że nie przeszkadzam – usłyszałam głos mojej pracownicy z Papirusa. – Przedstawiciel firmy informatycznej GallaXD, niejaki Hubert Krzycki, prosi o twój prywatny numer telefonu. Czy mogę mu podać? Wyrażasz zgodę?
– Coś się stało? Przekazałaś, że mam urlop? – zapytałam zdziwiona, bo ostatnio kontakt z Krzyckim mieliśmy ponad pół roku temu.
– Przekazałam, a nawet wyjaśniłam, jak daleko jesteś, ale i tak nalegał. Chce omówić coś, nad czym swego czasu pracowaliście… – odparła.
– Dobrze – przerwałam w pół zdania i rozłączyłam się, po czym z powrotem oddałam się błogiemu leniuchowaniu i wspominaniu Huberta.
Był inżynierem. Potrzebowaliśmy go, gdy stawiano kolejne prywatne przedszkole, prowadzone w ramach sieci pod nazwą Papirus. Zarządzam nią wraz z moim zastępcą – Kamilem Bartnickim, właścicielem zaś jest Camel Przyłucki – Amerykanin, który zainwestował pieniądze w Polsce, ale na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych. Nie wtrąca się do biznesu, dopóki otrzymuje gwarantowane dochody. To wygodne rozwiązanie. Dzięki temu ja i mój zastępca mamy wolną rękę, ale i właściciela, który nie zaprząta sobie głowy, wytykając palcem błędy i niedoróbki, które przecież czasami się zdarzają, jak w każdym biznesie.
Stanęło mi przed oczami pierwsze spotkanie z Hubertem przed budynkiem Papirusa. Przyjechał na motorze. Inżynier jak inżynier. Facet jak facet. Po prostu kontrahent – myślałam. Wszystko uległo zmianie, gdy tylko zdjął kask z głowy. Wówczas obdarzył mnie najmilszym uśmiechem świata. Poczułam, że między nami przeskoczyła bliżej nieokreślona iskra. Taka, która odpowiada za tę mityczną metafizyczną więź. Nie potrafiłam tego wyjaśnić. Owszem, słyszałam kiedyś o relacjach karmicznych, gdzie dusze, przyjmując kolejne wcielenia, stykają się ze sobą jak dłużnik z wierzycielem. Nigdy nie byłam oderwana od rzeczywistości, ale fluidy płynące z prędkością światła pomiędzy mną a Hubertem Krzyckim wskazywały, że coś jednak z tą karmą musi być na rzeczy.
Miał duże ciemne oczy i półdługie włosy, które co najmniej od kilku miesięcy nie widziały fryzjera. Nigdy nie lubiłam takich fryzur, ale w tym przypadku mnie nie zraziła. Chyba przez kosmyki, które kołysały się niesfornie i zawadiacko wokół jego czoła. Twarz Huberta pokryta była seksownym, ciemnym zarostem, a oczy lśniły jak gwiazdy opisywane w wierszach poetów i poetek. Mierzył około stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i był pięknie zbudowany. Co do tego ostatniego: nie widziałam go, co prawda, jak go matka natura stworzyła, ale przylegający strój nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do jego boskiej budowy.
Zdecydowałam wtedy, że nie ma po co się kompromitować i zabiegać o jego uwagę. Skłamałabym jednak, gdybym zaprzeczyła, że przemknął przez moje myśli jakiś drobny przebłysk nadziei, bo od jakiegoś czasu byłam sama. Później, z plotek, dowiedziałam się, że ma żonę. Zachodziłam w głowę, jaka musi być kobieta takiego mężczyzny. Z pewnością żywcem wycięta z okładki luksusowego magazynu z modą…
A dzisiaj?!
Dzisiaj chciał do mnie kontakt…!
Ciekawe, po co?!
Nieubłaganie nadchodziła pora lunchu. Wstałam z leżaka i owinęłam się pareo. Podeszłam do przybrzeżnej restauracji i zamówiłam piña coladę. Drinka postawiłam na stoliku i udałam się do bufetu po miejscowe smakołyki.
Gdy wróciłam, okazało się, że przy moim stoliku siedzi kapitan Oskar Douglas. W całej okazałości i krasie, bo ubrany jedynie z luźne kąpielówki. W samolocie nie przyjrzałam się mu dokładnie, ale teraz doskonale widziałam, że jego niekompletny strój jest w pełni uzasadniony. Najwidoczniej towarzyszyła mu świadomość tego faktu, bo posłał mi pewny siebie, uwodzicielski uśmiech i jeszcze dodatkowo powitał słowem:
– Ciao… – wypowiedzianym tak przeciągle i zmysłowo, na ile było to możliwe w miejscu publicznym.
Na dodatek po tym „ciao…”, brzmiącym jak „miau…”, pocałował mnie w usta. Polscy turyści, którzy rozpoznali w nas parę z samolotu, zaczęli bić gromkie brawa. Gratulowali szczęścia, a nawet wznosili toasty na naszą cześć. Towarzyszyły temu okrzyki: „gorzko, gorzko”… Zamiast podniecenia zawładnęło mną przerażenie. Sprawy zaczynały przybierać nieoczekiwany obrót. Trzeba było temu przeciwdziałać. Dlatego postanowiłam zdobyć się na najbardziej przyjazny, aczkolwiek stanowczy ton, by ostudzić jego zapędy.
– Co tutaj robisz? Nie jesteś w drodze do kraju? Zostałeś na wyspie? Jak to? Po co?
– Mamy kłopoty techniczne. Jesteśmy uziemieni co najmniej do końca tygodnia, a może nawet do czasu twojego powrotu z wakacji, czyli na okres dwóch tygodni. Zostawiłem ci kartkę i…?
– Myślałam, że już polecieliście i straciłam okazję… Poza tym po podróży dał mi się we znaki jet lag, zasnęłam wczoraj jak niemowlę… A dzisiaj mam spuchnięte nogi i palce u dłoni. Jestem bardzo zmęczona… Za dużo tego, zdecydowanie… – starałam się wybrnąć z sytuacji, choć w rzeczywistości wiele bym dała, aby zapomnieć o wygłupie z samolotu.
– Z chronicznym przemęczeniem, niepohamowaną sennością, opuchlizną, bólem wszelkich kości i chrząstek, nie wspominając o jet lagu, jesteś perfekcyjnym towarzystwem! Wiesz dlaczego? Bolączki i niedogodności w zderzeniu z twoim urokiem nie mają żadnego znaczenia! Moja piękna! – podniósł głos i zerknął spod tych swoich długich rzęs na mnie i na ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach.
Niestety, zamiast zaspokojenia kobiecej próżności, jego entuzjazm przyniósł mi dziwne wrażenie przeciążenia. Dosłownie takiego, jakby ktoś ułożył mi na ramionach dodatkowe dwadzieścia kilogramów. Może przez to, że nigdy w swoim ponad trzydziestopięcioletnim życiu nie poznałam tak pięknego mężczyzny, który by mnie wprost uwodził?
Był przystojny, świetnie zbudowany. Inteligentny i zabawny. Nic dodać, nic ująć. Gdybym bawiła się w ocenianie, jak to zwykle czynią mężczyźni po dwóch piwach, powiedziałabym, że otrzymuje dziesięć na dziesięć punktów. A może nawet wychodzi poza skalę? Oczywiście skalę takiej kobiety jak ja. A jestem średniego wzrostu ciemną blondynką z długimi, bo sięgającymi pasa, falowanymi włosami. Mój nos jest upstrzony piegami. Niby wyglądam młodo i szczupło. Ale nie zawdzięczam tego, jak niektóre gwiazdy filmowe, genom, lecz raczej odpowiednio dobranej diecie i codziennemu katowaniu się sportem. I, co tu kryć, dość kosztownym zabiegom kosmetycznym, włączając w to rozwiązania inwazyjne. Czy naprawdę coś tak pospolitego, sporo wydatkującego na robienie wrażenia przyjaznego oku, działa na idealnych facetów?
– Tamten wybryk na pokładzie był niesamowity. Nigdy nie przydarzyło mi się nic podobnego. Założę się, że tobie również. Kiedy pomyślę o twojej spontanicznej naturze, do głowy napływają przeróżne scenariusze… No i oczywiście nadzieje… To takie budujące, perspektywiczne… Pozwolisz się porwać na dzisiejszy bal przebierańców? – Jego słowa wyrwały mnie z zamyślenia.
– Ach tak… To znaczy nie… – wydukałam. – Oczywiście, że tak.
– Wspaniale! – Po raz kolejny obdarzył mnie milusińskim spojrzeniem.
Nie do końca byłam zadowolona z takiego obrotu spraw. Wakacje z założenia miały upłynąć mi na eliminacji czynnika męskiego z otoczenia. Chciałam wreszcie się pozbierać, pożyć ze sobą, uporządkować sprawy. A przede wszystkim zdystansować się do płci przeciwnej. Tymczasem już od początku wyjazdu czułam się bardziej widzialna niż w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Zaczynało się dziać coś niepokojącego… Na szczęście Oskar ulotnił się równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawił.
Skończyłam pić piña coladę i raczyć się sałatką z awokado i papryczkami chilli, przyprawioną na kwaśno i ostro. Zakręciło mi się lekko w głowie. Dzięki temu ostatniemu odeszłam w kierunku plaży najbardziej seksownym krokiem, na jaki byłam w stanie się zdobyć.
Gdy z powrotem znalazłam się przy swoim leżaku, postanowiłam się zdrzemnąć, ale ciszę coraz to na nowo przerywały dźwięki komórki, sygnalizujące nieodebrane połączenie. Nadmiar bodźców rozpraszał. Miałam dość ignorowania irytującego pikania. Zdenerwowana sięgnęłam po telefon: osiem nieodebranych. Wszystkie od Huberta Krzyckiego!
Czego może chcieć? Czyżby jakieś ekstremalnie wysokie zaległości płatnicze? A może został zatrzymany i potrzebuje poręczenia? – pomyślałam i postanowiłam do niego oddzwonić jutro, żeby nie pomyślał, że będę na każde jego skinienie, zwłaszcza na urlopie.
—
Wieczorem przestałam chwilowo myśleć o Hubercie. Szykowałam się na imprezę, z Oskarem. Tematem przewodnim były złote lata Hollywood, kiedy w świetle reflektorów rodziły się największe gwiazdy, pozostające niedoścignionymi ideałami urody po dziś dzień. Naprawdę miałam ochotę zaszaleć, choć starałam się uniknąć zbędnych wydatków. Dlatego postanowiłam podrasować jedną z moich wakacyjnych sukienek, które zabrałam z Polski. Spędziłam przed lustrem długie godziny i byłam zadowolona z tego, jak codzienna Liza Holewicz przeobraziła się w gwiazdę starego kina.
Miałam na sobie dopasowaną sukienkę midi w kolorze białym w pastelowe fioletowe kwiaty, przepasaną czarną szarfą, która wspaniale podkreślała talię, a na nogach zamszowe czarne sandałki na bardzo wysokim obcasie. Włosy rozpuściłam i uczesałam je w tak zwane hollywoodzkie fale z przedziałkiem na boku. Mocno zaznaczyłam oczy, ale za to usta dla równowagi przeciągnęłam jedynie błyszczykiem.
– Raz się żyje… – powiedziałam, przyglądając się swojemu odbiciu.
Usłyszałam pukanie do drzwi i pobiegłam, aby je otworzyć.
W progu stał Oskar. Najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego widziałam na żywo. Odstawiony, odwalony, odpicowany – jakkolwiek by tego nie nazwać. Ubrany był w jasny lniany garnitur, który kontrastował z delikatną opalenizną i blaskiem jego zielonych oczu. Poczułam się, jakby nagle z niebios zstąpili Amor, Eros i wszyscy inni bogowie, odpowiedzialni za swoich przedstawicieli na ziemi.
Co więcej, jego doskonałość była arcyzasilająca energetycznie!
W każdym razie dla takich nikłych zasobów jak moje!
Nagle zza zakrętu korytarza wyłoniła się grupa miejscowych muzyków. Grali rzewne, piękne i uwodzące szczerością pieśni rodem z Ameryki Środkowej. Stałam w progu jak zahipnotyzowana. Nie miałam pojęcia, co zrobić i powiedzieć. Początkowo chciałam wszystkich zaprosić do swojego pokoju, aby ich ukryć i nie robić zamieszania na cały hotel. Potem zdałam sobie sprawę, że to i tak niczego nie zmieni.
W pewnym momencie zobojętniałam na to, co mogą powiedzieć inni. Zamknęłam oczy i zaczerpnęłam głęboko powietrza, rozkoszując się moim karaibskim szczęściem.
– Dziękuję… – wyszeptałam w końcu, otwierając powieki, a on, nie zważając na muzyków, rzucił się i pocałował mnie w usta.
Nie zdążyłam odpowiedzieć na pocałunek. Nagle obok pojawiła się kobieta, którą chyba gdzieś już wcześniej widziałam. Przypomniałam sobie, że to jedna ze stewardess, które leciały z nami w samolocie.
– Bianca. Partnerka tego pajaca – przedstawiła się i chwyciła Oskara za rękę.
Oskar nie odezwał się ani słowem. Stał i patrzył raz na mnie, raz na nią. Był biernym obserwatorem, który z zaciekawieniem oczekiwał dalszego rozwoju wydarzeń. W końcu stewardessa pociągnęła go w kierunku schodów prowadzących na dół. Muzyka ucichła. Towarzystwo zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Gdy zamknęłam drzwi, od razu sięgnęłam po szklankę, która stała na mini barku. Zaaplikowałam sobie porcję rumu, który lał się z dystrybutora w każdym pokoju, niemalże jak woda.
Och, jakże ja nienawidzę rumu!
A jednak musiałam czymś zalać potworny żal!
Cholera, jak mi źle!
– Za hart ducha – szepnęłam i podniosłam szklankę do ust.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Liza
Leciałam na wymarzony i wyczekany urlop. Przyjaciółka, z którą miałam spędzić dwa tygodnie na Karaibach, w ostatniej chwili zawiodła. Zamiast towarzystwa swojej lojalnej kumpeli wybrała notorycznie zdradzającego narzeczonego. Oszołomił ją i ogłupił jak pierwszą naiwną. Choć jako trzydziestoparolatki nie należymy już do grona kici, kurczątek czy gąsek, to jednak ów przebiegły wąż przeszedł sam siebie w manipulacyjnym kąsaniu.
Mój Boże! Czego on nie wyprawiał?! Posypywał głowę popiołem wulkanicznym z Lanzarote. Kupował setki czerwonych róż. Zamawiał kolacje w najdroższych lokalach. No i oczywiście gołosłownie zapewniał, że kocha nad życie. A zdradziecki wyskok to tylko przypadkowy incydent. No jakżeby inaczej. Przecież ta trzecia, czwarta, piąta i kolejne grzesznice same się prosiły. W końcu kusiły go bezczelnie: bujnym biustem, nogami do nieba, talią Marilyn, zapleczem intelektualnym godnym tuzów współczesnej nauki i techniki. Jednym słowem same modliszki, bestialsko wiercące dziury w umysłach biednych, ale za to porządnych, przyzwoitych, zajętych panów, czyli swoich ofiar.
Niech to szlag! Co za gatunek! Obłudnik! Bałamutnik! Kłamca! Drań! Nie cierpię takich facetów! Mają szczęście, że trzymają się ode mnie z daleka!
Ech… Nie mogłam pozwolić, aby zawładnął mną zły nastrój. Zawsze szukałam pozytywów w trudnych i niespodziewanych sytuacjach. Pomyślałam, że należy skupić się na tym, na co mam realny wpływ – na przykład na umilaniu sobie długiej podróży wizualizowaniem kurortu, który na zdjęciach w prospektach reklamowych wręcz ociekał luksusem. Liczyłam, że odnajdę tam spokój, błękitne niebo, bajecznie miękki piasek i lazurową wodę. Obsługa będzie mnie rozpieszczać do granic możliwości. A wśród prowadzących aerobik nad brzegiem basenu pojawi się jakiś seksi lokals, na którego jędrnych pośladkach chętnie zawieszę oko.
Przekierowanie myśli na ten bajeczny kontekst uzmysłowiło mi, że naprawdę nie jest najgorzej. Zmierzam do miejsca, gdzie wszystko, co złe i mało ciekawe, wyblaknie. Do tego w warunkach, o jakich inni nawet nie śnili. Dysponuję dwoma opłaconymi fotelami w luksusowych, prywatnych liniach lotniczych o obiecująco brzmiącej nazwie „Tropikalny zamęt”. Mogę się tu rozłożyć wszerz i wzdłuż. Na zmianę. Raz na jednym, raz na drugim siedzeniu.
Jedyny, malusieńki, mankament podróży polegał na tym, że posadzono mnie w pierwszym rzędzie, nieopodal wyjścia ewakuacyjnego, wejścia do kokpitu i na dodatek w okolicy toalet! Nie mogłam jednak pozwolić, aby to zepsuło mi humor. Rozważyłam za i przeciw. Bilans zysków i strat wypadał korzystnie: mam blisko do łazienki. W podróżach na długie dystanse to ważne, gdy chcemy uniknąć dreptania z nogi na nogę, aby nie posiusiać się po wymyślnych drinkach serwowanych przez załogę.
Samolot wzbijał się coraz wyżej, a kiedy osiągnął wysokość przelotową, rozpięłam pasy i wyciągnęłam się wygodnie. Oddałam się w objęcia rozrywki pokładowej. Założyłam słuchawki i zaczęłam poszukiwać na ekranie przede mną rytmów, które wprowadzą mnie w nastrój Karaibów. Nie znałam zbyt wielu wykonawców z tamtej części świata, ale kojarzyłam kilka nazwisk. Wyszukałam jedno z nich i w uszach zaszumiała melodia. Nagle jakby coś mnie zakłuło w szyi. Ból usztywnił kark. Pozbyłam się sprzętu z uszu i wstałam, by rozprostować kości. Popatrzyłam na siedzących za mną pasażerów. Okazało się, że najgorszym, co mogło się wydarzyć, wcale nie był mój urlop w pojedynkę! Kilka rzędów za mną siedział mój były narzeczony – Rafał! Towarzyszyła mu kobieta…! A przecież jeszcze pół roku temu, gdy zrywał ze mną, zarzekał się, że jest aseksualny i nie ma zamiaru wchodzić w żadne związki! Cholera jasna!
Zerknęłam na nich kilkakrotnie, najdyskretniej jak się dało. Mimowolnie wizualizowałam ich wspólne, wspaniałe życie. Porównywałam je z moją zapracowaną, samotną codziennością – typową dla kobiet, które robią tak zwane kariery. Najbardziej przybijające było to, że na jej dłoni lśnił pierścień wart fortunę, który blaskiem niemal pozbawił mnie wzroku. Pewnie nie czułabym się aż tak bardzo wdeptana w ziemię, gdyby jego nowa zdobycz posiadała cechy miłej, sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa. Ona jednak, pechowo, była piękną kobietą, na oko znacznie ode mnie wyższą, miała pewnie ze sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Wyglądała też na z dziesięć lat młodszą. Ale pierwszym, co zwracało uwagę, były jej długie, lśniące kruczoczarne włosy oraz pełne usta. Co za połączenie! Och, jakże się różniłyśmy od siebie! Wyobraziłam sobie lekceważącą minę Rafała, gdyby mnie ujrzał! Zawsze lubił kobiety „spod igły”, a ja, jak na złość, włożyłam stary dres, który zamierzałam wyrzucić po powrocie.
Rafał i jego zdobycz nie zwracali jednak uwagi na świat doczesny. Byli zaabsorbowani spijaniem sobie z dzióbków. Niestety sama obecność tych dwojga, pomimo silnego przekonania co do tego, że szklanka jest do połowy pełna, odbierała mi nadzieję na przyjemny przebieg lotu. Chyba nic nie mogłoby zrekompensować mi tej żałosnej porażki i mojej bolesnej samotności kontrastującej z ich niebiańskim szczęściem. Nie mając pojęcia, jak rozegrać tę sytuację, postanowiłam się przykurczyć. Wezwałam dyskretnie stewardessę, zamówiłam drinka, a już po chwili, „wycięta” z realu, raczyłam się ucztą duchową. Zamknęłam oczy i świat zniknął.
—
– Liza Holewicz?! – usłyszałam nagle głos Rafała i jednocześnie poczułam mocne, bezpardonowe trącenie w ramię. – Pierwszy urlop od pięciu lat? Czy wyrzucili cię z pracy i trzeba zabić nudę wyjazdami?
Podniosłam głowę. Drwiąco lustrował pusty fotel obok, a później bezczelnie omiótł wzrokiem moje dłonie w poszukiwaniu ozdoby, która wskazywałaby na zobowiązania damsko-męskie.
– Co tu robisz?! – udawałam głupią.
– To jak? Zredukowali cię? Czy wygryźli? Bo nigdy nie uwierzę, że potrafisz odpoczywać z własnej woli… – Wskazał fotel obok. – Chyba że dorwałaś jakiegoś egzotycznego absztyfikanta, który przymyka oko na twój pracoholizm, wybujałe ambicje i odklejenie od rzeczywistości pozazawodowej…
– Nigdy nie grzeszyłeś taktem, a tym bardziej kulturą osobistą – odparłam, siląc się na spokój. – Do twojej wiadomości: jestem śmiertelnie zakochana. Z wzajemnością. W Polaku.
– Znalazłaś zainteresowanego karierowiczkami? Naprawdę w naszym kraju istnieją amatorzy takich kobiet? Ewenement na skalę światową! – Zaśmiał się, po czym zatrzymał wzrok na mojej sylwetce i kpiąco dodał: – Mam podobny problem do ciebie: tyję na brzuchu.
– Za to różnimy się tym, że pewnie nadal nosisz skarpetki dziurawe na piętach. Zupełnie jak za dawnych czasów… – dolałam oliwy do ognia w najmniej wyszukany sposób, jaki przyszedł mi do głowy. – Chyba że twoja miss je zszywa i ceruje. Widać po niej, że jest biegła w rękodziele…
Nie zdążył odpowiedzieć na mój przejaw błyskotliwości. Akurat zaświeciło się zielone światło nad drzwiami toalety, co sygnalizowało, że jest wolna. Rafał odszedł równie niespodziewanie, jak się pojawił, zostawiając w mojej głowie pobojowisko.
Palant! Tępy, pusty, próżny palant! Taki się urodził i takim padnie! A tak w ogóle to czego on ode mnie chciał? Przecież jest bajecznie szczęśliwy!
Zamknęłam oczy, aby ponownie się wyciszyć. Czas płynął w jednostajnym rytmie. Posiłek. Rozrywka pokładowa. Posiłek.
Znużona trwaniem w jednej pozycji, wstałam, żeby rozprostować kości i usprawnić krążenie. Przemieszczałam się pomiędzy rzędami siedzeń o trzy tip-topki w lewo, w prawo, na północ i na południe. W końcu odwróciłam się i ponownie dostrzegłam Rafała migdalącego się z wybranką serca. Zamarłam na chwilę, pogrążając się w smutku niespełnienia. Do rzeczywistości przywołało mnie lekkie uderzenie w plecy.
– Szanowni państwo… – usłyszałam za sobą, tuż nad głową, i wykonałam zwrot w tył, stając oko w oko z kapitanem, który chciał się osobiście przywitać z pasażerami.
Zamurowało mnie. Diabelsko grzeszył urodą i elegancją. Był wysokim ciemnym blondynem o zielonych oczach i olśniewającym uśmiechu. Służbowa jasna koszula, granatowe spodnie i jakaś nuta bliżej nieokreślonej nonszalancji dopełniały boskiej całości, pozycjonując go w czołówce najprzystojniejszych facetów, jakich widziałam w wersji live.
Wszystkie oczy zwrócone były w kierunku jego i moim. W tym te najważniejsze na pokładzie: Rafała i jego pięknej lalki. Przypomniałam sobie artykuł prasowy o uwodzeniu poprzez oddziaływanie na kilka zmysłów w tym samym czasie. Zamarzyłam, że przetestuję tę teorię na pilocie i bezpardonowo omotam obiekt westchnień osiemdziesięciu procent pań na pokładzie tego samolotu. W tym także ciemnowłosej gwiazdy mojego ex.
Zerknęłam na dłonie przemawiającego: nie ma obrączki, więc przedpole czyste. Zebrałam się w sobie i zarzuciłam mu ręce na szyję. Stał, nie wykonując żadnego ruchu. Poszłam o krok dalej: zbliżyłam usta do jego policzka, pobudzając zmysł dotyku, i lekko go cmoknęłam. Niestety, to również nie zadziałało. Podjęłam ostatnią próbę: zamachnęłam włosem, by odurzyć go zapachem moich intensywnych perfum. Jednocześnie wpatrywałam się przez kilka sekund w jego oczy, spod tak zwanego łba, by w końcu szepnąć uwodzicielsko: „skarbie…”. Liczyłam, że gazetowa metoda będzie równie efektywna jak lubczyk, pełnia księżyca, piżmo i wszelkie inne sztuczki, znane czarownicom na miotłach…
Niestety, pilot stał jak słup i popatrzył na mnie jak na wariatkę. Przytrzymałam się oparcia fotela, aby nie upaść na podłogę z powodu tego spektaklu żenady, jakiego pewnie dawno nie widziano na pokładzie żadnego samolotu. Po kilku sekundach okazało się, że marazm kapitana to jedynie chwilowa konsternacja. Przyciągnął mnie spontanicznie, położywszy rękę w talii, a następnie pogładził po głowie, pozwalając się rozmarzyć. Ocknęłam się w porę, oderwałam i wypowiedziałam ledwie słyszalnie:
– Przepraszam…
Oklapłam na przypisany mi fotel, spuszczając wzrok. Spodziewałam się wszystkiego, co najgorsze, łącznie z awaryjnym lądowaniem. Chcąc uspokoić skołatane nerwy, zaczęłam bawić się pustym kubeczkiem po kawie. Zginałam go i zgniatałam, jakbym układała co najmniej jakiś wybitnie skomplikowany wzór origami.
Pasażerowie, zamiast wydać z siebie gwizdy i krzyki, zaczęli bić brawo. Najlepsze jednak nastąpiło po kilku sekundach. Skonsternowany pilot przeprosił obecnych. Wyłączył mikrofon i przysiadł się do mnie, obdarzając moje oblicze zachwyconym spojrzeniem.
– Coś się święci…? – szepnął, odkrywając w uśmiechu olśniewająco białe zęby, a ja zadrżałam jak licealistka.
– Niekoniecznie. Ale pięć rzędów dalej siedzi mój ex. Oszukał mnie, że rezygnuje z kobiet, bo przestała go interesować sfera seksualna… – Poczułam potworną suchość w ustach. – A teraz co? Świetnie się bawi z kobietą, która przypomina stworzony komputerowo ideał… A ja siedzę tutaj samotnie. Nieszczęśliwa. Bez planów na przyszłość…
– Domyślam się, że chodzi o atrakcyjną czarnulę z pełnymi ustami? Rzeczywiście, jest piękna. Rzuca się w oczy… – westchnął. – Widać, że inwestuje w siebie…
– Tak, tak. Inwestuje. Ale żeby była jasność: nie pozostaję z nimi w konflikcie. Mam żal, ale nie żywię wrogości. Nie odczuwam agresji – tłumaczyłam z drżeniem w głosie, bo przeraził mnie jego zagadkowy ton.
Uśmiechnął się porozumiewawczo i wstał. Ludzie ponownie bili brawo. Zauważyłam, że spodobał mu się aplauz. Co więcej, zaczął machać do pojedynczych pasażerów, posyłając od czasu do czasu tak zwany Hollywood kiss, niczym rasowy celebryta.
– No to jak? Wygłupiamy się? – rzucił rozochocony w moim kierunku.
– Myślę, że już wystarczy. Zasmakowałam samolotowej sławy. Przekonałam się, że chyba jednak wolę dyskrecję. – Byłam przerażona.
– Wprowadźmy pasażerów w klimat Karaibów. Gorących, grzesznych, przepełnionych namiętnością i południową pasją… – zaproponował konspiracyjnym szeptem. – Ach, co za myśl…! Proszę się nie obawiać! Proszę sobie po prostu wyobrazić, że ktoś kręci film z pani udziałem! Będzie pani zadowolona z efektu naszej radosnej twórczości! Niech pani nie mówi, że nigdy nie słyszała o szaleństwach uczuciowych na pokładach statków powietrznych?!
– Słyszałam… – odparłam równie dyskretnie, z udawanym zrozumieniem, choć coraz bardziej zaskoczona. – Ale nie jestem przekonana, czy wcielanie się w gwiazdę kinematografii, która zabawia pasażerów, to mój żywioł. Na dodatek flirtującą z pilotem, który ma nas bezpiecznie odstawić na wakacje. O ludzie, ratunku! – wyrwało mi się.
– Brawa dla mojej dzielnej…! – zdążył krzyknąć, lekceważąc moje ostatnie słowa.
Zachowując resztki przytomności, zerwałam się z miejsca i wstałam, po czym zakryłam jego usta dłonią, którą on natychmiast przejął i czule pocałował.
Zrezygnował chwilowo z przemowy, pochylił się i musnął także moje usta. Po chwili oderwał się, polecił mi usiąść i z powrotem włączył mikrofon. Opowiadał o locie i przy okazji oznajmił, że na pokładzie znajduje się osoba bliska jego sercu. Po zakończeniu pogadanki ukrył się w kokpicie. Jak gdyby nigdy nic.
Zamknęłam oczy. Przykryłam się kocem podróżnym, nie zamierzając go zdejmować do końca lotu. Zaczęłam sobie wyobrażać, że jest czapką niewidką.
– Pilota uwiodłaś?! – usłyszałam znajomy głos tuż nad głową.
– Juliusz Raj?! – krzyknęłam, wychylając głowę spod koca.
Niech to diabli!
Eksnarzeczonego Rafała przełknęłam, ale kolejny były kochanek na pokładzie tego samego samolotu?! Tego było już za wiele! Gdybym kiedykolwiek pisała jakikolwiek czarny scenariusz, takie zbiegi okoliczności nigdy nie przyszłyby mi do głowy!
– Tak, to ja, żaden sobowtór. Lecę z córką. Obiecałem, że jeśli zaliczy sesję zimową w pierwszych terminach, zabieram ją na Karaiby. Teraz spełniam obietnicę – odpowiedział.
– Naprawdę? Bardziej spodziewałabym się jakiejś mężatki, to znaczy kobiety zajętej… W sensie takiej, za którą nie będziesz musiał brać odpowiedzialności. Wiesz, w typie na romans bez zobowiązań – poprawiłam się kilka razy, mając w pamięci jego skłonności z zaprzeszłych czasów, gdy zabawiał się z zajętymi, w tym ze mną.
– Nie skomentuję, pozwolisz? – zapytał, odnosząc się do uwagi o rozwiązłości.
– Dyplomatyczny, jak zawsze. To nie antena telewizyjna. Nigdy nie wyjdziesz z roli polityka? Pewnie liczysz, że jak namierzą cię paparazzi, wzrosną twoje notowania u wyborców…? – zaatakowałam w odpowiedzi, a w duchu pomyślałam sobie, że do tego pięknego obrazka brakuje tylko fotek w magazynach i brukowcach z klasycznej kuchni, w której przyrządza włoskie potrawy (uwielbiał kuchnię włoską i naprawdę nieźle gotował).
– Liza, zapomnijmy o przeszłości. Liczy się teraźniejszość. Schowaj złośliwość do kieszeni – powiedział po chwili ze sztucznym uśmiechem, nie odrywając ode mnie wzroku. Już prawie pomyślałam, że może na coś liczy.
– Złośliwość? Popatrz, jaka jestem łagodna… – odrzekłam, trzepocząc powiekami.
– Czy on będzie z tobą na Aurora Blue? – zmienił temat, skinąwszy głową w stronę kokpitu.
– Zgadza się, jak najbardziej… Mam tuzin seksownych kostiumów kąpielowych, codziennie będę go uwodziła w innym. Do tego machnęłam tatuaż na… No wiesz, w intymnym miejscu… Już sobie wyobrażam kreatywny seks na dzikich plażach południa… – powiedziałam, wznosząc w duchu modły, abyśmy z Juliuszem nie mieszkali w tym samym hotelu, bo wszystko się wyda.
– Och! Liza, Liza… Kto cię zna, wie, że od lat wyjesz jak samotna wilczyca. Na dodatek do czterech ścian zakupionych na kredyt z horrendalnie wysokim oprocentowaniem. Ośmieszasz się tymi dziwacznymi fantazjami i wyjdzie ci to bokiem – jęknął, jakby wyczytał z mojej twarzy całą paletę kłamstw. – Choć z drugiej strony niczego ci nie brakuje… I jeszcze jedno: czy spod tych twoich seksi kostiumów będzie widać tatuaż? Czy jest tak sekretnie umieszczony, że będzie cieszył jedynie oko narzeczonego?
Po wygłoszeniu tych bezczelnie wybrzmiewających słów, pomaszerował w kierunku swojego fotela. Postanowiłam do końca lotu nie otwierać oczu, udając, że smacznie śpię. W ten oto sposób dotarłam na bajecznie piękną Aurora Blue…
—
Gdy ujrzałam hotel, ucieszyłam się, że dokonałam trafnego wyboru. Na szczęście nie byli tu zakwaterowani Rafał i jego wybranka. Znalazła się za to załoga samolotu, która miała wylecieć – jak udało mi się podsłuchać – za kilka dni. Ale, żeby nie było zbyt idealnie, ulokowano tutaj również… Juliusza i jego córkę.
Wystarczyło zerknąć na obiekt i stawało się oczywistym, że wakacje zapowiadają się luksusowo. W skład resortu wchodziło kilka budynków, rozmieszczonych wzdłuż bajecznie długiej, fikuśnie skonstruowanej fontanny. Wejścia do nich, pewnie dla zachowania intymności, pozasłaniane były bujną roślinnością. Oprócz tego na terenie znajdowały się bungalowy z małymi prywatnymi basenami. Każdy, kto w nich mieszkał, mógł prosto z salonu wskoczyć do wody. W ogrodzie porozmieszczane były klimatyczne latarnie, kolorowe lampiony i mnóstwo różnorakich, bliżej nieokreślonych światełek, które po zmroku mieniły się jak gwiazdki. Było co podziwiać.
Pokój, który mi przydzielono, był jasny i przestronny. Dzielił się na dwie części: dzienną i sypialnianą. W części dziennej umieszczono kanapę, dwa fotele i wielką komodę, nad którą wisiał telewizor. W części sypialnianej stało wielkie łoże z moskitierą, nad którym wisiał wiatrak. Ściany pomalowano na biało, a ciemne meble przypominały stare, kolonialne egzemplarze. Największym zaskoczeniem było jednak to, że po wejściu do sypialni zastałam na łóżku, tuż obok fikuśnych łabędzi z ręczników i porozrzucanych płatków róż, kartkę z numerem telefonu podpisaną jednoznacznie:
Kpt. Oskar Alfonso Douglas, PS. Lot nr 1313 z Warszawy na Aurora Blue.
Nieźle! – pomyślałam zadowolona, na wspomnienie szalonego kapitana.
Musiał wykazać się niespotykaną inwencją, skoro zdobył numer pokoju – przecież nawet nie wiedział, jak się nazywam. Zaimponował mi przebojowością i staraniami, ale jak tylko skojarzyłam, z czego słyną piloci, postanowiłam złapać dystans. Przecież jego inwencja wynikała z tego, że pewnie nie raz i nie dwa praktykował takie rzeczy na innych pasażerkach.
***
Pierwszy dzień urlopu zapowiadał się wspaniale. Zaplanowałam, że spędzę go nad basenem i na plaży, a wieczorem skorzystam z zaproszenia rozdawanego gościom hotelowym przy śniadaniu i udam się na bal przebierańców. Nie miałam, co prawda, odpowiedniego stroju, ale w drodze na plażę zrobiłam szybki rekonesans przybrzeżnej okolicy. Okazało się, że resort jest upstrzony sklepami i sklepikami, w których można znaleźć dosłownie wszystko, łącznie ze strojami na bale przebierańców. Zmysł biznesowy podpowiadał mi, co później znalazło potwierdzenie w rzeczywistości, że tematy balów i przyjęć, które ponoć odbywały się regularnie co kilka dni, zbieżne były z asortymentem, który akuratnie w tych dniach trafiał do punktów handlowych.
Hubert
Otrzymałem pilne wezwanie do fabryki, to znaczy do biura Agencji Śledztw Międzynarodowych. Przebywałem na urlopie. Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chcą. Spotkało ich wielkie szczęście, że nie byłem w rozjazdach i odebrałem telefon z wezwaniem.
Przez przeszklenia w drzwiach spostrzegłem, że w sali odpraw czeka na mnie kilka nieznanych mi osób, a poza tym szef. Nie spodziewałem się tego. Początkowo przypuszczałem, że ma to związek z moją wielotygodniową nieobecnością albo to reperkusje starych spraw, ale po chwili zrozumiałem błąd swojego rozumowania.
– Komisarz Hubert Krzycki. – Szef przedstawił mnie facetowi, który siedział obok.
– We własnej osobie – potwierdziłem.
– Urlop odwołany. Lecisz za kilka godzin na Karaiby – padło.
– Na drugi koniec świata? W celu? – zapytałem.
– Przemyt narkotyków – usłyszałem. – Przecież nie towarzysko…
– Znowu prochy? Czy wyście poszaleli? Oślepnę przedwcześnie od tych rzeczy – wkurzyłem się, bo stawało się to już nudne. – Jakieś konkrety?
– Maleńka, ekskluzywna wyspa Aurora Blue. Za trzy godziny podjedzie pod twój dom auto. Dokumenty i plan podróży do odebrania w kancelarii tajnej – doprecyzowano.
– Ja wszystko rozumiem, ale… – zacząłem.
– Bez narzekania, poproszę. Trzeba było się uczyć chińskiego, a nie angielskiego. Wtedy latałbyś do Chin zajmować się czymś bardziej inspirującym. Na przykład przemytem ciuchów i torebek… Albo, jeśli stawiasz na inne trudne języki, nielegalnym przerzutem kruszców ziem rzadkich… – usłyszałem.
– Nie cukruj. Zasłodzisz i całkiem się rozpuszczę… – odgryzłem się. – Co to za sprawa? Na jakim etapie jesteśmy?
– Na żadnym. Wiemy tylko, że na miejscu uziemiono cywilny samolot rejsowy. Co najmniej do końca tygodnia, pod pretekstem naprawy. Zgodnie z planem miał wylecieć za dwa dni. Turyści, którzy planowali wrócić nim do Polski, odbywają przymusowe przedłużone o tydzień wakacje… Trzeba zrobić rozpoznanie. Zweryfikować to, co wiemy od naszych miejscowych współpracowników, i przygotować manewry… – wyjaśniono pobieżnie.
– Jaki związek ma przemyt z uziemionym samolotem?
– Ekipa szmuglująca ma go wykorzystać do przerzutu. Robi to, zresztą dość skutecznie, od jakiegoś czasu. Na razie została zebrana w jednym obiekcie hotelowym.
– Z kim wykonuję tę robotę? – rzuciłem.
– Z Juliuszem Rajem i nowym nabytkiem… Ale oni już pracują na miejscu.
– Kogo mamy na oku? – Wyraźnie się ożywiłem na dźwięk nazwiska kumpla, z którym pracowałem już przy wielu sprawach, z tym że politycznych. Bo on był poświęcony polityce. Ciągle startował w jakichś wyborach, które przegrywał, ale kręcił się z wierchuszką jak w tyglu.
– Nazwiska nic ci nie powiedzą, ale skoro prosisz, to masz: kapitan Oskar Alfonso Douglas, stewardessa Bianca Rodriguez i świeżo dokoptowana do towarzystwa niejaka Liza Holewicz – oznajmił. – To jedyny trop. Nie wiemy, kto z miejscowych jest mózgiem interesu. Nie znamy lokalnych dostawców. Nie mamy pojęcia, kto z naszych współpracowników cechuje się lojalnością, a kto jest zdrajcą… W zasadzie to nawet nie ma jak ustalić nadawców serii donosów, które zainicjowały czynności wykrywcze i współpracę międzynarodową…
– Chwila! – krzyknąłem, zafiksowany na personaliach, które właśnie usłyszałem. – Dyrektorka w Papirusie nazywa się Liza Holewicz. Niezła z niej laska.
– …wiesz, w czym rzecz… – usłyszałem zawoalowaną wskazówkę.
– Poznaliśmy się przy innej sprawie. Ona myśli, że jestem żonatym inżynierem z firmy informatycznej. Na poprzedniej robocie nosiłem obrączkę i rozpracowywałem figurantów związanych z interesem, w którym ona siedzi od dziesięciu lat! Jak ja mam to niby odkręcić?! Sam?!
– Nie mamy ludzi. A rozterki i wątpliwości możesz zameldować koniowi na stadionie Realu Madryt – zabrzmiało kpiąco. – Masz głowę na karku? Kombinuj!
Będąc w służbach od ponad dekady, zdążyłem przyzwyczaić się do niespodzianek. Miałem świadomość, że zarezerwowane są przede wszystkim dla takich jak ja. Rozwiedzionych, bezdzietnych. Bez usprawiedliwień w postaci rodziny.
Dlatego po wyjściu z agencji wsiadłem do samochodu i bez specjalnej refleksji udałem się do domu, aby spakować walizki. Po setkach bliższych i dalszych wyjazdów otwierałem, ładowałem i zamykałem je w mgnieniu oka.
—
Od jakiegoś czasu mieszkałem wraz z rodzicami na przedmieściach Warszawy, w ogromnym starym domu, który pozostawał w naszej rodzinie od pokoleń. Rodzice byli w podeszłym wieku, a ja, jako jedynak, musiałem kilka razy w tygodniu odwiedzać ich z zakupami. Okazało się to na tyle trudne, że postanowiłem się do nich przeprowadzić. Moja matka jest emerytowaną nauczycielką matematyki i pomimo swojego zaawansowanego wieku niesamowicie aktywną osobą. Ojciec stanowi jej przeciwieństwo – to spokojny i wyważony inżynier, który całe życie spędził na placówkach, stąd nie przypadkiem posługiwałem się językiem angielskim równie sprawnie jak polskim. Nie uszło to uwadze odpowiednich służb, które zrekrutowały mnie w trakcie studiów na Politechnice Warszawskiej.
Miałem, co prawda, własne, prawie sześćdziesięciometrowe mieszkanie w Śródmieściu, które otrzymałem za szczególne zasługi dla kraju, ale od czasu rozwodu używałem go sporadycznie. Ostatnio służyło mi przede wszystkim do spotkań z kobietami. W końcu nie chciałem przypadkowych randek, których celem był seks, przenosić pod dach zacnego, rodzinnego domu. Nie chciałem, aby rodzice przywiązywali się do moich partnerek, bo żadna nie była kandydatką na coś poważniejszego.
Liza
Leżałam, słuchając szumu fal bijących o brzeg. Miałam na sobie czarny kostium kąpielowy i słomkowy kapelusz. Przykryłam się pareo tak, że cała twarz i ramiona były chronione przed upalnym słońcem. Dobiegały do mnie urywki rozmów w języku hiszpańskim i angielskim oraz śmiechy plażowiczów. Od czasu do czasu rozlegał się dźwięk przelatującego helikoptera straży przybrzeżnej. Czułam się wspaniale. Kompletnie błogo. Jak osoba umiejscowiona w cholernie odpowiednim miejscu i czasie. Jedynym, czego wymagała sytuacja, było wdychanie zapachu wiatru zmieszanego z kokosowymi olejkami do opalania. Wypoczywałam, ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała włączonego telefonu. Służbowego nie zabrałam, ale każdy najbliższy współpracownik i tak miał mój prywatny numer. Wiedziałam, że nic mnie nie ominie.
Nie byłam specjalnie zaskoczona, gdy nagle rozległ się dźwięk komórki.
– Cześć, mam nadzieję, że nie przeszkadzam – usłyszałam głos mojej pracownicy z Papirusa. – Przedstawiciel firmy informatycznej GallaXD, niejaki Hubert Krzycki, prosi o twój prywatny numer telefonu. Czy mogę mu podać? Wyrażasz zgodę?
– Coś się stało? Przekazałaś, że mam urlop? – zapytałam zdziwiona, bo ostatnio kontakt z Krzyckim mieliśmy ponad pół roku temu.
– Przekazałam, a nawet wyjaśniłam, jak daleko jesteś, ale i tak nalegał. Chce omówić coś, nad czym swego czasu pracowaliście… – odparła.
– Dobrze – przerwałam w pół zdania i rozłączyłam się, po czym z powrotem oddałam się błogiemu leniuchowaniu i wspominaniu Huberta.
Był inżynierem. Potrzebowaliśmy go, gdy stawiano kolejne prywatne przedszkole, prowadzone w ramach sieci pod nazwą Papirus. Zarządzam nią wraz z moim zastępcą – Kamilem Bartnickim, właścicielem zaś jest Camel Przyłucki – Amerykanin, który zainwestował pieniądze w Polsce, ale na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych. Nie wtrąca się do biznesu, dopóki otrzymuje gwarantowane dochody. To wygodne rozwiązanie. Dzięki temu ja i mój zastępca mamy wolną rękę, ale i właściciela, który nie zaprząta sobie głowy, wytykając palcem błędy i niedoróbki, które przecież czasami się zdarzają, jak w każdym biznesie.
Stanęło mi przed oczami pierwsze spotkanie z Hubertem przed budynkiem Papirusa. Przyjechał na motorze. Inżynier jak inżynier. Facet jak facet. Po prostu kontrahent – myślałam. Wszystko uległo zmianie, gdy tylko zdjął kask z głowy. Wówczas obdarzył mnie najmilszym uśmiechem świata. Poczułam, że między nami przeskoczyła bliżej nieokreślona iskra. Taka, która odpowiada za tę mityczną metafizyczną więź. Nie potrafiłam tego wyjaśnić. Owszem, słyszałam kiedyś o relacjach karmicznych, gdzie dusze, przyjmując kolejne wcielenia, stykają się ze sobą jak dłużnik z wierzycielem. Nigdy nie byłam oderwana od rzeczywistości, ale fluidy płynące z prędkością światła pomiędzy mną a Hubertem Krzyckim wskazywały, że coś jednak z tą karmą musi być na rzeczy.
Miał duże ciemne oczy i półdługie włosy, które co najmniej od kilku miesięcy nie widziały fryzjera. Nigdy nie lubiłam takich fryzur, ale w tym przypadku mnie nie zraziła. Chyba przez kosmyki, które kołysały się niesfornie i zawadiacko wokół jego czoła. Twarz Huberta pokryta była seksownym, ciemnym zarostem, a oczy lśniły jak gwiazdy opisywane w wierszach poetów i poetek. Mierzył około stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i był pięknie zbudowany. Co do tego ostatniego: nie widziałam go, co prawda, jak go matka natura stworzyła, ale przylegający strój nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do jego boskiej budowy.
Zdecydowałam wtedy, że nie ma po co się kompromitować i zabiegać o jego uwagę. Skłamałabym jednak, gdybym zaprzeczyła, że przemknął przez moje myśli jakiś drobny przebłysk nadziei, bo od jakiegoś czasu byłam sama. Później, z plotek, dowiedziałam się, że ma żonę. Zachodziłam w głowę, jaka musi być kobieta takiego mężczyzny. Z pewnością żywcem wycięta z okładki luksusowego magazynu z modą…
A dzisiaj?!
Dzisiaj chciał do mnie kontakt…!
Ciekawe, po co?!
Nieubłaganie nadchodziła pora lunchu. Wstałam z leżaka i owinęłam się pareo. Podeszłam do przybrzeżnej restauracji i zamówiłam piña coladę. Drinka postawiłam na stoliku i udałam się do bufetu po miejscowe smakołyki.
Gdy wróciłam, okazało się, że przy moim stoliku siedzi kapitan Oskar Douglas. W całej okazałości i krasie, bo ubrany jedynie z luźne kąpielówki. W samolocie nie przyjrzałam się mu dokładnie, ale teraz doskonale widziałam, że jego niekompletny strój jest w pełni uzasadniony. Najwidoczniej towarzyszyła mu świadomość tego faktu, bo posłał mi pewny siebie, uwodzicielski uśmiech i jeszcze dodatkowo powitał słowem:
– Ciao… – wypowiedzianym tak przeciągle i zmysłowo, na ile było to możliwe w miejscu publicznym.
Na dodatek po tym „ciao…”, brzmiącym jak „miau…”, pocałował mnie w usta. Polscy turyści, którzy rozpoznali w nas parę z samolotu, zaczęli bić gromkie brawa. Gratulowali szczęścia, a nawet wznosili toasty na naszą cześć. Towarzyszyły temu okrzyki: „gorzko, gorzko”… Zamiast podniecenia zawładnęło mną przerażenie. Sprawy zaczynały przybierać nieoczekiwany obrót. Trzeba było temu przeciwdziałać. Dlatego postanowiłam zdobyć się na najbardziej przyjazny, aczkolwiek stanowczy ton, by ostudzić jego zapędy.
– Co tutaj robisz? Nie jesteś w drodze do kraju? Zostałeś na wyspie? Jak to? Po co?
– Mamy kłopoty techniczne. Jesteśmy uziemieni co najmniej do końca tygodnia, a może nawet do czasu twojego powrotu z wakacji, czyli na okres dwóch tygodni. Zostawiłem ci kartkę i…?
– Myślałam, że już polecieliście i straciłam okazję… Poza tym po podróży dał mi się we znaki jet lag, zasnęłam wczoraj jak niemowlę… A dzisiaj mam spuchnięte nogi i palce u dłoni. Jestem bardzo zmęczona… Za dużo tego, zdecydowanie… – starałam się wybrnąć z sytuacji, choć w rzeczywistości wiele bym dała, aby zapomnieć o wygłupie z samolotu.
– Z chronicznym przemęczeniem, niepohamowaną sennością, opuchlizną, bólem wszelkich kości i chrząstek, nie wspominając o jet lagu, jesteś perfekcyjnym towarzystwem! Wiesz dlaczego? Bolączki i niedogodności w zderzeniu z twoim urokiem nie mają żadnego znaczenia! Moja piękna! – podniósł głos i zerknął spod tych swoich długich rzęs na mnie i na ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach.
Niestety, zamiast zaspokojenia kobiecej próżności, jego entuzjazm przyniósł mi dziwne wrażenie przeciążenia. Dosłownie takiego, jakby ktoś ułożył mi na ramionach dodatkowe dwadzieścia kilogramów. Może przez to, że nigdy w swoim ponad trzydziestopięcioletnim życiu nie poznałam tak pięknego mężczyzny, który by mnie wprost uwodził?
Był przystojny, świetnie zbudowany. Inteligentny i zabawny. Nic dodać, nic ująć. Gdybym bawiła się w ocenianie, jak to zwykle czynią mężczyźni po dwóch piwach, powiedziałabym, że otrzymuje dziesięć na dziesięć punktów. A może nawet wychodzi poza skalę? Oczywiście skalę takiej kobiety jak ja. A jestem średniego wzrostu ciemną blondynką z długimi, bo sięgającymi pasa, falowanymi włosami. Mój nos jest upstrzony piegami. Niby wyglądam młodo i szczupło. Ale nie zawdzięczam tego, jak niektóre gwiazdy filmowe, genom, lecz raczej odpowiednio dobranej diecie i codziennemu katowaniu się sportem. I, co tu kryć, dość kosztownym zabiegom kosmetycznym, włączając w to rozwiązania inwazyjne. Czy naprawdę coś tak pospolitego, sporo wydatkującego na robienie wrażenia przyjaznego oku, działa na idealnych facetów?
– Tamten wybryk na pokładzie był niesamowity. Nigdy nie przydarzyło mi się nic podobnego. Założę się, że tobie również. Kiedy pomyślę o twojej spontanicznej naturze, do głowy napływają przeróżne scenariusze… No i oczywiście nadzieje… To takie budujące, perspektywiczne… Pozwolisz się porwać na dzisiejszy bal przebierańców? – Jego słowa wyrwały mnie z zamyślenia.
– Ach tak… To znaczy nie… – wydukałam. – Oczywiście, że tak.
– Wspaniale! – Po raz kolejny obdarzył mnie milusińskim spojrzeniem.
Nie do końca byłam zadowolona z takiego obrotu spraw. Wakacje z założenia miały upłynąć mi na eliminacji czynnika męskiego z otoczenia. Chciałam wreszcie się pozbierać, pożyć ze sobą, uporządkować sprawy. A przede wszystkim zdystansować się do płci przeciwnej. Tymczasem już od początku wyjazdu czułam się bardziej widzialna niż w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Zaczynało się dziać coś niepokojącego… Na szczęście Oskar ulotnił się równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawił.
Skończyłam pić piña coladę i raczyć się sałatką z awokado i papryczkami chilli, przyprawioną na kwaśno i ostro. Zakręciło mi się lekko w głowie. Dzięki temu ostatniemu odeszłam w kierunku plaży najbardziej seksownym krokiem, na jaki byłam w stanie się zdobyć.
Gdy z powrotem znalazłam się przy swoim leżaku, postanowiłam się zdrzemnąć, ale ciszę coraz to na nowo przerywały dźwięki komórki, sygnalizujące nieodebrane połączenie. Nadmiar bodźców rozpraszał. Miałam dość ignorowania irytującego pikania. Zdenerwowana sięgnęłam po telefon: osiem nieodebranych. Wszystkie od Huberta Krzyckiego!
Czego może chcieć? Czyżby jakieś ekstremalnie wysokie zaległości płatnicze? A może został zatrzymany i potrzebuje poręczenia? – pomyślałam i postanowiłam do niego oddzwonić jutro, żeby nie pomyślał, że będę na każde jego skinienie, zwłaszcza na urlopie.
—
Wieczorem przestałam chwilowo myśleć o Hubercie. Szykowałam się na imprezę, z Oskarem. Tematem przewodnim były złote lata Hollywood, kiedy w świetle reflektorów rodziły się największe gwiazdy, pozostające niedoścignionymi ideałami urody po dziś dzień. Naprawdę miałam ochotę zaszaleć, choć starałam się uniknąć zbędnych wydatków. Dlatego postanowiłam podrasować jedną z moich wakacyjnych sukienek, które zabrałam z Polski. Spędziłam przed lustrem długie godziny i byłam zadowolona z tego, jak codzienna Liza Holewicz przeobraziła się w gwiazdę starego kina.
Miałam na sobie dopasowaną sukienkę midi w kolorze białym w pastelowe fioletowe kwiaty, przepasaną czarną szarfą, która wspaniale podkreślała talię, a na nogach zamszowe czarne sandałki na bardzo wysokim obcasie. Włosy rozpuściłam i uczesałam je w tak zwane hollywoodzkie fale z przedziałkiem na boku. Mocno zaznaczyłam oczy, ale za to usta dla równowagi przeciągnęłam jedynie błyszczykiem.
– Raz się żyje… – powiedziałam, przyglądając się swojemu odbiciu.
Usłyszałam pukanie do drzwi i pobiegłam, aby je otworzyć.
W progu stał Oskar. Najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego widziałam na żywo. Odstawiony, odwalony, odpicowany – jakkolwiek by tego nie nazwać. Ubrany był w jasny lniany garnitur, który kontrastował z delikatną opalenizną i blaskiem jego zielonych oczu. Poczułam się, jakby nagle z niebios zstąpili Amor, Eros i wszyscy inni bogowie, odpowiedzialni za swoich przedstawicieli na ziemi.
Co więcej, jego doskonałość była arcyzasilająca energetycznie!
W każdym razie dla takich nikłych zasobów jak moje!
Nagle zza zakrętu korytarza wyłoniła się grupa miejscowych muzyków. Grali rzewne, piękne i uwodzące szczerością pieśni rodem z Ameryki Środkowej. Stałam w progu jak zahipnotyzowana. Nie miałam pojęcia, co zrobić i powiedzieć. Początkowo chciałam wszystkich zaprosić do swojego pokoju, aby ich ukryć i nie robić zamieszania na cały hotel. Potem zdałam sobie sprawę, że to i tak niczego nie zmieni.
W pewnym momencie zobojętniałam na to, co mogą powiedzieć inni. Zamknęłam oczy i zaczerpnęłam głęboko powietrza, rozkoszując się moim karaibskim szczęściem.
– Dziękuję… – wyszeptałam w końcu, otwierając powieki, a on, nie zważając na muzyków, rzucił się i pocałował mnie w usta.
Nie zdążyłam odpowiedzieć na pocałunek. Nagle obok pojawiła się kobieta, którą chyba gdzieś już wcześniej widziałam. Przypomniałam sobie, że to jedna ze stewardess, które leciały z nami w samolocie.
– Bianca. Partnerka tego pajaca – przedstawiła się i chwyciła Oskara za rękę.
Oskar nie odezwał się ani słowem. Stał i patrzył raz na mnie, raz na nią. Był biernym obserwatorem, który z zaciekawieniem oczekiwał dalszego rozwoju wydarzeń. W końcu stewardessa pociągnęła go w kierunku schodów prowadzących na dół. Muzyka ucichła. Towarzystwo zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Gdy zamknęłam drzwi, od razu sięgnęłam po szklankę, która stała na mini barku. Zaaplikowałam sobie porcję rumu, który lał się z dystrybutora w każdym pokoju, niemalże jak woda.
Och, jakże ja nienawidzę rumu!
A jednak musiałam czymś zalać potworny żal!
Cholera, jak mi źle!
– Za hart ducha – szepnęłam i podniosłam szklankę do ust.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
więcej..