Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Tropikalna strefa uczuć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 marca 2026
2969 pkt
punktów Virtualo

Tropikalna strefa uczuć - ebook

Tu możesz się zatracić i wygrać albo przegrać… wszystko

Wymarzony urlop Lizy, rasowej businesswoman, od początku nie przebiega zgodnie z planem. Jej przyjaciółka w ostatniej chwili rezygnuje z wyjazdu, więc kobieta leci w pojedynkę. Na domiar złego, miejsce w samolocie parę rzędów od niej zajmuje jej były narzeczony.

I nie jest sam.

Ten widok tak bardzo działa Lizie na nerwy, że w odwecie postanawia uwieść pilota, aby pokazać, że ona też cieszy się szczęściem u boku kogoś nowego. Jeszcze nie wie, że tym samym wplącze się w niebezpieczną grę.

Kapitan okazuje się powiązany z międzynarodową grupą przestępczą. Jego tropem podąża Hubert – nieustępliwy pracownik wyspecjalizowanej Agencji, który nie zwykł odpuszczać, gdy czegoś pożąda. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie.

Udawany związek Lizy sprawia, że agent skupia na niej uwagę. Wychodzi na jaw, że mieli już okazję się spotkać, a gdy ich ścieżki ponownie się przecinają, odradza się dawna fascynacja.
Wkrótce kobieta będzie musiała udowodnić swoją niewinność, a przy tym nie dać się zwieść pokusom, które czyhają na Karaibach. Nic tak bowiem nie sprzyja gorącym, uzależniającym romansom jak palące słońce, rajskie plaże… i wizja, że mogą to być ostatnie dni wolności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-403-7
Rozmiar pliku: 961 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Liza

Le­cia­łam na wy­ma­rzo­ny i wy­cze­ka­ny urlop. Przy­ja­ciół­ka, z któ­rą mia­łam spę­dzić dwa ty­go­dnie na Ka­ra­ibach, w ostat­niej chwi­li za­wio­dła. Za­miast to­wa­rzy­stwa swo­jej lo­jal­nej kum­pe­li wy­bra­ła no­to­rycz­nie zdra­dza­ją­ce­go na­rze­czo­ne­go. Oszo­ło­mił ją i ogłu­pił jak pierw­szą na­iw­ną. Choć jako trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­ki nie na­le­ży­my już do gro­na kici, kur­czą­tek czy gą­sek, to jed­nak ów prze­bie­gły wąż prze­szedł sam sie­bie w ma­ni­pu­la­cyj­nym ką­sa­niu.

Mój Boże! Cze­go on nie wy­pra­wiał?! Po­sy­py­wał gło­wę po­pio­łem wul­ka­nicz­nym z Lan­za­ro­te. Ku­po­wał set­ki czer­wo­nych róż. Za­ma­wiał ko­la­cje w naj­droż­szych lo­ka­lach. No i oczy­wi­ście go­ło­słow­nie za­pew­niał, że ko­cha nad ży­cie. A zdra­dziec­ki wy­skok to tyl­ko przy­pad­ko­wy in­cy­dent. No jak­że­by ina­czej. Prze­cież ta trze­cia, czwar­ta, pią­ta i ko­lej­ne grzesz­ni­ce same się pro­si­ły. W koń­cu ku­si­ły go bez­czel­nie: buj­nym biu­stem, no­ga­mi do nie­ba, ta­lią Ma­ri­lyn, za­ple­czem in­te­lek­tu­al­nym god­nym tu­zów współ­cze­snej na­uki i tech­ni­ki. Jed­nym sło­wem same mo­dlisz­ki, be­stial­sko wier­cą­ce dziu­ry w umy­słach bied­nych, ale za to po­rząd­nych, przy­zwo­itych, za­ję­tych pa­nów, czy­li swo­ich ofiar.

Niech to szlag! Co za ga­tu­nek! Ob­łud­nik! Ba­ła­mut­nik! Kłam­ca! Drań! Nie cier­pię ta­kich fa­ce­tów! Mają szczę­ście, że trzy­ma­ją się ode mnie z da­le­ka!

Ech… Nie mo­głam po­zwo­lić, aby za­wład­nął mną zły na­strój. Za­wsze szu­ka­łam po­zy­ty­wów w trud­nych i nie­spo­dzie­wa­nych sy­tu­acjach. Po­my­śla­łam, że na­le­ży sku­pić się na tym, na co mam re­al­ny wpływ – na przy­kład na umi­la­niu so­bie dłu­giej po­dró­ży wi­zu­ali­zo­wa­niem ku­ror­tu, któ­ry na zdję­ciach w pro­spek­tach re­kla­mo­wych wręcz ocie­kał luk­su­sem. Li­czy­łam, że od­naj­dę tam spo­kój, błę­kit­ne nie­bo, ba­jecz­nie mięk­ki pia­sek i la­zu­ro­wą wodę. Ob­słu­ga bę­dzie mnie roz­piesz­czać do gra­nic moż­li­wo­ści. A wśród pro­wa­dzą­cych ae­ro­bik nad brze­giem ba­se­nu po­ja­wi się ja­kiś sek­si lo­kals, na któ­re­go jędr­nych po­ślad­kach chęt­nie za­wie­szę oko.

Prze­kie­ro­wa­nie my­śli na ten ba­jecz­ny kon­tekst uzmy­sło­wi­ło mi, że na­praw­dę nie jest naj­go­rzej. Zmie­rzam do miej­sca, gdzie wszyst­ko, co złe i mało cie­ka­we, wy­blak­nie. Do tego w wa­run­kach, o ja­kich inni na­wet nie śni­li. Dys­po­nu­ję dwo­ma opła­co­ny­mi fo­te­la­mi w luk­su­so­wych, pry­wat­nych li­niach lot­ni­czych o obie­cu­ją­co brzmią­cej na­zwie „Tro­pi­kal­ny za­męt”. Mogę się tu roz­ło­żyć wszerz i wzdłuż. Na zmia­nę. Raz na jed­nym, raz na dru­gim sie­dze­niu.

Je­dy­ny, ma­lu­sień­ki, man­ka­ment po­dró­ży po­le­gał na tym, że po­sa­dzo­no mnie w pierw­szym rzę­dzie, nie­opo­dal wyj­ścia ewa­ku­acyj­ne­go, wej­ścia do kok­pi­tu i na do­da­tek w oko­li­cy to­a­let! Nie mo­głam jed­nak po­zwo­lić, aby to ze­psu­ło mi hu­mor. Roz­wa­ży­łam za i prze­ciw. Bi­lans zy­sków i strat wy­pa­dał ko­rzyst­nie: mam bli­sko do ła­zien­ki. W po­dró­żach na dłu­gie dy­stan­se to waż­ne, gdy chce­my unik­nąć drep­ta­nia z nogi na nogę, aby nie po­siu­siać się po wy­myśl­nych drin­kach ser­wo­wa­nych przez za­ło­gę.

Sa­mo­lot wzbi­jał się co­raz wy­żej, a kie­dy osią­gnął wy­so­kość prze­lo­to­wą, roz­pię­łam pasy i wy­cią­gnę­łam się wy­god­nie. Od­da­łam się w ob­ję­cia roz­ryw­ki po­kła­do­wej. Za­ło­ży­łam słu­chaw­ki i za­czę­łam po­szu­ki­wać na ekra­nie przede mną ryt­mów, któ­re wpro­wa­dzą mnie w na­strój Ka­ra­ibów. Nie zna­łam zbyt wie­lu wy­ko­naw­ców z tam­tej czę­ści świa­ta, ale ko­ja­rzy­łam kil­ka na­zwisk. Wy­szu­ka­łam jed­no z nich i w uszach za­szu­mia­ła me­lo­dia. Na­gle jak­by coś mnie za­kłu­ło w szyi. Ból usztyw­nił kark. Po­zby­łam się sprzę­tu z uszu i wsta­łam, by roz­pro­sto­wać ko­ści. Po­pa­trzy­łam na sie­dzą­cych za mną pa­sa­że­rów. Oka­za­ło się, że naj­gor­szym, co mo­gło się wy­da­rzyć, wca­le nie był mój urlop w po­je­dyn­kę! Kil­ka rzę­dów za mną sie­dział mój były na­rze­czo­ny – Ra­fał! To­wa­rzy­szy­ła mu ko­bie­ta…! A prze­cież jesz­cze pół roku temu, gdy zry­wał ze mną, za­rze­kał się, że jest asek­su­al­ny i nie ma za­mia­ru wcho­dzić w żad­ne związ­ki! Cho­le­ra ja­sna!

Zer­k­nę­łam na nich kil­ka­krot­nie, naj­dy­skret­niej jak się dało. Mi­mo­wol­nie wi­zu­ali­zo­wa­łam ich wspól­ne, wspa­nia­łe ży­cie. Po­rów­ny­wa­łam je z moją za­pra­co­wa­ną, sa­mot­ną co­dzien­no­ścią – ty­po­wą dla ko­biet, któ­re ro­bią tak zwa­ne ka­rie­ry. Naj­bar­dziej przy­bi­ja­ją­ce było to, że na jej dło­ni lśnił pier­ścień wart for­tu­nę, któ­ry bla­skiem nie­mal po­zba­wił mnie wzro­ku. Pew­nie nie czu­ła­bym się aż tak bar­dzo wdep­ta­na w zie­mię, gdy­by jego nowa zdo­bycz po­sia­da­ła ce­chy mi­łej, sym­pa­tycz­nej dziew­czy­ny z są­siedz­twa. Ona jed­nak, pe­cho­wo, była pięk­ną ko­bie­tą, na oko znacz­nie ode mnie wyż­szą, mia­ła pew­nie ze sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Wy­glą­da­ła też na z dzie­sięć lat młod­szą. Ale pierw­szym, co zwra­ca­ło uwa­gę, były jej dłu­gie, lśnią­ce kru­czo­czar­ne wło­sy oraz peł­ne usta. Co za po­łą­cze­nie! Och, jak­że się róż­ni­ły­śmy od sie­bie! Wy­obra­zi­łam so­bie lek­ce­wa­żą­cą minę Ra­fa­ła, gdy­by mnie uj­rzał! Za­wsze lu­bił ko­bie­ty „spod igły”, a ja, jak na złość, wło­ży­łam sta­ry dres, któ­ry za­mie­rza­łam wy­rzu­cić po po­wro­cie.

Ra­fał i jego zdo­bycz nie zwra­ca­li jed­nak uwa­gi na świat do­cze­sny. Byli za­ab­sor­bo­wa­ni spi­ja­niem so­bie z dziób­ków. Nie­ste­ty sama obec­ność tych dwoj­ga, po­mi­mo sil­ne­go prze­ko­na­nia co do tego, że szklan­ka jest do po­ło­wy peł­na, od­bie­ra­ła mi na­dzie­ję na przy­jem­ny prze­bieg lotu. Chy­ba nic nie mo­gło­by zre­kom­pen­so­wać mi tej ża­ło­snej po­raż­ki i mo­jej bo­le­snej sa­mot­no­ści kon­tra­stu­ją­cej z ich nie­biań­skim szczę­ściem. Nie ma­jąc po­ję­cia, jak ro­ze­grać tę sy­tu­ację, po­sta­no­wi­łam się przy­kur­czyć. We­zwa­łam dys­kret­nie ste­war­des­sę, za­mó­wi­łam drin­ka, a już po chwi­li, „wy­cię­ta” z re­alu, ra­czy­łam się ucztą du­cho­wą. Za­mknę­łam oczy i świat znik­nął.



– Liza Ho­le­wicz?! – usły­sza­łam na­gle głos Ra­fa­ła i jed­no­cze­śnie po­czu­łam moc­ne, bez­par­do­no­we trą­ce­nie w ra­mię. – Pierw­szy urlop od pię­ciu lat? Czy wy­rzu­ci­li cię z pra­cy i trze­ba za­bić nudę wy­jaz­da­mi?

Pod­nio­słam gło­wę. Drwią­co lu­stro­wał pu­sty fo­tel obok, a póź­niej bez­czel­nie omiótł wzro­kiem moje dło­nie w po­szu­ki­wa­niu ozdo­by, któ­ra wska­zy­wa­ła­by na zo­bo­wią­za­nia dam­sko-mę­skie.

– Co tu ro­bisz?! – uda­wa­łam głu­pią.

– To jak? Zre­du­ko­wa­li cię? Czy wy­gryź­li? Bo ni­g­dy nie uwie­rzę, że po­tra­fisz od­po­czy­wać z wła­snej woli… – Wska­zał fo­tel obok. – Chy­ba że do­rwa­łaś ja­kie­goś eg­zo­tycz­ne­go absz­ty­fi­kan­ta, któ­ry przy­my­ka oko na twój pra­co­ho­lizm, wy­bu­ja­łe am­bi­cje i od­kle­je­nie od rze­czy­wi­sto­ści po­za­za­wo­do­wej…

– Ni­g­dy nie grze­szy­łeś tak­tem, a tym bar­dziej kul­tu­rą oso­bi­stą – od­par­łam, si­ląc się na spo­kój. – Do two­jej wia­do­mo­ści: je­stem śmier­tel­nie za­ko­cha­na. Z wza­jem­no­ścią. W Po­la­ku.

– Zna­la­złaś za­in­te­re­so­wa­ne­go ka­rie­ro­wicz­ka­mi? Na­praw­dę w na­szym kra­ju ist­nie­ją ama­to­rzy ta­kich ko­biet? Ewe­ne­ment na ska­lę świa­to­wą! – Za­śmiał się, po czym za­trzy­mał wzrok na mo­jej syl­wet­ce i kpią­co do­dał: – Mam po­dob­ny pro­blem do cie­bie: tyję na brzu­chu.

– Za to róż­ni­my się tym, że pew­nie na­dal no­sisz skar­pet­ki dziu­ra­we na pię­tach. Zu­peł­nie jak za daw­nych cza­sów… – do­la­łam oli­wy do ognia w naj­mniej wy­szu­ka­ny spo­sób, jaki przy­szedł mi do gło­wy. – Chy­ba że two­ja miss je zszy­wa i ce­ru­je. Wi­dać po niej, że jest bie­gła w rę­ko­dzie­le…

Nie zdą­żył od­po­wie­dzieć na mój prze­jaw bły­sko­tli­wo­ści. Aku­rat za­świe­ci­ło się zie­lo­ne świa­tło nad drzwia­mi to­a­le­ty, co sy­gna­li­zo­wa­ło, że jest wol­na. Ra­fał od­szedł rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, jak się po­ja­wił, zo­sta­wia­jąc w mo­jej gło­wie po­bo­jo­wi­sko.

Pa­lant! Tępy, pu­sty, próż­ny pa­lant! Taki się uro­dził i ta­kim pad­nie! A tak w ogó­le to cze­go on ode mnie chciał? Prze­cież jest ba­jecz­nie szczę­śli­wy!

Za­mknę­łam oczy, aby po­now­nie się wy­ci­szyć. Czas pły­nął w jed­no­staj­nym ryt­mie. Po­si­łek. Roz­ryw­ka po­kła­do­wa. Po­si­łek.

Znu­żo­na trwa­niem w jed­nej po­zy­cji, wsta­łam, żeby roz­pro­sto­wać ko­ści i uspraw­nić krą­że­nie. Prze­miesz­cza­łam się po­mię­dzy rzę­da­mi sie­dzeń o trzy tip-top­ki w lewo, w pra­wo, na pół­noc i na po­łu­dnie. W koń­cu od­wró­ci­łam się i po­now­nie do­strze­głam Ra­fa­ła mig­da­lą­ce­go się z wy­bran­ką ser­ca. Za­mar­łam na chwi­lę, po­grą­ża­jąc się w smut­ku nie­speł­nie­nia. Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wo­ła­ło mnie lek­kie ude­rze­nie w ple­cy.

– Sza­now­ni pań­stwo… – usły­sza­łam za sobą, tuż nad gło­wą, i wy­ko­na­łam zwrot w tył, sta­jąc oko w oko z ka­pi­ta­nem, któ­ry chciał się oso­bi­ście przy­wi­tać z pa­sa­że­ra­mi.

Za­mu­ro­wa­ło mnie. Dia­bel­sko grze­szył uro­dą i ele­gan­cją. Był wy­so­kim ciem­nym blon­dy­nem o zie­lo­nych oczach i olśnie­wa­ją­cym uśmie­chu. Służ­bo­wa ja­sna ko­szu­la, gra­na­to­we spodnie i ja­kaś nuta bli­żej nie­okre­ślo­nej non­sza­lan­cji do­peł­nia­ły bo­skiej ca­ło­ści, po­zy­cjo­nu­jąc go w czo­łów­ce naj­przy­stoj­niej­szych fa­ce­tów, ja­kich wi­dzia­łam w wer­sji live.

Wszyst­kie oczy zwró­co­ne były w kie­run­ku jego i moim. W tym te naj­waż­niej­sze na po­kła­dzie: Ra­fa­ła i jego pięk­nej lal­ki. Przy­po­mnia­łam so­bie ar­ty­kuł pra­so­wy o uwo­dze­niu po­przez od­dzia­ły­wa­nie na kil­ka zmy­słów w tym sa­mym cza­sie. Za­ma­rzy­łam, że prze­te­stu­ję tę teo­rię na pi­lo­cie i bez­par­do­no­wo omo­tam obiekt wes­tchnień osiem­dzie­się­ciu pro­cent pań na po­kła­dzie tego sa­mo­lo­tu. W tym tak­że ciem­no­wło­sej gwiaz­dy mo­je­go ex.

Zer­k­nę­łam na dło­nie prze­ma­wia­ją­ce­go: nie ma ob­rącz­ki, więc przed­po­le czy­ste. Ze­bra­łam się w so­bie i za­rzu­ci­łam mu ręce na szy­ję. Stał, nie wy­ko­nu­jąc żad­ne­go ru­chu. Po­szłam o krok da­lej: zbli­ży­łam usta do jego po­licz­ka, po­bu­dza­jąc zmysł do­ty­ku, i lek­ko go cmok­nę­łam. Nie­ste­ty, to rów­nież nie za­dzia­ła­ło. Pod­ję­łam ostat­nią pró­bę: za­mach­nę­łam wło­sem, by odu­rzyć go za­pa­chem mo­ich in­ten­syw­nych per­fum. Jed­no­cze­śnie wpa­try­wa­łam się przez kil­ka se­kund w jego oczy, spod tak zwa­ne­go łba, by w koń­cu szep­nąć uwo­dzi­ciel­sko: „skar­bie…”. Li­czy­łam, że ga­ze­to­wa me­to­da bę­dzie rów­nie efek­tyw­na jak lub­czyk, peł­nia księ­ży­ca, piż­mo i wszel­kie inne sztucz­ki, zna­ne cza­row­ni­com na mio­tłach…

Nie­ste­ty, pi­lot stał jak słup i po­pa­trzył na mnie jak na wa­riat­kę. Przy­trzy­ma­łam się opar­cia fo­te­la, aby nie upaść na pod­ło­gę z po­wo­du tego spek­ta­klu że­na­dy, ja­kie­go pew­nie daw­no nie wi­dzia­no na po­kła­dzie żad­ne­go sa­mo­lo­tu. Po kil­ku se­kun­dach oka­za­ło się, że ma­razm ka­pi­ta­na to je­dy­nie chwi­lo­wa kon­ster­na­cja. Przy­cią­gnął mnie spon­ta­nicz­nie, po­ło­żyw­szy rękę w ta­lii, a na­stęp­nie po­gła­dził po gło­wie, po­zwa­la­jąc się roz­ma­rzyć. Ock­nę­łam się w porę, ode­rwa­łam i wy­po­wie­dzia­łam le­d­wie sły­szal­nie:

– Prze­pra­szam…

Okla­płam na przy­pi­sa­ny mi fo­tel, spusz­cza­jąc wzrok. Spo­dzie­wa­łam się wszyst­kie­go, co naj­gor­sze, łącz­nie z awa­ryj­nym lą­do­wa­niem. Chcąc uspo­ko­ić sko­ła­ta­ne ner­wy, za­czę­łam ba­wić się pu­stym ku­becz­kiem po ka­wie. Zgi­na­łam go i zgnia­ta­łam, jak­bym ukła­da­ła co naj­mniej ja­kiś wy­bit­nie skom­pli­ko­wa­ny wzór ori­ga­mi.

Pa­sa­że­ro­wie, za­miast wy­dać z sie­bie gwiz­dy i krzy­ki, za­czę­li bić bra­wo. Naj­lep­sze jed­nak na­stą­pi­ło po kil­ku se­kun­dach. Skon­ster­no­wa­ny pi­lot prze­pro­sił obec­nych. Wy­łą­czył mi­kro­fon i przy­siadł się do mnie, ob­da­rza­jąc moje ob­li­cze za­chwy­co­nym spoj­rze­niem.

– Coś się świę­ci…? – szep­nął, od­kry­wa­jąc w uśmie­chu olśnie­wa­ją­co bia­łe zęby, a ja za­drża­łam jak li­ce­alist­ka.

– Nie­ko­niecz­nie. Ale pięć rzę­dów da­lej sie­dzi mój ex. Oszu­kał mnie, że re­zy­gnu­je z ko­biet, bo prze­sta­ła go in­te­re­so­wać sfe­ra sek­su­al­na… – Po­czu­łam po­twor­ną su­chość w ustach. – A te­raz co? Świet­nie się bawi z ko­bie­tą, któ­ra przy­po­mi­na stwo­rzo­ny kom­pu­te­ro­wo ide­ał… A ja sie­dzę tu­taj sa­mot­nie. Nie­szczę­śli­wa. Bez pla­nów na przy­szłość…

– Do­my­ślam się, że cho­dzi o atrak­cyj­ną czar­nu­lę z peł­ny­mi usta­mi? Rze­czy­wi­ście, jest pięk­na. Rzu­ca się w oczy… – wes­tchnął. – Wi­dać, że in­we­stu­je w sie­bie…

– Tak, tak. In­we­stu­je. Ale żeby była ja­sność: nie po­zo­sta­ję z nimi w kon­flik­cie. Mam żal, ale nie ży­wię wro­go­ści. Nie od­czu­wam agre­sji – tłu­ma­czy­łam z drże­niem w gło­sie, bo prze­ra­ził mnie jego za­gad­ko­wy ton.

Uśmiech­nął się po­ro­zu­mie­waw­czo i wstał. Lu­dzie po­now­nie bili bra­wo. Za­uwa­ży­łam, że spodo­bał mu się aplauz. Co wię­cej, za­czął ma­chać do po­je­dyn­czych pa­sa­że­rów, po­sy­ła­jąc od cza­su do cza­su tak zwa­ny Hol­ly­wo­od kiss, ni­czym ra­so­wy ce­le­bry­ta.

– No to jak? Wy­głu­pia­my się? – rzu­cił roz­ocho­co­ny w moim kie­run­ku.

– My­ślę, że już wy­star­czy. Za­sma­ko­wa­łam sa­mo­lo­to­wej sła­wy. Prze­ko­na­łam się, że chy­ba jed­nak wolę dys­kre­cję. – By­łam prze­ra­żo­na.

– Wpro­wadź­my pa­sa­że­rów w kli­mat Ka­ra­ibów. Go­rą­cych, grzesz­nych, prze­peł­nio­nych na­mięt­no­ścią i po­łu­dnio­wą pa­sją… – za­pro­po­no­wał kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem. – Ach, co za myśl…! Pro­szę się nie oba­wiać! Pro­szę so­bie po pro­stu wy­obra­zić, że ktoś krę­ci film z pani udzia­łem! Bę­dzie pani za­do­wo­lo­na z efek­tu na­szej ra­do­snej twór­czo­ści! Niech pani nie mówi, że ni­g­dy nie sły­sza­ła o sza­leń­stwach uczu­cio­wych na po­kła­dach stat­ków po­wietrz­nych?!

– Sły­sza­łam… – od­par­łam rów­nie dys­kret­nie, z uda­wa­nym zro­zu­mie­niem, choć co­raz bar­dziej za­sko­czo­na. – Ale nie je­stem prze­ko­na­na, czy wcie­la­nie się w gwiaz­dę ki­ne­ma­to­gra­fii, któ­ra za­ba­wia pa­sa­że­rów, to mój ży­wioł. Na do­da­tek flir­tu­ją­cą z pi­lo­tem, któ­ry ma nas bez­piecz­nie od­sta­wić na wa­ka­cje. O lu­dzie, ra­tun­ku! – wy­rwa­ło mi się.

– Bra­wa dla mo­jej dziel­nej…! – zdą­żył krzyk­nąć, lek­ce­wa­żąc moje ostat­nie sło­wa.

Za­cho­wu­jąc reszt­ki przy­tom­no­ści, ze­rwa­łam się z miej­sca i wsta­łam, po czym za­kry­łam jego usta dło­nią, któ­rą on na­tych­miast prze­jął i czu­le po­ca­ło­wał.

Zre­zy­gno­wał chwi­lo­wo z prze­mo­wy, po­chy­lił się i mu­snął tak­że moje usta. Po chwi­li ode­rwał się, po­le­cił mi usiąść i z po­wro­tem włą­czył mi­kro­fon. Opo­wia­dał o lo­cie i przy oka­zji oznaj­mił, że na po­kła­dzie znaj­du­je się oso­ba bli­ska jego ser­cu. Po za­koń­cze­niu po­ga­dan­ki ukrył się w kok­pi­cie. Jak gdy­by ni­g­dy nic.

Za­mknę­łam oczy. Przy­kry­łam się ko­cem po­dróż­nym, nie za­mie­rza­jąc go zdej­mo­wać do koń­ca lotu. Za­czę­łam so­bie wy­obra­żać, że jest czap­ką nie­wid­ką.

– Pi­lo­ta uwio­dłaś?! – usły­sza­łam zna­jo­my głos tuż nad gło­wą.

– Ju­liusz Raj?! – krzyk­nę­łam, wy­chy­la­jąc gło­wę spod koca.

Niech to dia­bli!

Eks­na­rze­czo­ne­go Ra­fa­ła prze­łknę­łam, ale ko­lej­ny były ko­cha­nek na po­kła­dzie tego sa­me­go sa­mo­lo­tu?! Tego było już za wie­le! Gdy­bym kie­dy­kol­wiek pi­sa­ła ja­ki­kol­wiek czar­ny sce­na­riusz, ta­kie zbie­gi oko­licz­no­ści ni­g­dy nie przy­szły­by mi do gło­wy!

– Tak, to ja, ża­den so­bo­wtór. Lecę z cór­ką. Obie­ca­łem, że je­śli za­li­czy se­sję zi­mo­wą w pierw­szych ter­mi­nach, za­bie­ram ją na Ka­ra­iby. Te­raz speł­niam obiet­ni­cę – od­po­wie­dział.

– Na­praw­dę? Bar­dziej spo­dzie­wa­ła­bym się ja­kiejś mę­żat­ki, to zna­czy ko­bie­ty za­ję­tej… W sen­sie ta­kiej, za któ­rą nie bę­dziesz mu­siał brać od­po­wie­dzial­no­ści. Wiesz, w ty­pie na ro­mans bez zo­bo­wią­zań – po­pra­wi­łam się kil­ka razy, ma­jąc w pa­mię­ci jego skłon­no­ści z za­prze­szłych cza­sów, gdy za­ba­wiał się z za­ję­ty­mi, w tym ze mną.

– Nie sko­men­tu­ję, po­zwo­lisz? – za­py­tał, od­no­sząc się do uwa­gi o roz­wią­zło­ści.

– Dy­plo­ma­tycz­ny, jak za­wsze. To nie an­te­na te­le­wi­zyj­na. Ni­g­dy nie wyj­dziesz z roli po­li­ty­ka? Pew­nie li­czysz, że jak na­mie­rzą cię pa­pa­raz­zi, wzro­sną two­je no­to­wa­nia u wy­bor­ców…? – za­ata­ko­wa­łam w od­po­wie­dzi, a w du­chu po­my­śla­łam so­bie, że do tego pięk­ne­go ob­raz­ka bra­ku­je tyl­ko fo­tek w ma­ga­zy­nach i bru­kow­cach z kla­sycz­nej kuch­ni, w któ­rej przy­rzą­dza wło­skie po­tra­wy (uwiel­biał kuch­nię wło­ską i na­praw­dę nie­źle go­to­wał).

– Liza, za­po­mnij­my o prze­szło­ści. Li­czy się te­raź­niej­szość. Scho­waj zło­śli­wość do kie­sze­ni – po­wie­dział po chwi­li ze sztucz­nym uśmie­chem, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku. Już pra­wie po­my­śla­łam, że może na coś li­czy.

– Zło­śli­wość? Po­patrz, jaka je­stem ła­god­na… – od­rze­kłam, trze­po­cząc po­wie­ka­mi.

– Czy on bę­dzie z tobą na Au­ro­ra Blue? – zmie­nił te­mat, ski­nąw­szy gło­wą w stro­nę kok­pi­tu.

– Zga­dza się, jak naj­bar­dziej… Mam tu­zin sek­sow­nych ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych, co­dzien­nie będę go uwo­dzi­ła w in­nym. Do tego mach­nę­łam ta­tu­aż na… No wiesz, w in­tym­nym miej­scu… Już so­bie wy­obra­żam kre­atyw­ny seks na dzi­kich pla­żach po­łu­dnia… – po­wie­dzia­łam, wzno­sząc w du­chu mo­dły, aby­śmy z Ju­liu­szem nie miesz­ka­li w tym sa­mym ho­te­lu, bo wszyst­ko się wyda.

– Och! Liza, Liza… Kto cię zna, wie, że od lat wy­jesz jak sa­mot­na wil­czy­ca. Na do­da­tek do czte­rech ścian za­ku­pio­nych na kre­dyt z hor­ren­dal­nie wy­so­kim opro­cen­to­wa­niem. Ośmie­szasz się tymi dzi­wacz­ny­mi fan­ta­zja­mi i wyj­dzie ci to bo­kiem – jęk­nął, jak­by wy­czy­tał z mo­jej twa­rzy całą pa­le­tę kłamstw. – Choć z dru­giej stro­ny ni­cze­go ci nie bra­ku­je… I jesz­cze jed­no: czy spod tych two­ich sek­si ko­stiu­mów bę­dzie wi­dać ta­tu­aż? Czy jest tak se­kret­nie umiesz­czo­ny, że bę­dzie cie­szył je­dy­nie oko na­rze­czo­ne­go?

Po wy­gło­sze­niu tych bez­czel­nie wy­brzmie­wa­ją­cych słów, po­ma­sze­ro­wał w kie­run­ku swo­je­go fo­te­la. Po­sta­no­wi­łam do koń­ca lotu nie otwie­rać oczu, uda­jąc, że smacz­nie śpię. W ten oto spo­sób do­tar­łam na ba­jecz­nie pięk­ną Au­ro­ra Blue…



Gdy uj­rza­łam ho­tel, ucie­szy­łam się, że do­ko­na­łam traf­ne­go wy­bo­ru. Na szczę­ście nie byli tu za­kwa­te­ro­wa­ni Ra­fał i jego wy­bran­ka. Zna­la­zła się za to za­ło­ga sa­mo­lo­tu, któ­ra mia­ła wy­le­cieć – jak uda­ło mi się pod­słu­chać – za kil­ka dni. Ale, żeby nie było zbyt ide­al­nie, ulo­ko­wa­no tu­taj rów­nież… Ju­liu­sza i jego cór­kę.

Wy­star­czy­ło zer­k­nąć na obiekt i sta­wa­ło się oczy­wi­stym, że wa­ka­cje za­po­wia­da­ją się luk­su­so­wo. W skład re­sor­tu wcho­dzi­ło kil­ka bu­dyn­ków, roz­miesz­czo­nych wzdłuż ba­jecz­nie dłu­giej, fi­ku­śnie skon­stru­owa­nej fon­tan­ny. Wej­ścia do nich, pew­nie dla za­cho­wa­nia in­tym­no­ści, po­za­sła­nia­ne były buj­ną ro­ślin­no­ścią. Oprócz tego na te­re­nie znaj­do­wa­ły się bun­ga­lo­wy z ma­ły­mi pry­wat­ny­mi ba­se­na­mi. Każ­dy, kto w nich miesz­kał, mógł pro­sto z sa­lo­nu wsko­czyć do wody. W ogro­dzie po­roz­miesz­cza­ne były kli­ma­tycz­ne la­tar­nie, ko­lo­ro­we lam­pio­ny i mnó­stwo róż­no­ra­kich, bli­żej nie­okre­ślo­nych świa­te­łek, któ­re po zmro­ku mie­ni­ły się jak gwiazd­ki. Było co po­dzi­wiać.

Po­kój, któ­ry mi przy­dzie­lo­no, był ja­sny i prze­stron­ny. Dzie­lił się na dwie czę­ści: dzien­ną i sy­pial­nia­ną. W czę­ści dzien­nej umiesz­czo­no ka­na­pę, dwa fo­te­le i wiel­ką ko­mo­dę, nad któ­rą wi­siał te­le­wi­zor. W czę­ści sy­pial­nia­nej sta­ło wiel­kie łoże z mo­ski­tie­rą, nad któ­rym wi­siał wia­trak. Ścia­ny po­ma­lo­wa­no na bia­ło, a ciem­ne me­ble przy­po­mi­na­ły sta­re, ko­lo­nial­ne eg­zem­pla­rze. Naj­więk­szym za­sko­cze­niem było jed­nak to, że po wej­ściu do sy­pial­ni za­sta­łam na łóż­ku, tuż obok fi­ku­śnych ła­bę­dzi z ręcz­ni­ków i po­roz­rzu­ca­nych płat­ków róż, kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu pod­pi­sa­ną jed­no­znacz­nie:

Kpt. Oskar Al­fon­so Do­uglas, PS. Lot nr 1313 z War­sza­wy na Au­ro­ra Blue.

Nie­źle! – po­my­śla­łam za­do­wo­lo­na, na wspo­mnie­nie sza­lo­ne­go ka­pi­ta­na.

Mu­siał wy­ka­zać się nie­spo­ty­ka­ną in­wen­cją, sko­ro zdo­był nu­mer po­ko­ju – prze­cież na­wet nie wie­dział, jak się na­zy­wam. Za­im­po­no­wał mi prze­bo­jo­wo­ścią i sta­ra­nia­mi, ale jak tyl­ko sko­ja­rzy­łam, z cze­go sły­ną pi­lo­ci, po­sta­no­wi­łam zła­pać dy­stans. Prze­cież jego in­wen­cja wy­ni­ka­ła z tego, że pew­nie nie raz i nie dwa prak­ty­ko­wał ta­kie rze­czy na in­nych pa­sa­żer­kach.

***

Pierw­szy dzień urlo­pu za­po­wia­dał się wspa­nia­le. Za­pla­no­wa­łam, że spę­dzę go nad ba­se­nem i na pla­ży, a wie­czo­rem sko­rzy­stam z za­pro­sze­nia roz­da­wa­ne­go go­ściom ho­te­lo­wym przy śnia­da­niu i udam się na bal prze­bie­rań­ców. Nie mia­łam, co praw­da, od­po­wied­nie­go stro­ju, ale w dro­dze na pla­żę zro­bi­łam szyb­ki re­ko­ne­sans przy­brzeż­nej oko­li­cy. Oka­za­ło się, że re­sort jest upstrzo­ny skle­pa­mi i skle­pi­ka­mi, w któ­rych moż­na zna­leźć do­słow­nie wszyst­ko, łącz­nie ze stro­ja­mi na bale prze­bie­rań­ców. Zmysł biz­ne­so­wy pod­po­wia­dał mi, co póź­niej zna­la­zło po­twier­dze­nie w rze­czy­wi­sto­ści, że te­ma­ty ba­lów i przy­jęć, któ­re po­noć od­by­wa­ły się re­gu­lar­nie co kil­ka dni, zbież­ne były z asor­ty­men­tem, któ­ry aku­rat­nie w tych dniach tra­fiał do punk­tów han­dlo­wych.

Hubert

Otrzy­ma­łem pil­ne we­zwa­nie do fa­bry­ki, to zna­czy do biu­ra Agen­cji Śledztw Mię­dzy­na­ro­do­wych. Prze­by­wa­łem na urlo­pie. Nie mia­łem po­ję­cia, cze­go ode mnie chcą. Spo­tka­ło ich wiel­kie szczę­ście, że nie by­łem w roz­jaz­dach i ode­bra­łem te­le­fon z we­zwa­niem.

Przez prze­szkle­nia w drzwiach spo­strze­głem, że w sali od­praw cze­ka na mnie kil­ka nie­zna­nych mi osób, a poza tym szef. Nie spo­dzie­wa­łem się tego. Po­cząt­ko­wo przy­pusz­cza­łem, że ma to zwią­zek z moją wie­lo­ty­go­dnio­wą nie­obec­no­ścią albo to re­per­ku­sje sta­rych spraw, ale po chwi­li zro­zu­mia­łem błąd swo­je­go ro­zu­mo­wa­nia.

– Ko­mi­sarz Hu­bert Krzyc­ki. – Szef przed­sta­wił mnie fa­ce­to­wi, któ­ry sie­dział obok.

– We wła­snej oso­bie – po­twier­dzi­łem.

– Urlop od­wo­ła­ny. Le­cisz za kil­ka go­dzin na Ka­ra­iby – pa­dło.

– Na dru­gi ko­niec świa­ta? W celu? – za­py­ta­łem.

– Prze­myt nar­ko­ty­ków – usły­sza­łem. – Prze­cież nie to­wa­rzy­sko…

– Zno­wu pro­chy? Czy wy­ście po­sza­le­li? Oślep­nę przed­wcze­śnie od tych rze­czy – wku­rzy­łem się, bo sta­wa­ło się to już nud­ne. – Ja­kieś kon­kre­ty?

– Ma­leń­ka, eks­klu­zyw­na wy­spa Au­ro­ra Blue. Za trzy go­dzi­ny pod­je­dzie pod twój dom auto. Do­ku­men­ty i plan po­dró­ży do ode­bra­nia w kan­ce­la­rii taj­nej – do­pre­cy­zo­wa­no.

– Ja wszyst­ko ro­zu­miem, ale… – za­czą­łem.

– Bez na­rze­ka­nia, po­pro­szę. Trze­ba było się uczyć chiń­skie­go, a nie an­giel­skie­go. Wte­dy la­tał­byś do Chin zaj­mo­wać się czymś bar­dziej in­spi­ru­ją­cym. Na przy­kład prze­my­tem ciu­chów i to­re­bek… Albo, je­śli sta­wiasz na inne trud­ne ję­zy­ki, nie­le­gal­nym prze­rzu­tem krusz­ców ziem rzad­kich… – usły­sza­łem.

– Nie cu­kruj. Za­sło­dzisz i cał­kiem się roz­pusz­czę… – od­gry­złem się. – Co to za spra­wa? Na ja­kim eta­pie je­ste­śmy?

– Na żad­nym. Wie­my tyl­ko, że na miej­scu uzie­mio­no cy­wil­ny sa­mo­lot rej­so­wy. Co naj­mniej do koń­ca ty­go­dnia, pod pre­tek­stem na­pra­wy. Zgod­nie z pla­nem miał wy­le­cieć za dwa dni. Tu­ry­ści, któ­rzy pla­no­wa­li wró­cić nim do Pol­ski, od­by­wa­ją przy­mu­so­we prze­dłu­żo­ne o ty­dzień wa­ka­cje… Trze­ba zro­bić roz­po­zna­nie. Zwe­ry­fi­ko­wać to, co wie­my od na­szych miej­sco­wych współ­pra­cow­ni­ków, i przy­go­to­wać ma­new­ry… – wy­ja­śnio­no po­bież­nie.

– Jaki zwią­zek ma prze­myt z uzie­mio­nym sa­mo­lo­tem?

– Eki­pa szmu­glu­ją­ca ma go wy­ko­rzy­stać do prze­rzu­tu. Robi to, zresz­tą dość sku­tecz­nie, od ja­kie­goś cza­su. Na ra­zie zo­sta­ła ze­bra­na w jed­nym obiek­cie ho­te­lo­wym.

– Z kim wy­ko­nu­ję tę ro­bo­tę? – rzu­ci­łem.

– Z Ju­liu­szem Ra­jem i no­wym na­byt­kiem… Ale oni już pra­cu­ją na miej­scu.

– Kogo mamy na oku? – Wy­raź­nie się oży­wi­łem na dźwięk na­zwi­ska kum­pla, z któ­rym pra­co­wa­łem już przy wie­lu spra­wach, z tym że po­li­tycz­nych. Bo on był po­świę­co­ny po­li­ty­ce. Cią­gle star­to­wał w ja­kichś wy­bo­rach, któ­re prze­gry­wał, ale krę­cił się z wier­chusz­ką jak w ty­glu.

– Na­zwi­ska nic ci nie po­wie­dzą, ale sko­ro pro­sisz, to masz: ka­pi­tan Oskar Al­fon­so Do­uglas, ste­war­des­sa Bian­ca Ro­dri­gu­ez i świe­żo do­kop­to­wa­na do to­wa­rzy­stwa nie­ja­ka Liza Ho­le­wicz – oznaj­mił. – To je­dy­ny trop. Nie wie­my, kto z miej­sco­wych jest mó­zgiem in­te­re­su. Nie zna­my lo­kal­nych do­staw­ców. Nie mamy po­ję­cia, kto z na­szych współ­pra­cow­ni­ków ce­chu­je się lo­jal­no­ścią, a kto jest zdraj­cą… W za­sa­dzie to na­wet nie ma jak usta­lić nadaw­ców se­rii do­no­sów, któ­re za­ini­cjo­wa­ły czyn­no­ści wy­kryw­cze i współ­pra­cę mię­dzy­na­ro­do­wą…

– Chwi­la! – krzyk­ną­łem, za­fik­so­wa­ny na per­so­na­liach, któ­re wła­śnie usły­sza­łem. – Dy­rek­tor­ka w Pa­pi­ru­sie na­zy­wa się Liza Ho­le­wicz. Nie­zła z niej la­ska.

– …wiesz, w czym rzecz… – usły­sza­łem za­wo­alo­wa­ną wska­zów­kę.

– Po­zna­li­śmy się przy in­nej spra­wie. Ona my­śli, że je­stem żo­na­tym in­ży­nie­rem z fir­my in­for­ma­tycz­nej. Na po­przed­niej ro­bo­cie no­si­łem ob­rącz­kę i roz­pra­co­wy­wa­łem fi­gu­ran­tów zwią­za­nych z in­te­re­sem, w któ­rym ona sie­dzi od dzie­się­ciu lat! Jak ja mam to niby od­krę­cić?! Sam?!

– Nie mamy lu­dzi. A roz­ter­ki i wąt­pli­wo­ści mo­żesz za­mel­do­wać ko­nio­wi na sta­dio­nie Re­alu Ma­dryt – za­brzmia­ło kpią­co. – Masz gło­wę na kar­ku? Kom­bi­nuj!

Bę­dąc w służ­bach od po­nad de­ka­dy, zdą­ży­łem przy­zwy­cza­ić się do nie­spo­dzia­nek. Mia­łem świa­do­mość, że za­re­zer­wo­wa­ne są przede wszyst­kim dla ta­kich jak ja. Roz­wie­dzio­nych, bez­dziet­nych. Bez uspra­wie­dli­wień w po­sta­ci ro­dzi­ny.

Dla­te­go po wyj­ściu z agen­cji wsia­dłem do sa­mo­cho­du i bez spe­cjal­nej re­flek­sji uda­łem się do domu, aby spa­ko­wać wa­liz­ki. Po set­kach bliż­szych i dal­szych wy­jaz­dów otwie­ra­łem, ła­do­wa­łem i za­my­ka­łem je w mgnie­niu oka.



Od ja­kie­goś cza­su miesz­ka­łem wraz z ro­dzi­ca­mi na przed­mie­ściach War­sza­wy, w ogrom­nym sta­rym domu, któ­ry po­zo­sta­wał w na­szej ro­dzi­nie od po­ko­leń. Ro­dzi­ce byli w po­de­szłym wie­ku, a ja, jako je­dy­nak, mu­sia­łem kil­ka razy w ty­go­dniu od­wie­dzać ich z za­ku­pa­mi. Oka­za­ło się to na tyle trud­ne, że po­sta­no­wi­łem się do nich prze­pro­wa­dzić. Moja mat­ka jest eme­ry­to­wa­ną na­uczy­ciel­ką ma­te­ma­ty­ki i po­mi­mo swo­je­go za­awan­so­wa­ne­go wie­ku nie­sa­mo­wi­cie ak­tyw­ną oso­bą. Oj­ciec sta­no­wi jej prze­ci­wień­stwo – to spo­koj­ny i wy­wa­żo­ny in­ży­nier, któ­ry całe ży­cie spę­dził na pla­ców­kach, stąd nie przy­pad­kiem po­słu­gi­wa­łem się ję­zy­kiem an­giel­skim rów­nie spraw­nie jak pol­skim. Nie uszło to uwa­dze od­po­wied­nich służb, któ­re zre­kru­to­wa­ły mnie w trak­cie stu­diów na Po­li­tech­ni­ce War­szaw­skiej.

Mia­łem, co praw­da, wła­sne, pra­wie sześć­dzie­się­cio­me­tro­we miesz­ka­nie w Śród­mie­ściu, któ­re otrzy­ma­łem za szcze­gól­ne za­słu­gi dla kra­ju, ale od cza­su roz­wo­du uży­wa­łem go spo­ra­dycz­nie. Ostat­nio słu­ży­ło mi przede wszyst­kim do spo­tkań z ko­bie­ta­mi. W koń­cu nie chcia­łem przy­pad­ko­wych ran­dek, któ­rych ce­lem był seks, prze­no­sić pod dach za­cne­go, ro­dzin­ne­go domu. Nie chcia­łem, aby ro­dzi­ce przy­wią­zy­wa­li się do mo­ich part­ne­rek, bo żad­na nie była kan­dy­dat­ką na coś po­waż­niej­sze­go.

Liza

Le­ża­łam, słu­cha­jąc szu­mu fal bi­ją­cych o brzeg. Mia­łam na so­bie czar­ny ko­stium ką­pie­lo­wy i słom­ko­wy ka­pe­lusz. Przy­kry­łam się pa­reo tak, że cała twarz i ra­mio­na były chro­nio­ne przed upal­nym słoń­cem. Do­bie­ga­ły do mnie uryw­ki roz­mów w ję­zy­ku hisz­pań­skim i an­giel­skim oraz śmie­chy pla­żo­wi­czów. Od cza­su do cza­su roz­le­gał się dźwięk prze­la­tu­ją­ce­go he­li­kop­te­ra stra­ży przy­brzeż­nej. Czu­łam się wspa­nia­le. Kom­plet­nie bło­go. Jak oso­ba umiej­sco­wio­na w cho­ler­nie od­po­wied­nim miej­scu i cza­sie. Je­dy­nym, cze­go wy­ma­ga­ła sy­tu­acja, było wdy­cha­nie za­pa­chu wia­tru zmie­sza­ne­go z ko­ko­so­wy­mi olej­ka­mi do opa­la­nia. Wy­po­czy­wa­łam, ale nie by­ła­bym sobą, gdy­bym nie mia­ła włą­czo­ne­go te­le­fo­nu. Służ­bo­we­go nie za­bra­łam, ale każ­dy naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik i tak miał mój pry­wat­ny nu­mer. Wie­dzia­łam, że nic mnie nie omi­nie.

Nie by­łam spe­cjal­nie za­sko­czo­na, gdy na­gle roz­legł się dźwięk ko­mór­ki.

– Cześć, mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam – usły­sza­łam głos mo­jej pra­cow­ni­cy z Pa­pi­ru­sa. – Przed­sta­wi­ciel fir­my in­for­ma­tycz­nej Gal­laXD, nie­ja­ki Hu­bert Krzyc­ki, pro­si o twój pry­wat­ny nu­mer te­le­fo­nu. Czy mogę mu po­dać? Wy­ra­żasz zgo­dę?

– Coś się sta­ło? Prze­ka­za­łaś, że mam urlop? – za­py­ta­łam zdzi­wio­na, bo ostat­nio kon­takt z Krzyc­kim mie­li­śmy po­nad pół roku temu.

– Prze­ka­za­łam, a na­wet wy­ja­śni­łam, jak da­le­ko je­steś, ale i tak na­le­gał. Chce omó­wić coś, nad czym swe­go cza­su pra­co­wa­li­ście… – od­par­ła.

– Do­brze – prze­rwa­łam w pół zda­nia i roz­łą­czy­łam się, po czym z po­wro­tem od­da­łam się bło­gie­mu le­niu­cho­wa­niu i wspo­mi­na­niu Hu­ber­ta.

Był in­ży­nie­rem. Po­trze­bo­wa­li­śmy go, gdy sta­wia­no ko­lej­ne pry­wat­ne przed­szko­le, pro­wa­dzo­ne w ra­mach sie­ci pod na­zwą Pa­pi­rus. Za­rzą­dzam nią wraz z moim za­stęp­cą – Ka­mi­lem Bart­nic­kim, wła­ści­cie­lem zaś jest Ca­mel Przy­łuc­ki – Ame­ry­ka­nin, któ­ry za­in­we­sto­wał pie­nią­dze w Pol­sce, ale na sta­łe miesz­ka w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Nie wtrą­ca się do biz­ne­su, do­pó­ki otrzy­mu­je gwa­ran­to­wa­ne do­cho­dy. To wy­god­ne roz­wią­za­nie. Dzię­ki temu ja i mój za­stęp­ca mamy wol­ną rękę, ale i wła­ści­cie­la, któ­ry nie za­przą­ta so­bie gło­wy, wy­ty­ka­jąc pal­cem błę­dy i nie­do­rób­ki, któ­re prze­cież cza­sa­mi się zda­rza­ją, jak w każ­dym biz­ne­sie.

Sta­nę­ło mi przed ocza­mi pierw­sze spo­tka­nie z Hu­ber­tem przed bu­dyn­kiem Pa­pi­ru­sa. Przy­je­chał na mo­to­rze. In­ży­nier jak in­ży­nier. Fa­cet jak fa­cet. Po pro­stu kon­tra­hent – my­śla­łam. Wszyst­ko ule­gło zmia­nie, gdy tyl­ko zdjął kask z gło­wy. Wów­czas ob­da­rzył mnie naj­mil­szym uśmie­chem świa­ta. Po­czu­łam, że mię­dzy nami prze­sko­czy­ła bli­żej nie­okre­ślo­na iskra. Taka, któ­ra od­po­wia­da za tę mi­tycz­ną me­ta­fi­zycz­ną więź. Nie po­tra­fi­łam tego wy­ja­śnić. Ow­szem, sły­sza­łam kie­dyś o re­la­cjach kar­micz­nych, gdzie du­sze, przyj­mu­jąc ko­lej­ne wcie­le­nia, sty­ka­ją się ze sobą jak dłuż­nik z wie­rzy­cie­lem. Ni­g­dy nie by­łam ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści, ale flu­idy pły­ną­ce z pręd­ko­ścią świa­tła po­mię­dzy mną a Hu­ber­tem Krzyc­kim wska­zy­wa­ły, że coś jed­nak z tą kar­mą musi być na rze­czy.

Miał duże ciem­ne oczy i pół­dłu­gie wło­sy, któ­re co naj­mniej od kil­ku mie­się­cy nie wi­dzia­ły fry­zje­ra. Ni­g­dy nie lu­bi­łam ta­kich fry­zur, ale w tym przy­pad­ku mnie nie zra­zi­ła. Chy­ba przez ko­smy­ki, któ­re ko­ły­sa­ły się nie­sfor­nie i za­wa­diac­ko wo­kół jego czo­ła. Twarz Hu­ber­ta po­kry­ta była sek­sow­nym, ciem­nym za­ro­stem, a oczy lśni­ły jak gwiaz­dy opi­sy­wa­ne w wier­szach po­etów i po­etek. Mie­rzył oko­ło stu osiem­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu i był pięk­nie zbu­do­wa­ny. Co do tego ostat­nie­go: nie wi­dzia­łam go, co praw­da, jak go mat­ka na­tu­ra stwo­rzy­ła, ale przy­le­ga­ją­cy strój nie po­zo­sta­wiał żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego bo­skiej bu­do­wy.

Zde­cy­do­wa­łam wte­dy, że nie ma po co się kom­pro­mi­to­wać i za­bie­gać o jego uwa­gę. Skła­ma­ła­bym jed­nak, gdy­bym za­prze­czy­ła, że prze­mknął przez moje my­śli ja­kiś drob­ny prze­błysk na­dziei, bo od ja­kie­goś cza­su by­łam sama. Póź­niej, z plo­tek, do­wie­dzia­łam się, że ma żonę. Za­cho­dzi­łam w gło­wę, jaka musi być ko­bie­ta ta­kie­go męż­czy­zny. Z pew­no­ścią żyw­cem wy­cię­ta z okład­ki luk­su­so­we­go ma­ga­zy­nu z modą…

A dzi­siaj?!

Dzi­siaj chciał do mnie kon­takt…!

Cie­ka­we, po co?!

Nie­ubła­ga­nie nad­cho­dzi­ła pora lun­chu. Wsta­łam z le­ża­ka i owi­nę­łam się pa­reo. Po­de­szłam do przy­brzeż­nej re­stau­ra­cji i za­mó­wi­łam piña co­la­dę. Drin­ka po­sta­wi­łam na sto­li­ku i uda­łam się do bu­fe­tu po miej­sco­we sma­ko­ły­ki.

Gdy wró­ci­łam, oka­za­ło się, że przy moim sto­li­ku sie­dzi ka­pi­tan Oskar Do­uglas. W ca­łej oka­za­ło­ści i kra­sie, bo ubra­ny je­dy­nie z luź­ne ką­pie­lów­ki. W sa­mo­lo­cie nie przyj­rza­łam się mu do­kład­nie, ale te­raz do­sko­na­le wi­dzia­łam, że jego nie­kom­plet­ny strój jest w peł­ni uza­sad­nio­ny. Naj­wi­docz­niej to­wa­rzy­szy­ła mu świa­do­mość tego fak­tu, bo po­słał mi pew­ny sie­bie, uwo­dzi­ciel­ski uśmiech i jesz­cze do­dat­ko­wo po­wi­tał sło­wem:

– Ciao… – wy­po­wie­dzia­nym tak prze­cią­gle i zmy­sło­wo, na ile było to moż­li­we w miej­scu pu­blicz­nym.

Na do­da­tek po tym „ciao…”, brzmią­cym jak „miau…”, po­ca­ło­wał mnie w usta. Pol­scy tu­ry­ści, któ­rzy roz­po­zna­li w nas parę z sa­mo­lo­tu, za­czę­li bić grom­kie bra­wa. Gra­tu­lo­wa­li szczę­ścia, a na­wet wzno­si­li to­a­sty na na­szą cześć. To­wa­rzy­szy­ły temu okrzy­ki: „gorz­ko, gorz­ko”… Za­miast pod­nie­ce­nia za­wład­nę­ło mną prze­ra­że­nie. Spra­wy za­czy­na­ły przy­bie­rać nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót. Trze­ba było temu prze­ciw­dzia­łać. Dla­te­go po­sta­no­wi­łam zdo­być się na naj­bar­dziej przy­ja­zny, acz­kol­wiek sta­now­czy ton, by ostu­dzić jego za­pę­dy.

– Co tu­taj ro­bisz? Nie je­steś w dro­dze do kra­ju? Zo­sta­łeś na wy­spie? Jak to? Po co?

– Mamy kło­po­ty tech­nicz­ne. Je­ste­śmy uzie­mie­ni co naj­mniej do koń­ca ty­go­dnia, a może na­wet do cza­su two­je­go po­wro­tu z wa­ka­cji, czy­li na okres dwóch ty­go­dni. Zo­sta­wi­łem ci kart­kę i…?

– My­śla­łam, że już po­le­cie­li­ście i stra­ci­łam oka­zję… Poza tym po po­dró­ży dał mi się we zna­ki jet lag, za­snę­łam wczo­raj jak nie­mow­lę… A dzi­siaj mam spuch­nię­te nogi i pal­ce u dło­ni. Je­stem bar­dzo zmę­czo­na… Za dużo tego, zde­cy­do­wa­nie… – sta­ra­łam się wy­brnąć z sy­tu­acji, choć w rze­czy­wi­sto­ści wie­le bym dała, aby za­po­mnieć o wy­głu­pie z sa­mo­lo­tu.

– Z chro­nicz­nym prze­mę­cze­niem, nie­po­ha­mo­wa­ną sen­no­ścią, opu­chli­zną, bó­lem wszel­kich ko­ści i chrzą­stek, nie wspo­mi­na­jąc o jet lagu, je­steś per­fek­cyj­nym to­wa­rzy­stwem! Wiesz dla­cze­go? Bo­lącz­ki i nie­do­god­no­ści w zde­rze­niu z two­im uro­kiem nie mają żad­ne­go zna­cze­nia! Moja pięk­na! – pod­niósł głos i zer­k­nął spod tych swo­ich dłu­gich rzęs na mnie i na lu­dzi sie­dzą­cych przy są­sied­nich sto­li­kach.

Nie­ste­ty, za­miast za­spo­ko­je­nia ko­bie­cej próż­no­ści, jego en­tu­zjazm przy­niósł mi dziw­ne wra­że­nie prze­cią­że­nia. Do­słow­nie ta­kie­go, jak­by ktoś uło­żył mi na ra­mio­nach do­dat­ko­we dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów. Może przez to, że ni­g­dy w swo­im po­nad trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nim ży­ciu nie po­zna­łam tak pięk­ne­go męż­czy­zny, któ­ry by mnie wprost uwo­dził?

Był przy­stoj­ny, świet­nie zbu­do­wa­ny. In­te­li­gent­ny i za­baw­ny. Nic do­dać, nic ująć. Gdy­bym ba­wi­ła się w oce­nia­nie, jak to zwy­kle czy­nią męż­czyź­ni po dwóch pi­wach, po­wie­dzia­ła­bym, że otrzy­mu­je dzie­sięć na dzie­sięć punk­tów. A może na­wet wy­cho­dzi poza ska­lę? Oczy­wi­ście ska­lę ta­kiej ko­bie­ty jak ja. A je­stem śred­nie­go wzro­stu ciem­ną blon­dyn­ką z dłu­gi­mi, bo się­ga­ją­cy­mi pasa, fa­lo­wa­ny­mi wło­sa­mi. Mój nos jest upstrzo­ny pie­ga­mi. Niby wy­glą­dam mło­do i szczu­pło. Ale nie za­wdzię­czam tego, jak nie­któ­re gwiaz­dy fil­mo­we, ge­nom, lecz ra­czej od­po­wied­nio do­bra­nej die­cie i co­dzien­ne­mu ka­to­wa­niu się spor­tem. I, co tu kryć, dość kosz­tow­nym za­bie­gom ko­sme­tycz­nym, włą­cza­jąc w to roz­wią­za­nia in­wa­zyj­ne. Czy na­praw­dę coś tak po­spo­li­te­go, spo­ro wy­dat­ku­ją­ce­go na ro­bie­nie wra­że­nia przy­ja­zne­go oku, dzia­ła na ide­al­nych fa­ce­tów?

– Tam­ten wy­bryk na po­kła­dzie był nie­sa­mo­wi­ty. Ni­g­dy nie przy­da­rzy­ło mi się nic po­dob­ne­go. Za­ło­żę się, że to­bie rów­nież. Kie­dy po­my­ślę o two­jej spon­ta­nicz­nej na­tu­rze, do gło­wy na­pły­wa­ją prze­róż­ne sce­na­riu­sze… No i oczy­wi­ście na­dzie­je… To ta­kie bu­du­ją­ce, per­spek­ty­wicz­ne… Po­zwo­lisz się po­rwać na dzi­siej­szy bal prze­bie­rań­ców? – Jego sło­wa wy­rwa­ły mnie z za­my­śle­nia.

– Ach tak… To zna­czy nie… – wy­du­ka­łam. – Oczy­wi­ście, że tak.

– Wspa­nia­le! – Po raz ko­lej­ny ob­da­rzył mnie mi­lu­siń­skim spoj­rze­niem.

Nie do koń­ca by­łam za­do­wo­lo­na z ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Wa­ka­cje z za­ło­że­nia mia­ły upły­nąć mi na eli­mi­na­cji czyn­ni­ka mę­skie­go z oto­cze­nia. Chcia­łam wresz­cie się po­zbie­rać, po­żyć ze sobą, upo­rząd­ko­wać spra­wy. A przede wszyst­kim zdy­stan­so­wać się do płci prze­ciw­nej. Tym­cza­sem już od po­cząt­ku wy­jaz­du czu­łam się bar­dziej wi­dzial­na niż w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat. Za­czy­na­ło się dziać coś nie­po­ko­ją­ce­go… Na szczę­ście Oskar ulot­nił się rów­nie szyb­ko i nie­spo­dzie­wa­nie, jak się po­ja­wił.

Skoń­czy­łam pić piña co­la­dę i ra­czyć się sa­łat­ką z awo­ka­do i pa­prycz­ka­mi chil­li, przy­pra­wio­ną na kwa­śno i ostro. Za­krę­ci­ło mi się lek­ko w gło­wie. Dzię­ki temu ostat­nie­mu ode­szłam w kie­run­ku pla­ży naj­bar­dziej sek­sow­nym kro­kiem, na jaki by­łam w sta­nie się zdo­być.

Gdy z po­wro­tem zna­la­złam się przy swo­im le­ża­ku, po­sta­no­wi­łam się zdrzem­nąć, ale ci­szę co­raz to na nowo prze­ry­wa­ły dźwię­ki ko­mór­ki, sy­gna­li­zu­ją­ce nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie. Nad­miar bodź­ców roz­pra­szał. Mia­łam dość igno­ro­wa­nia iry­tu­ją­ce­go pi­ka­nia. Zde­ner­wo­wa­na się­gnę­łam po te­le­fon: osiem nie­ode­bra­nych. Wszyst­kie od Hu­ber­ta Krzyc­kie­go!

Cze­go może chcieć? Czyż­by ja­kieś eks­tre­mal­nie wy­so­kie za­le­gło­ści płat­ni­cze? A może zo­stał za­trzy­ma­ny i po­trze­bu­je po­rę­cze­nia? – po­my­śla­łam i po­sta­no­wi­łam do nie­go od­dzwo­nić ju­tro, żeby nie po­my­ślał, że będę na każ­de jego ski­nie­nie, zwłasz­cza na urlo­pie.



Wie­czo­rem prze­sta­łam chwi­lo­wo my­śleć o Hu­ber­cie. Szy­ko­wa­łam się na im­pre­zę, z Oska­rem. Te­ma­tem prze­wod­nim były zło­te lata Hol­ly­wo­od, kie­dy w świe­tle re­flek­to­rów ro­dzi­ły się naj­więk­sze gwiaz­dy, po­zo­sta­ją­ce nie­do­ści­gnio­ny­mi ide­ała­mi uro­dy po dziś dzień. Na­praw­dę mia­łam ocho­tę za­sza­leć, choć sta­ra­łam się unik­nąć zbęd­nych wy­dat­ków. Dla­te­go po­sta­no­wi­łam pod­ra­so­wać jed­ną z mo­ich wa­ka­cyj­nych su­kie­nek, któ­re za­bra­łam z Pol­ski. Spę­dzi­łam przed lu­strem dłu­gie go­dzi­ny i by­łam za­do­wo­lo­na z tego, jak co­dzien­na Liza Ho­le­wicz prze­obra­zi­ła się w gwiaz­dę sta­re­go kina.

Mia­łam na so­bie do­pa­so­wa­ną su­kien­kę midi w ko­lo­rze bia­łym w pa­ste­lo­we fio­le­to­we kwia­ty, prze­pa­sa­ną czar­ną szar­fą, któ­ra wspa­nia­le pod­kre­śla­ła ta­lię, a na no­gach za­mszo­we czar­ne san­dał­ki na bar­dzo wy­so­kim ob­ca­sie. Wło­sy roz­pu­ści­łam i ucze­sa­łam je w tak zwa­ne hol­ly­wo­odz­kie fale z prze­dział­kiem na boku. Moc­no za­zna­czy­łam oczy, ale za to usta dla rów­no­wa­gi prze­cią­gnę­łam je­dy­nie błysz­czy­kiem.

– Raz się żyje… – po­wie­dzia­łam, przy­glą­da­jąc się swo­je­mu od­bi­ciu.

Usły­sza­łam pu­ka­nie do drzwi i po­bie­głam, aby je otwo­rzyć.

W pro­gu stał Oskar. Naj­przy­stoj­niej­szy męż­czy­zna, ja­kie­go wi­dzia­łam na żywo. Od­sta­wio­ny, od­wa­lo­ny, od­pi­co­wa­ny – jak­kol­wiek by tego nie na­zwać. Ubra­ny był w ja­sny lnia­ny gar­ni­tur, któ­ry kon­tra­sto­wał z de­li­kat­ną opa­le­ni­zną i bla­skiem jego zie­lo­nych oczu. Po­czu­łam się, jak­by na­gle z nie­bios zstą­pi­li Amor, Eros i wszy­scy inni bo­go­wie, od­po­wie­dzial­ni za swo­ich przed­sta­wi­cie­li na zie­mi.

Co wię­cej, jego do­sko­na­łość była ar­cy­za­si­la­ją­ca ener­ge­tycz­nie!

W każ­dym ra­zie dla ta­kich ni­kłych za­so­bów jak moje!

Na­gle zza za­krę­tu ko­ry­ta­rza wy­ło­ni­ła się gru­pa miej­sco­wych mu­zy­ków. Gra­li rzew­ne, pięk­ne i uwo­dzą­ce szcze­ro­ścią pie­śni ro­dem z Ame­ry­ki Środ­ko­wej. Sta­łam w pro­gu jak za­hip­no­ty­zo­wa­na. Nie mia­łam po­ję­cia, co zro­bić i po­wie­dzieć. Po­cząt­ko­wo chcia­łam wszyst­kich za­pro­sić do swo­je­go po­ko­ju, aby ich ukryć i nie ro­bić za­mie­sza­nia na cały ho­tel. Po­tem zda­łam so­bie spra­wę, że to i tak ni­cze­go nie zmie­ni.

W pew­nym mo­men­cie zo­bo­jęt­nia­łam na to, co mogą po­wie­dzieć inni. Za­mknę­łam oczy i za­czerp­nę­łam głę­bo­ko po­wie­trza, roz­ko­szu­jąc się moim ka­ra­ib­skim szczę­ściem.

– Dzię­ku­ję… – wy­szep­ta­łam w koń­cu, otwie­ra­jąc po­wie­ki, a on, nie zwa­ża­jąc na mu­zy­ków, rzu­cił się i po­ca­ło­wał mnie w usta.

Nie zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć na po­ca­łu­nek. Na­gle obok po­ja­wi­ła się ko­bie­ta, któ­rą chy­ba gdzieś już wcze­śniej wi­dzia­łam. Przy­po­mnia­łam so­bie, że to jed­na ze ste­war­dess, któ­re le­cia­ły z nami w sa­mo­lo­cie.

– Bian­ca. Part­ner­ka tego pa­ja­ca – przed­sta­wi­ła się i chwy­ci­ła Oska­ra za rękę.

Oskar nie ode­zwał się ani sło­wem. Stał i pa­trzył raz na mnie, raz na nią. Był bier­nym ob­ser­wa­to­rem, któ­ry z za­cie­ka­wie­niem ocze­ki­wał dal­sze­go roz­wo­ju wy­da­rzeń. W koń­cu ste­war­des­sa po­cią­gnę­ła go w kie­run­ku scho­dów pro­wa­dzą­cych na dół. Mu­zy­ka uci­chła. To­wa­rzy­stwo znik­nę­ło rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło. Gdy za­mknę­łam drzwi, od razu się­gnę­łam po szklan­kę, któ­ra sta­ła na mini bar­ku. Za­apli­ko­wa­łam so­bie por­cję rumu, któ­ry lał się z dys­try­bu­to­ra w każ­dym po­ko­ju, nie­mal­że jak woda.

Och, jak­że ja nie­na­wi­dzę rumu!

A jed­nak mu­sia­łam czymś za­lać po­twor­ny żal!

Cho­le­ra, jak mi źle!

– Za hart du­cha – szep­nę­łam i pod­nio­słam szklan­kę do ust.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij