Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 kwietnia 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku - ebook

Historia trucicielstwa to historia walki o władzę. Członkowie królewskich rodów obawiali się zgubnego działania trucizny, która mogła zostać dodana do ich posiłku przez wrogów. Aby zapobiec otruciu, korzystali z rogów jednorożca i antidotów wypróbowanych na skazańcach oraz z usług testerów jedzenia. Słudzy oblizywali sztućce monarchów, zakładali ich bieliznę i testowali nocniki.

Jednak przerażeni niebezpieczeństwem otrucia władcy nie dostrzegali, że trucizna często kryła się w ich codziennej rutynie. Kobiety stosowały podkłady zrobione z ołowiu i rtęci. Mężczyźni wcierali w łysiejące miejsca zwierzęce odchody. Lekarze przepisywali im rtęciowe lewatywy i maści z arszenikiem.

Trucizna nie odeszła w zapomnienie wraz z dawnymi rodami królewskimi. Wciąż jest obecna na szczytach władzy. Trudniejsza do wykrycia. Skuteczniejsza. Chętnie używana przez współczesnych dyktatorów w walce z politycznymi wrogami. Trucizna wciąż żyje i ma się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Eleanor Herman odkrywa przed nami dzieje trucizny, jakiej nie znamy. Łączy w swojej książce świetną znajomość królewskich archiwów z najnowszymi odkryciami medycyny sądowej. Snuje opowieść o życiu w najwspanialszych europejskich pałacach – o trujących kosmetykach, śmiercionośnych lekarstwach i okrutnych morderstwach.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-5732-0
Rozmiar pliku: 4,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

W roku 1670 na wspaniałym dworze Ludwika XIV piękna dwudziestosześcioletnia księżniczka Henrietta, księżna Orleanu, bierze łyk wody z cykorią, chwyta się za bok i woła: „Zostałam otruta!”. Jej damy dworu rozbierają ją i kładą do łóżka, gdzie targają nią wymioty i uporczywa biegunka. Bezustannie czuje ból, jakby tysiąc rozpalonych do czerwoności noży przeszywało i paliło jej wnętrzności. Wije się w kłębowisku przepoconej pościeli, krzycząc. Błaga Boga, by ulżył jej w bólu. Łka, jęczy, a w końcu milknie.

Kiedy po dziewięciu godzinach od ataku boleści księżna umiera, wydaje się to aktem łaski. Jeśli wziąć pod uwagę objawy, można dojść do wniosku, że w istocie została otruta. Kto jest podejrzany o morderstwo? Jej mąż Filip, książę Orleanu, mściwy brat króla, żywiący do niej urazę z powodu wygnania jego kochanka.

Podczas zbierania informacji do moich książek o królewskich romansach zaintrygowały mnie liczne historie młodych, pięknych, utalentowanych i możnych, którzy przedwcześnie zeszli z tego świata. Przez wieki, niemal za każdym razem, gdy z życiem pożegnał się względnie młody członek rodziny królewskiej, zaczynały krążyć pogłoski, że został otruty. Ale czy rzeczywiście w grę wchodziła trucizna? Czy może wszyscy umierali z przyczyn naturalnych?

Postanowiłam powrócić do tego zajmującego tematu, który tak wspaniale łączy moją miłość do seriali ukazujących pracę ekspertów kryminalistyki z pasją odkrywania przeszłości. Wkrótce tkwiłam już po uszy w tym, co makabryczne, niesamowite, tragiczne i zabawne. Dowiedziałam się, jak w XVI wieku przeprowadzano sekcje zwłok i balsamowanie – nie jest to rzecz dla ludzi o słabych nerwach. Robiłam wielkie oczy, czytając renesansowe receptury środków upiększających, które wśród składników zawierały rtęć, arsen, ołów, kał, mocz i ludzki tłuszcz. Przekopywałam się przez współczesne opracowania na temat ekshumacji królewskich ciał, które okazywały się wyniszczone przez rozmaitość toksycznych substancji. A do tego odkryłam drobiazgowe – i dla nas komiczne – procedury zapobiegania otruciom na królewskich dworach.

Wnikając w ów świat, dowiedziałam się, że pałace wręcz ociekały najróżniejszymi truciznami, przy czym nie zawsze były to śmiertelne dawki arszeniku mające za zadanie zabić. Wpatrując się we wspaniałe portrety z minionych wieków, nie wiemy, co się kryje pod lśniącymi od diamentów królewskimi szatami – nie dociera do nas odór niemytych ciał, nie widzimy wszy ucztujących na głowach, pod pachami i w miejscach intymnych, nie dostrzegamy zabójczych bakterii w zanieczyszczonej wodzie i źle przygotowanym jedzeniu ani raka zjadającego narządy wewnętrzne. Nie czujemy przyprawiającego o mdłości fetoru przepełnionych nocników czy cuchnących uryną klatek schodowych, gdzie dworzanie bez skrępowania załatwiali swoje potrzeby. Nie mamy wglądu w barbarzyńskie metody leczenia, bardziej niebezpieczne niż sama choroba, ani w skład eliksirów stworzonych po to, by dodać urody, czasem jednak zabójczych.

Aby wprowadzić was w ten świat niezrównanego piękna i obrzydliwego brudu, na początek przedstawię pałacowe sposoby zapobiegania otruciom, procedury i antidota, w kolejnych rozdziałach prezentując śmiercionośne kosmetyki, fatalnych lekarzy i śmiertelnie zagrażające zdrowiu warunki życia królewskich rodów. Następnie przyjrzę się z bliska dwudziestu osobistościom z królewskich dworów, które, jak wieść niesie, zostały otrute, poczynając od takich sław jak Napoleon czy Mozart, a kończąc na tych, których imiona niewiele nam mówią, choć są wśród nich czternastowieczny włoski dowódca wojskowy i szesnastowieczna królowa Nawarry – dobrze znani w swoich czasach, obecnie zaś niemal całkiem zapomniani.

Pałacowi medycy byli często zupełnie skonsternowani, gdy przychodziło do ustalenia przyczyny choroby czy śmierci, ale współczesna nauka może rzucić nieco światła na to, co tak naprawdę się stało nieszczęsnej księżnej Henrietcie i wielu innym osobom, które umarły w tajemniczych okolicznościach. Na kartach tej książki przyglądam się ich życiu, śmierci i ekshumacjom oraz badaniom świeżej daty, a jeśli nie zostały przeprowadzone, przedstawiam współczesną diagnozę postawioną na podstawie objawów i wskazuję prawdopodobną przyczynę śmierci.

Co ciekawe, dowiedziałam się, że ludzie, którzy trwali w strachu przed otruciem, w gruncie rzeczy sami na co dzień truli się lekami, kosmetykami i życiem w urągających higienie warunkach. Na wspaniałych królewskich dworach Europy, za obwieszoną klejnotami fasadą piękna pleniły się choroby, ignorancja, brud, a czasem – morderstwa.

Trucie politycznych przeciwników nie należy jednak wyłącznie do przeszłości. Jak pokazuje ostatni rozdział, dzisiaj w niektórych krajach polityczne zabójstwa przy użyciu trucizny są równie pospolite jak dawniej na mrocznych renesansowych dworach.Rozdział 1

Powszechność trucizn

Od biesiadnego stołu po królewskie majtki

Wyobraźcie sobie króla, który spogląda na stół suto zastawiony pieczonym mięsiwem, gęstymi sosami, lukrowanymi miodownikami i doskonałym winem. Choć w brzuchu burczy mu z głodu, może stracić apetyt, gdy weźmie pod uwagę, że wszystkie te smakowitości mogą tak naprawdę w ciągu kilku godzin sprowadzić na niego straszną śmierć.

Czyżby te obawy były nieuzasadnione? Może wszystkie pałacowe osobistości, które umarły młodo i niespodziewanie, padły ofiarą nie trucizny, ale naturalnej choroby niezdiagnozowanej przez skonsternowanych lekarzy? Niestety, nie. Choć pogłoski niesłusznie przypisały wiele królewskich zgonów truciźnie, to źródła dowodzą, że lęk przed otruciem nie był jedynie dworską paranoją.

Sercem trucicielskiego świata były Włochy. Władający Toskanią przedstawiciele rodu Medyceuszy i rządzący Republiką Wenecką dożowie zakładali wytwórnie toksyn i odtrutek, testując je na zwierzętach i skazanych na śmierć więźniach. W przeciwieństwie do starożytnych Rzymian, którzy używali trucizn pochodzenia roślinnego, by mordować cesarskich spadkobierców i dokuczliwe teściowe, truciciele epoki renesansu wykorzystywali zabójczy kwartet metali ciężkich – arsenu, antymonu, rtęci i ołowiu.

Wśród 4 milionów dokumentów zgromadzonych w archiwum Medyceuszy we Florencji można znaleźć liczne wzmianki o truciznach. W roku 1548 książę Kosma I zawiązał spisek mający na celu zgładzenie Piera Strozziego – dowódcy wojskowego, który sprzeciwiał się panowaniu Medyceuszy – poprzez dodanie trucizny do jego jedzenia bądź picia. W lutym tego samego roku anonimowy nadawca napisał do Kosmy szyfrem: „Piero Strozzi podczas podróży przystaje zazwyczaj kilka razy, żeby się napić”. Piszący poprosił o „coś, czym można by zatruć jego wodę albo wino, razem z instrukcjami, jak zmieszać składniki”.

W roku 1590 syn Kosmy, wielki książę Ferdynand, podejrzewany o to, że trzy lata wcześniej otruł swego starszego brata Franciszka, by zdobyć tron, pisał do swojego pełnomocnika w Mediolanie: „Wysyłamy ci nieco trucizny, a posłaniec powie ci, jak jej użyć (…). Z przyjemnością obiecamy trzy, a nawet cztery tysiące skudów temu, kto truciznę poda. Posłana ilość wystarczy do zatrucia całego dzbana wina, nie ma zapachu ani smaku, za to działa silnie. Trzeba ją dobrze zmieszać z winem, a jeśli zechcesz zatruć tylko jeden kieliszek, wystarczy wziąć pół uncji, lepiej więcej niż mniej”.

Tajemnicza Rada Dziesięciu, jeden z najważniejszych organów władzy Republiki Weneckiej od roku 1310 do 1797, zlecała zabójstwa dokonywane „potajemnie, ze zręcznością i ostrożnością”, co stanowi wyraźne odniesienie do otrucia. W swojej najnowszej pracy Matthew Lubin z Uniwersytetu Duke’a i Uniwersytetu Karoliny Północnej w Chapel Hill prezentuje mające miejsce w latach 1431–1767 trzydzieści cztery przypadki finansowanych przez weneckie władze politycznych otruć. Jedenaście prób zakończyło się niepowodzeniem, dziewięć – sukcesem, w dwóch przypadkach wytypowane ofiary prawdopodobnie umarły z przyczyn naturalnych przed spożyciem trucizny, a w dwunastu innych skutek nie został udokumentowany. Najprawdopodobniej prób pozbycia się przez otrucie politycznie niepożądanych elementów było w Wenecji o wiele więcej, niż podają źródła.

Do opracowywania trucizn Rada Dziesięciu wynajmowała botaników z uniwersytetu w niedalekiej Padwie. Annały Rady zawierają dwie, pochodzące z lat 1540 i 1544, szczegółowe receptury specyfików, w których skład wchodziły: sublimat (chlorek rtęci, trujące białe kryształy), arszenik, realgar, aurypigment (żółte kryształy trisiarczku diarsenu), salmiak (minerał zbudowany z chlorku amonu), sól kamienna, grynszpan (niebieski lub zielony proszek powstający na skutek korozji miedzi) oraz ekstrakt z cyklamenu, kwiatu, który w Wenecji zakwita w grudniu.

Trucizny cieszyły się wielką popularnością jeszcze w XVII wieku. Niejaka Giulia Toffana do 1659 roku, kiedy została stracona, przez pięćdziesiąt lat sprzedawała w Neapolu i Rzymie truciznę, głównie przyszłym wdowom, zabijając w sumie około 600 osób. Stworzyła środek, który z czasem zyskał nazwę _aqua tofana_: trującą miksturę z arszeniku, ołowiu i wilczej jagody, bezbarwną, bezwonną i łatwo mieszającą się z winem, którą chętnie stosowano jeszcze długo po śmierci jej wynalazczyni. Aby oszukać władze, przechowywała truciznę jak wodę święconą w szklanych fiolkach z wizerunkami świętych albo wlewała ją do pojemniczków na kosmetyki.

W roku 1676 w Paryżu została stracona czterdziestosześcioletnia Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray, markiza de Brinvilliers, winna tego, że za pomocą _aqua tofana_ zabiła swego ojca i dwóch braci, by odziedziczyć ich majątki. Podczas przesłuchania oświadczyła: „Wplątana jest w to połowa ludzi z wyższych sfer i mogłabym ich zniszczyć, gdybym zaczęła mówić”. I rzeczywiście, trzy lata później 319 osób z Paryża i okolic, w tym wielu dworzan, zostało aresztowanych, a 36 skazanych na śmierć za trucicielstwo.

Trucie króla od kuchni

Wystarczyła jedna osoba, by dodać czegoś do królewskiego jedzenia. Henryk VIII zatrudniał w swoich kuchniach w Hampton Court dwustu ludzi: kucharzy, pomywaczki, kuchmistrzów, krajczych, pomoce kuchenne, piekarzy, rzeźników, ogrodników, kamerdynerów, spiżarnych i dostawców, którzy skubali, siekali, gotowali, piekli, nosili, dekorowali, nakładali na talerze, szorowali i biegali na posyłki. Królewskie kuchnie były istnymi fabrykami jedzenia produkującymi setki posiłków dziennie, pełnymi kręcących się po nich służących.

Przy tak niepokojącej liczbie rąk dotykających jedzenia, jak powinien postępować monarcha, by uniknąć spożycia trucizny? Najwcześniejsza rada pochodzi od wielkiego żydowskiego medyka, filozofa i uczonego, Majmonidesa, który w 1198 roku napisał na ten temat traktat dla swego chlebodawcy Saladyna, sułtana Egiptu i Syrii. Radził w nim, aby sułtan nie jadł potraw o niejednorodnej konsystencji, takich jak zupy czy gulasze, ani tych o mocnym smaku, gdzie łatwo ukryć smak i konsystencję trucizny. „Należy też zachować ostrożność wobec potraw (…) wyraźnie kwaśnych, ostrych w smaku i mocno przyprawionych – pisał Majmonides – jak też wobec dań silnie pachnących (…) i przygotowanych z użyciem cebuli bądź czosnku. Takie potrawy najlepiej przyjmować od zaufanej osoby, pozostającej poza wszelkimi podejrzeniami, gdyż najłatwiej zaszkodzić trucizną przez to danie, które utai jej smak, zapach, jej wygląd i konsystencję”.

Według Majmonidesa szczególnie niebezpieczna i trudna do wykrycia była trucizna podana w winie. „Najprościej jest zmieszać truciznę z winem – pisał – to drugie bowiem z reguły ukrywa wygląd, smak i zapach tej pierwszej i przyspiesza jej wędrówkę do serca. Każdy, kto pije wino, co do którego ma powody podejrzewać, że ktoś chciał go za jego pomocą przechytrzyć, musi być szaleńcem”.

Pod koniec XVI wieku ważny hiszpański minister Gaspar de Guzmán, hrabia de Olivares, był najwyraźniej świadom zagrożeń płynących z picia wina. Z relacji znalezionej w archiwum Medyceuszy we Florencji wynika, że Olivares podczas kolacji w mieście Walencja, „wziąwszy pierwszy łyk i czując bardzo nienaturalny smak wina, przestraszył się otrucia i odskoczył w wielkiej furii od stołu, prosząc o lekarstwa. Tymczasem na wieść o tym, co zaszło, podczaszy zapewnił Jego Ekscelencję, że zły smak był skutkiem tego, iż po umyciu nie wypłukał butli na wino octem z solą. Gdy podczaszy następnie napił się tego samego wina, Olivares w końcu się uspokoił”.

Girolamo Ruscelli zgadzał się z Majmonidesem. Napisał w 1555 roku książkę _Tajemnice wielebnego mistrza Aleksego z Piemontu zawierające lekarstwa na choroby różne, rany i inne przypadłości wraz ze sposobami przygotowania ekstraktów, perfum, konfitur, kolorów, barwników, mieszanek i stopów_, która stała się popularna w całej Europie w wielu przekładach i wydaniach. W części zatytułowanej „Aby uchronić się przed otruciem” zanotował: „Zważać trzeba na to, by nie jeść potraw o ostrym czy bardzo słodkim smaku, albowiem gorycz i smród trucizny zostaną w nich ukryte, jako że to, co nazbyt słodkie, kwaśne czy słone, gdy zmieszane z trucizną, maskuje jej gorycz”.

Ambroise Paré, lekarz czterech królów Francji, napisał w roku 1585 w swoim traktacie o truciznach: „Rzeczą wielce trudną jest uniknięcie otrucia, jako że (…) po dodaniu do potraw słodkich i mocno pachnących niełatwo jest wyczuć truciznę nawet wprawnej osobie. Dlatego też ci, co lęk przed otruciem czują, zważać winni na mięsiwa przygotowane z kunsztem wielkim, na dania bardzo słodkie, słone, kwaśne czy mocno nasycone każdym innym smakiem. A kiedy dręczy ich głód czy pragnienie, nie wolno im jeść ani pić nazbyt chciwie, lecz czujnie i uważnie próbować wszystkiego, co jeść albo pić jest im dane”.

Przez tysiące lat królowie zatrudniali ludzi, którzy sprawdzali każde danie, zanim trafiło do monarszych ust. Trucizna jednak – nawet pokaźna dawka arszeniku – nie musi zadziałać od razu. Wbrew temu, co oglądamy na filmach, nie było tak, że ofiara połykała kęs jedzenia, chwytała się za gardło i padała trupem na podłogę. Czas potrzebny do wystąpienia pierwszych objawów (ból brzucha, wymioty, biegunka) był bardzo różny w zależności od wzrostu osoby, wagi, cech genetycznych, ogólnego stanu zdrowia i ilości jedzenia, jakie znajdowało się już w jej brzuchu, gdyż mogło ono spowolnić wchłanianie trucizny.

Jedno z nielicznych udokumentowanych zdarzeń ilustrujących sposób działania toksycznych substancji zaszło w 1867 roku, gdy grupa dwadzieściorga gości zasiadła do posiłku w pewnym hotelu w Illinois i zjadła herbatniki upieczone z arszeniku zamiast mąki. Jeden z biesiadników rozchorował się zaraz po odejściu od stołu, podczas gdy innych złe samopoczucie zaczynało ogarniać w ciągu kilku kolejnych godzin, mimo że spożyli arszenik w tym samym czasie. Wszyscy poszkodowani mieli mdłości i biegunkę, którym towarzyszyły inne objawy, różne u różnych osób, od palącego bólu w trzewiach, poprzez ścisk gardła i skurcze, po drgawki. Jedna z ofiar cierpiała na biegunkę i problemy z oddawaniem moczu przez kilka tygodni. Nikt nie umarł.

Oczywiście królewska rodzina nie czekałaby przy stole przez godzinę albo dwie po spróbowaniu potraw przez testera, by przekonać się, czy nie będzie miał odruchów wymiotnych – jedzenie w tym czasie zupełnie by ostygło. Najwyraźniej królowie i ich medycy nie byli świadomi opóźnienia w działaniu trucizny i spodziewali się, że nieszczęśnik od razu zacznie się dławić i wymiotować. Musieli również polegać na jego umiejętności wyczuwania niezwykłych smaków i konsystencji.

Majmonides zalecał, aby tester – albo gospodarz, którego król podejrzewał o niecne wobec siebie zamiary – spożył sutą porcję jedzenia, a nie tylko skubnął posłusznie mały kawałeczek. „Jeśli kto chce się ustrzec się przed złymi zamiarami innych – pisał filozof – nie powinien jeść, dopóki osobnik o złe zamiary podejrzewany nie spożyje wpierw uczciwej porcji strawy. Nie należy zadowalać się ledwie kęsem, jak to widywałem u kucharzy w obecności ich królów”. Aby zapobiec otruciu swego długo wyczekiwanego syna i dziedzica, przyszłego Edwarda VI, Henryk VIII kazał testerom napychać się chlebem młodego księcia, mlekiem, mięsem, jajami i masłem, zanim chłopiec wziął do ust choćby łyżeczkę.

W średniowieczu próbowanie królewskiego jadła zostało ujęte w ramy skomplikowanych protokołów, rytuałów i środków bezpieczeństwa. Sprawdzanie zaczynało się w królewskiej kuchni. Pochodząca z 1465 roku relacja z uczty wydanej z okazji ingresu arcybiskupa George’a Neville’a do katedry w Yorku opisuje próby przeprowadzane na potrawach: „Tymczasem stolnik udaje się do kredensu – tłumaczy autor – i tam bierze próbkę każdego dania, podaje je kuchmistrzowi i kucharzowi, aby skosztowali każdej zupy, musztardy i sosu. (…) Z każdego zaś rodzaju mięsiwa, pieczonego, gotowanego czy opiekanego na ruszcie, czy to będzie ryba czy co innego, odkrawa kawałek (…) i ze wszystkimi innymi mięsami, w sosach, w tartach i galaretach, czyni podobnie”.

W wypadku każdego dania w cieście, na przykład placka nadziewanego mięsem, testerzy robili dziurę w skórce na wierzchu i maczali kawałek chleba w sosie pod spodem, po czym go próbowali. Zanim półmisek dotarł do króla, danie nie tylko było ledwo letnie, ale też wyglądało raczej jak psie śniadanie niż królewski obiad. Służba w uroczystej procesji zanosiła przetestowane dania do królewskiej sali jadalnej, gdzie stawiano je na meblu zwanym kredensem (tak jak wcześniej wspomniane pomieszczenie), która to nazwa wiąże się z przeprowadzanymi przy nim próbami uwiarygodniania potraw, a pochodzi od włoskiego słowa _credenza_, oznaczającego wiarę. Każdy służący musiał spróbować wniesionego przez siebie dania, a zbrojne straże pilnowały, by do półmisków nie zbliżyła się żadna nieupoważniona osoba.

Wszystko, co król pił – czy to była woda, wino, czy piwo – rzecz jasna także było sprawdzane. Tester nalewał kilka kropli napoju do „czary probierczej” i wypijał. Służący sprawdzał też wodę, w której król mył ręce przed jedzeniem i po nim, wylewając nieco z królewskiej misy na własne dłonie, by sprawdzić, czy nie spowoduje bólu, swędzenia albo pieczenia.

Próby jednak nie ograniczały się wyłącznie do jedzenia i picia. Służący całowali też królewski obrus i poduszkę siedziska. Jeśli wargi nie zaczynały ich swędzieć, jeśli nie pojawił się obrzęk, zakładano, że te rzeczy nie są zatrute.

Nawet królewska sól była testowana. Spiżarny nabierał jej nieco z dużego, zdobionego naczynia i podawał pomocy kuchennej do spróbowania. Służący, który przynosił królowi serwetkę z bieliźniarki, zakładał ją sobie na szyję, żeby w zagięciach złożonej tkaniny nie można było ukryć trucizny. W relacji z 1465 roku czytamy: „Krajczy zdejmuje ze swego barku serwetę i całuje ją na próbę, po czym podaje panu. Chwyta potem łyżkę, wyciera i znowu na próbę całuje”. Przy takiej ilości całowania znacznie bardziej prawdopodobne było to, że jego królewska mość padnie ofiarą zarazków niż arszeniku.

Według _État de la France_ – corocznego raportu o stanie państwa – wydanego w 1712 roku Ludwik XIV w końcowych latach swego panowania zatrudniał w pałacu w Wersalu 324 ludzi do obsługi stołu. Król zasadniczo wolał jeść obiad o pierwszej po południu w swych prywatnych komnatach. Choć jednak był jedynym jedzącym, to nie był sam. Oprócz gromady służby, która mu asystowała, stali tam i przyglądali mu się dworzanie i ambasadorowie. Niekiedy król zaszczycał swoją osobą dwór i resztę królewskiej rodziny podczas uczt, których protokół był jeszcze bardziej przytłaczający, a zwykłym ludziom wolno było przechodzić i gapić się na przeżuwającego monarchę.

Zanim Ludwik XIV wszedł do sali jadalnej, królewscy urzędnicy stołowi poddawali próbie obrusy, serwetki, puchary, półmiski, sztućce i wykałaczki, całując je, przecierając zastawę chlebem, a następnie ten chleb zjadając. Jeden ze służących moczył nawet delikatną lnianą serwetkę króla i wycierał w nią ręce, po czym składał ją i kładł z powrotem na królewskim stole. Co zabawne, serwetka, z której korzystał król, była zatem zawsze mokra i brudna.

W tym samym czasie Urzędnicy w Służbie Królewskich Ust testowali w kuchni królewskie jadło. Następnie każdy z nich brał półmisek i wszyscy ustawiali się jeden za drugim w pompatycznej procesji prowadzonej przez kamerdynerów ze srebrnymi buławami i eskortowanej przez uzbrojoną w karabiny straż, która pilnowała, by nikt nie zbliżył się do jedzenia. Cała grupa rozpoczynała długi pochód do królewskiej jadalni. Opuściwszy kuchnię, procesja przechodziła przez ulicę, wkraczała do południowego skrzydła pałacu, wchodziła po schodach, pokonywała kilka długich korytarzy, przecinała westybul Schodów Książąt, mijała Salon Handlowy, Wielką Salę Gwardii, górny westybul marmurowych schodów i Salę Gwardii Króla, by wreszcie dotrzeć do pierwszego przedpokoju królewskich apartamentów. Można sobie wyobrazić, że strawa była już wtedy w najlepszym razie letnia. Przez cały czas trwania posiłku testerzy podbierali porcyjki królewskiego obiadu i sami je zjadali.

Podobnie jak Ludwik XIV, Tudorowie przeważnie jadali w prywatnych komnatach, ale w nieco mniej napiętej atmosferze, bez nadmiernego przepychu i okazałości. Inaczej jednak niż Ludwik, w różnych swych pałacach budowali pod królewskimi komnatami małe prywatne kuchnie. Dzięki nim mogli liczyć na ciepłe posiłki, których nie trzeba było nieść przez zimny dziedziniec, a i ryzyko otrucia było mniejsze, gdyż do jedzenia zbliżała się jedynie garstka zaufanych służących.

We wszystkich królewskich pałacach służący przez cały dzień uzupełniali karafki z winem i wodą w królewskiej komnacie. Jeśli władca wyraził życzenie, aby przepłukać gardło, podczaszowie na jego oczach przeprowadzali próbę. Jeśli król zapragnął urządzić piknik podczas polowania, ci sami urzędnicy testowali jego jedzenie i napoje. Nic poza lekarstwem i komunią świętą nie mogło trafić do królewskich ust, jeśli inni najpierw nie spróbowali, czy nie jest zatrute.

Służba nie bez powodu bardzo się starała pilnować, ażeby król nie został otruty czy choćby nie zaczął podejrzewać, że mogło do tego dojść, gdy zwyczajnie rozbolał go brzuch. Gdyby królewskie jelita zaczęły się burzyć, władca mógłby skazać każdego ze służących na straszliwe tortury, a podczas takich mąk nawet zupełnie niewinna osoba przyznałaby się pewnie do każdej zbrodni. Gdyby zaś zeznanie zostało już wyrwane z nieszczęśnika wraz kawałkami ciała za pomocą rozgrzanych do czerwoności kleszczy, rzekomego truciciela czekała okrutna śmierć przez powieszenie, wyprucie wnętrzności i poćwiartowanie albo rozerwanie końmi.

Niektórzy truciciele, mając świadomość, że przy takiej liczbie testerów trudno będzie zatruć królewskie jedzenie, wykazywali się sporą kreatywnością. Gdy 26 maja 1604 roku król Francji Henryk IV otworzył usta, by przyjąć z rąk księdza komunię, jego pies chwycił nagle zębami królewskie szaty i go odciągnął. Henryk zbliżył się znowu, by przyjąć hostię, ale pies znowu go odciągnął. Król uznał, że zwierzę próbuje go przed czymś ostrzec, i nakazał księdzu zjeść komunikant. Początkowo duchowny odmówił, jednak król nalegał. Według spisanej w Wenecji relacji z tego wydarzenia, „kiedy ksiądz spożył hostię, spuchł, a jego ciało rozpękło się na dwoje”. Ponieważ żadna znana trucizna nie powoduje pękania ciała na dwoje, autor relacji zapewne przesadził, opisując gwałtowne wymioty i biegunkę, które istotnie mogą sprawić, że człowiek czuje się, jakby go rozrywało. „I tak spisek został wykryty – kontynuował w swym doniesieniu – a kilku uczestniczących w nim arystokratów przebywa teraz w Bastylii” .

Zatrute przedmioty

Monarchowie lękali się nie tylko tego, co spożywali. Przerażenie ogarniało ich na myśl o dotknięciu przedmiotu, który mógł być pokryty trucizną, i wprowadzeniu jej do ciała przez skórę. Jak pisał Ambroise Paré, szesnastowieczny francuski lekarz królewski: „Dzisiejsze trucizny zabijają nie tylko po połknięciu, ale i nałożone czy zastosowane od zewnątrz”.

Dżentelmeni, którzy co rano słali Henrykowi VIII łóżko, musieli całować każdą powłokę i prześcieradło, wszystkie poduszki i koce, których dotykali, by udowodnić, że nie zaaplikowali na nie trucizny. Król martwił się też, że wrogowie mogą próbować zatruć ubranie jego syna. Nowa odzież, prosto od krawca, nigdy nie była noszona od razu przez księcia; najpierw trzeba ją było wyprać i wysuszyć przy kominku, aby pozbyć się wszelkich szkodliwych substancji. Zanim książę założył na siebie jakikolwiek element stroju – rajtuzy, koszulę czy kaftan – służba najpierw musiała go sprawdzić. Słudzy albo pocierali prawą i lewą stroną ubrania o własną skórę, albo ubierali w nie chłopca o wzroście Edwarda i czekali, by się przekonać, czy nie zacznie płakać, że skóra mu płonie.

Henryk VIII wydał dekret, że nikt nie może nawet dotknąć jego syna bez wyraźnego pozwolenia. Nieliczni wybrańcy, którym wolno było złożyć pocałunek na dłoni chłopca, najpierw zobowiązani byli przejść „próbę zacności”: musieli ucałować dłoń służącego, po czym wszyscy wpatrywali się w ucałowane miejsce, by się przekonać, czy nie wystąpią rumień i pęcherze spowodowane trucizną, którą całujący rozsmarował po nałożeniu antidotum na swoich ustach. Nawet poduszka na nocniku Edwarda była testowana, zanim z niej skorzystał, choć nie wiemy jak. Może jeden ze służących siadał na niej z gołym zadkiem i czekał, by sprawdzić, czy pośladki się nie zaczerwienią i nie zaczną palić.

W roku 1560 sekretarz stanu Elżbiety I, William Cecil, obawiając się katolickiego spisku, którego celem byłoby otrucie nowej protestanckiej królowej, wprowadził specjalne środki ostrożności dotyczące nie tylko jedzenia władczyni, ale też jej ubrania. Zarządził, że królowej nie wolno przyjmować tradycyjnych podarunków – perfumowanych rękawiczek czy rękawów, które dopinano do sukni. Nikt nieupoważniony nie mógł się zbliżyć do jej garderoby. Królewska bielizna i „każda rzecz, która mogła się zetknąć z jakąkolwiek częścią ciała jej królewskiej mości” musiała być pilnie strzeżona, poddawana próbom i uważnie oglądana, zanim została założona przez władczynię. Co do sprawdzania królewskich majtek, możemy się tylko zastanawiać, czy damy dworu Elżbiety I całowały je, pocierały nimi dłonie czy może zakładały na siebie, by sprawdzić, czy miejsca intymne nie zaczną ich piec, by w końcu je zdjąć i przekazać jej wysokości. Dworzanki często też testowały na obecność trucizny dary w postaci perfum czy kosmetyków, zanim te trafiły w ręce królowej.

I rzeczywiście, za długiego życia Elżbiety I roiło się od spisków mających na celu otrucie jej w taki czy inny sposób. W 1587 roku francuski ambasador w Anglii, baron Châteauneuf-sur-Cher, uknuł spisek mający na celu zatrucie jednej z królewskich sukni, wydaje się jednak, że szkodliwa substancja nigdy nie została zaaplikowana, a gdyby nawet do tego doszło, zapewne nie wyrządziłaby żadnej szkody, zważywszy na wielką ilość różnorakiej bielizny noszonej przez ówczesne damy.

W roku 1597 hiszpańscy jezuici zawiązali spisek, pragnąc zgładzić królową Elżbietę i jej faworyta, Roberta Devereux, hrabiego Essex. Wynajęli w tym celu pracującego w królewskiej stajni Edwarda Squire’a, który miał posmarować trucizną łęk u siodła władczyni. Najwyraźniej substancja nie zadziałała, bo królowa do konnej jazdy zawsze zakładała skórzane rękawice. Wówczas to Squire zgłosił się, by towarzyszyć hrabiemu w podróży statkiem, gdzie pokrył trucizną jego krzesło, lecz znowu doznał sromotnej porażki. Hiszpanie uznali, że Squire to podwójny agent, a nie zwykły nieudacznik, i poinformowali o jego spisku angielski rząd. Niedoszły zabójca został powieszony, wypatroszony i poćwiartowany.

Wątpliwe, by jakakolwiek trucizna przeniesiona na skórę mogła zabić dorosłą osobę. Jeden z niewielu udokumentowanych przypadków zgonu na skutek wchłonięcia trucizny przez skórę miał miejsce w 1857 roku, kiedy to pewna Angielka dokładnie pokryła ciało swej sześciotygodniowej córeczki proszkiem, który miał być pudrem dla niemowląt, a okazał się arszenikiem. Dziewczynka nie miała jak powiedzieć, że skóra ją szczypie, a trucizna, wchłonięta do krwiobiegu przez pęcherzyki i miejsca intymne, opanowała całe ciałko, zabijając dziecko. Gdyby jednak dorosły wziął do ręki zatruty papier, kawałek tkaniny, drewna czy jakikolwiek inny przedmiot, pieczenie, które by wtedy poczuł, zmusiłoby go do natychmiastowego umycia skażonego miejsca i wszystko skończyłoby się najwyżej podrażnieniem skóry. Ówczesna nauka była jednak w powijakach, dlatego nikt o tym nie wiedział, a niewiedza zawsze podsyca ogień strachu.

Niektórzy monarchowie bali się nawet powietrza, którym oddychali. W 1529 roku do uszu Małgorzaty, królowej Nawarry, maleńkiego kraju wcinającego się klinem pomiędzy Francję a Hiszpanię, dotarło, że pewien katolicki biskup spiskuje, by otruć ją w niekonwencjonalny sposób za jej przyjaźń z protestantami i wysiłki zmierzające do zreformowania Kościoła. „Chodzą słuchy, że mnisi wynaleźli nowy sposób trucia swoich wrogów – pisała – za pomocą dymu z kadzidła” podczas nabożeństw.

W roku 1499, gdy Cezar Borgia – syn Rodryga Borgii, papieża Aleksandra VI – gwałtem i grabieżą torował sobie drogę przez Włochy, część arystokratów postanowiła otruć papieża, a tym samym odebrać Cezarowi armię. Watykański muzyk i zarządca zgodził się wręczyć Aleksandrowi petycję tak nasączoną trucizną, że same jej opary miały zabić papieża, gdy tylko ten rozwinie zwój, jednak spisek został odkryty, zanim cokolwiek zdążyło się wydarzyć. Podobnie w latach siedemdziesiątych XVII wieku grupa paryskich trucicieli postanowiła zabić Ludwika XIV, wręczając mu zatrutą petycję, lecz nigdy nie udało im się dotrzeć w pobliże króla.

Niedoszli zamachowcy nie pozostawili żadnych podpowiedzi co do rodzaju użytej trucizny, ale na pewno trudno im było przygotować zatrute listy tak, żeby samym się przy tym nie podtruć oparami. Wydaje się mało prawdopodobne, by jakakolwiek trucizna tamtych czasów była w stanie zachować swą moc na papierze czy też by ofiara trzymająca nos kilkanaście centymetrów od kartki mogła wciągnąć do płuc jej śmiertelną dawkę. Gdyby jednak opary trucizny dostały się ostatecznie do organizmu, mogłyby zabić. Ambroise Paré słusznie uważał, że wdychane substancje są najbardziej niebezpieczne ze wszystkich, pisząc, iż „trucizna, która wchodzi do ciała z zapachem, najszybsza jest i najskuteczniejsza”. Trucizny epoki renesansu, które do organizmu dostawały się przez przewód pokarmowy, przeważnie były wydalane za sprawą wymiotów i biegunki, dając ofierze szansę na przeżycie, podczas gdy trujące gazy – na przykład pozbawione zapachu i smaku opary rtęci – trafiały wprost do mózgu. Trudno jednak sobie wyobrazić, by mogły komuś zaszkodzić słabe opary wyschniętej na papierze trucizny. Jeśli chodzi o żywiących mordercze zamiary mnichów, to gdyby ich knowania się urzeczywistniły, wszyscy w kościele rozchorowaliby się i umarli, łącznie z nimi samymi.

Paré opisał sprytny sposób na otrucie wybranej ofiary – i tylko ofiary – za pomocą zapachowej kulki z perforowanego metalu znanej jako pomander, wypełnionej ziołami lub innymi aromatycznymi składnikami zatopionymi w wosku, którą wieszano na łańcuszku u pasa. Ilekroć kulka uderzyła o nogę bądź spódnicę osoby ją noszącej, w górę unosił się świeży obłok przyjemnego zapachu. Jeśli ktoś znalazł się w wyjątkowo cuchnącym miejscu, przytykał taki odświeżacz powietrza wprost do nozdrzy. „Pewien człowiek nie tak dawno temu – pisał Paré – podniósłszy do nosa i powąchawszy pomander, który został potajemnie zatruty, doznał zawrotów głowy, twarz mu nabrzmiała i choć szybko uzyskał pomoc, otrzymując sternutatoria i im podobne, to skonał niedługo potem”.

Monarchowie mieli powody, by bać się morderstwa także z rąk własnych lekarzy. W roku 1517 kardynał Alfonso Petrucci ze Sieny usiłował otruć papieża Leona X, nakłaniając jego medyka do wtarcia zatrutej maści w chronicznie ogarnięte chorobą pośladki jego świątobliwości. Spisek został w porę odkryty, a kardynał stracony. W roku 1613 sir Thomas Overbury umarł w męczarniach, gdy doktor opłacony przez jego wrogów na dworze Jakuba I zrobił mu lewatywę z kwasu siarkowego.

Groźba otrucia budziła przerażenie u ludzi żyjących na królewskich dworach, gdyż nie sposób było stwierdzić, czy monarcha został zamordowany, czy umarł z przyczyn naturalnych. Medyczna wiedza na temat ludzkiego ciała była zatrważająco mizerna. Za każdym razem, gdy ktoś chwycił się za brzuch i pobiegł do najbliższego nocnika, osoby, które to widziały, zapewne spoglądały po sobie z podejrzliwością i przestrachem.

Objawy zatrucia arszenikiem, naparstnicą i muchomorem sromotnikowym są bardzo do siebie podobne: ból brzucha, biegunka, mdłości, wymioty, ból głowy, dezorientacja, odwodnienie, śpiączka i śmierć. Jednak z takimi samymi symptomami zmagają się osoby cierpiące z powodu zatrucia pokarmowego wywołanego salmonellą czy _E. coli_ (bakteriami występującymi w kale, brudnej wodzie, niepasteryzowanym mleku i mięsie), a także te, u których doszło do zakażenia włośniem (pasożytem pochodzącym z niedogotowanej wieprzowiny). Tego rodzaju trawienne problemy musiały być powszechne w czasach nierównomiernie pieczonego mięsa (podczas pieczenia na rożnie jedna część nierzadko pozostawała surowa, podczas gdy druga była kompletnie wysuszona), zanieczyszczonych studni, braku lodówek, pasteryzacji i inspektorów sanitarnych. Przebywanie w pobliżu żywego inwentarza zwiększało ryzyko zatrucia się _E. coli_, a krowy, owce i świnie trzymano na wszystkich dworach. Kucharze rzadko myli ręce, a przed wynalezieniem kroplówki, która zapobiega fatalnym skutkom gwałtownego odwodnienia, zatrucie pokarmowe mogło być tak samo zabójcze jak arszenik.

Pałacowi lekarze nie wiedzieli, że arszenik ani inne trucizny nie wywołują gorączki – ta jest objawem zatrucia pokarmowego, a przede wszystkim malarii. Nie znaczy to, że osoba ogarnięta gorączką nie mogła zostać nafaszerowana arszenikiem ani że ktoś, kogo od dłuższego czasu podtruwano, nie mógł umrzeć z powodu choroby, której towarzyszyła wysoka temperatura. Była to jednak istotna wskazówka. Malaria szalała w dawnych czasach, zwłaszcza we Włoszech. Rzymscy cesarze osuszyli wiele bagien, które były wylęgarnią komarów, lecz pod koniec V wieku, gdy imperium ogarnął chaos, mokradła pojawiły się ponownie. Wielu włoskich kardynałów, książąt, dowódców wojskowych, a nawet papieży umarło na malarię, ponieważ jednak mieli całą rzeszę wrogów, za przyczynę ich śmierci uznawano arszenik.

Doskonałymi przykładami ofiar tej malarycznej gry pomyłek byli papież Aleksander VI i jego bezwzględny syn dowodzący papieską armią, Cezar. Na początku sierpnia 1503 roku obaj spożywali obiad pod chmurką w towarzystwie kardynała Adriana Corneta w jego winnicy nieopodal Rzymu. Dwunastego sierpnia wszyscy trzej nagle zachorowali, być może na skutek ukąszenia przez tego samego przenoszącego malarię komara. Papież zmarł 18 sierpnia, Cezar i Corneto zaś przeżyli. Rozniosła się pogłoska, że papież i Cezar usiłowali otruć kardynała, ale doszło do zamiany butli z winem i przez pomyłkę sami napili się zatrutego trunku. Wydaje się, że nikt nie rozumiał, iż objawy zatrucia arszenikiem nie występują dopiero po tygodniu, natomiast objawy malarii – tak.

Dworzanie na północy Europy wiedzieli o tajemniczych zgonach na dworach Italii i o finansowanych przez rządy wytwórniach trucizn we Florencji i Wenecji. Prawdę mówiąc, byli tego świadomi do tego stopnia, że kiedy umarła niespodziewanie jakaś królewska osobistość, wbijali podejrzliwe spojrzenia w najbliższego Włocha w swoim otoczeniu. W XVI wieku w Anglii powstało nowe określenie: o kimś, kogo uznano za ofiarę otrucia, mówiło się, że został „zitalizowany”. W zatytułowanym _The Devil’s Banquet_ (Czarcia uczta) zbiorze kazań z 1614 roku angielski duchowny Thomas Adams pisał: „Zauważyć można, że istnieją grzechy lgnące do pewnych nacji, grzechy im właściwe, dla nich typowe i im przyrodzone, tak jak lgnące do kości ciało. (…) Gdyby chcieć umiejscowić każdy grzech w jednym konkretnym kraju, to we Włoszech znalazłoby się zabijanie za pomocą trucizny”. W powieści Thomasa Nashe’a _The Unfortunate Traveller_ (Nieszczęsny wędrowiec) z 1594 roku angielski hrabia streszcza ówczesne przekonania dotyczące Włochów, mówiąc, że są oni uzależnieni od „rozpusty, trucia i grzechów rodem z Sodomy”.

Odkładając na bok rozpustę i grzechy sodomskie, trudno osądzić, czy Włosi byli bardziej skłonni doprawić arszenikiem wino swego wroga niż przedstawiciele innych narodów. Dokumenty z archiwów Toskanii i Wenecji dowodzą, że ich władcy przy licznych okazjach próbowali zabójstw za pomocą trucizny. Możliwe, że inni monarchowie czynili podobnie, choć swoich prób nie dokumentowali. Tak czy inaczej, pewne jest, że Włoch na zagranicznym dworze mógł zostać oskarżony o trucicielstwo właśnie z powodu swej narodowości.

W roku 1536 włoskiego dworzanina, hrabiego Sebastiana Montecuccolego, obarczono winą za otrucie dziedzica francuskiego tronu, osiemnastoletniego Franciszka III Bretońskiego, ponieważ podał dzban z wodą, z którego książę się napił i krótko potem zapadł na śmiertelną chorobę. Choć sekcja zwłok wykazała zmiany w płucach Franciszka, król dał się przekonać, że to Włoch zamordował jego syna, i kazał rozerwać nieszczęśnika końmi. Niezależnie od tego, co zabiło delfina, nie była to trucizna, gdyż ta nie wywołałaby u niego wysokiej gorączki.

Autopsje ofiar otrucia

Już w XV wieku przeprowadzano sekcje zwłok większości członków królewskich rodów, by ustalić przyczynę ich śmierci i przy odrobinie szczęścia uciszyć wszechobecne plotki o truciźnie. Pałacowi lekarze zazwyczaj mieli pojęcie, jak wyglądają zatrute organy, ale szukali też dowodów naturalnej choroby, która mogła spowodować zgon. Niezależnie od tego, co znaleźli, zwykle ogłaszali, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, by nie antagonizować różnych frakcji na dworze czy nie wikłać kraju w wojnę z domniemanymi trucicielami z zagranicy.

Podczas sekcji zwłok liczni królewscy medycy przyglądali się ciału z zewnątrz i badali wszystkie organy wewnętrzne, w tym zazwyczaj mózg, szukając urazów bądź oznak choroby, podobnie jak to czynią współcześni patolodzy. Ci jednak, szukając potwierdzenia bądź zaprzeczenia obecności trucizny, opierają się na badaniach toksykologicznych. Zanim je wynaleziono na początku XIX wieku, lekarze szukali piany bądź krwi w ustach, bijącego od zwłok wyjątkowo silnego fetoru, poczerniałych, odpadających od palców paznokci, zasinień na skórze, podrażnień przełyku i żołądka, czarnych plam na wnętrznościach i skrzepniętej krwi wokół serca albo w żołądku. Medycy byli zazwyczaj mistrzami w dostrzeganiu zmian w organach, ale nie mieli pojęcia, co one oznaczają. Jeśli podczas sekcji zwłok znaleźli w narządach wewnętrznych substancję, która wyglądała jak trucizna, podawali ją psu, by się przekonać, czy ten nie zacznie wyć i nie skona w męczarniach.

Typową dla owych czasów konsternację u medyków wywołały wydarzenia z 1571 roku, kiedy to Odet de Coligny – były katolicki kardynał, który przeszedł na protestantyzm, ożenił się z kochanką i uciekł do Anglii – umarł w pewnej oberży w Canterbury, cierpiąc z powodu nieznośnego bólu brzucha. Zdrajca w sutannie wracał do Francji, by dołączyć do armii hugenotów. Rozniosła się pogłoska, że sługa, przekupiony przez francuską królową matkę, zagorzałą katoliczkę Katarzynę Medycejską, dodał mu coś do wina. Matka zmarłego zażądała sekcji zwłok, która wykazała „zniszczenie wątroby i płuc” wskazujące na chorobę o naturalnym podłożu. Lekarze znaleźli też jednak plamy na żołądku, perforację jego ścian i uszkodzenia tkanki. Naczelny medyk powiedział matce mężczyzny, że objawy te były skutkiem działania żrącej substancji, która uszkodziła żołądek. W XX wieku natomiast lekarze studiujący protokół sekcji zwłok uznali, że Coligny miał wrzód, który pękł, uwalniając treść żołądka do jamy brzusznej, czego skutkiem była śmierć.

W państwowych archiwach zachowało się wiele oficjalnych protokołów sekcji zwłok, w tym jeden autorstwa Ambroise’a Paré. Pisał w nim tak:

Pan de Castellan, lekarz w służbie króla, i pan Jean d’Amboise, chirurg w służbie króla, oraz ja zostaliśmy posłani, by otworzyć ciało pewnego mężczyzny, co do którego zaistniało podejrzenie, iż został otruty, jako że przed kolacją nie skarżył się na żadne boleści, krótko zaś po spożyciu posiłku zaczął się uskarżać na silny ból brzucha, krzyczał, że się dusi, a całe jego ciało pożółkło i spuchło; mężczyzna nie mógł oddychać i sapał jak pies, który przebiegł dużą odległość, ponieważ przepona (podstawowy narząd służący oddychaniu), nie będąc w stanie wykonywać swych naturalnych ruchów, dwukrotnie zwiększyła ich częstotliwość, podwajając tym samym liczbę wdechów i wydechów. Następnie mężczyzna doznał zawrotów głowy, drgawek, zatrzymania serca i skonał. (…)

Dziś rankiem przedstawiono nam ciało zmarłego, które było całkowicie spuchnięte (…). D’Amboise wykonał pierwsze nacięcie, podczas gdy ja odsunąłem się do tyłu, wiedząc, że dobędzie się trupi odór, co też nastąpiło, a wszyscy obecni z trudem byli w stanie go znieść; jelita i wszystkie narządy wewnętrzne były mocno rozdęte i wypełnione powietrzem; odkryliśmy także dużą ilość krwi, która uciekła do trzewi i do klatki piersiowej, co doprowadziło do wniosku, że rzeczony mężczyzna mógł zostać otruty.

Ósmego września 1682 roku francuski lekarz z Lyonu Nicolas de Blegny został poproszony o zbadanie sprawy zgłoszonego otrucia. Napisał: „Protokół sporządzony przez nas, zaprzysiężonych chirurgów. Udaliśmy się na rue des Landes, do domu, który jako znak nosi wizerunek świętej Małgorzaty, w celu zbadania zwłok Suzanne Pernet, zaprzysiężonej pielęgniarki. Znajdując wszystkie zewnętrzne członki w ich naturalnym porządku, przystąpiliśmy do otwarcia ciała i począwszy od jamy brzusznej, a przeszedłszy do żołądka, odkryliśmy, że jego dno uległo kauteryzacji, a zawartość stanowiła czarna, przypominająca mokry piach substancja w ilości, którą można by wypełnić jajko”.

Czarna, przypominająca piach substancja i dno, które uległo kauteryzacji – większa część żołądka po prostu się rozpuściła – wydawały się wystarczająco podejrzane. Jednak to, co się stało po chwili, dało ostateczny dowód. Kiedy de Blegny umieścił organy „w metalowym naczyniu, pojawiły się na nim plamy jak od kwasu bądź żrącej substancji”. Następnie medyk podał „niewielką ilość narządów” psu, a one „wywołały u niego okrutne męki, które mogliśmy poznać po skamleniu i wyciu, co zrodziło przypuszczenie, że rzeczona Pernet została otruta za pomocą arszeniku lub sublimatu , bądź innej żrącej trucizny pochodzenia mineralnego. Utwierdził nas w tym przekonaniu doskonały stan innych narządów wewnętrznych, zarówno w jamie brzusznej, jak i w klatce piersiowej oraz w głowie, które takoż otworzyliśmy, nie znajdując w nich innej przyczyny śmierci”.Rozdział 2

Rogi jednorożca i kupy koguta

Wykrywacze trucizn i odtrutki

Przez wieki na królewskich dworach opracowywano metody wykrywania trucizny i odwracania fatalnych skutków jej działania, jeśli została spożyta. Z medycznego punktu widzenia większość tych metod była nie tylko bezużyteczna, ale też zwyczajnie głupia, a jednak wierzyli w nie niektórzy z najmożniejszych i najlepiej wykształconych ludzi w Europie.

Jednym z najbardziej cenionych przedmiotów, jaki mógł się znaleźć w królewskim posiadaniu, był róg jednorożca, co po części wynikało z rzadkości jego występowania – tylko kilku podróżników do egzotycznych miejsc w Azji i Afryce donosiło, że udało im się zobaczyć to niezwykłe zwierzę. Jednak głównym powodem, dla którego władcy tak cenili rogi jednorożca, była przypisywana im zdumiewająca zdolność wykrywania trucizny we wszystkim, co znalazło się w pobliżu, czy było to jedzenie, picie, ubrania, papier czy meble. Monarchowie byliby zdruzgotani, gdyby się dowiedzieli, że ich cudowny róg był w istocie kłem średniej wielkości arktycznego wieloryba, narwala, nieuchwytnego stworzenia odkrytego dopiero w XVIII wieku. Wcześniej żeglarze dziwili się, widząc, jak wiele jednorożców wybierało zimne plaże północy, by na nich dokonać żywota.

Zanim monarcha wziął choćby kęs strawy, jego testerzy – oprócz tego, że wypróbowali jedzenie, wycałowali serwetki i zastawę – powoli machali rogiem nad królewskim stołem, a czasem dla pewności zanurzali go w jedzeniu i piciu. Uważano, że róg jednorożca poci się, zmienia kolor i drży, gdy się znajdzie w pobliżu trucizny, chociaż gdy weźmie się pod uwagę niewyobrażalne tortury, jakim poddawani byli ludzie, których oskarżono o próbę otrucia króla, wydaje się bardziej prawdopodobne, że pocili się, drżeli i zmieniali kolor ci, którzy ów róg dzierżyli.

Wielu uważało, że rogi jednorożca są nawet w stanie unieszkodliwić truciznę. Medycy weneckiego doży wrzucali je do pałacowej studni, żeby woda nigdy nie została skażona. W latach dziewięćdziesiątych XV wieku wielki inkwizytor Hiszpanii Tomás de Torquemada, mając świadomość, że niejeden z heretyków, których pragnął znaleźć i spalić na stosie, chętnie dosypałby mu czegoś do wina, zabierał w podróże róg jednorożca i dla bezpieczeństwa wkładał go do swojego jedzenia i picia.

Przez wieki cena tego skarbu wynosiła przynajmniej jedenastokrotność jego wagi w złocie. Królowi Francji Karolowi IX zaproponowano za jego amulet 100 tysięcy écu, jednak on tę propozycję zdecydowanie odrzucił. Będący własnością Iwana Groźnego róg znaleziony na arktycznym wybrzeżu Syberii wart był 70 tysięcy rubli. Królowa Elżbieta zachwycała się ofiarowanym jej przeszło dwumetrowym rogiem jednorożca wycenianym na 10 tysięcy funtów, równowartość przyzwoitej wielkości zamku. Jej korsarz Martin Frobisher znalazł go na plaży 22 lipca 1577 roku, eksplorując tereny położone na północy obecnej Kanady. Wniebowzięty z powodu natrafienia na róg tak niespodziewanie i tak daleko od domu, podarował znalezisko swojej królowej, aby uchronić ją przed próbami otrucia. Chcąc się dodatkowo zabezpieczyć, królowa piła z pucharu wykonanego z rogu jednorożca, który w kontakcie z trucizną podobno miał eksplodować (nigdy do tego nie doszło).

Unikatowość, cena i przydatność do obrony przed otruciem sprawiły, że rogi jednorożców były popularnymi prezentami, którymi monarchowie obdarowywali się nawzajem. W roku 1540 król Polski Zygmunt I Stary podarował go świętemu cesarzowi rzymskiemu Ferdynandowi I. W roku 1533 papież Klemens VII kupił róg jednorożca za bajońską sumę 17 tysięcy dukatów, po czym wydał jeszcze kilka tysięcy, by zapewnić mu imponującą oprawę z czystego złota i podarować całość francuskiemu królowi Franciszkowi I. Oprawę zaprojektował nadworny jubiler Benvenuto Cellini, chwaląc się w swojej autobiografii: „Zrobiłem tylko jedną głowę jednorożca odpowiadającą rzeczonemu rogowi. Była przepiękna w pomyśle, bo ukształtowałem ją po części wedle głowy konia, po części wedle głowy jelenia; ozdobiona była najpiękniejszą grzywą i innymi

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij