-
nowość
-
promocja
Trylogia Szańców. Próby Koli'ego. Tom 2 - ebook
Trylogia Szańców. Próby Koli'ego. Tom 2 - ebook
Drugi tom Trylogii Szańców, której akcja rozgrywa się w dziwnym i pełnym niebezpieczeństw świecie.
Za murami małej wioski rozciąga się przerażający krajobraz pełen drzew, które mogą zabić, okrutnych bestii i wyrzutków. Jako wygnaniec, Koli został obdarty z imienia i zmuszony do wyruszenia w podróż.
Prowadzi go jednak opowieść o zaginionym Londynie i tajemniczej technologii dawnych czasów. Jeśli Koli zdoła dotrzeć do celu swej wędrówki, może jeszcze uda mu się odkupić swoje winy – ratując to, co pozostało z ludzkości.
Okładka ma mroczny, tajemniczy charakter. Centralnym elementem jest tytuł zapisany białym kolorem z wyraźną fakturą przypominającą przetarcia. Między literami wychodzą gęste, ciemnozielone liście i kwiaty w odcieniach głębokiej czerwieni, burgundu oraz fioletu, co nadaje całości atmosferę niepokoju i dzikości. Wśród roślin widoczne są kolce i ciernie, podkreślające motyw zagrożenia i trudności.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-918-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przyszedł taki czas, żem się bał, że wcale nie dojdziemy do tego Londynu.
My szli cały czas powoli. W najlepszym dniu żeśmy zrobili pięć mil, według obliczeń ciągacza. I to nie było pięć mil w linii prostej. To było pięć mil łażenia tą czy inną drogą, zatrzymywania się, gdy tylko wyszło słońce albo wydawało się, że zaraz wyjdzie. Pięć mil szukania kryjówki, gdy coś się poruszyło, obserwowania naszych stóp, co by nie wleźć w dziurę żmikreta czy topika, bez mówienia choćby słowa, co by nie ściągnąć uwagi czegoś pod ziemią albo na niebie. To źle działało na nerwy, a w marszu to te nerwy są równie zmęczone co stopy. A może nawet i bardziej.
Żeśmy mieli trochę zapasów ze sobą – sucharki, płatki owsiane i suszone mięso – ale głównie to żeśmy jedli to, cośmy złapali. Z nadejściem Zimy były takie dni, żeśmy nie złapali nic.
Była nas trójka albo czwórka, zależy, jak się liczyło. Bo mogła być nawet i piątka.
Żem był ja, Koli Bez Twarzy. Wymieniam siebie pierwszego, bo to ja piszę tę historię, a nie dlatego, że się chcę wywyższać, bo nie ma nic, co by mnie naprawdę wywyższało. Moje imię mówi wam, jaki los mnie spotkał: wygnano mnie z mojej wioski, czyli Krzyża Mythen w Dolinie Strumienia, obdarto z imienia i nie zostawiono niczego poza marszem w świat do czasu, aż mnie ten świat złapie i zeżre.
Była i Ursala-Z-Daleka, którą możecie nazywać uzdrowicielką, tylko że uzdrawianie to była tylko część tego, co robiła. W utraconym świecie nazywaliby ją naukowcem. Kiedyś mieszkała w miejscu nazywanym Douglas, gdzie była masa ludzi takich jak ona, którzy strzegli wiedzy z dawnych czasów. Ale potem ich zaatakowali straszni wrogowie i Ursala uważała, że jest ostatnią ocalałą z Douglas.
No i była jeszcze i Szklanka, dziewczyna, którą żeśmy uratowali od opuszczonych ludzi w Dolinie Strumienia. Cóż, uratowali albo złapali, zależy, którym okiem na to spojrzeć. Nie była zadowolona z tego, że była z nami, mimo żeśmy nie chcieli jej skrzywdzić. Tak se myślę, że nigdy się nie chce po prostu kogoś skrzywdzić.
Wymieniam naszą trójkę, bo to byście zobaczyli, gdybyście na nas patrzyli, na przykład ze szczytu wzgórza albo z ruin jakiego budynku, których trochę żeśmy mijali po drodze. Byście zobaczyli jeszcze coś, co z nami szło – wielką kupę lśniącego metalu na czterech nogach, wyglądającą trochę jak koń bez głowy na karku. I tak jak koń niosła ona nasze rzeczy, przywiązane do jej grzbietu, czyli wypakowane sakwy i torby, i pakunki tak wielkie, że działko na grzbiecie tej góry nie za bardzo widziało cztery strony świata. To był właśnie ciągacz, który wcale nie był żywy. To był wytwór technologii dawnych czasów, należący do Ursali i robiący wyłącznie to, co mu kazała.
No to tak byłaby nas czwórka, którą było widać. Bo nikt nie widział Świadomej Monono, poza mną, mimo że była tak samo żywa jak każde z nas. I tak samo prawdziwa jak każde z nas. Monono też była wytworem technologii, tak jak ciągacz, tylko że ona była osobą. Była taką osobą, która żyła sobie w środku wytworu technologii nazywanego DreamSleeve, który grał muzykę i mógł czasem wydać strasznie głośny dźwięk w środku waszych uszu. Trudno to wyjaśnić i nie zamierzam próbować – a przynajmniej nie tu i nie teraz. Będziecie musieli jakoś ze mną wytrzymać, zanim zobaczycie w tej historii jakiś sens.