Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Trzecia torpeda - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 maja 2026
1099 pkt
punktów Virtualo

Trzecia torpeda - ebook

Historia drobnicowca „Rozewie" i kapitana Jerzego Lewandowskiego. Statek 6 sierpnia 1942 roku został storpedowany przez niemiecki okręt podwodny "U 66". Trzech polskich marynarzy zginęło, reszta załogi uratowała się. Natomiast kpt. Lewandowski, który ostatni opuścił tonący statek, jako pierwszy marynarz polskiej floty handlowej podczas II wojny światowej, został wzięty przez Niemców do niewoli.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18848-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TRZECIA TORPEDA

– Kapi­ta­nie, za godzinę opu­ści pan port. Zgod­nie z instruk­cją uda się pan naj­krót­szą drogą do Try­ni­dadu. A ści­ślej mówiąc, do Port of Spain na Try­ni­da­dzie. Dal­sze pole­ce­nia znaj­dują się w tej koper­cie – męż­czy­zna podał kapi­ta­nowi nie­wielki pakie­cik. – Pro­szę zała­twić resztę for­mal­no­ści, uzu­peł­nić pro­wiant, zawia­do­mić załogę i pomyśl­nych wia­trów.

Koman­dor Gor­don, spra­wu­jący obo­wiązki komen­danta bra­zy­lij­skiego portu Para, leżą­cego w ujściu Ama­zonki, uści­snął dłoń kapi­tana Jerzego Lewan­dow­skiego, dając tym samym znać, że roz­mowa skoń­czona.

– Jasna cho­lera! – zaklął Lewan­dow­ski, gdy zna­lazł się już na ulicy. – Nie mogli nas wcze­śniej zawia­do­mić? Niech to wszy­scy dia­bli…

Póź­nym wie­czo­rem, w nie­dzielę 2 sierp­nia 1942 r., s/s „Roze­wie” opu­ścił port Para, by popły­nąć z bie­giem Ama­zonki do Atlan­tyku. Na pokła­dzie znaj­do­wało się prócz kapi­tana Jerzego Lewan­dow­skiego 16 człon­ków załogi: pierw­szy ofi­cer Wła­dy­sław Zyber, drugi ofi­cer Andrzej Skar­żyń­ski, pierw­szy mecha­nik Bru­non Wyglen­dacz, drugi mecha­nik Wła­dy­sław Paprocki, trzeci mecha­nik Wła­dy­sław Wró­blew­ski, bos­man Sta­ni­sław Jerzy­kow­ski, trzej starsi mary­na­rze, cie­śla, kucharz, trzech sma­row­ni­ków, w tym dwóch Bra­zy­lij­czy­ków, młod­szy kucharz i chło­pak okrę­towy, oby­dwaj także oby­wa­tele bra­zy­lij­scy.

Sta­tek wiózł do Nowego Jorku ładu­nek ponad 800 ton gumy i kakao. Dopiero od Try­ni­dadu – gdzie koń­czył się pierw­szy etap podróży – miał wejść w skład dużego kon­woju chro­nio­nego przez jed­nostki wojenne. Żegluga w tej czę­ści Atlan­tyku była dość spo­kojna, „wil­cze stada” U-bootów gra­so­wały bowiem prze­waż­nie na Morzu Kara­ib­skim. Kie­row­nic­two War Trans­port w Para posta­no­wiło więc wysłać „Roze­wie” w samotną podróż, która trwać miała, przy sprzy­ja­ją­cej pogo­dzie, nie wię­cej niż pięć dni. A pogoda dopi­sy­wała jak na zamó­wie­nie. Dni były sło­neczne, noce widne, gwieź­dzi­ste. Huś­tane spo­koj­nym pasa­tem, nie­prze­kra­cza­ją­cym 2 stopni w skali Beau­forta, morze lekko falo­wało.

W dzień wolna od wachty załoga zaglą­dała na mostek, gdzie roz­pra­wiano o poli­tyce i ostat­nich wyda­rze­niach sza­le­ją­cej wojny. Komen­to­wano zbrod­nie nie­miec­kie w Pol­sce. Z obawą wspo­mi­nano pozo­sta­wione w kraju rodziny, wspo­mi­nano wła­sne nie­dawne dra­ma­tyczne prze­ży­cia.

Tak upły­nęły trzy doby, doby spo­kojne, nie zapo­wia­da­jące tra­gicz­nych wyda­rzeń.

Ranek 6 sierp­nia był jesz­cze pięk­niej­szy od poprzed­nich. Niebo bez chmurki, wspa­niała widocz­ność. Wiatr ucichł zupeł­nie, naj­lżej­szy nawet powiew nie mącił lustrza­nej tafli oce­anu.

Kapi­tan jak zwy­kle co rano wszedł do ste­rówki. Mocno już przy­grze­wa­jące słońce wyci­skało na skro­niach peł­nią­cej wachtę załogi drobne kro­pelki potu. Pierw­szy ofi­cer koń­czył wła­śnie wykre­śla­nie na mapie pozy­cji statku okre­ślo­nej o świ­cie z gwiazd.

– To gdzie tam, panie Władku, wyszła pozy­cyjka? – zagad­nął kapi­tan. – Czy tylko nie w bazy­lice Świę­tego Pio­tra? – zażar­to­wał.

– Ależ… – żach­nął się Zyber. – Wątpi pan w moje zdol­no­ści astro­na­wi­ga­cyjne? Pro­szę spoj­rzeć, pozy­cja na samym kur­sie!

– A ile to nam jesz­cze mil zostało do Try­ni­dadu?

– Tylko sto pięć, ale prze­ciętna pręd­kość w ciągu ostat­niej doby wynio­sła zale­d­wie dzie­więć węzłów.

– W takim razie w Port of Spain będziemy nie wcze­śniej niż za dwa­na­ście godzin.

– A może by pan tak poga­dał ze star­szym mecha­ni­kiem, niech dołoży kilka obro­tów. Myślę, że dzie­siątkę jeste­śmy w sta­nie wycią­gnąć.

– Wąt­pię, panie Władku, wąt­pię. Dzie­sięć węzłów to nie­mal nasza mak­sy­malna pręd­kość. Sil­nik słaby… Co to jest osiem­set koni? A kadłub od czte­rech lat nie skro­bany.

– Po tym rej­sie przy­da­łoby się na parę godzin wsko­czyć na dok…

– Spró­bu­jemy, może się uda.

Wyszli na skrzy­dło mostku. Pod nimi, zawie­szeni na ste­lin­gach¹, starsi mary­na­rze Ste­fan Budzisz i Seba­stian Miranda malo­wali for­szot nad­bu­dówki śród­o­krę­cia. Na dzio­bie raź­nym kro­kiem prze­mie­rzał pokład pierw­szy mecha­nik Wyglen­dacz. Pod bakiem mie­szał farby pół­nagi bos­man.

– Bos­man! – huk­nął z góry kapi­tan. – Jak znaj­dzie pan chwilę, wpad­nij pan tu na górę.

– Już idę, panie kapi­ta­nie! I tak mia­łem zaraz wpaść do pana.

– A niech pan po dro­dze poprosi tu jesz­cze kucha­rza.

Nie minęło pięć minut, gdy oby­dwaj sta­nęli na mostku. Kucharz zzia­jany, w nie pierw­szej czy­sto­ści far­tu­chu, bos­man w kra­cia­stej koszuli, którą z pośpie­chem zapi­nał. Był to czło­wiek zdy­scy­pli­no­wany i cho­ciaż nie wie­rzył, że wszelka wła­dza pocho­dzi od Boga, to jed­nak dla wła­dzy sza­cu­nek miał. Nie zda­rzyło mu się ni­gdy, by sta­nął przed kapi­ta­nem roz­cheł­stany. Kapi­tan cenił go, Sta­sio Jerzy­kow­ski posia­dał bowiem nie­mal wszyst­kie zalety tak ważne wśród mary­na­rzy.

– Panie kapi­ta­nie – wypa­lił z miej­sca. – Nosem czuję już ląd. Chciał­bym dzi­siaj puścić tro­chę wcze­śniej chło­pa­ków z roboty. Niech się ogarną. Tyrali przez te kilka dni jak dzi­kie osły.

– To już, mój drogi, sprawa chiefa, a jeśli o mnie cho­dzi, to możesz ich puścić nawet zaraz – Lewan­dow­ski pokle­pał Jerzy­kow­skiego po ple­cach.

– No to jak, panie chief?

– Oczy­wi­ście, sprawa zała­twiona, nie ma nawet o czym mówić.

– A pan, panie sze­fie – zwró­cił się kapi­tan do kucha­rza – przy­go­tuje dzi­siaj wspa­niały obia­dek. Około czwar­tej po połu­dniu powin­ni­śmy być na miej­scu. Spo­dzie­wam się gości, któ­rych chciał­bym przy­jąć god­nie, po sta­ro­pol­sku.

– Tak jest, panie kapi­ta­nie, wszystko już się robi. Obia­dek będzie, że palce lizać.

– I pro­szę nie zapo­mnieć, że załoga też może mieć gości.

Na całym statku wrzało jak w ulu. Wszyst­kich ogar­nął zna­ko­mity nastrój. Pobli­ski port dawał schro­nie­nie, odprę­że­nie ner­wom napię­tym w cza­sie krót­kiej, lecz nie­bez­piecz­nej podróży. Nikt nie prze­czu­wał, że wła­śnie teraz nastąpi to, czego oba­wiali się od chwili wyj­ścia z Ama­zonki, a co gro­ziło im zresztą od początku wojny.

Za kilka godzin mieli być w por­cie. Drugi ofi­cer skoń­czył nie­dawno wachtę i wypo­czy­wał teraz w kabi­nie. Kupiona w Para książka pasjo­no­wała go, nie mógł się od niej ode­rwać. Czy­tał jesz­cze, gdy to nastą­piło.

Drugi mecha­nik oma­wiał w tym cza­sie z moto­rzy­stami sprawę remontu sil­nika głów­nego. Chciał w krót­kim postoju „zro­bić” jeden układ.

Trzeci mecha­nik, Wła­dy­sław Wró­blew­ski, spał w swo­jej kabi­nie. Były to dla niego ostat­nie chwile życia. Wtedy wła­śnie…Kapitänleutnant Frie­drich Mar­kworth, dowódca nie­miec­kiego okrętu pod­wod­nego U-66, zde­cy­do­wał się wra­cać do bazy. W ciągu 46 dni swego pirac­kiego patrolu na Atlan­tyku zato­pił tylko jeden sta­tek jugo­sło­wiań­ski z ładun­kiem rudy man­ga­no­wej. Opusz­cza­jąc bazę w Lorient, nie myślał o takim powro­cie, marzył o suk­ce­sach, które roz­sła­wią jego imię, przy­spo­rzą odzna­czeń. Cho­lerny pech – zaklął pół­gło­sem.

Okręt wolno posu­wał się wiel­kim zyg­za­kiem, zmie­niał kurs co kilka godzin. Pra­co­wał tylko jeden sil­nik, oszczę­dzano paliwo.

Zaczy­nało świ­tać. Mimo to okręt szedł na­dal po powierzchni. W każ­dej chwili mógł zostać wykryty przez samo­loty, obrzu­cony bom­bami. Mar­kworth jed­nak ryzy­ko­wał. Ten jeden marny jugo­sło­wiań­ski sta­tek nie zaspo­ka­jał ambi­cji 29-let­niego kapi­tana nie­miec­kiej Krieg­sma­rine. W sta­lo­wym ciel­sku 77-metro­wego cygara czy­hało jesz­cze 18 śmier­cio­no­śnych tor­ped. Żyw­no­ści też było pod dostat­kiem, wystar­czyć mogło jesz­cze na 50 dni. Ale załogę ogar­niała z każ­dym dniem coraz więk­sza apa­tia, przy­gnę­bia­jące znu­że­nie bez­czyn­no­ścią.

Na pomo­ście bojo­wym ofi­cer i trzech mary­na­rzy obser­wo­wali pil­nie hory­zont w wyzna­czo­nym 90-stop­nio­wym sek­to­rze. Od kilku godzin nic się nie zmie­niało. Cią­gle ten sam bez­kre­sny wodny obszar, przy­sło­nięty ciemną zasłoną nocy, prze­rze­dzoną teraz pobla­skiem nie­wi­docz­nej jesz­cze tar­czy wscho­dzą­cego słońca. Kapi­tan Mar­kworth sie­dział przy wła­zie kio­sku, pogrą­żony w myślach. Upa­jał się chło­dem poranka i czy­stym mor­skim powie­trzem. Nagle sto­jący tuż nad jego głową bos­man Funk krzyk­nął:

– Sta­tek! Lewo dwa­dzie­ścia – sta­tek!

Mar­kworth bły­ska­wicz­nie pode­rwał się i włą­czył klak­son alarmu bojo­wego.

Dreszcz emo­cji prze­biegł przez niego jak iskra.Jaką rolę zagrać mu wypad­nie – zwie­rzyny czy myśli­wego?

– Zanu­rze­nie pery­sko­powe! – roz­ka­zał.

Wachta w mgnie­niu oka znik­nęła z pomo­stu.

Trza­snęła klapa włazu. Zamil­kły motory Die­sla, ucichł wen­ty­la­tor, huk­nęły odwietrz­niki bala­stów. Zagrały sil­niki elek­tryczne. Okręt zanu­rzał się na nie­wiel­kim try­mie dzio­bo­wym. Mar­kworth zsu­nął się do kio­sku. Włą­czył dźwi­gnię windy pery­skopu, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał, aż zakoń­czona obiek­ty­wem rura podej­dzie do góry i prze­tnie lustro wody. Trzy­ma­jąc obu­rącz rączki gło­wicy, przy­warł oczami do oku­laru. Wresz­cie bły­snął migo­tliwy odblask fali. Dokład­nie omiótł wzro­kiem hory­zont.

Jest! Omal nie krzyk­nął z pod­nie­ce­nia. W kil­ka­krot­nie powięk­sza­ją­cym obiek­ty­wie maja­czył szary zarys masz­tów. Nie było wąt­pli­wo­ści, że jest to sta­tek towa­rowy. Mar­kworth natych­miast pod­jął decy­zję pogoni. Zanim jed­nak wydał roz­kazy, badał jesz­cze przez chwilę powierzch­nię morza. Ale tak jak prze­wi­dy­wał, eskorty nie było. Mógł spo­koj­nie przy­stą­pić do roz­wi­nię­cia ataku. Okre­ślił namiar oraz kąt kur­sowy swej przy­szłej ofiary i, krę­cąc gał­kami dal­mie­rza, odczy­tał odle­głość. Opu­ścił pery­skop.

– Ster lewo na burtę! Zanu­rze­nie trzy­dzie­ści metrów! Oby­dwa sil­niki cała naprzód! Kurs trzy­sta czter­dzie­ści! Ata­ku­jemy! – zako­men­de­ro­wał pośpiesz­nie.

Okręt jak pod­cięty sko­czył do przodu. Zale­gła pełna napię­cia cisza. Załogę ogar­nęła radość. Roz­po­czął się pościg! Naresz­cie zacznie się coś dziać! W zatło­czo­nej cen­trali sku­pione nad przy­rzą­dami twa­rze. U-66 wycho­dził przed tra­wers nad­pły­wa­ją­cego statku, wyprze­dzał go, zbli­żał się do jego kursu. Pły­nąc na peł­nych obro­tach, roz­wi­jał mak­sy­malną pręd­kość.

Po 30 minu­tach U-boot zatrzy­mał sil­niki i wyszedł na głę­bo­kość pery­sko­pową. Ostroż­nie wysu­nięto cie­niutki, pra­wie nie­wi­doczny na migo­tli­wej powierzchni wody, pery­skop bojowy.

Było już zupeł­nie widno. Sta­tek-cel lśnił w poran­nym słońcu, widoczny jak na dłoni.

– No, już mi nie ujdzie – mruk­nął Mar­kworth. – Szkoda tylko, że taki mały. Wystar­czy jed­nak na pokrze­pie­nie moich chłop­ców – pocie­szał się. – Poślę mu dwie tor­pedy. Cho­ciaż nawet jedna zmio­tłaby go z powierzchni, roze­rwała, zmiaż­dżyła – szep­tał w pod­nie­ce­niu.

Sko­ry­go­wał pobrane poprzed­nio dane. Zastępca dowódcy, porucz­nik Silvert, obsłu­gu­jący kal­ku­la­tor strze­lań tor­pe­do­wych, obli­czył natych­miast ele­menty strzału: odle­głość, pręd­kość, kurs i kąt tra­fie­nia celu.

– Kąt wyprze­dza­nia osiem stopni! – zamel­do­wał.

Mar­kworth wybrał naj­bar­dziej dogodną pozy­cję ataku. Za rufą miał jasną tar­czę słońca, przed sobą oświe­tlony jej pro­mie­niami cel. Nasta­wił pery­skop na podany kąt i cze­kał, aż sta­tek wej­dzie na celow­nik.

– Uwaga na apa­ra­tach trze­cim i czwar­tym – podał przez mega­fon. – Zanu­rze­nie tor­ped dwa metry, odchy­le­nie żyro­skopu pół­tora stop­nia.

– Uwaga na apa­ra­tach trze­cim i czwar­tym – powtó­rzono roz­kaz. – Trójka gotowa! Czwórka gotowa! – zamel­do­wano.

Hydro­aku­styk poda­wał co chwilę namiary dźwię­kowe: 330…, 332…, 335…, 338…

Odle­głość pomię­dzy okrę­tem pod­wod­nym a stat­kiem coraz bar­dziej zmniej­szała się: cztery mile, trzy mile, dwie i pół, dwie… Stawa dzio­bowa już wcho­dzi na pio­nową skalę celow­nika.

– _Tor­pedo los_!!! – padł ocze­ki­wany z takim napię­ciem przez załogę U-boota roz­kaz.

Okręt zadrżał raz i drugi. W prze­dzia­łach wzro­sło gwał­tow­nie ciśnie­nie powie­trza. Dziób uniósł się nieco w górę i pozo­stał tak przez chwilę, zanim woda wypeł­niła opróż­nione wyrzut­nie. Dwa śmier­cio­no­śne cygara pomknęły do celu.

* * *

Potężny wybuch wstrzą­snął stat­kiem. Posy­pały się szyby, zadzwo­niły odłamki, buch­nęły kłęby dymu i pary, zakrztu­sił się i sta­nął motor. S/s „Roze­wie” tonął szybko. Tor­peda tra­fiła w śro­dek kadłuba – tuż przy maszy­nowni – roz­darła prawą burtę, zmiaż­dżyła kabiny dru­giego ofi­cera i trze­ciego mecha­nika, znisz­czyła i zmio­tła do wody sza­lupę. Druga na szczę­ście minęła cel. Sta­tek, prący jesz­cze naprzód siłą roz­pędu, bły­ska­wicz­nie pogrą­żał się w sko­tło­wa­nej wodzie. Kapi­tan, pchnięty podmu­chem, zwa­lił się na mostku. Był ranny, odłamki szkła ska­le­czyły mu dło­nie i twarz, po szyi spły­wał cie­pły stru­myk krwi. Trzy­ma­jąc się szo­tów, wyszedł na pokład. Mary­na­rze w pośpie­chu spy­chali lewą sza­lupę. Za chwilę mogło być za późno: „Roze­wie” chy­liło się na burtę, woda się­gała relin­gów. Nie było już dla statku ratunku. Zła­mane maszty, zerwany takie­lu­nek, deski, bre­zent, liny – skłę­bione na pokła­dzie. Z roz­bi­tych zbior­ni­ków sze­roką plamą roz­lała się ropa, syczały zalane wodą roz­grzane kotły. Lżej ranni stali przy sza­lu­pie. Na deskach pokładu wył z bólu popa­rzony palacz. Ktoś spóź­niony biegł jesz­cze przez pokład.

– Sza­lupa za burtę! Opusz­czamy sta­tek! – zde­cy­do­wał kapi­tan. – Poli­czyć, ilu nas jest! Spraw­dzić, czy ktoś nie został!

– Spraw­dzone! – krzyk­nęło kilku jed­no­cze­śnie. – Jest nas czter­na­stu, trzech bra­kuje. Dwóch zabi­tych, a star­szy mecha­nik zagi­nął.

Spraw­dzić jesz­cze raz! – przez głowę prze­mknęła bły­ska­wiczna myśl. Ale to już było nie­moż­liwe.

– Panie kapi­ta­nie, sza­lupa gotowa do opusz­cze­nia! Na co pan czeka?

Wszy­scy byli w sza­lu­pie. Tylko kapi­tan został na pokła­dzie. Blady, z pokrwa­wioną twa­rzą, patrzył na swój tonący sta­tek. Na rufie lufa działa uno­siła się ku niebu jak groź­nie wznie­siona pięść. Dziób zalała już woda. Waliła przez wyrwę w pra­wej bur­cie śród­o­krę­cia, tam, gdzie jesz­cze przed chwilą była kabina, gdzie drugi ofi­cer Andrzej Skar­żyń­ski odczy­ty­wał ostatni roz­dział zaku­pio­nej w Para książki. Woda wdarła się do kabiny, w któ­rej zasłu­żo­nym snem spał trzeci mecha­nik Wła­dy­sław Wró­blew­ski.

Więc to już koniec – pomy­ślał kapi­tan. – Więc trzeba roz­stać się z „Roze­wiem”… Bez walki, bez wystrzału nawet. Zgi­nęło mi trzech ludzi, ginie sta­tek, U-boot odcho­dzi bez­kar­nie. A może, zwa­biony łatwą zdo­by­czą, wyj­dzie na powierzch­nię, może zechce nasy­cić oczy ago­nią ofiary? A wtedy… – w sko­ła­ta­nej gło­wie kapi­tana bły­snęła nowa myśl. – Wtedy można by go jesz­cze dosię­gnąć!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij